Kochanego ciałka…

Kot TaiChi po kastracji zmieniła częściowo nawyki żywieniowe, a częściowo nie.

Przed kastracją nie była fanką mokrego żarcia. Skubnęła dwa kawałki, po czym szła do miski z suchym i tam się pożywiała. Trochę to było dziwne: wszystkie szamią mięsko, a Ruda chrupki postne wciąga, ale ok, nie będę jej żałować, skoro chce.

Po kastracji nadal na śniadanko wciąga chrupki. Ale dopiero po zjedzeniu porządnej porcji mokrego.

Dwa śniadania nie pozostały bez wpływu na jej wagę. Na razie przybrała niecały kilogram, który się rozłożył równomiernie po całym kocie. Ewidentnie nie jest to już ta sama długa chudzinka – teraz widać, że idzie KOT.

Wolałabym jednak, żeby to było na tyle. Dalsze tycie zniszaczy tę idealną figurę. Cała nadzieja w tym, że trochę jej ten wilczy apetyt minie i waga się ustabilizuje na jednym poziomie. VaiPerek też przecież jest kastratem, a jest szczupły i elegancki. TaiChi – bierz przykład z VaiPerka!

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

Facebooktwittergoogle_plus

Rekonwalescentki

Jak zwykle dzień po kastracji jest już dniem jak co dzień. Kociaki świrują ile sił, ściany opierają im się z lepszym efektem, ale przedmioty nie przyspawane na stałe do podłoża tylko śmigają po mieszkaniu.

Tym razem obyło się bez kaftanów bezpieczeństwa. Jedynie Nasira zaraz pierwszego dnia wydłubała sobie jeden szew, ale bez większej szkody dla procesu gojenia. W tej chwili już śladu po własnozębnym zabiegu nie ma, a goi się na nich jak… nie wiem na czym, na kociętach? ;)

Chłopaki już w ogóle mają gojenie za sobą, toteż zwykle wychodzą do nowych domów szybciej, niż dziewczęta. Tym razem jako pierwszy wyjechał Hodżysław. Hodża zamieszkał z nową rodziną około 60 km od Warszawy. Miał trochę trudności z przystosowaniem się do nowego otoczenia, nie chciał jeść dopóki reszta stada nie przyszła, ale już jest wszystko w porządku. Jest kotkiem bardzo nakolannym i chyba wybrał sobie panią domu na swojego ukochanego człowieka :)

Facebooktwittergoogle_plus

Szpital na peryferiach ponownie

Jak ja nie lubię dnia kastracji. Nie lubię ogniście, ze szczerego serca i z przytupem. Bardzo.

Już samo zawiezienie dwóch transporterów pełnych kociąt gdziekolwiek to jest wyczyn nie lada. Ja mam 155 cm wzrostu i nie wyglądam jak Pudzian, a transporterki same ważą prawie 3 kg, a w środku jeszcze około 4-5 kg kotów. Do tego oczywiście są wielkie i nieporęczne.

Droga – ponad 20 km przez całą Warszawę. Zabieg – trauma. Zwykle mam dużo dziewczynek, więc trwa to i trwa… A potem przywozi się do domu takie smętne, wiotkie jestestwa zamiast tych ślicznych kociaków.

Najbardziej zmartwiło mnie, że nie mam gdzie kociaków ulokować, żeby spokojnie dochodziły do siebie. Wcześniej pożyczyłam klatkę wystawową, która co prawda zajęła mi pół pokoju, ale zamknięte w niej kociaki nie miały jak się szwendać, najwyżej trochę się wspinały po ścianach. Klatkę niestety musiałam oddać – i co teraz?

Kocurki wcześniej doszły do siebie i koniecznie chcą łazić. W akcie desperacji zamknęłam je w brodziku – daleko nie pójdą. Wysłałam dno kocem i podkładami higienicznymi, dałam im wodę i niech tam na razie siedzą. Dziewczynki śpią grzecznie, zostawiłam je więc w transporterkach.

Najpierw zamknęłam drzwi do łazienki, żeby dać kociętom trochę spokoju. Nadir włączył syrenę i odśpiewuje mi tam protest-song, wtóruje mu Hodża. Matki usłyszały płacz dzieci i pobiły się między sobą pod drzwiami. Nie miałam wyjścia – otworzyłam drzwi.

Dziewczyny siedzą i pilnują. Transporterki blokują drogę do sedesu. VaiPer warczy na złe obce zapachy. Nadir wyje w brodziku. Koteczki śpią. Pandemonium.

