Rrrrradujmy się!

Jakieś wielkie kudłate potwory mi się zalęgły w domu. Gdzie moje kocięta, pytam? Chodzę, szukam, szukam, i nie ma! Musi te wielkie kudłate potwory je zjadły. Wyglądają na dobrze odkarmione, trzeba przyznać.

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

Właśnie wysłałam kartę miotu, na podstawie której wystawione zostaną rodowody moim kudłatkom. A w karcie – oficjalne już imiona.

Pierwsza imię sobie przyniosła dziewczynka. Zauważyłam, że wyjątkowo lubi leżeć na podwyższeniu. Na dzień składam poduszki i przykrywam kocem, tworząc niewielki pagórek. Codziennie kicia ucinała sobie na nim drzemki, względnie skakała bratu z niego na głowę. Czasami też turlała się w dół, kiedy łapki nie dość pewnie stąpnęły. Zła pani rechotała w głos, a kicia udawała, że tak właśnie miało być.

Zaczęłam szukać imienia związanego w jakiś sposób z górą lub kimś na szczycie góry. Przypadkiem natknęłam się na słowiański Olimp. Tworzą go góry Ślęża, Radunia i Wieżyca, będące pradawnymi miejscami kultu. No jak to przeczytałam, to w ogóle nie miałam żadnych wątpliwości. Tylko Radunia!

Radunia pochodzi prawdopodobnie od Rady, Radorady – bogini opieki nad dziećmi i przygotowaniem ich do życia w plemieniu, w tym: nad rytuałami przejścia od niemowlęctwa do kolejnych etapów dziecięctwa. Niewiele o niej wiemy, ale zdaje się, że przetrwała w bajkach jako… Baba Jaga. Kapłanki Rady nazywano jagami. 

Nie mogłam wypuścić z ręki imienia o takim pochodzeniu!

A tak naprawdę przeważyło podobieństwo do słów radość, radować się. Radunia jest niesamowicie pogodnym i radosnym kotkiem. Zawsze skora do zabawy, pierwsza odkryła uroki myszek na wędce, myszek luzem, piłeczek oraz wszelkich brzęczących obiektów, które można pacać łapą. Gania po domu jak pasikonik, wszystko musi powąchać i drapnąć. Radość wcielona. To ona pierwsza uciekła z kojca i nauczyła się wdrapywać samodzielnie na łóżko. Bardzo dręczy większego od siebie brata, bo cały czas chce się bawić. Jeśli wdała się w mamusię, to poważna dorosłość jej nie zagrozi. 

Dopiero wieczorem trochę zwalnia obroty i kiedy się położę, przychodzi się przytulić i kładzie mi się na szyi w postaci puchatego szaliczka. Na razie jest to bardzo miłe, bo waży tylko około kilograma. Co będzie dalej? Czasami daje się skłonić do tego, by umościć się pod pachą, więc perspektywy są raczej pozytywne.

Poznajcie Radunię Kota Doskonałego*PL:

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

 

Kocurek na spokojniejszy temperament niż siostra. Lubi sobie poleżeć, popatrzeć na świat, pospać. Nie jest aż tak sprawny we wspinaniu się, ale za to lepiej biega. Kiedy przychodzi czas na zabawę, śmiga po domu jak czarna smuga. Poza czasem zabawy i jedzenia – nigdzie mu się nie spieszy. Chłopak ma swoje priorytety i się ich trzyma. Nie jest przytulasty, ale lubi być blisko. Kiedy leżymy obok siebie, mruczy głośno. Nawet nie trzeba go głaskać, mruczenie uruchamia się od samej bliskości i spojrzenia. Słodziak straszny. Oczywiście, że wielokrotnie podchodzę do niego w ciągu dnia, kiedy drzemie sobie na łóżku lub na drapaku, żeby posłuchać mruczenia. Działa za każdym razem.

Do tego jest inteligentny. Pierwszy zakumał kuwetę oraz stały pokarm i to on uczył siostrę, co się z tym robi.

Kocurek otrzymał dumne imię dumnego wikińskiego wojownika i zdobywcy – Ragnara Lodbroka. Tak, jestem wielką fanką serialu „Wikingowie” i wcale się tego nie wstydzę. Kto oglądał, ten wie jak został przedstawiony Ragnar w serialu.

A przecież mówimy o czarnym kocurze maine coon! No halo, jak on będzie wyglądał za kilka lat? Wielki, wredna morda i czułe serce. Ragnar, jak malowany.

Na razie Ragnar Kot Doskonały*PL wygląda tak:

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

Facebooktwittergoogle_plus

Krwiożerczy impregnat

Pisałam o tym na fb, ale to w sumie o kotach, a przynajmniej koty odegrały w tej historii kluczową rolę. Było tak:

Otóż korzystając z tego, że upał odpuścił i wróciłam do życia, zabrałam się za impregnowanie drewnianej skrzynki. Rzecz się działa na balkonie, bo impregnat roztacza taki aromat, że się z wrażenia farba na ścianach łuszczy. Wymyśliłam sobie, że jak ją sprytnie powieszę, to będę mogła zaimpregnować całość za jednym zamachem i niech sobie schnie w powietrzu. Taki plan amerykański bez skazy uknułam.

I nawet się udawało, do czasu, kiedy zaczęłam malować wnętrze i wsadziłam łeb do środka. Straciłam czujność i nie zauważyłam, że na balkon przywędrowała moja kochana Czarna Tylda. Chwilę wcześniej widziałam ją w kojcu karmiącą dzieci i jakoś tak założyłam, że tam nadal przebywa. Błąd.

Czarna Tylda nie byłaby sobą, gdyby nie okazała gwałtownego zainteresowania. Tym razem zainteresowanie wyraziło się tym, że próbowała wskoczyć na skrzynkę. Tę wiszącą w powietrzu. Skrzynka się wahnęła, kot zleciał, po czym skrzynka też zdecydowała się zlecieć, uderzając mnie wcześniej w rękę, w której trzymałam puszkę z impregnatem. Impregnat okazał się fanem fizyki obowiązującej w naszym uniwersum, uderzony przyjął energię, wyskoczył z puszki i krzywą balistyczną wyruszył na spotkanie przeznaczeniu. Przeznaczeniem okazałam się ja (ze szczególnym uwzględnieniem ręki i stóp) oraz podłoga balkonowa.

