Drugi pierwszy znak

Z chwilą, kiedy minęły upały, koty przestały się wyciągać na całą długość. Na szczęście TaiChi grzecznie brzuszek podsuwała do oglądania, więc z potwierdzeniem ciąży problemu nie było, ale PaiLu dla odmiany broni się zwykle czterema łapami przed inwazją na brzuch.

I pewnie byłby problem, gdyby z dnia na dzień nie zrobiła się spokojniejsza, bardziej wyluzowana i taka trochę w zwolnionym tempie. Nawet leżała jakoś tak… bardziej. W sumie nie miałam wątpliwości, że małe rusałki są w drodze. W zasadzie sutki sprawdziłam już tylko pro forma, żeby móc na bieżąco kontrolować zmiany.

Za chwilę obie kicie zrobią się ociężałe i będzie trochę spokoju w domu. A od września – sajgon! Już się nie mogę doczekać.

no images were found

Facebooktwittergoogle_plus

Tak się bawi kociarnia

Kiedy koty są w nastroju do zabawy, nic, ale to nic kompletnie, nie jest w stanie im w tym przeszkodzić. Jeden z takich nastrojów ogarnia je codziennie około godziny 23.

Kiedy przez mieszkanie lecą maine coony, wygląda to jak kłębiący się futrzasty cyklon, ogarniający swoim impetem wszystko, czego się dotkną.

Kiedy lecą rusałki, wygląda to mniej więcej jak przelot z prędkością naddźwiękową. Nic nie widać, nic nie słychać, a nagle przez mieszkanie przesuwa się jakby seria wybuchów. Drobne przedmioty nagle lądują pod przeciwległą ścianą. Większe, a słabo umocowane, podnoszą się, jakby lewitowały a potem lądują z hukiem.

Przyznam się, że nie popisałam się darem przewidywania. Zrobiłam niewielkie przemeblowanie, nie biorąc pod uwagę stałych tras przelotów rusałek. Już drugiego dnia zemściło się to na mnie strasznie. Dziewczyny przeleciały po biurku komputerowym a podmuch wyrwał z posad mojego laptopa wraz z podpiętym dyskiem zewnętrznym. Sprzęt ów na moich oczach poderwał się do lotu, po czym łagodnym łukiem ruszył na spotkanie z podłogą. Huk, grzmot, ogólna rozpacz.

Zebrałam cały złom z podłogi i pełna jak najgorszych przeczuć podłączyłam na nowo. Otóż chcę powiedzieć, że co jak co, ale – uwaga! kryptoreklama! – dysk Pqi to porządny produkt. Po tym, jak dwa razy odbił się od podłogi myślałam, że nie ma czego zbierać. A tu jedynie wtyczka się lekko zdefasonowała, a sam dysk i dane – nienaruszone.

Postawiony na biurku komputer samodzielnie się restartował, co napełniło mnie jak najgorszymi przeczuciami. Ale po ponownym starcie nie wyglądał na bardzo cierpiącego. Sprawdziłam kilka programów i dokumentów – działa. Uff, co za ulga. Bliższa inspekcja wykazała jednak, że gniazda USB, do których był podpięty dysk oraz zewnętrzny bluetooth, wyglądają jakby w nich granat wybuchł. Na szczęście mam jeszcze dwa z tyłu, o trochę niewygodnym dostępie, ale przecież działające.

Tym razem przeszło w miarę ulgowo.

Facebooktwittergoogle_plus

Pierwszy znak

Dzisiaj podczas czesania TaiChi udało mi się skontrolować podstępnie jej brzuszek. Najwyraźniej sutki zaczynają jej różowieć. Na razie nie ma żadnych innych zmian ani w wygladzie, ani w zachowaniu, ale nie ulega wątpliwości – małe maine coony są w drodze! No, przynajmniej jeden ;)

PaiLu zaś nadal niezmiennie nie pozwala się dotknąć. Poczekam na powrót upałów – wtedy sama pokaże brzuszek.

Tymczasem w dziale Hodowla/Kocięta zamieściłam informacje o planowanych miotach.