Rozważam ucieczkę do Argentyny.

Ps. Jeśli czeka Cie kastracja futrzaka, koniecznie przeczytaj o opiece po zabiegu.

Facebooktwittergoogle_plus

Z niezbędnika „kociej mamy” – piórka na patyku

Koty nie potrzebują drogich zabawek, bo cieszy je byle szeleszczący drobiazg, ale piórka na patyku to wyposażenie absolutnie niezbędne każdemu kotu. I jego obsłudze.

Dlaczego? Dlatego:
(A jak zrobisz trochę głośniej we fragmencie, gdy muzyka się wycisza, usłyszysz dowód na to, że w każdym miocie musi być kot, który warczy z piórkami w pysku. W tym miocie to Kofeina)

***

***

KoKotki w zeszłym tygodniu zostały poddane kastracji, którą zniosły całkiem nieźle. Zdecydowanie gorzej zniosły kaftaniki – szczególnie Kofeina. Kitara i Kassia po wylizaniu rany przestały się nią interesować, więc kaftanika nie potrzebowały. Kofeina zaś uwzięła się najpierw na kaftanik, potem na szwy. Na szczęście zanim pracowicie wyrwała sobie wszystkie, udało się doprowadzić do stanu, w którym proces gojenia był na tyle zaawansowany, że nitki można było usunąć.

Kiciaste w zasadzie gotowe są już do przeprowadzki. Krzyś – który nie potrzebował tak długiej rekonwalescencji – zamieszkał już w nowym domu w ubiegły weekend. Mam informacje, ze jeszcze czasem nawołuje stado, ale mam nadzieję, że szybko nas zapomni i będzie szczęśliwy w nowym domu. Kolejne rozstania czekają nas w ten weekend.

Facebooktwittergoogle_plus

Zabiegi kastracji w Koterii

Zbieg okoliczności sprawił, że w dniu, kiedy DaKotki były kastrowane, skontaktowała się ze mną pani Beata z Koterii z informacją, że w ramach swojej działalności prowadzą też odpłatne kastracje. Ja mam „swojego” weta, a przyszli właściciele moich kotków nie będą zainteresowani z przyczyn oczywistych, jednak uznałam, że warto puścić informację dalej.

Znacie w ogóle Koterię? Jeśli nie, a mieszkacie w Warszawie i los warszawskich kotów miejskich nie jest Wam obojętny – zainteresujcie się jej działalnością.

Koteria przede wszystkim zajmuje się sterylizacją kotów miejskich w Warszawie metodą TNR. Jak piszą na swojej stronie:

Metoda TNR ( z ang. Trap – Neuter – Return ) czyli ZŁAP – WYSTERYLIZUJ –WYPUŚĆ – polega na złapaniu dokarmianego kota i dostarczeniu go do ośrodka weterynaryjnego w celu dokonania zabiegu sterylizacji. Przy okazji kot może zostać zbadany, zaszczepiony i otrzymać pomoc lekarską przy drobnych dolegliwościach. Gdy dojdzie do siebie jest wypuszczany do swojego środowiska, gdzie dalej mieszka.

Koty miejskie to nie utrapienie, ale ważny element miejskiego ekosystemu – o czym przekonały się boleśnie na własnej skórze administracje mieszkaniowe skutecznie usuwające koty ze swoich osiedli, a następnie wprowadzające je z powrotem w wyniku plagi szkodników. Jednak pozostawione samym sobie koty chorują, przenoszą choroby, walczą i – niestety – szybko się rozmnażają. Koteria pomaga im, a pośrednio też nam, którzy korzystamy z dobrodziejstwa obecności kotów miejskich, nawet o tym nie wiedząc.

Na swoją działalność Koteria potrzebuje pieniędzy, co nie jest chyba informacją szokującą. Pozyskuje je na wiele sposobów: z dotacji, 1% (fundacja nazywa się AGROS), sprzedaży produktów – niedawno prezentowałam świeżo nabyty zeszyt, zaprojektowany przez artystów współpracujących z Koterią – oraz z odpłatnych zabiegów kastracji/sterylizacji.