No to szybka akcja kryzysowa. Najpierw – nie pozwolić kotom wdepnąć. Drzwi przymknąć – bo z mieszkania nadciąga już ciekawski tłumek. Czarną pod pachę i celnym rzutem szuuust! do mieszkania. TaiChi tak samo. Wszystko jedną ręką, bo druga od ramienia po dłoń pokryta impregnatem. Wróć, TaiChi właśnie spanikowała i próbowała samodzielnie uciec z balkonu. Desperackim rzutem siebie na glebę w kałużę impregnatu uniemożliwiłam jej (chyba) wdepnięcie, przeleciała prawie po ścianie.

Szybkie mycie ręki pod bieżącą wodą. W trakcie wyskakiwałam z łazienki co chwila i straszyłam TaiChi, żeby się chowała po kątach i nie lizała łap. Strzeżonego…. Wstępnie umyta, złowiłam TaiChi, odwróciłam kołami do góry i próbowałam obejrzeć łapy. W trakcie procedury wyszło mi, że najlepszym sposobem będzie sprawdzenie na węch.

Widzicie to? Siedzę na fotelu, na kolanach mam 7 kg wściekłego maine coona brzuchem do góry i po kolei wącham jej każdą łapę. Śmiechom i żartom nie było końca, prawdaż. Uprzedzając fakty: łapy pachniały pudrowo, czyli tak jak powinny, więc chyba jednak nie wlazła.

No to zostało już tylko zebrać impregnat z podłogi i umyć podłogę, zebrać skrzyneczkę, pourywać odpryśnięte fragmenty, przybić listewki, które odpadły, zaimpregnować na nowo. Takie tam proste czynności, heh. Producent impregnatu zaleca płukanie bieżącą wodą przez min 10 minut, więc dla równowagi ducha poszłam i jeszcze dwa razy umyłam rękę.

Żaden maine coon nie ucierpiał przy tworzeniu tej historii.

Facebooktwittergoogle_plus

Nosił kot razy kilka

Może pamiętacie z poprzednich perypetii z kociętami Tyldy, że Czarna Tylda NOSI. Nosi kocięta w co bardziej egzotyczne miejscówki, przy czym najdogodniejsze miejsce jest codziennie inne.

Tylda uparła się urodzić w budce drapaka i nie dało się jej przekonać ani dobrym słowem, ani rękoczynami do zmiany miejsca. Na szczęście tylko w jednym momencie moja pomoc się przydała, nie musiałam więc łamać sobie rąk i hodować oka na szypułce, żeby zajrzeć i sięgnąć do budki. Tym niemniej wszelka pomoc przy nowonarodzonych była wykluczona, dopóki siedziały w budce.

Pierwszych przenosin dokonałam więc ja. Przygotowałam wygodne pudełko, wyścieliłam kocykiem i postawiłam obok. Podstępem skłoniłam Tyldę do przejścia i – o cudzie! – zaakceptowała miejscówkę, a ja mogłam wygodnie dostawiać kociaki do mleka przez następną dobę. Możliwe, że jestem nadopiekuńczą kocią mamą, trudno. Taka moja uroda.

Po pierwszej dobie Tylda przeniosła kociaki za fotel bujany, na gołe panele. No, niedoczekanie. Przeniosłam kociaki do pudła, a pudło za fotel. Jest dobrze.

Po kolejnej dobie przyłapałam Tyldę, jak niosła kociaka za drugi fotel, pod stojące obok krzesło. Krzesło wont, pudło na to miejsce, leżą. Uff.

Trzecia doba – Tylda niesie kociaki za drapak, na dolną półkę z książkami. Na półce są książki, ale za to nie ma miejsca. Odsuwam drapak, stawiam tam pudło, leżą. Uff.

Czwarta doba – Tylda niesie kociaka do sypialni. Ale coś mi mówi, że chodzi o to, że za bardzo ją widać i wkurzają ją chodzące koty. Odwracam pudło o 180 stopni i bingo! Leżą grzecznie, uff.

Piąta doba. Tylda wyrzuciła książki z półki, ale kociaki leżą w pudle. Hm. Zabrałam książki, zrobiłam miejsce. Ach, to Tylda tam chciała leżeć! Kociaki w pudle, a ona obok pudła, ale dyskretnie schowana. Hura!

Uwaga! Prawie tydzień spokoju! Nie wierzę we własne szczęście.

Pewnego dnia! Tylda przynosi dzieci do sypialni. Stawiam pudło przy łóżku. Najwyraźniej to chodziło. Od tego dnia spać nie mogę, bo kocięta chroboczą w tekturę tuż przy mojej głowie.

A potem długo, długo NIC!

Kocięta rosną, wyłażą z pudła, dostają cały wybieg dla siebie, mają już swoje miski i kuwetę, ganiają z piłeczkami. Życie jest znowu piękne.

W dniu, w którym kocięta kończą 5 tygodni, widzę Tyldę niosącą jednego do kuchni. Odebrałam, zaniosłam do sypialni. Za chwilę – niesie drugiego. Maine coony to raczej duża rasa, nie? Kocięta ważą już blisko kilogram i są naprawdę wielkie. Na tyle, że Tylda potyka się o nie i ogólnie ma dużą trudność. W dodatku one są już samobieżne, nie ma takiej opcji, żeby siedziały na tyłku w jednym miejscu.

Kocięta wyją, możliwe, że jakoś niefortunnie je chwytała. Poza tym one chcą jeść, spać, bawić się i żeby było fajnie, a nie jakieś noszenie za kark. Tylda wyje, bo kocięta się rozłażą i nie ma nad nimi żadnej kontroli. Ja rozważam ucieczkę w Bieszczady.

Dzień jak co dzień.

Biedna Tylda.

 

Facebooktwittergoogle_plus

Czarne na czarnym

Mam niespodziankę. W zasadzie to dwie niespodzianki.

Jedna jest czarnym (chyba)kocurkiem, druga – śliczną szylkretunią z rudą kreską na nosie. Oboje urodzili się 8 lipca 2017, więc mają dopiero dobę. Wrzeszczą natomiast, jakby miały co najmniej tydzień :)

Mamusią jest oczywiście Czarna Tylda. Kochana smoczyca wisi nad dzieciakami non-stop, ciężko je wyjąć i obejrzeć, bo wyrywa z rąk i niesie do pudełka.

