4 tygodnie

Kociaki rosna jak na drożdżach i mają coraz lepsza koordynację. Drapanie zadnią łapą za uszkiem nie przedstawia już problemu – o ile się nie zapomni, że raczej nie należy wtedy ruszać głową, bo łapa pracuje wówczas „na pusto”. Łażą już po całej sypialni, rano znajdujemy je po kątach albo w łóżku. Tylko na karmienie schodzą się w jedno miejsce. PaiLu ma tyle pokarmu, że wszystkie wyglądają jak kluski i nie wykazują żadnego zainteresowania stałym żarciem. Próbowałam je przekonać metodą wpychania do pyska, ale jakoś nie były zachwycone. Zapoznały się też z kuwetą, ale na razie jest to zwiazek platoniczny.

Maine coony siedzą z nimi niemal cały czas, dręczą je i wylizują.

Zwłaszcza VaiPerek ukochał sobie kocurka (albo kocurek VaiPerka) i miętosi go bez końca. Mały zaś zaczepia go bez pardonu. TaiChi z kolei pilnuje tych, które oddalają się od legowiska, chodzi za nimi i obserwuje.

Poza tym małe dostały po kolorowej opasce na szyję, żeby na zdjęciach można było je rozpoznać – więc teraz prędziutko do galerii zdjęć miotu A, oglądać i zachwycać się!

A ponieważ kolejny tydzień minął, na stronie Kocięta również pojawiły się nowe fotki.

Facebooktwittergoogle_plus

W łóżku z… matką karmiącą

Nie było mnie przez cztery dni, a po powrocie nie poznałam własnych kotów! Maluchy mają wielkie granatowe oczka, długie i ostre jak szpileczki pazurki i ganiają jak małe samochodziki!

To już nie jest to nieporadne pełzanie w kółko. Wyprowadzone na spacer na łóżko, poruszają się jak z odrzutem – ogonek w górę, start i kilka-kilkanaście kroków na wyprostowanych łapkach, i dopiero kiedy stracą pęd albo chcą skręcić, łapki im się podwijają pod spód a tyłeczek zarzuca.

Na razie jeszcze nie dają rady wyjść samodzielnie ze skrzyneczki w której teraz mieszkają, opierają się przednimi łapkami o krawędź, ale nie mają dość siły, żeby się wyciągnąć. To już kwestia czasu – jeszcze chwila, a znajdziemy je rano w różnych zakamarkach sypialni. Mam nadzieję, że PaiLu w końcu zaakceptuje fakt, że jej dzieci zaczynają się samodzielnie poruszać. Na razie ma z tym trudności. Ilekroć wypuszczamy maluchy na łóżko, stara się je zbić w gromadkę i skłonić do powrotu do skrzynki. Ponieważ ma jakąś fobię i nie chce wchodzić na środek łóżka, to tak biega po skraju, jęczy i w ogóle szaleje z niepokoju.

Dziś jednak dokonał się przełom – PaiLu nie tylko weszła na łóżko, ale też po raz pierwszy karmiła dzieci poza legowiskiem. Z jakichś przyczyn koniecznie zależało jej, żebym leżała obok, więc tak sobie miło spędzałyśmy wieczór w pozycji horyzontalnej.

Najedzone kotki zdrzemnęły się chwilę przytulone do różnych części mego jestestwa, po czym dawaj szaleć! biegać! wspinać się! A jeden to nawet mnie ugryzł. A, bo zapomniałam napisać najważniejszego – wszystkie mają już po dwa dolne kiełki. Takie kasowniki się zrobiły. Do tej pory gryzły matkę w uszy, a tu się trafił taki fajny człowiek, trzeba go było wziąć na ząb. A w ogóle to człowieków bardzo lubią i wcale się nie boją.

A jak się tak czasem znienacka zajrzy do nich do skrzynki, to wszystkie podnoszą łebki i odwzajemniają spojrzenie trzema parami granatowych guziczków – i jest to najfajniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek widziałam.

Facebooktwittergoogle_plus

Chłopak czy dziewczynka?

Piszę tu i piszę, a najwyraźniej zapomniałam o najważniejszym: jakiej płci są kocięta. Nie wiem jak mogłam zapomnieć, przecież pierwsze pytanie do młodej mamusi, to zawsze jest: chłopak czy dziewczynka?

Z kotami nie jest tak prosto, ponieważ młode różnią się od siebie bardzo nieznacznie i trzeba wprawnego oka, żeby tak od razu rozróżnić i się nie pomylić. Ja wyjątkowo wprawnego oka nie posiadam, ale na to moje amatorskie – są dwie dziewczyny i jeden chłopak. Oczywiście do potwierdzenia – czekamy na wizytę fachowca, który maluchy obejrzy i oceni.

Na razie nastawiamy się na to, co nam wyszło z oględzin.

Cłopak będzie miał na imię Al Ergen, bo śmiesznie kicha. Dziewczynki nazwiemy: Ana Tema i Ana Fora. Jeszcze nie wiemy która jest która (Ana Tema to pewnie będzie ta, która będzie więcej broić).

Na stronie Kocięta bedą się pojawiać co tydzień kolejne zdjęcia maluchów i będzie można obserwować jak rosną i się zmieniają – zapraszam do zaglądania.

Facebooktwittergoogle_plus

Chwile grozy

Kociaki zaczynają otwierać oczy i w związku z tym ich matka, gnana odwiecznym instynktem, zapragnęła ponownie przenieść je w inne miejsce. Chwyciła pierwszego malucha w zęby i żwawym krokiem (w miarę żwawym, bo kociaki są wielkie i grubiutkie i swoje ważą) udała się w kierunku… tak, tak – garderoby. Kto czytał wpis Już za chwileczkę…, ten rozumie, dlaczego mało nie padłam tam trupem.