Facebooktwittergoogle_plus

Od przybytku głowa nie boli?

PaiLu była poza domem tylko dwa dni.

Ponoć od razu zabrała się do rzeczy i skutecznie zachęciła Punta do działania. Czas pokaże – po około 20 dniach powinny się pojawić pierwsze symptomy ciąży i będzie to chwila prawdy.

Tymczasem moja wizyta w celu odebrania kota obfitowała w nieoczekiwane wydarzenia. Jedna z kotek, kryta pięknym i utytułowanym kocurem w celu otrzymania koteczek, a przynajmniej jednej koteczki hodowlanej, właśnie zaczęła rodzić. Nie mogłam przecież wyjść w takim momencie!

Pierwsze kociątko, kocurek, było już na świecie, a koteczka właśnie zdecydowała, że zmienia koszyk na inny, kiedy zasiadłam na podłodze w radosnym oczekiwaniu. Zasiadłam… i nic. Wyszłyśmy na chwilę z pokoju i ledwie zamknęłyśmy drzwi – już pojawiło się drugie kociątko. Drugi kocurek. W te pędy wracamy, kontrolujemy sytuację i czekamy dalej. Kicia stwierdziła, że ten koszyk też jest be i w ogóle to ona idzie do wielkiego kosza, gdzie przebywają kocięta z dwóch wcześniej urodzonych miotów. Nie dała się przekonać, żeby zostać, gdzie jest. Poszła, położyła się, zaczęła karmić tamte maluchy… Nic się nie dzieje… Wyszłyśmy na herbatę, ale ledwie udało się ją zaparzyć, już trzeba było biec z powrotem, bo na świat wyrywało się kolejne kociątko. Do kosza przyszła jedna z mam, zaczęła karmić obok, rodząca przytuliła się do niej – sielski obrazek się zrobił i w ogóle było bardzo miło i radośnie. Niestety było też bardzo późno i – choć niechętnie – musiałam wracać do domu, nie doczekawszy wszystkich kotków.

Rano zadzwoniłam, żeby się dowiedzieć jak poszło. Poszło gładko, zaraz po moim wyjściu kicia wydała na świat szóste kocię i to by było na tyle.

Sześć kocurków.

Natura lubi płatać figle.

Facebooktwittergoogle_plus

Dwa wesela i…?

Nie nadążam za tymi kotami. PaiLu była umówiona do kocurra już od dawna, ale kiedy wreszcie raczyła dostać rui, to wybrała moment, kiedy byliśmy na wakacjach i sprawa się rypła. I kiedy wydawało mi się, że już po jabłkach, PaiLu znowu zapragnęła randki. Dwa tygodnie po poprzedniej rui! Myślałam, że padnę. Nastawiłam się na co najmniej kilka miesięcy spokoju, a tu proszę, nie dość że znowu ma ruję, to jeszcze taką z wyskokiem i przytupem.

Nie miałam za bardzo wyjścia, trzeba było w tempie ekspresowym zawieźć ją do kawalera, bo inaczej doprowadziłaby mnie na skraj załamania nerwowego. A tu niespodzianka – umówiony kocur właśnie ma randkę. Szlag by to trafił i małe szlaczki. Na szczęście szybko mi złość przeszła – przecież jest sprawdzony kocur, ślicznotki takie wyszły z mariażu z nim, że nie ma co się zastanawiać, jedziemy do Punta! Szybki telefon – Punto jest zwarty i gotowy i oczekuje oblubienicy.

I w ten sposób tego samego dnia, kiedy TaiChi wróciła do domu, PaiLu z domu wybyła.

A oto przyszły tatuś (mam nadzieję!): EC. PUNTO Kaptown*RUS

Facebooktwittergoogle_plus

Szczęśliwa para

TaiChi wróciła już z randki. Bałam się trochę, że będzie sajgon w domu, ponieważ kicia będzie pachnieć inaczej. Poprzednim razem, kiedy wracała PaiLu, warczeniom i sykom nie było końca. Tym razem jednak jakoś poszło łatwiej, koty obwąchiwały ją przez cały wieczór, ale bez morderczych zapędów. Jeszcze dwa dni później czułam w jej futerku obcy zapach, ale najwraźniej został on przez resztę zaaprobowany.