Pani Beata przesłała mi też cennik, który zamieszczam ku pamięci:

CENNIK :

  • Przetrzymanie kota: 10 zł/doba
  • Zabiegi kastracji/sterylizacji:
    • kotka: 100 zł
    • kocur: 60 zł
    • pies/suka 5-10 kg: 120 zł
    • pies/suka 10-20 kg: 160 zł
    • pies/suka 20-40 kg: 210 zł
    • pies/suka 40-60 kg: 250 zł

W cenę zabiegu wchodzą leki i materiały medyczne użyte podczas zabiegu, praca lekarza, antybiotyk i leki przeciwbólowe
Dodatkowo płatne są np. badania krwi, kubraczek pooperacyjny lub kołnierz ochronny.

A gadżety Koterii są naprawdę wystrzałowe :)

Ps. w sumie mogłabym napisać, że następnego dnia DaKotki nie pamiętały o zabiegu i rozniosły chałupę kilka razy, ale to oczywista oczywistość. Mogłabym to pisać po każdym miocie, więc nie będę się powtarzać. Obserwatorzy naszego fanpage’a na facebooku wiedzą, że Dariuszek już pojechał do nowego domu.

Powiem więc tylko, że już zawojował i podbił serca swoich człowieków i kotki-rezydentki Felicji. :)

 (jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Facebooktwittergoogle_plus

Troje nastolatków

To niesamowite, jak te kocięta się różnią. Zupełnie inne charaktery, pomimo tych samych rodziców i warunków wychowania.

Chłopcy wyrośli na nastolatków demonstrujących swoją niezależność.

Saladyn spędza dużo czasu sam, chodzi własnymi drogami, ma własne zabawy. Zwykle gania po domu, kiedy jego rodzeństwo śpi – i na odwrót. Sam rzadko przychodzi na mizianki, ale wzięty na ręce rozpływa się z zachwytu, wylizuje mi dokładnie całe ręce i twarz i w ogóle najchętniej by nie schodził.

Sharif też demonstruje samowystarczalność, jednocześnie będąc blisko człowieka i innych kotów. Sam przychodzi na pieszczoty, uwala się brzuszkiem do góry jak basza, ale dla równowagi łapie dłoń zębami. Nie gryzie, tylko trzyma zębami. A ponieważ staram się kocięta oduczać takich zabaw, zwykle wkładam mu do mordki jego własną łapę albo koniec ogona, a on się wtedy przezabawnie złości. Podejrzewam, że to uwielbia.

Serafina z kolei nie demonstruje niczego. Kiedy jest w przytulastym nastroju, przychodzi na kolana i zagląda miłośnie w oczy. Kiedy ma ochotę na inne rozrywki – po prostu wstaje i oddala się. To jest dopiero prawdziwa niezależność. A do tego jest kotkiem tak niesamowicie miziastym i garnącym się do człowieka, że nie sposób jej nie kochać za tę kombinację cech.

Tymczasem w drodze do weta na kastrację kto wył jak potępieniec? Obaj chłopcy. Serafina zachowywała względny spokój – na tyle na ile to możliwe będąc zamkniętą w małej przestrzeni z dwoma wyjcami. Tyle w temacie: jaki to ze mnie macho.

Choć muszę przyznać, że po powrocie do domu Saladyn położył się grzecznie w koszyku i poszedł spać, natomiast pozostała dwójka wlazła mi na kolana i pozostała tam aż do późnego wieczora. Dobrze, że zrobiłam sobie wolny dzień, bo i tak nic nie byłam w stanie zrobić z uczepionymi spodni dwoma kotami. Nawet wstać na chwilę.

Dobrze, ze już po wszystkim.

Facebooktwittergoogle_plus

Szpital na peryferiach

FrouFrou nas opuszcza. Zamieszka w Łodzi w panią Magdą i panem Piotrem.

Na moje oko była to miłość od pierwszego wejrzenia, choć pani Magda jeszcze przez dobrych kilka minut próbowała testować samą siebie i nie mogła się zdobyć na wypowiedzenia finalnego: ta i żadna inna.

W domu znowu szpital. Maleńka, przywieziona do domu po kastracji, wyczołgała się tylko z transporterka i położyła obok. Natychmiast zleciało się rodzeństwo i matka, żeby zaopiekować się rekonwalescentką. Szczególnie FajfOklok się przejął, tulił ją i wylizywał.

Kiedy FrouFrou odpoczęła i nabrała trochę sił, zaczęła wylizywać brzuszek. Bałam się, że będzie wygryzać nitki, więc zapakowałam ją w kaftanik. Jak widać – najnowszy model paryski ;).

Jakoś ją to strasznie wkurzyło, więc poszła do mamusi, żeby się poskarżyć i odebrać kolejną porcję pieszczot.