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

Pierwsza doba była wyczerpująca, bo maluszki miały problemy z dossaniem się. Sutki mamy są duże i maleństwom trudno objąć je pyszczkiem. Długie futro mamy też nie ułatwia zadania. Pierwsze godziny spędziłam więc podstawiając maluchy. Mniej więcej co minutę, bo odpadały, jeśli nie dossały się od razu porządnie.

W dodatku oba chciały cały czas do tego samego sutka – albo lewy pod pachą, albo prawy środkowy. Rozpętywały więc dramatyczne awantury od pierwszych minut życia. Ciekawe jaki to prognostyk na przyszłość :D

Dziś już same dają sobie radę. Same znajdują sutek i doczepiają się skutecznie. Widać to po brzuszkach, które są już duże i okrągłe, większe od reszty kotka. Czyli wszystko jest jak powinno być.

Tylko zdjęcie trudno zrobić, bo maluchów nie widać na tle futra mamy. 

Facebooktwittergoogle_plus

Konferencja: KOT i serce kota

W ostatni weekend, czyli 6-7 maja, zamiast udać się jak wszyscy na majówkowy wypas, powędrowałam do klimatycznych wnętrz Hotelu Plaza w Warszawie, by wziąć udział w Konferencji: KOT, organizowanej przez CatExperts i EtoVet.

Program prezentował się zachęcająco – były i prelekcje, i warsztaty, a ich tematy pokrywały szeroki obszar – od obsługi kota, przez behawior, po zagadnienia medyczne. Trudno było wybrać, na co iść. A wybrać było trzeba, bo zajęcia odbywały się równolegle na dwóch salach (na trzech właściwie, bo jeszcze miało miejsce seminarium dr Sabine Schroll, ale to już zupełnie inna bajka).

Dla mnie konferencja zaczęła się i skończyła mocnym akcentem. W sobotę były to bardzo interesujące zajęcia z pierwszej pomocy przedweterynaryjnej, prowadzone przez lek. wet. Zofię Fraś. Niedzielę zaś zakończyłam wysłuchaniem wykładu na temat kociej kuwety, prowadzonego przez lek. wet. Joannę Iracką. I pomyśleć, że mało brakowało, a bym na niego nie poszła. Byłam już zmęczona, a wykład poprzedzający nie bardzo mnie interesował i byłam gotowa już wracać do domu. Jak dobrze, że tego nie zrobiłam! Jak dla mnie to były dwa najlepsze wystąpienia na konferencji. Co nie znaczy, że w środku nie było interesująco! Prelekcja Magdaleny Nykiel o agresji, Moniki Januszewskiej o zabawie czy lek. wet. Agnieszki Grocheckiej-Kaczor o kocich chorobach również były pasjonujące.

Organizacja była bardzo fajna. Obsługa kompetentna i miła, wszystkie informacje łatwo dostępne, fajne pakiety dla uczestników z dokładnym planem imprezy – nie sposób było się zgubić. W sobotę wraz z koleżanką odrobinkę się spóźniłyśmy, a jedna z organizatorek specjalnie po nas wyszła i zadbała, abyśmy bez kłopotów (i szybko!) trafiły na właściwą salę. To był niezwykle miły gest. Podobał mi się też pomysł konkursów po każdym wykładzie i prelekcji – 3 pytania dotyczące tematu, honorowane nagrodami za pierwsze prawidłowe odpowiedzi. Nie tylko zachęcało to do pozostawania na sali do końca, ale przede wszystkim do uważnego słuchania.

Dużo wartościowej wiedzy dostaliśmy od prowadzących. Jeśli mi czas pozwoli, postaram się jakoś ładnie ubrać w słowa to, co mam w notatkach i zamieścić tu na blogu najważniejsze punkty wykładów, których wysłuchałam.

Proszę, oto dowód – byłam tam.

2017-05-10 18.05.56-3

Ten twórczy bałagan po prawej to warsztaty Kocia Dżungla. Poszłam na nie, bo spodziewałam się, że będzie mowa o zasadach organizowania przestrzeni dla kotów i liczyłam na praktyczne wskazówki. Okazało się, że był to warsztat robienia kreatywnych zabawek dla kotów, czyli coś w czym sama jestem mocna. Duży pozytyw z tego warsztatu to samodzielnie skręcony drapak poziomy z tektury, który przyniosłam do domu. Miałam nawet dodatkową porcję tektury, którą chciałam dodać już w domu. Jak widać – koty przyjęły go do testów nie czekając na ulepszoną wersję.

2017-05-08 15.16.06 2

Najwięcej ekscytacji jednak było w trakcie warsztatu z pierwszej pomocy, kiedy mieliśmy okazję ćwiczyć na fantomie o imieniu Fluffy, u którego sprawdzaliśmy krążenie lokalizując serce oraz tętnicę udową i wyczuwając puls. Udało się :) Ten warsztat zdecydowanie powinien trwać dwa razy dłużej – te 3 godziny ledwie wystarczyły by dotknąć tematu, nie mówiąc o zajęciach z fantomem. Na pewno nikt by się nie nudził.

Robię dziwne miny od 1:25.

A na pamiątkę dostałam dyplom.

Certyfikat - Pierwsza Pomoc Dla Kotow

Oczywiście, że po powrocie do domu sprawdziłam swoje koty (a przynajmniej te, które się dały) na okoliczność posiadania tętna.

Badania praktyczne wykazały, że VaiPer i Czarna Tylda mają i serce, i tętnicę udową, a TaiChi co prawda ma tętnicę udową, ale nie ma serca.

Taka sytuacja :)

Facebooktwittergoogle_plus

Wieczorna cisza

Chciałem już zamknąć dzień na klucz
jak doczytaną księgę,
owinąć się czarną ciszą
i zasnąć na potęgę…*

 I tu się wizja poety minęła z życiem, gdyż nie „dzień nowy i świat nowy tysiącem dziwów grał mi”, tylko kocięta zrzuciły ze stołu miskę z wodą.

