BanSai szykuje się do wyjazdu

Dzień przed wyjazdem do nowego domu BanSai postanowił załatwić wszystkie swoje niedokończone sprawy. Zabawki przeznaczone do wrzucenia na meble – wrzucił, koty do sprania – sprał, papiery do pogryzienia – pogryzł.

Pozostało już tylko jedno do zrobienia. Rozprawić się z cichym wrogiem. Wrogiem, który mu jakoś wyjątkowo zalazł za skórę, a którego, nie wiedzieć czemu, pani po każdym ataku doprowadzała z powrotem do stanu wyjściowego.

Pozostało wykonać wyrok na drzewkach jodynowych.

Mission accomplished.

*

Nauka nie idzie w las. Dwa dni później po powrocie do domu zastałam taki widok:

To był ostatni żywy kwiatek w tym domu.

*

Ps. Bardzo dziękuję Czytelnikom za 6 do 50 głosów :)

Related Images:

Facebooktwitter

Fotostory – Koty zimowe

Zgodnie z zapowiedzią – czas na koty zimowe!

Muszę powiedzieć, że o ile rusałki średnio bawiło odmrażanie sobie tyłka, o tyle obie maine coonki są nieodrodnymi córeczkami swojej mamusi. Tylko otwórz drzwi balkonowe, to do domu już nie wejdą!

Z kolei mamusia tak się wycwaniła, że czynnie domaga się otwarcia drzwi balkonowych, posiedzi tam chwile, po czym wraca i siedzi w domu w cieple. Ale wystarczy, że wstanę i skieruję się do balkonu – natychmiast śmiga na zewnątrz, usadawia się na drapaku albo parapecie i patrzy niewinnie: no, o co Ci chodzi? siedzę tu przecież!

Przeczytaj tez:

Related Images:

Facebooktwitter

Nadszedł czas kastracji

Ostatnie dni kociąt u mnie są najtrudniejsze. Nie dość, że perspektywa rozstania jest coraz bardziej przytłaczająca, to jeszcze w tym czasie przypada termin kastracji.

Przyjęło się mówić, że kocurki są kastrowane, a koteczki sterylizowane, co nie do końca jest precyzyjne. W znakomitej większości przypadków, jeśli nie we wszystkich, obie płci są kastrowane, czyli kocurkom usuwa się chirurgicznie  jądra, kotkom natomiast – jajniki i macicę. Sterylizacja, czyli podwiązywanie jajowodów, u domowych kotek mija się trochę z celem, bo nie kończy przecież hormonalnych burz.

Przed kastracją kotom nie daje się jeść przez 12 godzin, a że nie ma opcji karmienia jednych, a innych nie, wszystkie koty zostały zmuszone do głodówki. Wywołało to szereg gorszących awantur oraz fochów, ale wykazałam się żelazną determinacją.

Rano zapakowałam kocięta w transporterki i zawiozłam do doktor Anety Wieczorek do gabinetu na Radarowej. Trochę daleko ode mnie – w sumie przez całą Warszawę (kto mieszka w Warszawie, ten wie co to znaczy jechać z Białołęki na Okęcie!), ale jest to fachowiec sprawdzony i lekką rękę do kotów mający, więc wsiadłam w samochód i po godzinie byliśmy na miejscu.

Pierwsze serca pękanie przeżyłam kiedy trzeba je było zostawić w gabinecie. Kolejne – przy odbiorze. Towarzystwo było już co prawda wybudzone, ale mocno trzepnięte w łeb i wyglądało bardzo żałośnie, a ja uczuciowa jestem.

