Śladami generałowej Zajączkowej

Od czasu zakończenia remontu elewacji, czyli od listopada, nie byłam w stanie zawiesić siatki balkonowej. Przez cały listopad i połowę grudnia praktycznie mnie nie było w domu, jako że sezon na pracę był w pełni rozkwitu. Potem pogoda się zrobiła mocno niesprzyjająca. W końcu pogodynka powiedziała: na plusie, spoko, korzystaj bo od przyszłego tygodnia znowu mróz.

No to wzięłam się do pracy. Szkoda, że w połowie roboty, kiedy kompletnie nie byłam w stanie przerwać i porzucić, bo groziło to zniszczeniem siatki, zaczął zacinać śnieg z deszczem. I to tak z wykopem oraz silnym wiatrem. W poziomie padało. Zaprawdę powiadam Wam, przeplatanie mokrego sznurka przez barierkę w stylu Kopciuszka, to rozrywka wyjątkowej klasy. Dla wybranych. Dwa szczebelki – ręce pod pachy, żeby rozgrzać – dwa szczebelki – ręce pod pachy… Brrr.

Kiedy umocowałam wszystko na tyle, że mogłam to ze spokojem ducha porzucić, przestało padać. Wiedziałam, że drugi raz na ten balkon nie wyjdę przynajmniej przez tydzień, nie po takich przeżyciach. Uznałam, że gorzej nie będzie i dokończyłam robotę. Wywlokłam z domu wszystko, czego miejsce jest na balkonie, a co nie mogło się tam znajdować z powodu remontu. Uff.

Poszłam pod prysznic, żeby się rozgrzać. Czekam, czekam, a woda wciąż letnia. No to się rozgrzałam, prawda. No nic, generałowa Zajączkowa pielęgnowała urodę zimnem, może i ja dzięki temu piękniejsza będę.

A dziś od rana była piękna pogoda, słońce świeciło i nic nie padało.  No żeż…

m_20131021_028

Ps. Dlaczego uparłam się tę siatkę zawiesić? Ano od lipca do listopada miałam permanentny remont: wymieniano mi płytki na balkonie, potem odnawiano elewacje, malowano ściany, potem barierki balkonowe. Wszystko, co stało na balkonie, musiało zostać zeń zabrane – a kto widział mój balkon, z drapakiem i drewnianym kawałkiem pergoli czy innej altany, ten wie, że wyniesienie tego z balkonu to nie jest prosta sprawa. Nie dysponuję niestety salonami i cały ten majdan doskonale utrudniał mi życie i grał na nerwach. Musiałam się tego pozbyć, bo inaczej bym zwariowała.

Za to jaka koza rabina teraz! Ile miejsca! :)

Facebooktwittergoogle_plus

Siatka balkonowa reloaded cz. 3

Tyle czasu wisiała siatka i nikomu nie przeszkadzała… Aż przyszedł czas napisać erratę.

Oparła się ta siatka wieszaniu się mainecoonów, oparła się deszczom, mrozom i śniegowi, a nie wytrzymała malutkich mlecznych ząbków Laleczek.

Najpierw zauważyłam przerwaną jedną żyłkę tuż przy drapaku oraz Lunę sprawdzającą co można jeszcze z tym zrobić. Smyrnęłam kotem do mieszkania i przy pomocy mocnej linki związałam feralne oczko.

Dziś mam smutny dzień, bo LaLita i LaDonna pojechały do nowego domu, więc tak plączę się po mieszkaniu, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Koty chodzą za mną. Wyszłam na balkon, pogłaskałam Ryżą, którą swoim zwyczajem wlazła na półeczkę i uwiesiła się przednimi łapami na siatce. Pogłaskałam Bielutką, która usiadła na drapaku. Zagadałam do Luny, która wlazła na ten drewniany płotek ogrodowy.

Luna przebiegła przez całą szerokość, a ja przez moment nie mogłam uwierzyć w to, co widzę. Tuż na górną krawędzią zieje wielka dziura, na 3 czy 4 oczka! Prawie doznałam zatrzymania akcji serca. Kocięta wygnałam do domu i dawaj naprawiać!

Nie chciałabym rzucać bezpodstawnych podejrzeń, ale po chwili spostrzegłam Lunę robiącą przegląd sytuacji.

Uroki posiadania zbyt mądrych i cwanych kotów.