Kilka godzin po kastracji, kiedy już zmetabolizowała narkozę i doszła całkiem do siebie, wrócił jej humor i chęć do zabawy. Ganiała za zabawkami, tłukła się z rodzeństwem – dzień jak co dzień. Tylko zdaje się kaftanik jej nie leżał bardzo, bo jak się na niego uwzięła, to w ciągu niecałych 2 godzin rozszarpała go tak, że nie było czego zbierać.

Chciałam jej założyć kolejny, ale broniła się jak lew. Obserwowałam, czy nie szarpie nitek, ale tylko wylizała sobie dokładnie brzuszek, oczyściła ranę i zostawiła w spokoju. I bardzo dobrze – rana zagoiła się przepięknie, blizna nie ma nawet centymetra, a jak sierść odrośnie, nie będzie śladu po operacji.

Facebooktwittergoogle_plus

Opieka nad kotem po kastracji

Opieka nad kotem po kastracji jest technicznie prosta, ale wykańczająca emocjonalnie. Kot po wybudzeniu jest osowiały, nie do końca kontaktuje i ogólnie wygląda tak, że się serce kraje. Bardzo łatwo jest dostać psychozy i spędzić pół dnia na sprawdzaniu co 5 minut czy kot oddycha, czy serce mu bije i czy się biedak nie dusi.

Nie wiem, czy to norma, ale moim wszystkim włącza się szwendaczek i próbują chodzić po mieszkaniu. Zwykle na tym etapie łapy jeszcze ich nie słuchają, więc zwierzak zatacza się i przewraca, co oczywiście nie wpływa pozytywnie na proces gojenia. Konieczne chcą leżeć wówczas na swoich ulubionych miejscach – na fotelu czy drapaku.

Mogłabym oczywiście zamknąć je w transporterkach i przeczekać, ale jakoś nie mam serca. Pracowicie chodzę za nimi, podtrzymuję, podsadzam na wyżej położone miejsca, pilnuję kiedy chcą zejść, żeby je przenieść. Obserwuję ile razy i jak często piją.

W pierwszych godzinach jeszcze nie powinny jeść, natomiast mogą pić. Dodatkowo jeszcze mogą się zdarzyć (i często zdarzają) wymioty, więc trzeba być czujnym jak ważka w locie. Bezsenna noc po kastracji, spędzona na pilnowaniu, żeby sobie nie zrobiły krzywdy, to standard. Trzeba obserwować, czy nie pojawiają się jakieś wycieki ropne z rany, krwawienie, czy wymioty nie są nazbyt silne, czy kot nie ma kłopotów z oddychaniem czy nie ma innych niepokojących objawów. Koty, tak jak ludzie, mogą różnie reagować na narkozę. Jedne metabolizują ją gładko, inne się męczą. Jedne śpią, inne wymiotują po kątach.

Często czytam na forach pełne lęku wypowiedzi osób, które maja przed sobą to doświadczenie albo są w jego trakcie. Za każdym razem przepełnia mnie współczucie, bo wiem jak strasznie stresująca dla właściciela jest to sytuacja, zwłaszcza kiedy robi się to pierwszy raz. Są chwile, kiedy naprawdę chce się usiąść i płakać ze strachu i bezradności nad tym strzępkiem kota.

Na szczęście następnego dnia nasz kochany kot jest znowu sobą i można odetchnąć z ulgą.

Chyba, że mamy dziewczynkę – wtedy zaczyna się jazda z pilnowaniem, żeby nie rozszarpała sobie szwów. Jeśli kota za bardzo interesuje się raną, może być konieczne założenie kołnierza albo kaftanika, który uniemożliwi jej sięgnięcie zębami. Kiedy kotów jest kilka i pozostałe pomagają w rekonwalescencji wylizywaniem rany, kaftanik jest niezbędny, chyba, że chcemy narażać kota na przedłużanie procesu gojenia w nieskończoność.

Kot w kołnierzu albo kaftanie jest kotem w skrajnej depresji. Komunikuje to całym sobą, wpędzając właścicieli w stres i poczucie winy. Trzeba się temu oprzeć aż do chwili, kiedy rana zasklepi się na tyle, że nie ma niebezpieczeństwa ponownego jej rozszarpania. A jeśli kicia chwyta zębami nitki – może to trwać nawet kilka dni.