Tak więc zamiast się położyć do łóżka, podziwiam mozaikę z fragmentów miski na kuchennej terakocie (nawet pasuje kolorystycznie) oraz wody, która zapewnia ciekawe efekty wizualne. W sumie można to podciągnąć pod kategorię „dziwów”. Na szczęście miska była tylko do połowy pełna, gdyż woda się dopiero filtrowała w filtrze.

Szkoda, że miseczka owa miała może z tydzień. Zastąpiła poprzednią, którą kocięta rozbiły gdy stała grzecznie na podłodze, w miejscu dla niej przeznaczonym. Tak otóż biegły moje maleńkie puchate kocięta, że miotnęły ową miską o ścianę z dużym impetem. Zderzenie okazało się zabójcze i biedne naczynie wyzionęło ducha.

A jak się uczyły pić, to z takim szacunkiem podchodziły do miski! Nie mogło to tak zostać?

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

*Fragment wiersza Leopolda Staffa „Chciałem już zamknąć dzień”, który z niejasnych dla mnie przyczyn przetrwał w mojej pamięci już ponad 20 lat, w towarzystwie dwóch innych wierszy tegoż autora. Tak, pisałam z pamięci. Nie wiem skąd, przecież ja w młodości nawet nie czytałam wierszy!

Facebooktwittergoogle_plus

Ooooo! Jakie kotki! O-Kotki!

Może by coś napisać o kotkach, które właśnie po mnie biegają i pisać nie dają, co?

Urocza trójeczka maluszków naszego PaiLutka to już wielkie kociambry. Jak na początku grzecznie sobie leżały z mamusią i głównie emanowały słodkością, tak teraz, kiedy już wszędzie doskoczą, nadrabiają w dzikich harcach. Muszę przyznać że kolektywna pomysłowość O-Kotków przewyższa sporo z tego, co się zwykle wydarza, kiedy w domu są kocięta. Wszystko robią bardziej, intensywniej, dalej – czy to huśtanie się na firance, tratowanie dużych kotów w biegu, czy rzucanie miskami. Do tego wszystkie są lizusami – zostałam już przez nie wielokrotnie kolektywnie starannie umyta – ręce, twarz, stopy. Dawno nie byłam tak czysta.

Najfajniejsze w tym miocie jest to, że kiedy do nich podchodziłam, wszystkie zrywały się i biegły do mnie jak na komendę, miaucząc. To było tak słodkie i rozczulające, że oczywiście podchodziłam po kilka razy dziennie!

O-Kotki, niespodzianka, noszą imiona na O.

*

Największy w miocie jest kocurek. On też dostarczył najwięcej zadziwień.

Największy kociak w miocie zwykle zaczyna chodzić jako ostatni, jako ostatni uczy się pokonywać przeszkody i wreszcie wspinać na ogrodzenie kojca. Przyczyna jest prozaiczna – łapeczki są jeszcze słabe i najcięższą dupkę najtrudniej podźwignąć. Ale nie tym razem! Ten kocurek wszystko robi jako pierwszy – chodzenie, ucieczka z kojca, wejście na drapak, wskoczenie na szafę, wdrapanie się na górę obudowy prysznica. Ok, z prysznica prawie zleciał, pani musiała go łapać i zdjąć, ale nie bądźmy drobiazgowi!

A przy tym jest najsłodszym, najkochańszym stworzeniem. Milusi i przytulaśny, w nocy przychodzi się przytulać. Mruczy rozgłośnie, wystarczy, że podejdę.

Ponieważ tak pięknie łączy w sobie tak dwie różne strony osobowości, dostał imię po wielkim wojowniku i poecie z irlandzkiej mitologii.

Oto Oisin Kot Doskonały*PL

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

*

Jego brat prezentuje z kolei głównie tę bardziej romantyczną stronę swojej natury. Największy lizus z nich wszystkich – ile razy wezmę go na ręce, zostaję wylizana od góry do dołu. Lubi się przytulać, dużo gada, jest dosyć spokojny jak na rusałka. Oczywiście z wyjątkiem “kociej godziny” – wtedy jest 100% ruska w rusku, czyli bieg po domu nie dotykając podłogi. Łatwo daje się sprowokować bratu do najdzikszych wybryków. Szczególnie lubi wieszanie się na firance. I lubi tez VaiPerka, co chwila napastuje go żeby się z nim pomiziać. Gaduła.

Kiedyś pomyślałam sobie, że taki kot to skarb – i takie dostał imię: od miasta, które wskazuje Biblia jako miejsce pochodzenia złota króla Salomona.

Oto Ofir Kot Doskonały*PL.

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

*

Dziewczynka jest osóbką bardzo niezależną. Dużo chodzi swoimi drogami, trochę z dala od braci. Pierwsza zaczęła sypiać osobno na drapaku, w ogóle lubi wysokość. Jak się obudzę, chłopaki od razu przybiegają do łóżka, ale dziewczyna zwykle wtedy ma swoje dziewczyńskie sprawy nie cierpiące zwłoki: zamordować jakąś myszkę, ściągnąć z półki lampkę czy po prostu skakać z drapaka na łóżko, potem na parapet, potem na łózko znowu, żeby się rzucić na któregoś z braci i zaprosić go do dzikiej gonitwy. Często przychodzi do mnie na fotel, ale nie na kolana, tylko kładzie się z tyłu i grzeje mi nerki. Ja ją wtedy głaszczę, a ona mruczy. Mamy też swój rytuał drapakowy, kiedy malutka siedzi na drugiej półce i woła mnie na mizianki. Ona się wtedy kręci, gada i nastawia kolejne fragmenty kota do miziania, a ja miziam.

To jest całkiem dosłownie 100% kota w kocie. Dlatego jej imię jest słowem, które oznacza istotę rzeczy.

Oto Ousia Kot Doskonały*PL.

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

Facebooktwittergoogle_plus

Primaaprilisowo, słodko i deserowo, czyli maine coony na J

No ja nie wiem o co chodzi, dlaczego ten czas tak leci! Przed chwilą urodziły się maleńkie maine coony, a już są wielkie (i bardzo słodkie) zwierzaki. I mieszkają już w swoich nowych domach. Kiedy to się stało?

W ogóle z tymi maine coonami to jakaś jedna wielka komedia omyłek.