 (jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Facebooktwittergoogle_plus

Fotostory – Jesienne koty balkonowe

Zanim kocięta urosły na tyle, żeby można im było poszerzyć im lebensraum o balkon, zrobiło się zimno i paskudnie. Wypuszczałam więc tylko dorosłe, starannie utrzymując maluchy na dystans. Jak trzeba – to odgarniając je nogą. Oczywiście było to rozwiązanie kłopotliwe i nie rokujące na przyszłość. Małe szybko znalazły słabe punkty w obronie i trochę podstępem, trochę siłą, wyrwały się na balkon.

Tam oczywiście dostały szału, biegały wręcz po ścianach w amoku, starannie unikając moich rąk, kiedy uznałam, że już wystarczy tego marznięcia. Próby łapania ich i wynoszenia po kolei do domu przypominały nabieranie wody sitem – jednego wrzucałam do środka, dwa przemykały się między nogami na balkon.

Niestety raz wykonały ten manewr wcześnie rano, kiedy pani jeszcze paradowała w piżamce. Ponieważ ja wstaję o 8, ale budzę się koło 12, toteż totalnie nieprzytomna poszłam z krótkim rękawkiem na mróz łapać te potwory. Teraz kicham i prycham, a że zima spadła znienacka, to w związku z moim słabym samopoczuciem kocięta się z nią jeszcze nie zapoznały.

Należy więc oczekiwać w dającej się przewidzieć przyszłości kolejnej odsłony kotów balkonowych, tym razem zimowych.

Facebooktwittergoogle_plus

Siatka balkonowa reloaded cz. 2

Ciąg dalszy nierównej walki z oporną materią, czyli siatka balkonowa contra człowiek.

Kolejnych podejść było nawet kilka, ponieważ życie pokazało, że wymiana tej linki nie jest tak prosta, jak by się wydawało. Przede wszystkim musiałam odsunąć drapak zintegrowany z tym drewnianym przepierzeniem oraz podstawą. Już samo to zadanie okazało się niemal ponad moje siły, bo całość była nie dość, że ciężka, to jeszcze trudno przesuwalna. Namęczyłam się strasznie, rozmontowałam połowę i po kawałkach jakoś przesunęłam.

Wymiana linek za drapakiem praktycznie zajęła mi cały wieczór, a kiedy wreszcie skończyłam i nawet  kopaniem, szarpaniem oraz soczystymi przekleństwami udało mi się wsunąć całą drewnianą konstrukcję na miejsce, byłam tak wykończona, że musiałam sobie zrobić przerwę.

Po czasie niezbędnym do zregenerowania chęci do pracy, podjęłam dalszą nierówną walkę – tym razem z kątem prostym na połączeniu krawędzi balkonu. Na jednym boku siatka opada tam prosto w dół, na drugim – pod kątem, bo sufit ma powierzchnię mniejszą niż podłoga mego balkonu. Trzeba było wyprofilować jakiś sprytny skos – niestety ów skos miał inne plany na ten wieczór i wyszedł mi jakiś rozpaczliwiec. Uznałam jednak, że w ostatecznym rozrachunku się nada i zostawiłam tak, jak jest.

Po tych ciężkich przejściach uznałam, że potrzebuję wzmocnienia w postaci sukcesu wieszania siatki tam, gdzie jest prosto i bezproblemowo, toteż szybciutko przemieściłam się na dłuższy bok balkonu. Przy wydatnej pomocy TaiChi udało się sprawnie z nim uporać i dotarłam do zakątka balkonu, sens istnienia którego nadal mi umyka.

Mała wnęka, o szerokości około 30 cm, tak że nawet pół człowieka się tam nie zmieści, z rynną w samym środku. Już poprzednio mieliśmy z tym kątkiem kupę zabawy i przewidywałam, że tym razem też mnie to nie ominie.

Ponieważ drabina się tam nie mieści, a zaczep siatki jest na wysokości sufitu, musiałam zamienić się w człowieka-pająka i łazić po balustradzie. W ciągu tych kilkunastu minut moje serce napracowało się tak, że się postarzało co najmniej o trzy lata. Nie spadłam jednak, nie zeszłam na zawał, siatkę zaczepiłam. Nie byłam w stanie niestety jej wyprofilować w żaden sposób, bo za bardzo tam nie sięgałam, więc za rynną siatka wisi na lince jak zasłona prysznicowa – naciągnięta w pionie, udrapowana w poziomie. Trudno. Grunt, że koty nie przelazą.

Skończyłam i padłam bez sił.

Następnego dnia koty w szale wpadły na drapak i przepierzenie i dopiero wtedy zajarzyłam, że zapomniałam o jednym istotnym elemencie. Nie przymocowałam drapaka do barierki i całość kiwa się energicznie w takt kocich skoków. Przekopałam swoje zasoby, ale nie znalazłam długich trytytek, tylko zestaw króciutkich. Chcąc nie chcąc, połączyłam po 4 i umocowałam drapak na sztywno. Wreszcie zadanie można było uznać za zakończone.