ChiLee dostała od Pani Wet ksywę Terminator, bo najpierw nie chciała zasnąć, a potem bardzo szybko się wybudziła i zaczęła wykazywać aktywność. Chłopaki, w przypadku których kastracja jest prostym zabiegiem, siedzieli tacy osowiali i jeszcze nie bardzo kontaktowali. Tymczasem ChiLee, po poważnej bądź co bądź operacji, wyglądała na żwawszą od nich i bardziej przytomną. Co adrenalina robi z kota! Do domu wracaliśmy już w korkach, więc zajęło to ponad półtorej godziny, a ona przez cały czas trzymała się na nogach. Po powrocie do domu próbowałam wszystkie zamknąć w łazience, żeby mi nie łaziły, ale nie z ChiLee te numery! Przemknęła mi między nogami i dawaj łazić! Adrenalina jednak dosyć szybko wystawia rachunek i kiedy kotku skończyły się baterie, padła jak szmata na podłogę i nie była w stanie ruszyć się przez dobrych kilkanaście godzin. Co akurat było dobre, bo grzecznie przespała okres kiedy gojenie się jest najintensywniejsze, nie naruszając rany na brzuszku i pozwalając jej się ładnie zasklepić.

Chłopcy pospali troszeczkę i praktycznie wieczorem już byli na chodzie – ale w ich przypadku nie trzeba było otwierać powłok brzusznych, więc i rana niewielka, i gojenie się było ekspresowe. BeanSi grzecznie spędziła pierwszy dzień, ale drugiego zaczęła się interesować szwami, więc została na dobę zapakowana w kaftanik. Najpierw strzeliła focha, ale szybko jej przeszło i ganiała po domu jak gdyby nigdy nic.

Opieka nad rekonwalescentami była dosyć absorbująca, toteż nie udało mi się zrobić fotek. Wykorzystałam tylko moment oszołomienia i pstryknęłam brzuszki dziewczętom.

Widać, że cięcie jest minimalne, nie więcej niż centymetr. Obie były wysmarowane srebrnym szuwaksem, więc na sierści BeanSi mało widać, ale za to ChiLee chodziła kilka dni jak wyciągnięta z rynsztoka, dopóki sobie ładnie nie umyła brzuszka. Po prawej stan po 8 dniach.

Chłopakom nie było czego pstrykać, bo nie mieli tak efektownych ran.

Dziękujemy pani Anecie Wieczorek z gabinetu Atena za fachową opiekę nad maluchami :)

Related Images:

Facebooktwitter

Prawie srebrno-metaliczna kuweta

Kiedy ważyłam kocięta przed pierwszym odrobaczaniem, rusałki ważyły około 500g, maine coonki – około 650g. Miesiąc później było już 1600g i 1900g. Nawet ja – widząc je przecież non-stop – nie mogłam się nadziwić jak szybko rosną. A co dopiero Pan Wet, który widział je co jakiś czas!

Oczywiście to szybkie nabieranie wagi bezpośrednio wiąże się z tym, ile jedzą i hmmm… zostawiają w kuwetach. No i w pewnym momencie zaczął się robić problem kuwetowy. Problem polegał na tym, że nie nadążałam sprzątać. Kolejna kuweta zdawała się być nieunikniona. I w dodatku musiałaby stać na widoku w salonie, bo nie mam już gdzie jej postawić – toteż szukałam zamkniętej i o estetycznym wyglądzie. W końcu wybrałam Gimpet de Luxe w kolorze srebrno-metalicznym.

Po tygodniu przyszła dostawa. Wyciągam kuwetę i trochę nie wiem, co mam o tym myśleć. Kolor ma specyficzny, owszem, ale koło srebrnego to on nawet nie leżał. Trochę szary, trochę kawa z mlekiem.

W te pędy wysmażyłam maila do zooplusa, że chyba im się kolor pomerdał i w dodatku produkt na bokach ma brzydkie przebarwienia – i co teraz? mam odesłać? Na prośbę wysłałam zdjęcie. W odpowiedzi napisano mi, że pewnie nie uwierzę, ale u nich ten kolor nazywa się srebrno-metaliczny. Uwierzyłam, czemu nie? Mogą sobie nazywać go jak chcą, ale samego koloru zasadniczo to nie zmieni. W mailu znalazł się też taki passus: „Zwrot artykułu w tej sytuacji jest zbędny. W zależności od Pani życzenia zlecimy ponowną wysyłkę artykułu (…) lub zlecimy przelew zwrotny należności wydanej na zakup kuwety.”. To „zbędny” w pierwszym zdaniu zinterpretowałam jako „nie rób scen”, toteż gul mi skoczył i napisałam im co o tym myślę. Bez inwektyw, ale dosadnie. I że poproszę zwrot kasy.