Podobnie jak poprzednia parka, znowu urodziły się pręgusy. Tymczasem Joanna, która czekała od dawna na czarnego kocurka, nie mogła się oprzeć kociakowi urodzonemu 1 kwietnia, nawet pręgowanemu. Ona też zdecydowała, że jej maluch będzie nosił imię Truskawka. I tak cieszyliśmy się wszyscy razem, aż kocięta trochę podrosły i w ogólną szczęśliwość wdarła się lekka nuta niepokoju. Może nie niepokoju, ale niepewności. Bo im dłużej im zaglądałam pod ogony, tym bardziej wyglądały na dziewczynki. W końcu trzeba było spojrzeć prawdzie w oczy. Podstępne primaaprilisowe zwierzątka zrobiły nam jeszcze jeden psikus, a my daliśmy się nabrać jak dzieci.

Truskawka okazał się się być kobietą. Na szczęście Joanna uznała to za znak, że ten kot faktycznie jest jej pisany. Poznajcie Truskawkę, czyli w języku naszych braci Czechów – Jahodę.

Plik 18.07.2016, 16 36 53

Jahoda Kot Doskonały*PL to kot budzący respekt samym wyglądem. Przebojowa podróżniczka, nieustraszony zdobywca oraz wielokrotny uciekinier z kojca. Uwielbia łapać myszki i szczury na patyku, po czym sprawnie je unieszkodliwia. Mieliśmy takiego szczura na patyku, który był z nami jakieś 8 lat. Niezniszczalny. Uszy i ogon już dawno stracił, po puszystości futerka nie zostało nawet wspomnienie, sznurek, na którym wisiał, sztukowany był kilkakrotnie. No to już go nie mamy, Jahoda załatwia takie sprawy jednym kopnięciem zadnich łap. A przy tym jest Jahoda najsłodszym stworzeniem, wystarczy na nią spojrzeć, a już włącza motorek i przewraca się na plecki, eksponując brzuszek. 300% cukru w cukrze.

Jahoda mieszka teraz w Warszawie z Joanną, Arturem, kotem Kardamonem i kotką Fruktozą. W domu wołaliśmy na nią Kawusia, ale zdaje się, że teraz ma ksywę Gremlin.

*

Imię dla drugiej dziewczynki powstało w wyniku wytężonej pracy i długotrwałych poszukiwań lingwistycznych. Skoro siostra ma na imię Truskawka, to nie można drugiej tak po prostu dać przypadkowego imienia na J. A we wszystkich dostępnych językach cukier jest albo na A, albo na S/Z. Truskawka z cukrem – mnie bawi. Ale wyszło nawet lepiej! Otóż jest w tadżyckim słowo na j: яхмос i oznacza lody! Lody z truskawką – idealnie. Oto Jachmos, czyli Jasia.

Plik 03.08.2016, 16 46 28

Jasia długo była cichym i mało ruchliwym stworzonkiem, stanowiąc kontrast do swojej aktywnej siostry. Potem się okazało, że po prostu potrzebuje większej przestrzeni, której kojec jej nie zapewniał. Kiedy koty zyskały wolność i dostęp do mieszkania, Jasia zaczęła nadrabiać zaległości w bieganiu i skakaniu. Z drogi, śledzie, bo kot… leci! Jeśli Kawusia uwielbia łapać, to Jasia zdecydowanie woli gonić. Bieganie, skakanie z saltem w powietrzu i inne dzikie harce to jej znak szczególny. Towarzyska jest bardzo, zarówno wobec kotów, jak i ludzi. Trochę nieśmiała i chowa się w pierwszym momencie przed nowościami. Ale wystarczy zawołać jej imię i już ciekawość zwycięża – i Jasia pędzi zobaczyć co się dzieje.

Jasia znalazła dom, o jakim można tylko pomarzyć! Zamieszkała pod Łodzią z Dominiką, Kirkiem Kotem Doskonałym, zwanym w domu Cosmokotem (gdyż bez kozery powiem: jest kosmiczny) oraz Noushką Kotem Doskonałym, zwaną w domu Stefą. Jakby tego było mało, będzie miała jeszcze do towarzystwa jeszcze psy, ludzi, królika (o ile dobrze pamiętam) oraz… jeszcze więcej kotów!

To były cudowne 4 miesiące kompletnej słodyczy :)

Facebooktwittergoogle_plus

Primaaprilisowe dzieci

1 kwietnia 2016 roku Czarna Tylda urodziła dwójkę maluchów. Dzieci-Niespodzianki, bo z różnych przyczyn nie spodziewałam się ich narodzin.

Tymczasem całkiem niespodziewanie są, bardzo realni i bardzo rozkoszni. Dwaj chłopcy, co jest ewenementem na skalę światową, bo mi się rodzą głównie dziewczyny.

Zupełnie do siebie niepodobni – jeden ma na pyszczku miłość do świata, drugi głeboką niechęć. Pierwszy dużo gada, drugi odwraca się tyłem i śpi.

Jestem w nich absolutnie zakochana.

Ps. Jak już pewnie wiecie, po jakimś czasie wyszło na jaw, że primaaprilisowe dzieci zrobiły jeszcze jeden psikus. Mianowicie ujawniły, że są dziewczynkami. I tak to. ;)

Facebooktwittergoogle_plus

„Co jest, kocie?” Książka dla zakoconych

TL;DR: Przeczytałam, spodobała mi się i polecam.

Zwróciło się do mnie wydawnictwo Samo Sedno z prośbą o recenzję książki Małgorzaty Biegańskiej-Hendryk pt. “Co jest, kocie? Wszystko, co musisz wiedzieć, aby zrozumieć swojego kota”. Z racji obłożenia zadaniami zawodowymi zajęło mi to dużo czasu, ostatnie  wydarzenia też trochę wpłynęły na temin tego wpisu, ale w końcu wypełniam to zobowiązanie.

1345_cojestkociefront3d555pxszer

Sprawdźmy więc, czy książka dotrzymuje obietnicy.

Autorka kupiła mnie już w samym wstępie, pisząc coś, w co głęboko wierzę – że nie ma jednej ogólnej recepty na życie z kotem. Każdy kot, każda relacja i każde środowisko powinno być rozpatrywane osobno. Jedne porady będą się sprawdzać, inne nie. W mojej ocenie świadczy to zarówno o faktycznej znajomości zagadnienia, jak też pokazuje otwartość i pokorę wobec tematu, które to cechy wysoko sobie cenię u ludzi w ogóle, a u autorów dzieł rozmaitych w szczególności.

