Rrrrradujmy się!

Jakieś wielkie kudłate potwory mi się zalęgły w domu. Gdzie moje kocięta, pytam? Chodzę, szukam, szukam, i nie ma! Musi te wielkie kudłate potwory je zjadły. Wyglądają na dobrze odkarmione, trzeba przyznać.

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

Właśnie wysłałam kartę miotu, na podstawie której wystawione zostaną rodowody moim kudłatkom. A w karcie – oficjalne już imiona.

Pierwsza imię sobie przyniosła dziewczynka. Zauważyłam, że wyjątkowo lubi leżeć na podwyższeniu. Na dzień składam poduszki i przykrywam kocem, tworząc niewielki pagórek. Codziennie kicia ucinała sobie na nim drzemki, względnie skakała bratu z niego na głowę. Czasami też turlała się w dół, kiedy łapki nie dość pewnie stąpnęły. Zła pani rechotała w głos, a kicia udawała, że tak właśnie miało być.

Zaczęłam szukać imienia związanego w jakiś sposób z górą lub kimś na szczycie góry. Przypadkiem natknęłam się na słowiański Olimp. Tworzą go góry Ślęża, Radunia i Wieżyca, będące pradawnymi miejscami kultu. No jak to przeczytałam, to w ogóle nie miałam żadnych wątpliwości. Tylko Radunia!

Radunia pochodzi prawdopodobnie od Rady, Radorady – bogini opieki nad dziećmi i przygotowaniem ich do życia w plemieniu, w tym: nad rytuałami przejścia od niemowlęctwa do kolejnych etapów dziecięctwa. Niewiele o niej wiemy, ale zdaje się, że przetrwała w bajkach jako… Baba Jaga. Kapłanki Rady nazywano jagami. 

Nie mogłam wypuścić z ręki imienia o takim pochodzeniu!

A tak naprawdę przeważyło podobieństwo do słów radość, radować się. Radunia jest niesamowicie pogodnym i radosnym kotkiem. Zawsze skora do zabawy, pierwsza odkryła uroki myszek na wędce, myszek luzem, piłeczek oraz wszelkich brzęczących obiektów, które można pacać łapą. Gania po domu jak pasikonik, wszystko musi powąchać i drapnąć. Radość wcielona. To ona pierwsza uciekła z kojca i nauczyła się wdrapywać samodzielnie na łóżko. Bardzo dręczy większego od siebie brata, bo cały czas chce się bawić. Jeśli wdała się w mamusię, to poważna dorosłość jej nie zagrozi. 

Dopiero wieczorem trochę zwalnia obroty i kiedy się położę, przychodzi się przytulić i kładzie mi się na szyi w postaci puchatego szaliczka. Na razie jest to bardzo miłe, bo waży tylko około kilograma. Co będzie dalej? Czasami daje się skłonić do tego, by umościć się pod pachą, więc perspektywy są raczej pozytywne.

Poznajcie Radunię Kota Doskonałego*PL:

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

 

Kocurek na spokojniejszy temperament niż siostra. Lubi sobie poleżeć, popatrzeć na świat, pospać. Nie jest aż tak sprawny we wspinaniu się, ale za to lepiej biega. Kiedy przychodzi czas na zabawę, śmiga po domu jak czarna smuga. Poza czasem zabawy i jedzenia – nigdzie mu się nie spieszy. Chłopak ma swoje priorytety i się ich trzyma. Nie jest przytulasty, ale lubi być blisko. Kiedy leżymy obok siebie, mruczy głośno. Nawet nie trzeba go głaskać, mruczenie uruchamia się od samej bliskości i spojrzenia. Słodziak straszny. Oczywiście, że wielokrotnie podchodzę do niego w ciągu dnia, kiedy drzemie sobie na łóżku lub na drapaku, żeby posłuchać mruczenia. Działa za każdym razem.

Do tego jest inteligentny. Pierwszy zakumał kuwetę oraz stały pokarm i to on uczył siostrę, co się z tym robi.

