Tak bywa…

Natura nie była dla nas łaskawa. Czasem tak bywa. Na małe mainecoonki będzie trzeba jeszcze poczekać.

TaiChi czuje się dobrze, chociaż jest trochę niezadowolona z tego, że została odizolowana od Sykotków. Skoro nie może bawić się z nimi, szuka innych rozrywek. Leży teraz na moich rękach, tak, że mogę poruszać tylko palcami i patrzy jak się męczę próbując uzyskać polskie litery.

Sykotki zaś rosną pięknie, co widać po zdjęciach z galerii – zapraszam do obejrzenia.

Facebooktwittergoogle_plus

Gorączka sobotniego popołudnia

Zobaczcie jaki piękny bukiet dostała Serafinka i my w sobotę od jej nowych właścicieli! Taka orgia kolorów w środku zimy, czysty zachwyt! Kotom tez się podobał, co poznałam po tym, że go nie zjadły i nie zrzuciły ze stołu.

W sobotę kotki wypucowane i wypastowane czekały na odwiedziny przyszłych właścicieli. Czas płynął, mróz mroził a radosne oczekiwanie snuło się po kątach. Wtem! SalAdyn po raz pierwszy samodzielnie wyszedł z pudła.

Do kojca zwabił mnie płacz zdenerwowanej PaiLu. Włożyłam kocurka do pudła i oddaliłam się ku swoim zajęciom. Po chwili widzę po przeciwnej stronie pokoju SeraFinkę. Druga? Wątpliwości rozwiał widok PaiLu niosącej w kąt SharIfa. No ładnie, i co ja mam teraz zrobić? Ręce mi opadły.

Desperacko wrzuciłam kociaki do pudła, a pudło do czekającego łóżeczka dziecięcego. Zbudowałam też z ręczników i kawałków materiału namiot, w którym PaiLu była całkowicie schowana wraz z dziećmi. Zostało tylko liczyć na to, że nie zacznie przenosić maluchów, kiedy będą goście.

Ku mojej radości PaiLu znienacka pokochała miejscówkę i uspokoiła się na tyle, żeby pozwolić obcym ludziom brać kociaki na ręce. Kociaki jeszcze do popołudnia miały kwarantannę w pudle, potem zostały wyjęte i położone luzem na kocyku. Pierwszego dnia świat je straszył, ale już od niedzieli w nowym kojcu trwa nieustanna impreza.

Dzięki większej przestrzeni kociaki błyskawicznie opanowały sztukę poruszania się w z góry upatrzonym kierunku. Biegają, ganiają się, wspinają po siatce, huśtają i zaczepiają wszystkich wokół. PaiLu kładzie się z nimi również w części otwartej, a czasem przychodzą w odwiedziny inne koty i leżą razem. Sielanka.

Jedyny minus jest taki że tuż obok stoi komputer a ja, zamiast pracować, siedzę i się gapię. A jak tylko zajrzę do namiotu, SalAdyn woła: pi pi! i leci do mnie. No i jak tu nie wziąć kotka na ręce i nie wymiziać. A jak jednego, to pozostałe też. I godzina leci…

 

 

Facebooktwittergoogle_plus

Sykotki

Całkiem niespodziewanie kotki przyniosły sobie imiona. I chociaż w zasadzie miały się nazywać zupełnie inaczej i na inną literę, to jednak prośba panny Zuzi, żeby wołać na jej koteczkę Serafina trafiła na podatny grunt i zmieniłam decyzję.

Zważywszy, że serafini to chór anielski, patrząc na to zdjęcie chyba przyznacie, że pasuje:

Oczywiście teraz Serafina jest już większa i coś mi mówi, że łobuziak z niej będzie niesamowity, i to łobuziak prześliczny. Ma jaśniutkie futerko, takie jak u mamusi. Oczy na razie wszystkie maluchy mają cudownie wyraziste, niebieściutkie jak chabry, ale z czasem zmienią kolor, malutka prawdopodobnie będzie miała jasnozielone. Bardzo szybko opanowała sztukę poruszania się na czterech łapach i w ogóle koordynację, toteż mimo, że jest najmniejsza, najskuteczniej dręczy braci, bo trafia tam, gdzie celuje :)

Ponieważ maluchy już są dosyć sprawne, bez obaw zawiązałam im kolorowe opaski, żeby na zdjęciach łatwiej je odróżniać. Serafina nosi czerwoną.

W poszukiwaniu inspiracji ryłam w internecie. Wśród serafinów był tylko jeden o imieniu na S, Sariel, ale mi nie pasował. Wyczytałam natomiast, że nazywany był Bożym Dowódcą (Commander) i zastanowiło mnie czy są jakieś słowa na S, które oznaczają jakąś formę zwierzchności. Ku mojemu zdumieniu okazało się, że jest ich całkiem sporo: sahib, sułtan, szach, szaman, szeryf, szejk, szogun, szyper…

Doznałam oświecenia. Mniejszy kocurek to stworzenie nader dzielne i pozbawione strachu. Rzekłabym, że nawet – żądne przygód. Uporczywie próbuje wyleźć z pudła, dręczy rodzeństwo, wystawiony na spacer, natychmiast biegnie zwiedzać. Jednym słowem: wojownik pełną gębą. Saladyn, nie ma lepszego imienia.

Kiedyś wydawało mi się, ze saladyn to nazwa rodzaju żołnierzy, coś jak huzar czy dragon – najprawdopodobniej pozajączkowało mi się z paladynem. Dopiero później poczytałam o Salah ad-Dinie al-Ajjubi i mi się umysł wyprostował. Saladyn zapisał się w historii jako władca śmiały, ale też prawy i rycerski – mimo, że walczył po drugiej stronie barykady, przeciw chrześcijańskim krucjatom i nawet odebrał „naszym” Jerozolimę. Nawet Ryszard Lwie Serce wielkim szacunkiem go darzył. Należy oczekiwać, że kocurek w cieniu takiej historii na grzecznego i ułożonego nie wyrośnie, ale mam nadzieję, że pan Piotr mi wybaczy ;). Za to jest ufny i towarzyski.

Saladyn nosi zieloną opaskę.

Pozostało nazwać trzeciego kocurka. Maluch jest zdecydowanie najspokojniejszy z całej trójki (jak na rusałka oczywiście). Zdarza mu się siedzieć grzecznie i rozmyślać nad tajemnicami świata poza kojcem. Porusza się statecznie – bo jest największy i najgrubszy. W kocich zapasach nie ustępuje rodzeństwu, ale zdecydowanie preferuje mizianki. Kiedy mamusia go wylizuje, kładzie się na pleckach i poddaje z rozkoszą. Wielmoża :)

I wtedy drogą skojarzeń skośnych przyszło słowo: Sharif. Bynajmniej nie ma nic wspólnego z szeryfem, oprócz zbliżonego brzmienia. Sharif to arabski tytuł honorowy, a oznacza dosłownie: szlachetny, dostojny. Jak wymalowany :)

Sharif nosi zółtą opaskę.

A wszystkie razem i każdy osobno są tak śliczne, że chciałoby się je schrupać :)

Facebooktwittergoogle_plus