Uff.

.

Czytaj też:

Fotostory – Balkon bezpieczny dla kotów cz.1

Fotostory – Balkon bezpieczny dla kotów cz.2

Facebooktwittergoogle_plus

Siatka balkonowa reloaded cz. 1

Wbrew obawom niektórych czytelników, siatka balkonowa szczęśliwie przetrwała warunki pogodowe oraz traktowanie jej przez koty. Najsłabszym ogniwem okazała się być linka, którą zamocowana jest całość do wkrętów w ścianach i suficie. Wykonana z jakichś sztucznych włókien, okazała się nieodporna na zmienne temperatury i najzwyczajniej zaczęła się kruszyć.

Najpierw ukruszył się kawałek w kątku za rynną. Niestety jest to miejsce schowane i raczej trudno tam zajrzeć, co oczywiście sprawia, że jest jednocześnie ulubioną miejscówką kotów. Koty dostały więc szlaban na łażenie po balkonie, a ja popędziłam do marketu budowlanego po nową linkę.

Trochę miałam pietra włażąc na drabinę, zwłaszcza, że przy moim wzroście, musiałam wdrapać się aż na sam szczyt, ale jakoś się przemogłam. Zaczęłam od drugiego końca balkonu, który wydał mi się łatwiejszy (takie zagranie psychologiczne: jak tu mi pójdzie dobrze, to i z resztą dam sobie radę). Rozbebeszyłam róg – a wtedy jak znienacka nie lunie! Dosłownie nawałnica, bez ostrzeżenia spadły potoki wody. Nie zdążyłam zleźć i złożyć drabiny, a już byłam cała mokra.

Tak więc pierwsze podejście do wymiany linki zakończyło się połowicznym sukcesem: co prawda niewiele zrobiłam, ale za to nie zleciałam z drabiny.

Ciąg dalszy więc nastąpi.

.

Czytaj też:

Fotostory – Balkon bezpieczny dla kotów cz.1

Fotostory – Balkon bezpieczny dla kotów cz.2

Facebooktwittergoogle_plus

Zimo, idź sobie!

W ramach memento oraz ciekawostek – tak wyglądała siatka w trakcie opadów śnieżnych tydzień temu.

Przyznam, że wrażenie było niesamowite. Płatki śniegu były wielkie i mokre, przyklejały się do wszystkiego, więc też i do cieniutkiej siatki. Koty były zafascynowane. Najpierw długo obserwowały z daleka, potem próbowały pomacać, strząsając śnieg. W ogóle ten śnieg w wielkich płatkach bardzo je zafrapował i długo nie chcialy zejść z balkonu, obserwując co to takiego ląduje im na futerkach.

.

Przeczytaj też:

Im bardziej pada śnieg…

Fotostory – Balkon bezpieczny dla kotów cz.1

Fotostory – Balkon bezpieczny dla kotów cz.2

Facebooktwittergoogle_plus

Fotostory – Balkon bezpieczny dla kotów cz.2

Kończymy montowanie siatki.

Od sufitu do balustrady siatka jest już naciągnięta i przymocowana linką przeplecioną przez szczebelki.

Teraz pociągniemy ją w dół i przeciągniemy kolejną linkę przez szczebelki barierki, mocując dolną część siatki.

Zgodnie z przewidywaniami, ten kącik dostarczył nam rozrywki. Balkon ma tam jakieś 30 cm. szerokości oraz rynnę w środku. Po co taki skrawek tam wystaje, pojęcia nie mam (ukłony dla Pana Architekta), nie da się tam nic wstawić, a nie chcę nawet myśleć, co przeżyli panowie kładący płytki. Ja na przykład się tam nie mieszczę, linkę musiałam więc mocować jedną ręką. Było zabawnie.

Oczywiście koty natychmiast pokochały tę wnękę – jakże by inaczej!

Koniec siatki przymocujemy do tego śmiesznego drewnianego płotka za pomocą zszywacza tapicerskiego (który nie wiem, jak się fachowo nazywa, ale chyba wiadomo o co chodzi). Szczebelki płotka są spięte ze sobą mocnym drutem, całość jest sztywna i w zasadzie sama się trzyma poziomu, leżąc na głównych prętach barierki. Pomiędzy nimi głównie magicznie wisi w powietrzu – ale mimo to trzyma się pewnie.