Książka rozpoczyna się krótkim opisem gatunku. Nie ma tu zawiłej terminologii biologicznej ani naukowej analizy skamielin – jeśli ktoś jest tym zainteresowany, może sobie zajrzeć do innych źródeł. Tu informacje podane są w kontekście życia z kotem i tego, co w pierwszej kolejności właściciel kota powinien wiedzieć i rozumieć, by lepiej sobie układać relacje ze zwierzęciem. To opowieść praktyka skierowana do przyszłych praktyków.

Już w pierwszej części książki pada, jakby mimochodem, wiele informacji, które mają daleko idące konsekwencje dla życia z kotem. Część z nich zostanie rozwinięta, np. kwestie wrażliwości kociego nosa, częstotliwości przyjmowania posiłków, kwestie terytorialne. Inne, jak wymiana zębów mlecznych (właściciele półrocznych kotów mogą się zdziwić widząc podwójne kły!) czy konsekwencje braku obojczyków w kontekście podnoszenia go, nie zostały rozwinięte.

Zaczynamy od informacji na temat rozwoju kotów od chwili narodzin. Ta część nie jest zbyt obszerna (nie ma wiele na przykład o rozwoju płodowym), ale za to informacje zostały dobrane w taki sposób, że dotykają najistotniejszych obszarów związanych z opieką, obserwowaniem i monitorowaniem rozwoju małego kociaka. Autorka trochę pada ofiarą własnej kompetencji w momentach, kiedy pisze o tym, że bycie rodzicem zastępczym dla opuszczonego kocięcia jest proste. Rzeczywiście technicznie jest proste i książka podaje najważniejsze wskazówki, jakimi należy się kierować, jednak dla potencjalnego ludzkiego rodzica zastępczego jest to proces obciążający emocjonalnie i fizycznie (karmienie co 2-3 godziny przez całą dobę może znakomicie utrudnić pracę zawodową oraz normalne funkcjonowanie organizmu – matki malutkich dzieci pewnie mogą co nieco na ten temat powiedzieć). Osoba, która będzie postawiona w takiej roli po raz pierwszy prawdopodobnie będzie potrzebować większej ilości wskazówek z innych źródeł.

Bardzo mi się podoba konsekwentne porównywanie kotów do ich dzikich pobratymców. Nie jest to jedynie figura stylistyczna – koty tak naprawdę nie są zwierzętami udomowionymi do końca. Mieszkają z nami albo obok nas, ale ich mózgi są wyposażone wciąż w komplet instynktów dzikiego zwierzęcia. Mam wrażenie, że do wielu osób ta drobna informacja nie dociera i oczekują od kotów dostosowywania się do stawianych im warunków. Tymczasem prawda jest taka, że instynktów się nie wypleni, to człowiek powinien być tą stroną mądrzejszą, która zbuduje środowisko odpowiadające potrzebom kociego drapieżcy.

Tworzeniu takiego środowiska poświęcony jest rozdział 3. Wychodząc od potrzeb i zachowań kocich, autorka daje szereg wskazówek dotyczących niezbędnego wyposażenia oraz organizacji przestrzeni i czasu zwierzęcia.

Bardzo podoba mi się lista przedmiotów, w jakie należy się wyposażyć przed przyjęciem kota – to praktyczny i sensowny zestaw, bez ekstrawagancji i rzeczy zbędnych. Kolejne części rozdziału poświęcone są po kolei różnym kocim zasobom: pożywieniu, wodzie, kuwecie, drapakom, schronieniom. Szereg praktycznych wskazówek co do tego jak te zasoby należy zorganizować (szczególnie miski z wodą i drapaki) dla wielu osób może być prawdziwym objawieniem. Do tego wskazówki dotyczące karmienia, aktywności fizycznej oraz pielęgnacji – i mamy podstawową instrukcję obsługi kociego środowiska podaną w przystępny i przemyślany sposób. Bardzo mi tu zabrakło ilustracji. Wyedukowany czytelnik będzie wiedział o czym mowa, niedoświadczony może nie zrozumieć do końca jak to ma wyglądać.

Niewiele miejsca poświęciła autorka kocim schronieniom, zwracając głównie uwagę na konieczność montowania półek i przejść na wysokości, nie poświęcając jednak uwagi kotom, które komfortowo czują się na poziomie podłogi i tam również potrzebują bezpiecznych kryjówek. Nie pojawił się też w kontekście zasobów jeden z istotniejszych zasobów kotów domowych – człowiek, a więc i jego rola w kociej grupie oraz wpływ na dynamikę zachowań.

Oczywiście temat wpływu człowieka na kota omawiany jest szeroko w dalszej części książki, ale warto to podkreślić by przedstawić właściwą perspektywę dla kolejnych rozdziałów – człowiek, podobnie jak pokarm, drapaki, kuwety, zabawki, jest kocim zasobem. Oczekiwania, żądania, obecność lub jej brak, czyny i zaniechania ludzkie tworzą kocie środowisko tak samo jak przedmioty. Wszelkie zmiany, nierealistyczne oczekiwania, wymuszanie zachowań niezgodnych z kocią naturą musi się odbić na kocie, czego właściciele często nie zauważają, nie identyfikując siebie jako elementu systemu, a raczej widząc siebie jako kogoś, kto zarządza wszystkim z góry jako władza absolutna. Bez właściwej perspektywy trudno brać odpowiedzialność za swój wkład w dynamikę relacji, natomiast dość łatwo zrzucić winę na kota za to, że jest kotem.