W odpowiedzi napisano mi, że zlecili już zwrot należności, i ponownie, że odsyłanie artykułu jest zbędne. Dopiero wtedy zrozumiałam, że autorowi chodziło o to, żebym sobie nie robiła kłopotu i zrobiła z tą kuwetą co mi się żywnie podoba. Uch. Niech żyją nadinterpretacje! Podziękowałam grzecznie i poszłam poprzymierzać, gdzie się zmieści. No i kurde, znowu muszę uczciwie napisać, że w trudnej sytuacji Zooplus się odnalazł. Jak by nie patrzyć – paczki pakują fatalnie, ale jak przyjdzie co do czego, to wychodzą klientowi naprzeciw. Z tego poczucia satysfakcji od razu zamówiłam dostawę żwirku, bowiem okazało się, że nie mam czym nowego artykułu zapełnić.

Kuweta jest wielka. Jak mierzyłam sobie centymetrem w powietrzu, to jakoś nie miałam wrażenia, że będzie aż tak duża. Spodnia część wykonana jest z dosyć miękkiego plastyku i kiedy nasypałam tam żwirku, wyraźnie czułam w ręku jak pracuje podczas przechylania pod wpływem ciężaru. Jest też dużo płytsza od starej kuwety, toteż przesypywanie piasku na jedną stronę podczas sprzątania nie wchodzi w grę. Za to ma dosyć gładką powierzchnię w środku, dzięki czemu grudki łatwo odpadają i sprzątanie jest ułatwione.

Wieko przypinane jest do spodu jakimiś dziwnymi klamerkami. Jedna mi wypadła, druga nie chciała się ruszyć, więc wywaliłam obie. I tak nie zamykam kuwet, tylko nakładam wieko, więc te klamerki nie były mi do niczego potrzebne.

Koty za to kuwetę pokochały, zwłaszcza maluchy. Przestały prawie chodzić do kuwety łazienkowej i teraz urzędują w obu salonowych. Mnie jej kolor do niczego nie pasuje, ale kociakom najwyraźniej odpowiada. W sumie – nie kupowałam jej dla siebie, prawda?

Related Images:

Facebooktwitter

Fotostory – Jesienne koty balkonowe

Zanim kocięta urosły na tyle, żeby można im było poszerzyć im lebensraum o balkon, zrobiło się zimno i paskudnie. Wypuszczałam więc tylko dorosłe, starannie utrzymując maluchy na dystans. Jak trzeba – to odgarniając je nogą. Oczywiście było to rozwiązanie kłopotliwe i nie rokujące na przyszłość. Małe szybko znalazły słabe punkty w obronie i trochę podstępem, trochę siłą, wyrwały się na balkon.

Tam oczywiście dostały szału, biegały wręcz po ścianach w amoku, starannie unikając moich rąk, kiedy uznałam, że już wystarczy tego marznięcia. Próby łapania ich i wynoszenia po kolei do domu przypominały nabieranie wody sitem – jednego wrzucałam do środka, dwa przemykały się między nogami na balkon.

Niestety raz wykonały ten manewr wcześnie rano, kiedy pani jeszcze paradowała w piżamce. Ponieważ ja wstaję o 8, ale budzę się koło 12, toteż totalnie nieprzytomna poszłam z krótkim rękawkiem na mróz łapać te potwory. Teraz kicham i prycham, a że zima spadła znienacka, to w związku z moim słabym samopoczuciem kocięta się z nią jeszcze nie zapoznały.

Należy więc oczekiwać w dającej się przewidzieć przyszłości kolejnej odsłony kotów balkonowych, tym razem zimowych.

Related Images:

Facebooktwitter

Pierwsze szczepienie

Kocięta skończyły już 8 tygodni i nadszedł czas na niezbyt przyjemne wydarzenie w postaci pierwszego szczepienia.

Nasz ukochany wet, Pan Mikołaj, przyjechał w czwartek z wszystkimi niezbędnymi utensyliami aby podziabać moje kochane maluszki. Oczywiście najbardziej traumatycznym przeżyciem było mierzenie temperatury – kocięta jak jeden wiły się i pokładały, próbując za wszelką cenę utrudnić zadanie. Zaglądanie w paszczę też nie było fajne, ale obeszło się bez większych kontrowersji.

