DIY – legowisko z rogami

Moje legowisko dla kotów, pokazywane na facebooku, wzbudziło zainteresowanie i wiele pytań, więc odpowiem hurtem.

Jak wykonać takie legowisko? Nic prostszego.
Potrzebujesz kawałka materiału, wypełnienia do poduszek (można nabyć w sklepie z tkaninami za grosze) i trochę czasu. Materiał najlepiej wybrać taki, którego koty nie zniszczą pazurami – misiek (jak u mnie), polar, sztruks, gruba bawełna.

Materiał powinien mieć wymiar o około 15 cm większy z każdej strony niż wielkość planowanego legowiska – to są te części zawinięte do góry.

Wypełnienie do poduszek przytnij do wymiaru odrobinę mniejszego niż materiał – musi się zmieścić w środku po zszyciu. Możesz dać kilka warstw, żeby było grubsze. Ja dałam dwie, bo nie zależało mi na tym, żeby było bardzo grube i sfastrygowałam je razem, żeby się nie przesuwały. Następnie przytnij kawałek wypełnienia do rozmiaru wnętrza legowiska, tej części płaskiej. Ja tu również dałam dwie warstwy, ale spokojnie można dać więcej. Przyfastryguj do wypełnienia całego legowiska na środku – tak aby powstał duży prostokąt z mniejszym na środku.

Zszyj materiał, włóż wypełnienie do środka. Dzięki grubszemu wypełnieniu w środku legowiska, łatwiej jest zagiąć brzegi i ładniej się całość układa. Złap za rogi, złóż je razem i po prostu zszyj. Ja jestem leniwa, więc przewlokłam nitkę przez krawędzie i związałam ją na supeł. Trzyma.

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Jak widać moje legowisko ma środek polarowy. Nie dlatego, że taka jestem pracowita i estetycznie zakręcona, tylko po prostu nie miałam już wystarczającej ilości miśka, ale za to został mi ścinek polarka w idealnie pasującym kolorze i rozmiarze. Tu było trochę kombinowania z doszywaniem kawałków, zszywaniem polarka – spokojnie możesz to sobie darować, kotom wszystko jedno.

Dobrej zabawy z igłą i nitką :)

Facebooktwittergoogle_plus

Czempion in da haus

Zła pani, znowu wywlokła koteczki na wystawę. I to na koniec świata – aż 3 godziny drogi!

Dla nieprzyzwyczajonych futrzaków to dosyć duże wyzwanie, dlatego na wystawę zabrałam FaJin i ChiNę dla niej do towarzystwa. Dziewczyny się bardzo lubią i miałam nadzieję, że razem będzie im łatwiej. Efekt przerósł wszelkie oczekiwania – FaJin nie tylko nie chowała się pod kocem, ale przyglądała się ludziom, odbywała toaletę, a nawet – o cudzie! – skubnęła chrupek.

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Żałuję, że nie miałam kasy, żeby na poprzednie wystawy zabrać Bielutką. Tym razem też miałam do wyboru: albo obie na jeden dzień, albo jedna na dwa. W rezultacie pojechałyśmy na niedzielę.

W Lublinie – jak się okazało – odbywały się wielkie targi. W olbrzymim obiekcie wystawiali się hodowcy kotów, gołębi, kur i królików. W akwariach i terrariach gekony, węże, żółwie. W klatkach papugi, kaczki i pawie. Gdzieś w drugiej hali były jeszcze psy. Wokół stały stoiska z wszelakim dobrem dla kotów. Do tego stoiska z kawą, ciastkami, goframi, ekologicznym chlebem oraz pajdami ze smalcem i kiszonym ogórkiem. Można było adoptować psa, kota, myszkę lub fretkę. Do kompletu punkty zabaw dla dzieci, jakieś kolejki czy inne samochodziki. Stoiska z balonami we wszystkich kształtach i kolorach, jak też innymi obiektami kultu komercji. A po południu odkryłam jeszcze w kącie hali mikrozoo z pelikanem, kozą i dwiema alpakami.

Już w drzwiach hali zapach ścinał z nóg. I przez cały czas, co kilkanaście sekund, piał kogut.

Pandemonium, słowo daję.

Sama wystawa kotów była nieco mniejsza, niż w Warszawie. Trochę słabo było widać wyświetlane numery kotów, które należy przynieść do oceny, więc cały czas latałam pod wyświetlacz jak jakiś ślepowron, ale za to megafonu użyto tylko może ze dwa razy. Mimo większej hali, kogutów i niesamowitej ilości przewijających się dzieci, było o wiele spokojniej niż w Warszawie. Na takich wystawach mogłabym bywać. I mimo pobudki o 5 rano i 3 godzin jazdy, pod koniec wystawy całkiem nadawałam się do życia, w odróżnieniu od poprzednich doświadczeń, kiedy do końca docierałam w trybie automatycznym i w charakterze zombie.