Takie 10 dni w kołnierzu i kaftanie przetrwaliśmy przy okazji operacji Vaiperka, która była też naszym pierwszym doświadczeniem tego typu. Popełniliśmy wtedy wiele błędów – z lęku, z braku doświadczenia, z niewiedzy. Gdyby to się zdarzyło teraz, biedak nie musiałby aż tyle się męczyć z tym abażurem na łbie. Teraz przy kastracji kociaków kaftanik zakładam dziewczynkom na jeden-dwa dni i wszystko goi się dobrze. Tym razem tej przyjemności doświadczyła tylko BeanSi, bo ChiLee w ogóle się raną nie interesowała. Grzeczna dziewczynka.

A ze straszno-śmiesznych historii: natknęłam się kiedyś na forum na wypowiedź „pani fachowiec”, która doradzała początkującej właścicielce kota, żeby nie szła do weterynarza, który każe zakładać kaftanik.  Bo to zły weterynarz jest. Przyznam, że ręce mi opadły. Raz, że straszy dziewczynę; dwa, że wciska jej jakąś straszliwą bzdurę – że kaftanik to zło (a może wręcz Zło?). Po założeniu kaftana kot dostanie zapewne zapaści, wypadnie mu sierść i oczy oraz się zaślini. No ratunku. Kaftan jest po to, żeby rana się szybciej zagoiła, a nie z powodu sadystycznych zapędów weterynarza!

A wracając do kastracji dziewczynek – po około 10 dniach trzeba ponownie zakolędować do weterynarza na zdjęcie szwów. Jeżeli nie dopilnowaliśmy kota, może się zdarzyć, że rana nie będzie jeszcze zagojona i weterynarz zaleci jeszcze kilka dni rekonwalescencji. Jeśli wszystko będzie ok, samo wyjęcie szwów to dosłownie 10 sekund. Nitki zawiązane są po obu końcach rany na supełki, weterynarz obcina jeden supełek i pęsetą wyciąga nitkę, która powinna gładko się wysunąć. I voila! Kot jak nowy.

Przeczytaj również:

Facebooktwittergoogle_plus

Nadszedł czas kastracji

Ostatnie dni kociąt u mnie są najtrudniejsze. Nie dość, że perspektywa rozstania jest coraz bardziej przytłaczająca, to jeszcze w tym czasie przypada termin kastracji.

Przyjęło się mówić, że kocurki są kastrowane, a koteczki sterylizowane, co nie do końca jest precyzyjne. W znakomitej większości przypadków, jeśli nie we wszystkich, obie płci są kastrowane, czyli kocurkom usuwa się chirurgicznie  jądra, kotkom natomiast – jajniki i macicę. Sterylizacja, czyli podwiązywanie jajowodów, u domowych kotek mija się trochę z celem, bo nie kończy przecież hormonalnych burz.

Przed kastracją kotom nie daje się jeść przez 12 godzin, a że nie ma opcji karmienia jednych, a innych nie, wszystkie koty zostały zmuszone do głodówki. Wywołało to szereg gorszących awantur oraz fochów, ale wykazałam się żelazną determinacją.

Rano zapakowałam kocięta w transporterki i zawiozłam do doktor Anety Wieczorek do gabinetu na Radarowej. Trochę daleko ode mnie – w sumie przez całą Warszawę (kto mieszka w Warszawie, ten wie co to znaczy jechać z Białołęki na Okęcie!), ale jest to fachowiec sprawdzony i lekką rękę do kotów mający, więc wsiadłam w samochód i po godzinie byliśmy na miejscu.

Pierwsze serca pękanie przeżyłam kiedy trzeba je było zostawić w gabinecie. Kolejne – przy odbiorze. Towarzystwo było już co prawda wybudzone, ale mocno trzepnięte w łeb i wyglądało bardzo żałośnie, a ja uczuciowa jestem.

ChiLee dostała od Pani Wet ksywę Terminator, bo najpierw nie chciała zasnąć, a potem bardzo szybko się wybudziła i zaczęła wykazywać aktywność. Chłopaki, w przypadku których kastracja jest prostym zabiegiem, siedzieli tacy osowiali i jeszcze nie bardzo kontaktowali. Tymczasem ChiLee, po poważnej bądź co bądź operacji, wyglądała na żwawszą od nich i bardziej przytomną. Co adrenalina robi z kota! Do domu wracaliśmy już w korkach, więc zajęło to ponad półtorej godziny, a ona przez cały czas trzymała się na nogach. Po powrocie do domu próbowałam wszystkie zamknąć w łazience, żeby mi nie łaziły, ale nie z ChiLee te numery! Przemknęła mi między nogami i dawaj łazić! Adrenalina jednak dosyć szybko wystawia rachunek i kiedy kotku skończyły się baterie, padła jak szmata na podłogę i nie była w stanie ruszyć się przez dobrych kilkanaście godzin. Co akurat było dobre, bo grzecznie przespała okres kiedy gojenie się jest najintensywniejsze, nie naruszając rany na brzuszku i pozwalając jej się ładnie zasklepić.