Z boku został kawałek kawałek siatki – niewiele, tak ze 30 cm – ale ja mam w genach zapisaną niechęć do ucinania i wyrzucania czegokolwiek, bo nigdy nie wiadomo, czy się do czegoś nie przyda (tzw. przydaś) – wobec tego zwijam ten koniec w rulonik i owijam linką na całej długości, tworząc zgrabny pakuneczek.

I gotowe! Siatka jest cieniutka (mam nadzieję, ze wytrzymała), z zewnątrz prawie jej nie widać, a za to w słońcu się pięknie srebrzy. W deszczu też fajnie wygląda – sprawdzone dnia następnego.

Więcej zdjęć oczywiście w galerii.

Koszt to głównie siatka (6x3m, ok 120 zł, kupiona w sklepie dla zwierzaków, więc nie była to najtańsza opcja dostępna na rynku) oraz te nieszczęsne kołki do styropianu za 64 złociszy. Linka, wkręty, podkładki (żeby się trzymała okręcona wokół wkrętu linka) – to już groszowa sprawa. Płotek – 30 zł. Dwa wieczory pracy. Całość prawie niewidoczna gołym okiem, więc kłopotów z administracją nie przewiduję.

A zamiast siatki specjalnie dla zwierzaków można nabyć przez internet siatkę rybacką –  jest tańsza.

I jeszcze kilka słów gadki umoralniającej. Mając zwierzę, jesteśmy za nie odpowiedzialni i to do nas należy zadbanie o jego bezpieczeństwo. Kot nie zawsze spada na cztery łapy i nie zawsze ma to szczęście, że z upadku wychodzi bez szwanku.

Jak pisał Antoine de Saint-Exupéry w „Małym Księciu”: „Pozostajesz na zawsze odpowiedzialny za to, co oswoiłeś”.

Dla inspiracji oraz ku przestrodze, warto zajrzeć pod te linki (wyszperane i podrzucone przez Alicję B.):

Zabezpieczanie okien i balkonów:

koty.rokcafe.pl/zabezpieczenia/okna.php

koty.rokcafe.pl/zabezpieczenia/balkony.php

koty.rokcafe.pl/zabezpieczenia/uchylne.php

Co się dzieje z kotem, gdy upada: koty.rokcafe.pl/zabezpieczenia/index.php

A już za chwileczkę, już za momencik – relacja z budowania drapaka balkonowego.

.

Facebooktwittergoogle_plus

Fotostory – Balkon bezpieczny dla kotów cz.1

Balkon nasz dla kotów nader niebezpieczny jest. Ma w sobie pierisy japońskie, które są trujące (i z tego powodu wkrótce wylądują w śmieciach). Ma otwory między podłogą a balustradą, przez które fajnie można skoczyć w dół. Ma balustradę, po której chodząc można przyprawić właścicieli o zawał. W pobliżu zaś notorycznie przebywa ptactwo różnego autoramentu  (las o rzut beretem jest), na które fajnie poluje się przez szybę, a przez balkon będzie jeszcze fajniej.

Zanim koty zostaną tam wypuszczone samopas, pierwszym krokiem ma być osiatkowanie całości. Niestety balkon nasz ma kształt mocno dziwny, a w dodatku sufit (będący podłogą balkonu sąsiadów z góry) jest sporo mniejszy – przeczuwam w jasnowidzeniu, że wieszanie siatki to będzie duża sztuka. W zasadzie moglibyśmy zamontować jakieś listwy czy kształtowniki i na tym rozpiąć tę siatkę, ale jak podliczyłam koszty, to osłabłam. Siatka będzie musiała wisieć sama z siebie i już. Będzie co ma być.

A dziś jest D-day.

Najpierw przygotowanie zaczepów. Ponieważ całość bloku obłożona jest styropianem, zostaliśmy zmuszeni do nabycia za jakąś chorą kwotę specjalnych dynksów do montowania w styropianie. Za to do ich zamontowania nie jest konieczny żaden sprzęt, raz puknąć wiertełkiem, żeby tynk przebić i można wkręcić ręką. Dopiero wkręt się dokręca narzędziem.

Najpierw myślałam o tym, żeby skraj siatki wzmocnić linką stalową, ale w fazie upraszczania projektu doszłam do wniosku, że nylonowa linka wystarczy. Jak wyciągnęłam siatkę z pudełka, to się nieco zdziwiłam. Chwilę mi zajęło, zanim dotarło do mnie dlaczego ona jest taka… dziwna. Taka osobliwie chuda. Odnalezienie skraju i przeplecenie linki przez odpowiednie oczka to jakaś galernicza robota. Przydałyby się jeszcze dwie pary rąk do trzymania tego cholerstwa.

