Piecuszek – ChiNa 1:0

Myśmy uratowali ptaszka, a Wam jak mija dzień?

Tak oto – wyrwałam z kociej paszczy malutkiego ptaszka.

Ptaki przylatujące na mój balkon muszą mieć death wish, czyli życzenie śmierci, a jeśli na balkonie jest Biała Kota Szczęścia ChiNa, to życzenie się szybko spełnia. Na szczęście zwabił mnie hurgot i zdążyłam wyrwać jej zdobycz z zębów. Dosłownie, musiałam jej otworzyć paszczę i wyjąć ptaszka.

To nie pierwszy ptak, którego upolowała, ale pierwszy, który uszedł z życiem. Najpierw był lekko skrzywiony i kulawy, ale chwilę posiedział w mojej dłoni i się uspokoił.

Posadziłam go ostrożnie na balkonie, wygoniwszy wcześniej koty. Ptaszek się otrząsnął i próbował odlecieć. Niestety siatka, która nie przeszkodziła mu w jedną stronę, w drugą okazała się poważną przeszkodą. Musiałam go jeszcze raz złapać, przesadzić przez oczko i ostrożnie puścić. Widziałam, jak poleciał na sąsiednie drzewo. Żyj szczęśliwie, ptaszyno.

A oto foteczka pamiątkowa ptaszka. Podziwiajcie piecuszka – szczęściarza. 

 

Facebooktwittergoogle_plus

Mój Kot odszedł

W tym samym czasie, kiedy wykluło się pisklę w moim ulubionym gnieździe bielików, w kocim szpitalu zmarł VaiPerek. Ta synchronizacja wydarzeń napełnia mnie bezpodstawną, ale ciepłą otuchą.

Koty nie pokazują po sobie choroby, ale od VaiPerka mogłyby się dużo nauczyć. Nawet zaawansowane zwyrodnienia stawów biodrowych odkryliśmy przypadkiem. Trzech weterynarzy widziało zdjęcia rtg, żaden nie wierzył, że ten kot nie kuleje. Ba! że normalnie chodzi, a nawet biega i wskakuje na szafy. Dlatego dmuchałam na zimne i zwykle wizyty VaiPerka u weta zaczynałam słowami: nie ma żadnych objawów, ale jakoś tak mi się nie podoba.

Tym razem mi się też nie podobał. Pan wet obmacał go bardzo dokładnie całego, wyczuwał po kolei organy i sprawdzał czy coś wyjdzie. Nic nie wyszło. Miałam zrobić badanie krwi, tak na wszelki wypadek. Zanim je zrobiłam, VaiPer zaczął wyglądać na bardzo chorego kota…

Wiedziałam, że jeśli kiedyś zobaczę, że się źle czuje, stan będzie poważny. Ale wiedzieć na rozum, a być przygotowanym, to dwie różne rzeczy. Wylądowaliśmy w gabinecie, obniżona temperatura, usg, wodobrzusze, wyniki krwi dobre, oprócz wyników wątroby. Kolejny krok – usg u specjalisty. Obdzwoniłam całe miasto, zanim znalazłam lecznicę, gdzie tego dnia przyjmowała dr Kosiec-Tworus. Doktor zgodziła się nas przyjąć. Dopiero potem dowiedziałam się, że przyjęła nas już po swoich godzinach pracy.

Doktor ledwie przyłożyła głowicę, od razu wiedziała, że to serce. Najlepsza ze złych diagnoz, bo jechaliśmy tak naprawdę po rozpoznanie nowotworu.

Nasza Doktor Aneta od razu skonsultowała wyniki z kardiologiem i przygotowała nam leki. I została po pracy, czekając aż po nie przyjadę. Dobrzy ludzie są wokół mnie.

Leki zdawały się działać, wodobrzusze się zmniejszyło, oddech uspokajał. Do dnia, w którym wstałam i zobaczyłam, że VaiPer ma fioletowy język. Prawie w kapciach wiozłam go do lecznicy pod namiot tlenowy. Miał sobie leżeć pod tlenem do wieczora, kiedy to zobaczy go kardiolog i zdecyduje co dalej, a następnego dnia miałam go odebrać. Posiedziałam z nim trochę, ale w końcu pojechałam do domu, nakarmić resztę kotów.

Kiedy się rozejrzałam po mieszkaniu, po raz pierwszy dotarło do mnie, że mam więcej legowisk przygotowanych konkretnie dla VaiPerka, bo gdzieś lubił sobie poleżeć, niż przygotowanych konkretnie dla pozostałych kotów razem wziętych. VaiPer był Moim Kotem.

Lecznica zadzwoniła do mnie już po wszystkim. Powiedzieli, że sytuacja była nagła, podjęli resuscytację, ale bezskutecznie.

VaiPer to był fighter, nie poddał by się szybko. Już na zawsze zostanie ze mną myśl, czy on pomyślał, że go porzuciłam tam i dlatego nie chciał zostać?

VaiPer (Ukah Ewjatar*PL). 2.06.208-24.04.2018

Biegaj, kotku, tak jak lubisz, z rozwianą kitą i bez bólu za Tęczowym Mostem.

Proszę, abyście nie komentowali i nie pisali do mnie o VaiPerku.

Facebooktwittergoogle_plus