Kolejny istotny obszar wiedzy na temat życia z kotem, to język koci i komunikowanie się z kotem oraz pomiędzy kotami. Bardzo podoba mi się, że kolejność opisywania jest zgodna z kocią naturą, a nie oczekiwaniami ludzkiego czytelnika. Zaczynamy od zrozumienia sygnałów zapachowych, które dla kota są kluczowe, a ludziom przysparzają trudności w ogarnięciu wagi i znaczenia tego obszaru. Zaraz na samym początku bum! mamy sikanie poza kuwetą, które jest jednym z najistotniejszych wołań o pomoc w kocim repertuarze, a jednocześnie najsłabiej przez człowieka rozumiane. Podane przez autorkę w tym miejscu książki i w takim kontekście pomoże wielu osobom pojąć czym jest to zjawisko i jak na nie reagować. Dalej następuje opis różnego rodzaju sygnałów z praktycznymi wskazówkami w jakich okolicznościach można je zaobserwować i zachętą by przyglądać się swemu kociemu przyjacielowi. Do pełniejszego zrozumienia tematu przez początkujących kociarzy brakuje mi ilustracji, które pomogłyby im wyróżniać opisywane sygnały w praktyce. Bezcenne informacje zawarte są w króciutkim podrozdziale o kocim savoir-vivre – to absolutne podstawy, które powinien poznać każdy człowiek zbliżający się do kota z zamiarem pogłaskania. Rozważam wydrukowanie i powieszenie na drzwiach celem zapoznawania gości przed kontaktem z kotami. Drugi fragment lektury obowiązkowej to część dotycząca karcenia kotów.

Ze szczególnym zaciekawieniem czytałam rozdział piąty, traktujący o nowych sytuacjach w kocim świecie i dlaczego warto być na nie uczulonym. Jedna z większych zmian w kocim świecie to wprowadzenie nowego kociego towarzysza na teren. Dla mnie jest to jeden z najbardziej istotnych obszarów, bo moje koty często stają się “nowymi” w domu z kocim rezydentem, toteż staram się jak mogę pomagać wskazówkami właścicielom moich kotów. Temat opisany jest przez autorkę rzetelnie, z praktycznymi wskazówkami co do właściwych praktyk (m. in. izolacji, wymiany zapachów, zapewniania kryjówek, a potem podziału terytorium i kocich zasobów). Drugi przypadek – kocie dwupaki też chwycił mnie za serce. Nie bez przyczyny cytat ze mnie “Kot w stanie pojedynczym jest jak pół kota” znalazł się na magnesikach wykonywanych przez Szuruburu Design :)

SzuruBuru Design

Kolejny istotny temat to nowe dziecko w domu i jak przygotować kota na nowego małego domownika. Ta część powinna uspokoić i pomóc przygotować się przyszłym rodzicom na stworzenie najlepszych warunków dla tandemu kot-dziecko.

Wśród innych przykładów nowych sytuacji znalazło się również wymiana żwirku (częsta, a nierozumiana przez ludzi przyczyna problemów kocich), wizyty u weta, przeprowadzki, wyjazdy wakacyjne oraz – co też niedawno pojawiło się tu na blogu – śmierć towarzysza.

Autorka mocno podkreśla nie tylko fakt przywiązania kotów do rutyny, ale podpowiada też jak uczynić z tego czynnik zwiększający poczucie bezpieczeństwa u kota w sytuacjach zmiany, co jest jedną z najlepszych technik pomocy kotom i unikania problemów w rozmaitych życiowych okolicznościach.

Rozdział 6 skupia się na zdrowiu jako czynniku wpływającym na kocie zachowanie. Koty są doskonałymi aktorami i mistrzowsko ukrywają chorobę. Właściciele, którzy nie poświęcają dość czasu na uważną obserwację i poznanie swoich kotów, często orientują się w sytuacji, kiedy stan chorobowy jest tak zaostrzony, że kot jest skrajnie wyczerpany chorobą. Pierwsze symptomy są tak subtelne, że trzeba naprawdę wyczulonego oka i uważności, by je zarejestrować. Warto z każdym drobiazgiem jechać do weta, o czym się sama ostatnio przekonałam.

Uwaga, będzie anegdota. Nie podobał mi się VaiPerek. Po zmianie karmy zaczął wymieniać futro na ładniejsze, miał więcej energii, zaczął częściej biegać za piłeczką. Ideał. Ale mi się nie podobał jakoś, nie wiedzieć czemu. Badanie przez weta wykazało, że cierpi na ból stawów biodrowych. Kot, który zaczął więcej biegać, przypominam. Konia z rzędem temu, kto by się zorientował bez dochowania uważności.

Dobra, wracamy do książki, bo docieramy to miejsca, które budzi we mnie najwięcej emocji. Kastracja. Nie zaskoczę pewnie nikogo, jeśli napiszę, że podoba mi się i popieram pogląd autorki, że koty warto i trzeba kastrować. Że to właśnie brak kastracji, wbrew obiegowym opiniom, jest okrucieństwem i skazywaniem kota na niepotrzebne dyskomforty. Dużo ważnych informacji, które trzeba koniecznie przeczytać o samym zabiegu oraz o opiece okołozabiegowej. Dla niedoświadczonego właściciela kota (w końcu jest to zabieg, który najczęściej jest wykonywany u jednego kota tylko raz, więc można nie mieć wielu doświadczeń) jest to przeżycie traumatyczne na każdym etapie – przed, w trakcie i po. Zapoznanie się z dostępnymi informacjami pomoże utrzymać trochę spokoju ducha i nie wpadać niepotrzebnie w panikę.

Tu początkowo był długi wywód na temat, który podniósł mi adrenalinę, ale uznałam, że będzie nieuczciwe wobec autorki rozwodzić się nad tym w tym miejscu, bo moja gwałtowna reakcja mogłaby zaburzyć odbiór całego wpisu-recenzji. Poprzestanę na stwierdzeniu, że w omawianym rozdziale znalazły się dwie tabelki przedstawiające wady i zalety kastracji wczesnych i “późnych” i osobiście bardzo rekomenduję ominięcie ich wzrokiem i nie czytanie. Jeśli kogoś interesuje dlaczego, może sobie poczytać Dodatek do recenzji ksiazki „Co jest, kocie?”. Po namyśle dodałam tam kilka słów o kaftanikach, nie jako głos w opozycji do książki, tylko jako poszerzenie tego, o czym pisze autorka.

Chcę tylko jeszcze zwrócić Waszą uwagę na fragmenty dotyczące opieki nad kotami niepełnosprawnymi i jak się żyje z niepełnosprawnością kocią. Uogólniając – dobrze się żyje. Jeśli napotkacie na swojej drodze kota, który w ludzkim rozumieniu jest niepełnosprawny, nie wahajcie się zabierając go do domu. Kotom przeszkadza to o wiele mniej, niż nam.