Udało się ją złapać dopiero, jak spadła z półki (na szczęście dolnej), bo ciężar malucha w zębach przeważył i straciła równowagę. Odbieranie kociaków nic nie dało, kicia wpadła w jakiś amok. Z kolejnym dzieckiem w zębach próbowała wspiąć się jeszcze na szafę w sypialni, a jak i to nie wyszło, wspinała się po nas: po nogach, rękach,  plecach, byle wyżej. Ten pęd do góry nie dawał się w żaden sposób okiełznać.

Dodam jeszcze, że te ćwiczenia odbywaliśmy w piątek pomiędzy 2 a 4 nad ranem. A w sobotę – powieki na zapałkach…

Małe kotki to kupa zabawy…

Facebooktwittergoogle_plus

Errata

… do wpisu o przełomie w stosunkach amerykańsko-rosyjskich.

Niestety stosunki znowu się usztywniły. PaiLu poczuła się zagrożona natrętną obecnością TaiChi w swoim legowisku i postanowiła się wyprowadzić.

Została przyłapana w chwili, kiedy targała pierwszego malucha na półkę za książki. Na szczęście kocię nie zmieściło się w prześwicie – i tylko dzięki temu zorientowaliśmy się w podstępie. Kotek został jej natychmiast odebrany, co zaowocowało straszliwą awanturą, próbą odbicia, a po jej niepowodzeniu – próbą porwania następnego.

Natychmiast został zmieniony kocyk w legowisku, a samo pudło przeniesione pod półki z książkami i zamknięte od góry. Wieko zostało przyciśnięte transporterkiem, żeby nikt po dachu nie łaził i nie burzył spokoju mieszkańców.

Na razie sytuacja się ustabilizowała. Kicia spoczywa w nowym miejscu spokojnie, mainecoony jej nie niepokoją.

Tylko nam trochę żal. PaiLu cały czas mruczy swoim dzieciom, kiedy leżała przy łóżku – mruczała i nam. Wystarczyło tylko podnieść głowę i obserwować jak maluchy pełzają jej po brzuchu. Teraz na oględziny trzeba się bez mała umawiać, a jak tu nie zaglądać co chwilę, kiedy maluchom zaczynają się powoli otwierać oczy!

Facebooktwittergoogle_plus

Przełom w stosunkach amerykańsko-rosyjskich

TaiChi jako ostatnia doszła do siebie po nagłym pojawieniu się kociaków w domu, ale kiedy już je zaakceptowała – to z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Najpierw przesiadywała na pudełku, zaglądając z góry do środka i obserwując uważnie.

Potem zebrała się na odwagę i wskoczyła do środka. Wylizała PaiLu i dokładnie obwąchała maluchy. Do ich wylizywania jeszcze się nie posunęła, ale i tak już widać, że będzie z niej fajna ciotka.

Facebooktwittergoogle_plus

Świat do góry nogami

Kociaki rosną jak na drozdżach. Po pierwszych dwóch dniach praktycznie podwoiły swoją masę, przy czym brzuszki już miały większe niż głowy. Nic dziwnego w sumie, przez te dwa dni niemal cały czas jadły. Teraz już nabrały nieco bardzej zrównoważonych proporcji, ale za to są tak duże, że chwilami trudno mi uwierzyć, że to te same maleństwa, które przyjmowałam na świat sześć dni temu.

PaiLu przez pierwsze dwa dni była w szoku. Opiekowała się kociętami, myła je, karmiła, ogrzewała, ale widać było, że nie rozumie dlaczego to robi. Niekiedy patrzyła na maluchy, jakby nie mogła zrozumieć skąd się wzięły. Nie potrafiła się położyć przy nich, żeby któregoś nie przygnieść. Fakt, że maluchy nie ułatwiały jej zadania – cały czas kręciły się i pełzały we wszystkie strony naraz. Myśmy przez to też mieli trochę nerwów, dwie pierwsze noce czuwaliśmy przy legowisku na zmiany, żeby interweniowac w razie potrzeby. Teraz zrobiliśmy małe przemeblowanie sypialni, postawiliśmy pudło z kociakami przy wezgłowiu łóżka, żeby móc od razu sięgnąć do środka.

Maluchy zajmują się głównie jedzeniem i piszczeniem. Największy rejwach podnosi się przy myciu – zdaje się nie lubią go tak samo, jak dzieci :)

Teraz już są na tyle duże, że PaiLu może je zostawić na kilka minut same i wychodzi wreszcie na spacery i posiłki. I tu niespodzianka – przy śniadaniu tak skrzyczała mainecoony, że te siedziały cichutko jak trusie i czekały, aż ona skończy jeść. Nie mogliśmy wyjść z szoku, bo zwykle było tak, że Niebieska dostawała żarełko w osobnej misce, bo VaiPer jej wyżerał spod pyska.

Mainecoony na nowonarodzone kocięta zareagowały niezbyt dobrze. Oba bały się ich strasznie i syczały jak dzikie węże, toteż pilnowaliśmy, żeby za bardzo się nie zbliżały. Po dwóch-trzech dniach zapachy się wymieszały, PaiLu przyniosła na sobie i przekazała dzieciom zapach mieszkania i problem zniknął. Teraz oba sierściuchy zaglądają co jakiś czas do pudełka i z zaciekawieniem obserwują maluchy. O tym, że jeszcze czują się niezbyt pewnie w nowej sytuacji świadczy to, że często się do siebie tulą i razem śpią, ale poza tym życie wraca powoli do normy.

Facebooktwittergoogle_plus