No to ją wplatam, tę linkę. Mówcie mi Kopciuszek.

Pierdolnik pod ścianą to nasza najnowsza zdobycz – brat podarował mi półtorej brzózki z własnej działki. W kawałkach. Będzie z tego piękny drapak balkonowy. Eko i full wypas. Zobaczycie.

Syrjus zaczepia siatkę. Oczywiście doprowadza mnie jednocześnie do szału, łażąc po balustradzie w kapciach. Jak się sam nie zabije, ja go zabiję.

Mieliśmy wiele pomysłów na to, czym zakryć dziurę między balustradą a podłogą. Każdy mało wykonalny. Problem polega na tym, że cokolwiek by tam nie położyć, musiałoby się trzymać częściowo nadprzyrodzonym sposobem w powietrzu. W końcu w przypływie natchnienia nabyliśmy taki mały płotek z połączonych półwałków. Okazał się idealny. Sam się trzyma i w dodatku już jest zaimpregnowany. I nada się kotom do drapania.

Widać go tam w dole.

Mimo, że drzwi się otwierają do wewnątrz, kotom udało się je sforsować i przyszły skontrolować jakość prac.

W momencie, kiedy PaiLu postanowiła zwiedzić wyższe, do tej pory niedostępne, rejony balkonu, uznaliśmy, ze dość tej zabawy. Koty zostały grzecznie, acz stanowczo, wyproszone z balkonu.

Słońce miało się ku zachodowi i nagle zrobiło się bardzo zimno. Naciągnęliśmy więc siatkę i dowiązaliśmy do górnej części balustrady, pozostawiając resztę na jutro.

Tak więc ciąg dalszy nastąpi.

I w dodatku został nam jeden kołek do styropianu – wreszcie będzie można powiesić na balkonie lampę!

Facebooktwittergoogle_plus

Robimy nowe zabawki dla kotów

Wiosna natchnęła nas nowymi pomysłami na czasochłonne, wykonywane własnoręcznie oraz upierdliwe konstrukcje, mające docelowo polepszyć nam życie, a po drodze doprowadzić nas do szału. Jak każde majsterkowanie.

Celem na ogół jest ulepszenie i upiększenie naszego mieszkanka, choć w tym roku, zgodnie z naszym fiołem, beneficjentami mają być oczywiście koty. Tej wiosny padło na balkon. A konkretniej – przystosowanie balkonu do potrzeb kocich.

Tuż przed Wielkanocą kurier przytargał nam siatkę do zamontowania na balkonie, żeby kotom nie wpadło do głów udać się na dłuższy spacer. Z drugiego piętra. Na razie koty wypasane są pod nadzorem i natychmiast wycofywane z co bardziej niebezpiecznych miejsc. Kwiatki niemal wszystkie okazały się trujące dla nich, więc dostały nakaz eksmisji. Skraj balkonu jest zastawiony skrzynkami po kwiatach, bo na dole mamy fajne dziury, aż zapraszające do tego, żeby się wychylić – PaiLu na przykład nie potrafi się im oprzeć. Niektóre zakątki zaś zostały oklejone taśmą malarską, żeby zwierzaki się nie przecisnęły – jak można się domyśleć, całość wygląda nieco ohydnie.

A skoro już koty będą mogły bezpiecznie wychodzić na balkon, to trzeba im tam zapewnić odrobinę komfortu i rozrywki – zaplanowaliśmy więc wycieczkę do lasu w poszukiwaniu ściętych drzew, w celu pozyskania budulca na ekodrapak. Niech kociny poznają dotyk drewna, a nie tylko panele i dywany.

I tak jakoś idąc na tej fali kreatywności, postanowiliśmy jeszcze podarować kotom leżanko – tunele do spania w oraz biegania przez. Pomysł wydawał się prosty, tylko wykonanie chyba będzie wyzwaniem. Już na etapie pozyskiwania materiałów weszliśmy w fazę użytkowania przedmiotów niezgodnie z ich oryginalnym przeznaczeniem. Na razie na środku salonu walają się przycięte tuby, czekając na oklejenie czymś przyjaznym dla kocich pazurów. Co jest pocieszające – koty zabawiają się przeskakiwaniem przez nie, polowaniem na siebie po obu końcach, a wszystkie gonitwy obowiązkowo muszą przechodzić przez środek przynajmniej jednej.

Na pierwszy ogień idzie balkon. Jak się koty na nim zajmą, to my w mieszkaniu będziemy mogli spokojnie, bez natrętnej asysty, zająć się tworzeniem tuneli.

Facebooktwittergoogle_plus