Rozdział 7 to katalog najczęstszych problemów behawioralnych i już sama nazwa sugeruje, że będzie gęsto od praktycznej wiedzy. I jest. Zaczynamy od behawioralno-komunikacyjnych aspektów brudzenia w domu. Nigdy za wiele o tym temacie! Jeśli kot, zwierzę z natury czyste, zostawia za sobą intensywnie pachnące ślady, to wiadomo, że źle się dzieje. Przede wszystkim źle się dzieje kotu, więc zadaniem człowieka jest to naprawić, a nie karać kota czy czekać “aż mu przejdzie”. Kilka bardzo ważnych wskazówek tam pada, m.in. nie używać odstraszaczy, nie karcić wraz z wyjaśnieniem dlaczego nie oraz jak to się dzieje, że tym zachowaniem właściciel pogłębia jeszcze problem. Dalej omawiane są kolejne problemy – z zabawami, karmieniem, agresją i konfliktami, zaburzeniami psychologicznymi, zniszczeniami w domu. W każdym przypadku jest opis tego, co się dzieje oraz możliwych przyczyn, zwieńczony podanymi w punktach wskazówkami co do sposobów radzenia sobie z daną sytuacją. Bardzo konkretnie i praktycznie.

Najbardziej sobie ostrzyłam zęby na ostatni rozdział: “Kocie problemy wywołane przez ludzi”. Do tej pory autorka jasno punktowała zachowania właścicieli wywołujące lub pogarszające problemy w relacjach z kotami, choć nie nazywała ich w ten sposób. Nastawiłam się więc na wybuchy. Skończywszy lekturę zostałam Czytelnikiem Schroedingera – byłam jednocześnie usatysfakcjonowana i zawiedziona.

Nie było mrożących krew w żyłach historii o właścicielach z piekła rodem. Był za to spokojny i rzeczowy wykład o tym, że kot jest czującą istotą i oczekiwanie od niego, że będzie pluszową zabawką jest, delikatnie mówiąc, nierozsądne. Brzmi to może banalnie, ale spora grupa właścicieli zdaje się kompletnie tego nie rozumieć (też mam z takimi do czynienia, solidaryzuję się z autorką). W tym rozdziale podana została znowu spora dawka wiedzy o tym, jaki jest kot i czego się po nim spodziewać – ważne informacje o tym jak koty myślą, jak realizują potrzebę bliskości, a jak niezależności, jakie zachowania są naturalne i nie podlegają “wyplenieniu” żadnymi sposobami. Wszystko w imię promowania postawy pełnej szacunku i akceptacji dla kota jako pełnoprawnego członka rodziny. Być może ten rozdział stanowi najważniejszą część całej książki, z niego wynika wszystko inne – opisy, wyjaśnienia, wskazówki. Żałowałam, że był tak krótki!

Na kolejnych stronach znalazłam niespodziankę (tak, czytam po kolei, nie zaglądam na koniec książki przed jej lekturą). Na ładnym kredowym papierze zamieszczono zbiór fotografii ilustrujących wybrane kwestie z książki. Pisałam wcześniej o braku ilustracji, ale zdecydowałam się nie edytować wpisu w imię zachowania atmosfery faktycznego odbioru przez czytelnika (tak, pisałam na bieżąco z lekturą).

Rozumiem, że były względy dla których podjęto decyzję, by umieścić je tak, a nie inaczej, jednak z punktu widzenia sumiennego czytelnika jest to utrudnienie. Zamieszczenie rysunków czy zdjęć, nawet w obniżonej jakości, byłoby doskonałą ilustracją opisywanych rzeczy i ułatwiałoby zrozumienie jak faktycznie wygląda to, co jest opisywane – jak wygląda fizjologiczna pozycja do karmienia, jak rozmieszczać kocie półki, co z tą klatką czy transporterem, itd. Już choćby odnośnik do zdjęcia na końcu książki byłby wielkim ułatwieniem.

Podsumowując ten obszerny wywód:

Książka “Co jest, kocie?” Małgorzaty Biegańskiej-Hendryk to doskonały start w świat relacji ludzko-kocich. Dla początkujących będzie kopalnią wiedzy i zrozumienia dla ich pierwszego kociego towarzysza, ale i doświadczeni znajdą tu pewnie wiele interesujących informacji. Nie jest to kompendium, bo też nie taki jest cel tej książki, warto pogłębiać wiedzę dalej – ale i tak powinna się znaleźć w biblioteczce kocioluba.

Największe zalety książki to: głęboko humanistyczna perspektywa autorki, promująca szacunek i szukanie porozumienia z kotem zamiast rozwiązań siłowych, prezentowanie perspektywy kota jako równouprawnionej w relacjach człowiek-kot, konkretne wskazówki dotyczące zachowania, reagowania i radzenia sobie z konkretnymi wyzwaniami. Uważny czytelnik skończy lekturę jako potencjalnie o wiele lepszy koci opiekun, zostanie tylko wdrożyć wskazówki w praktyce – a o to przecież chodzi.

Książka nie jest pozbawiona wad, jak choćby ta feralna strona dotycząca kastracji. Pewne kwestie można by rozwinąć szerzej. Dodać ilustracje tam, gdzie by faktycznie coś ilustrowały. Można też dyskutować, czy taki podział treści na rozdziały jest optymalny.

Książkę dobrze się czyta. Napisana jest językiem prostym, konkretnym. Tu i ówdzie pojawiają się historie z doświadczeń autorki, pokazujące jak wyglądają opisywane zagadnienia w praktyce. Każda porcja wiedzy zakończona jest wypunktowanymi wskazówkami co do działań, a każdy rozdział kończy się podsumowaniem najważniejszych informacji. Ważniejsze stwierdzenia są wyraźnie wyróżnione w tekście i łatwe do zauważenia.

Słowem dobrze ją opisującym jest “praktyczna”. Praktyczna w korzystaniu, ze względu na przejrzysty układ i łatwość odszukania wzrokiem szczególnie istotnych informacji. Oparta na praktyce i opisująca praktykę.

Polecam.

Facebooktwittergoogle_plus