Szczepiliśmy maluchy Tricatem. Mam do tej szczepionki większe zaufanie – nigdy nie miałam nieciekawych efektów po jej podaniu. Co prawda Pan Wet ostrzegał, że w ciągu kolejnych 24 godzin kocięta mogą być osowiałe i dopiero jeśli zdarzy się to później, niż po tym czasie, należy zgłosić się do niego.

Kiedy Pan Wet zebrał swoje zabawki i udał się w dalszą drogę, kocięta jeszcze przez chwilę niepewnie myszkowały po mieszkaniu. Kiedy się upewniły, że to już koniec, zamiast pójść odespać stres – jak nie dadzą czadu! Tylko ChiNa wdrapała się na drapak i poszła spać, ale podejrzewam raczej, że to była po prostu jej kolej na spanie. Reszta towarzystwa zaś rzuciła się mordować wszystkie myszki, papierki i piórka powyrywane z zabawek. Oraz papier toaletowy. Cóż…

Related Images:

Facebooktwitter

Biegi przełajowe

Przypuszczam, że wkrótce oszaleję. Koteczki rozwijają już takie prędkości, że oko za nimi nie nadąża. Do tego jeszcze trenują cały czas, którego nie spędzają śpiąc. Kto by pomyślał, że te małe łapeczki tak tupią!
Maine coony biegają już w tempie umożliwiającym ganianie się z Antenką. Latają teraz całą watahą po mieszkaniu, tyle że maine coony kończą biegi na podłodze, a Antenka gdzieś zawsze wskakuje. Mam tylko nadzieję, że nie będzie ich uczyć wskakiwać na górę kabiny prysznicowej, bo tego bym już chyba nie przeżyła.

Rusałki są już wyraźnie mniejsze, choć też rosną jak na drożdżach. Nie biegają bardzo szybko, ale za to prześmiesznie kicają na wszystkich czterech łapkach. Za każdym razem widok ten rozbawia mnie do łez.
Co jakiś czas nadchodzi chwila, kiedy wszystkie dają czadu i wtedy jest naprawdę nie do wytrzymania. Strach nogę postawić, bo nawet jeśli nie ma tam kota, to nie ma też gwarancji, że nie pojawi się w kolejnej nanosekundzie. Wstyd się przyznać, ale już trzy razy nadepnęłam nie tam, gdzie trzeba.

Related Images:

Facebooktwitter

Ach śpij, kochanie…

Kocięta wyemancypowały się już zupełnie i maja własne rytmy dobowe i własne miejsca do spania. Nie sypiają już na kupce, a przynajmniej nie zawsze. I niestety nie w tym samym czasie. Zawsze jest co najmniej jeden, który snuje się po mieszkaniu i rozrabia, podczas gdy reszta śpi. Potem jest zmiana i wstaje inny. W ten sposób one się wysypiają, a ja nie mam chwili odpoczynku.

Jakoś nie mogę ich przekonać, żeby spały w nocy. Koło drugiej wstają rusałki i przychodzą do łóżka pobawić się. Niby nie ważą dużo, ale uporczywe kicanie po człowieku jakoś mnie rozprasza i nie mogę się skupić na spaniu. Kiedy już sobie szczęśliwie pójdą, mam dosłownie chwilę na ekspresowe wyspanie się, bo o świcie wpadną maine coonki i będą się ganiać na mnie.

A najgorsze jest, że wiem, że jeśli podniosę głowę, zobaczę inne koty porozkładane po sypialni i smacznie śpiące! Tylko te dwie potwory harcują – jakby nie mogły biegać w drugim pokoju!

Ps. Liczba naszych fanów na Facebooku przekroczyła 100! Hurra! Bardzo się cieszymy :)

A tych, którzy nas jeszcze nie „zalajkowali” zapraszamy do zrobienia tego. I komentowania! Będzie nam miło pogadać z Wami – mówię za siebie i za koty, one zawsze z ciekawością oglądają co tam się dzieje :)

Related Images:

Facebooktwitter