Chłopcy pospali troszeczkę i praktycznie wieczorem już byli na chodzie – ale w ich przypadku nie trzeba było otwierać powłok brzusznych, więc i rana niewielka, i gojenie się było ekspresowe. BeanSi grzecznie spędziła pierwszy dzień, ale drugiego zaczęła się interesować szwami, więc została na dobę zapakowana w kaftanik. Najpierw strzeliła focha, ale szybko jej przeszło i ganiała po domu jak gdyby nigdy nic.

Opieka nad rekonwalescentami była dosyć absorbująca, toteż nie udało mi się zrobić fotek. Wykorzystałam tylko moment oszołomienia i pstryknęłam brzuszki dziewczętom.

Widać, że cięcie jest minimalne, nie więcej niż centymetr. Obie były wysmarowane srebrnym szuwaksem, więc na sierści BeanSi mało widać, ale za to ChiLee chodziła kilka dni jak wyciągnięta z rynsztoka, dopóki sobie ładnie nie umyła brzuszka. Po prawej stan po 8 dniach.

Chłopakom nie było czego pstrykać, bo nie mieli tak efektownych ran.

Dziękujemy pani Anecie Wieczorek z gabinetu Atena za fachową opiekę nad maluchami :)

Facebooktwittergoogle_plus

Po zabiegu

W sobotę nasze dwa maleństwa – AlErgen i AnaFora – zostały wykastrowane. Przywieźliśmy je do domu koło 15.00, wybudzone ale ledwie kumate i zaczęła się powtórka z rozrywki z pielęgnowania VaiPerka po operacji, tylko do kwadratu. Obu kotkom włączył się szwendaczek (a słaniały się i chwiały na łapkach), oba też uparły się spać na drapaku – na tym samych hamaku, gdzie chciał spać  w podobnym stanie VaiPerek. Cały wieczór chodziliśmy za nimi, podtrzymywaliśmy, zniechęcaliśmy do skakania i wspinania się, a kiedy to zawiodło – podnosiliśmy koteczki na krzesła i drapak.

Na szczęście żadne nie wymiotowało, oba troszeczkę skubnęły karmy i napiły się wody. Poza tym głównie spały, budziły się tylko po to, by się przemieścić.

Wiadomo było, że nocka z głowy, więc  wieczorem ja się nimi zajmowałam a Paweł się przespał, potem on czuwał całą noc, a raniutko znowu ja przejęłam pałeczkę. Dobrze jest opiekować się zwierzakami we dwójkę – łatwiej idzie. Następnego dnia AlErgenek był już w dobrej formie i ganiał się po domu z AnaTemą.  AnaFora zaczęła się interesować szwem i wyciągać nitki, wobec tego zapakowaliśmy ją w kaftan bezpieczeństwa. Kaftan został wykonany domowym sposobem, ruchów nie krępował, choć może cudem urody nie był.

Koty słabo znoszą takie ograniczanie wolności, kicia po zapakowaniu weń wpadła w najczarniejszą depresję, nie chciała się w ogóle ruszać, co akurat dobrze jej robiło na gojenie, ale też patrzyła na mnie takim wzrokiem, że mi się serce krajało. Większą część niedzieli spędziła leżąc na kaloryferze i wyglądając bardzo żałośnie.

Już w niedzielę dawała radę wskakiwać na krzesła i wspinać się na drapak, widać było, że fizycznie czuje się nieźle. Tylko ten kaftan wredny…

W poniedziałek litość wezbrała w mym sercu i rano zdjęłam jej ten kaftan, żeby sobie pobiegała z rodzeństwem. Rekonwalescenci uwiecznieni zostali na filmie – głównie AnaFora, a tam gdzie widać dwójkę, towarzyszy jej AlErgen. Biedne kotki, prawda, cierpiące… ;)

Bardzo dziękujemy Pani Doktor Anecie Wieczorek za fachowość, lekką rękę i serce do kotów :)

.

Przeczytaj też:

Przygody weterynaryjne

Rekonwalescencja VaiPera

Hierarchia w stadzie się chwieje

Facebooktwittergoogle_plus