Kicia moja jest niestety płochliwa i nieśmiała, toteż długo trwało zanim zdecydowała się nawiązać nić porozumienia z kocurem. W rezultacie spędziła poza domem pięć dni. Doniesienia z placu boju są takie, że coś się działo. Czy skutecznie, okaże się za trzy tygodnie, kiedy powinny pokazać się pierwsze objawy ciąży.

Czas chyba przedstawić kawalera: oto EC White Fang Ewjatar*Pl.

Bielutki całymi garściami daje białe kocięta, które uwielbiam. Kiedyś mi się wydawało, ze białe koty są najmniej czaderskie, dopóki nie poznałam białych maine coonów. Otóż powiadam Wam: białe mainecoony są najbardziej czaderskie, zaraz po ruskach i szylkretowych maine coonach!

No to trzymajcie kciuki, żeby było dużo, dużo maluchów we wszystkich kolorach tęczy.

Facebooktwittergoogle_plus

Koszyk kociąt proszę

Lipiec mnie nieco zaskoczył. Wraz z lipcem zaskoczyła mnie świadomość, że jeśli mamy mieć kocięta w tym roku, to właśnie dzwoni ostatni dzwonek. Wszelkie amory od drugiej połowy lipca oznaczają, że na Święta zostanę z koszem zwierzaków – a cała moja rodzina mieszka 200 km ode mnie. Albo wydam kocięta do nowych domów przed Świętami, albo kotki mają celibat do końca roku.

I jak na zawołanie TaiChi zgłosiła ewentualne zainteresowanie randką. W te pędy pognaliśmy więc z panienką do narzeczonego. Wszystko było fajnie do chwili, kiedy musiałam ją tam zostawić – w obcym miejscu, z obcym kotem, chowającą się w kuwecie, całą przerażoną. Czułam się jak zbrodniarka.

Pozostałe koty całymi dniami chodzą po domu i szukają. VaiPerek miałczy non stop, zamyka się tylko wtedy, kiedy śpi. Ja wydzwaniam dwa razy dziennie po wieści z pola boju, ale jakoś nie udaje mi się przekazać kotom, że TaiChi ma się dobrze i wkrótce wróci.

Facebooktwittergoogle_plus

Zaginiony Mozart

Wracający późną nocą do domu Paweł natknął się na klatce schodowej na obcego kota.

Wielki, rudy, przestraszony Garfield. Bardzo łagodny, dawał się głaskać i tylko patrzył wielkimi miodowymi oczami. Siedział na schodach z głową wciśniętą pod barierkę – bo jak wiadomo jak głowa schowana, to kota nie widać. Zadbany i czysty, ewidentnie kot domowy. Zresztą żaden żyjący na wolności kot na byłby aż taki gruby.

Nie znając jego historii zdrowia nie mogliśmy ryzykować wzięcia go do domu. Wystawiliśmy mu więc miseczkę z wodą i suchą karmą i wróciliśmy do domu zastanowić się co dalej. Wyszło nam, że może to być kot  mieszkający naprzeciwko na parterze, jednak wydało nam się nietaktem budzić obcych ludzi o 2 w nocy pytaniem o być może nie ich kota.

Rano jakiś litościwy sąsiad zostawił kotu otwarte drzwi na zewnątrz, ale ten był nazbyt skołowany, żeby z tego skorzystać. Udałam się więc do pani naprzeciwko z grzecznym pytaniem, czy przypadkiem nie brakuje jej kota. Pani okazała radość i wzruszenie wielkie, bo cały wieczór go szukali i przepadł jak kamień w wodę. Z kotem w objęciach, przemawiając do niego czule, pobiegła do domu.

Widuję Mozarta przez okno – siedzi w drzwiach balkonowych i nie wygląda na takiego, który chciałby ryzykować wyjście trochę dalej.

Facebooktwittergoogle_plus