FaJin wciąż w wystawowej formie. Co prawda bała się sędzi i próbowała zwiać, ale w końcu się udało ją opanować i zaprezentować wszelkie walory jej urody. Dostała trzeci certyfikat na championa i jak tylko dopełnię formalności i uiszczę – dostanie literki przez imieniem. Nie, nie mgr, inż ani dr. CH. :)

A Bielutka, wzięta jako dama do towarzystwa, podstępnie sama zdobyła świetną ocenę i certyfikat na championa. Czyżby się role miały odwrócić i następnym razem to FaJin pojedzie do towarzystwa?


Zapraszam do obejrzenia kilku fotek z tej hali chaosu.
Ten biały devon rex, który wygląda jakby planował zagładę świata, to nasz sąsiad Artur – najsłodsze i najbardziej miziaste stworzenie, jakie ostatnio spotkałam. Zwróćcie też uwagę na kotki z uszkami – to amerykańskie curle krótkowłose, które przyjechały aż z Finlandii. Śliczne!

Ps.  Śmiałam się kiedyś z obrazka z podpisem „Mój maine coon jest większy niż twój pies” – na tej wystawie były króliki większe niż maine coony. I kid you not!

Facebooktwittergoogle_plus

Jedziemy na wycieczkę, bierzemy kota… albo nie.

Temat zostawiania kotów w domu wywołał odzew, więc jeszcze trochę się uzewnętrznię.

Koty mają tę cenną zaletę, że da się je zostawić spokojnie na 2-3 dni (na przykład na weekend) same. Zwłaszcza, jeśli jest ich dwa albo trzy. Samotny kot zeświruje z nudów, ale jeśli ma towarzystwo, sprawa wygląda zupełnie inaczej. Trzeba tylko pamiętać o zostawieniu więcej wody i więcej chrupków, żeby zwierzątka nam nie padły z głodu. Szczególnie woda jest istotna, ponieważ kot nie wielbłąd – pić musi. Inaczej mu nerki siadają, a kot bez funkcjonujących nerek żyć nie może.

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Często pytają mnie ludzie, czy lepiej zostawić kota w domu i załatwić dochodzącą nianię, czy też zawieźć kota do opiekunów. Zdecydowanie zostawić w domu. Koty lubią rutynę i znane otoczenie, wywiezione w obce miejsce, nawet jeśli wcześniej tam były, będą podwójnie nieszczęśliwe – na cudzym terenie i porzucone przez ukochanego pana czy panią.

Jeżeli jest możliwość, warto umówić kogoś, żeby wpadł raz dziennie i skontrolował sytuację oraz wyczyścił kuwety. Ale znam koty, które we dwa lub we trzy spokojnie zostawały na weekendy (nawet tzw. długie weekendy) z wodą, chrupkami, dużą liczbą kuwet i całym domem dla siebie. Po powrocie ściany nadal stały, a liczebność stada się zgadzała, więc eksperyment można uznać za udany.

Można zabrać kota ze sobą, jeśli dobrze znosi podróże. Dopóki miałam trzy koty, jeździłam z nimi z wizytami do rodziców. PaiLu po 3 km paskudziła w transporterek, potem było wszystko ok. VaiPerek nawet lubił te wyjazdy, aż nagle, nie wiadomo czemu, zaczął się panicznie bać podróży. TaiChi przesypiała drogę, ale za to całą wizytę przesiadywała w kącie za łóżkiem. No to zaprzestaliśmy wspólnych wojaży, bo skórka była niewarta wyprawki.

Przy dłuższych wyjazdach stres dla właściciela jest większy, bo wtedy opieka jest konieczna. Sprawdziłam doświadczalnie obie opcje – z wywiezieniem kotów z domu i z dochodzącą nianią. Niania jednak działa lepiej. Koty wywiezione desperowały kiedy mnie nie było i strasznie się poobrażały, kiedy wróciłam. Powiadam Wam – naprawdę STRASZNIE się poobrażały, toteż wolę się na to nie narażać więcej.

Jeśli Twój kot nie jest pamiętliwą cholerą, to możesz zaryzykować. Przede wszystkim – nie popadać w skrajności i nie wyjeżdżanie na wakacje przez dziesięciolecia „bo koty”. Jeśli tylko mają opiekę, przeżyją. W końcu Ci przecież przebaczą.

W końcu. ;)

Facebooktwittergoogle_plus