Kocurek otrzymał dumne imię dumnego wikińskiego wojownika i zdobywcy – Ragnara Lodbroka. Tak, jestem wielką fanką serialu „Wikingowie” i wcale się tego nie wstydzę. Kto oglądał, ten wie jak został przedstawiony Ragnar w serialu.

A przecież mówimy o czarnym kocurze maine coon! No halo, jak on będzie wyglądał za kilka lat? Wielki, wredna morda i czułe serce. Ragnar, jak malowany.

Na razie Ragnar Kot Doskonały*PL wygląda tak:

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

Facebooktwittergoogle_plus

Krwiożerczy impregnat

Pisałam o tym na fb, ale to w sumie o kotach, a przynajmniej koty odegrały w tej historii kluczową rolę. Było tak:

Otóż korzystając z tego, że upał odpuścił i wróciłam do życia, zabrałam się za impregnowanie drewnianej skrzynki. Rzecz się działa na balkonie, bo impregnat roztacza taki aromat, że się z wrażenia farba na ścianach łuszczy. Wymyśliłam sobie, że jak ją sprytnie powieszę, to będę mogła zaimpregnować całość za jednym zamachem i niech sobie schnie w powietrzu. Taki plan amerykański bez skazy uknułam.

I nawet się udawało, do czasu, kiedy zaczęłam malować wnętrze i wsadziłam łeb do środka. Straciłam czujność i nie zauważyłam, że na balkon przywędrowała moja kochana Czarna Tylda. Chwilę wcześniej widziałam ją w kojcu karmiącą dzieci i jakoś tak założyłam, że tam nadal przebywa. Błąd.

Czarna Tylda nie byłaby sobą, gdyby nie okazała gwałtownego zainteresowania. Tym razem zainteresowanie wyraziło się tym, że próbowała wskoczyć na skrzynkę. Tę wiszącą w powietrzu. Skrzynka się wahnęła, kot zleciał, po czym skrzynka też zdecydowała się zlecieć, uderzając mnie wcześniej w rękę, w której trzymałam puszkę z impregnatem. Impregnat okazał się fanem fizyki obowiązującej w naszym uniwersum, uderzony przyjął energię, wyskoczył z puszki i krzywą balistyczną wyruszył na spotkanie przeznaczeniu. Przeznaczeniem okazałam się ja (ze szczególnym uwzględnieniem ręki i stóp) oraz podłoga balkonowa.

No to szybka akcja kryzysowa. Najpierw – nie pozwolić kotom wdepnąć. Drzwi przymknąć – bo z mieszkania nadciąga już ciekawski tłumek. Czarną pod pachę i celnym rzutem szuuust! do mieszkania. TaiChi tak samo. Wszystko jedną ręką, bo druga od ramienia po dłoń pokryta impregnatem. Wróć, TaiChi właśnie spanikowała i próbowała samodzielnie uciec z balkonu. Desperackim rzutem siebie na glebę w kałużę impregnatu uniemożliwiłam jej (chyba) wdepnięcie, przeleciała prawie po ścianie.

Szybkie mycie ręki pod bieżącą wodą. W trakcie wyskakiwałam z łazienki co chwila i straszyłam TaiChi, żeby się chowała po kątach i nie lizała łap. Strzeżonego…. Wstępnie umyta, złowiłam TaiChi, odwróciłam kołami do góry i próbowałam obejrzeć łapy. W trakcie procedury wyszło mi, że najlepszym sposobem będzie sprawdzenie na węch.

Widzicie to? Siedzę na fotelu, na kolanach mam 7 kg wściekłego maine coona brzuchem do góry i po kolei wącham jej każdą łapę. Śmiechom i żartom nie było końca, prawdaż. Uprzedzając fakty: łapy pachniały pudrowo, czyli tak jak powinny, więc chyba jednak nie wlazła.

No to zostało już tylko zebrać impregnat z podłogi i umyć podłogę, zebrać skrzyneczkę, pourywać odpryśnięte fragmenty, przybić listewki, które odpadły, zaimpregnować na nowo. Takie tam proste czynności, heh. Producent impregnatu zaleca płukanie bieżącą wodą przez min 10 minut, więc dla równowagi ducha poszłam i jeszcze dwa razy umyłam rękę.

Żaden maine coon nie ucierpiał przy tworzeniu tej historii.

Facebooktwittergoogle_plus

Nosił kot razy kilka

Może pamiętacie z poprzednich perypetii z kociętami Tyldy, że Czarna Tylda NOSI. Nosi kocięta w co bardziej egzotyczne miejscówki, przy czym najdogodniejsze miejsce jest codziennie inne.

Tylda uparła się urodzić w budce drapaka i nie dało się jej przekonać ani dobrym słowem, ani rękoczynami do zmiany miejsca. Na szczęście tylko w jednym momencie moja pomoc się przydała, nie musiałam więc łamać sobie rąk i hodować oka na szypułce, żeby zajrzeć i sięgnąć do budki. Tym niemniej wszelka pomoc przy nowonarodzonych była wykluczona, dopóki siedziały w budce.

Pierwszych przenosin dokonałam więc ja. Przygotowałam wygodne pudełko, wyścieliłam kocykiem i postawiłam obok. Podstępem skłoniłam Tyldę do przejścia i – o cudzie! – zaakceptowała miejscówkę, a ja mogłam wygodnie dostawiać kociaki do mleka przez następną dobę. Możliwe, że jestem nadopiekuńczą kocią mamą, trudno. Taka moja uroda.

Po pierwszej dobie Tylda przeniosła kociaki za fotel bujany, na gołe panele. No, niedoczekanie. Przeniosłam kociaki do pudła, a pudło za fotel. Jest dobrze.

Po kolejnej dobie przyłapałam Tyldę, jak niosła kociaka za drugi fotel, pod stojące obok krzesło. Krzesło wont, pudło na to miejsce, leżą. Uff.

Trzecia doba – Tylda niesie kociaki za drapak, na dolną półkę z książkami. Na półce są książki, ale za to nie ma miejsca. Odsuwam drapak, stawiam tam pudło, leżą. Uff.

Czwarta doba – Tylda niesie kociaka do sypialni. Ale coś mi mówi, że chodzi o to, że za bardzo ją widać i wkurzają ją chodzące koty. Odwracam pudło o 180 stopni i bingo! Leżą grzecznie, uff.

Piąta doba. Tylda wyrzuciła książki z półki, ale kociaki leżą w pudle. Hm. Zabrałam książki, zrobiłam miejsce. Ach, to Tylda tam chciała leżeć! Kociaki w pudle, a ona obok pudła, ale dyskretnie schowana. Hura!

Uwaga! Prawie tydzień spokoju! Nie wierzę we własne szczęście.

Pewnego dnia! Tylda przynosi dzieci do sypialni. Stawiam pudło przy łóżku. Najwyraźniej to chodziło. Od tego dnia spać nie mogę, bo kocięta chroboczą w tekturę tuż przy mojej głowie.

A potem długo, długo NIC!

Kocięta rosną, wyłażą z pudła, dostają cały wybieg dla siebie, mają już swoje miski i kuwetę, ganiają z piłeczkami. Życie jest znowu piękne.

W dniu, w którym kocięta kończą 5 tygodni, widzę Tyldę niosącą jednego do kuchni. Odebrałam, zaniosłam do sypialni. Za chwilę – niesie drugiego. Maine coony to raczej duża rasa, nie? Kocięta ważą już blisko kilogram i są naprawdę wielkie. Na tyle, że Tylda potyka się o nie i ogólnie ma dużą trudność. W dodatku one są już samobieżne, nie ma takiej opcji, żeby siedziały na tyłku w jednym miejscu.

Kocięta wyją, możliwe, że jakoś niefortunnie je chwytała. Poza tym one chcą jeść, spać, bawić się i żeby było fajnie, a nie jakieś noszenie za kark. Tylda wyje, bo kocięta się rozłażą i nie ma nad nimi żadnej kontroli. Ja rozważam ucieczkę w Bieszczady.

Dzień jak co dzień.

Biedna Tylda.

 

Facebooktwittergoogle_plus