Jeszcze o drapaku Athena

Drapak kupiłam okazyjnie, nie oczekując po nim cudów.

Koty go jednak pokochały bardzo. Kocięta na nim uczyły się drapać i wspinać. TaiChi zamieszkała w budce, a Antenka na najwyższym hamaku. Całość stanowi ukochane miejsce do grania w berka.

We wpisie o drapaku wyrażałam wątpliwości co jakości wykonania i do stabilności konstrukcji. Nie da się ukryć, że po intensywnym użytkowaniu drapak wykazuje tendencje do pochylania się w różne strony i do wykrzywiania. Co jakiś czas okręcam nieco półeczki, żeby się śruby nie wyłamały przez ciągłe naprężenia w jednym kierunku. Szczególnie najwyższy hamaczek się niepokojąco wychyla, toteż wykonałam nim już kilka okrążeń wokół osi.

Drapak stał oparty z dwóch stron, ale i tak udało się koteczkom go wywrócić.

Albowiem zdolne są. Trzeba było je widzieć, jak wiały z sypialni, nie wyrabiając się na zakrętach!

Dlatego wykonałam przemeblowanie sypialni i drapak stoi teraz zaklinowany między szafą a regałem. Niech spróbują go teraz wywrócić!

Muszę przyznać, że pomimo intensywnego użytkowania, drapak cały czas wygląda przyzwoicie. Futerko nie jest bardzo poszarpane, sznurki się nie odczepiły, może trochę postrzępiły, gołą ręką już staram się go nie chwytać. Przy jednym czy dwóch kotach powinien przetrwać dosyć długo, choć słusznym wydaje mi się doczepienie mu większej płyty do podstawy, żeby nie wywracał się tak łatwo.

Facebooktwittergoogle_plus

Prawie srebrno-metaliczna kuweta

Kiedy ważyłam kocięta przed pierwszym odrobaczaniem, rusałki ważyły około 500g, maine coonki – około 650g. Miesiąc później było już 1600g i 1900g. Nawet ja – widząc je przecież non-stop – nie mogłam się nadziwić jak szybko rosną. A co dopiero Pan Wet, który widział je co jakiś czas!

Oczywiście to szybkie nabieranie wagi bezpośrednio wiąże się z tym, ile jedzą i hmmm… zostawiają w kuwetach. No i w pewnym momencie zaczął się robić problem kuwetowy. Problem polegał na tym, że nie nadążałam sprzątać. Kolejna kuweta zdawała się być nieunikniona. I w dodatku musiałaby stać na widoku w salonie, bo nie mam już gdzie jej postawić – toteż szukałam zamkniętej i o estetycznym wyglądzie. W końcu wybrałam Gimpet de Luxe w kolorze srebrno-metalicznym.

Po tygodniu przyszła dostawa. Wyciągam kuwetę i trochę nie wiem, co mam o tym myśleć. Kolor ma specyficzny, owszem, ale koło srebrnego to on nawet nie leżał. Trochę szary, trochę kawa z mlekiem.

W te pędy wysmażyłam maila do zooplusa, że chyba im się kolor pomerdał i w dodatku produkt na bokach ma brzydkie przebarwienia – i co teraz? mam odesłać? Na prośbę wysłałam zdjęcie. W odpowiedzi napisano mi, że pewnie nie uwierzę, ale u nich ten kolor nazywa się srebrno-metaliczny. Uwierzyłam, czemu nie? Mogą sobie nazywać go jak chcą, ale samego koloru zasadniczo to nie zmieni. W mailu znalazł się też taki passus: „Zwrot artykułu w tej sytuacji jest zbędny. W zależności od Pani życzenia zlecimy ponowną wysyłkę artykułu (…) lub zlecimy przelew zwrotny należności wydanej na zakup kuwety.”. To „zbędny” w pierwszym zdaniu zinterpretowałam jako „nie rób scen”, toteż gul mi skoczył i napisałam im co o tym myślę. Bez inwektyw, ale dosadnie. I że poproszę zwrot kasy.

W odpowiedzi napisano mi, że zlecili już zwrot należności, i ponownie, że odsyłanie artykułu jest zbędne. Dopiero wtedy zrozumiałam, że autorowi chodziło o to, żebym sobie nie robiła kłopotu i zrobiła z tą kuwetą co mi się żywnie podoba. Uch. Niech żyją nadinterpretacje! Podziękowałam grzecznie i poszłam poprzymierzać, gdzie się zmieści. No i kurde, znowu muszę uczciwie napisać, że w trudnej sytuacji Zooplus się odnalazł. Jak by nie patrzyć – paczki pakują fatalnie, ale jak przyjdzie co do czego, to wychodzą klientowi naprzeciw. Z tego poczucia satysfakcji od razu zamówiłam dostawę żwirku, bowiem okazało się, że nie mam czym nowego artykułu zapełnić.

Kuweta jest wielka. Jak mierzyłam sobie centymetrem w powietrzu, to jakoś nie miałam wrażenia, że będzie aż tak duża. Spodnia część wykonana jest z dosyć miękkiego plastyku i kiedy nasypałam tam żwirku, wyraźnie czułam w ręku jak pracuje podczas przechylania pod wpływem ciężaru. Jest też dużo płytsza od starej kuwety, toteż przesypywanie piasku na jedną stronę podczas sprzątania nie wchodzi w grę. Za to ma dosyć gładką powierzchnię w środku, dzięki czemu grudki łatwo odpadają i sprzątanie jest ułatwione.

Wieko przypinane jest do spodu jakimiś dziwnymi klamerkami. Jedna mi wypadła, druga nie chciała się ruszyć, więc wywaliłam obie. I tak nie zamykam kuwet, tylko nakładam wieko, więc te klamerki nie były mi do niczego potrzebne.

Koty za to kuwetę pokochały, zwłaszcza maluchy. Przestały prawie chodzić do kuwety łazienkowej i teraz urzędują w obu salonowych. Mnie jej kolor do niczego nie pasuje, ale kociakom najwyraźniej odpowiada. W sumie – nie kupowałam jej dla siebie, prawda?

Facebooktwittergoogle_plus

Kosz Litter Locker po 5 miesiącach

Swoim komentarzem Igrażka przypomniała mi, że nie napisałam jeszcze o dalszym użytkowaniu kosza Litter Locker. Dziś więc ciąg dalszy…

Kosz sprawdza się niezmiennie dobrze. Kołnierz okalający worek brudzi się zaś niezmiennie niezmiernie, ale to w końcu nie jest nic strasznego. Oryginalny worek, z którym produkt został mi dostarczony, skończył się po około 3 tygodniach, o ile dobrze pamiętam. Całkiem przyzwoicie, jak na ilości odpadów produkowane przez moje 4 intensywnie pijące wodę koty.

Pomimo, że worki z oryginalnego wkładu są bardzo wygodne w użytkowaniu, postanowiłam przerzucić się na tańsze substytuty w postaci normalnych worków na śmieci. Najpierw byłam tak pracowita, że skraj worka wpychałam do środka tego plastykowego pierścienia, w którym był produkt oryginalny. Czy ta pracowitość mi pozostała? Ależ! Pozostało jedynie to zdjęcie.

Teraz tylko owijam pierścień workiem dookoła i tak zakładam. Szybko i sprawnie. Worki śmieciowe ogólnie sprawują się bardzo dobrze i będę kontynuować niecny proceder nie zasilania producenta kosza kolejnymi kwotami.

Doświadczenie pokazuje, że worki 35-litrowe, na oko pasujące do objętości kosza, są za małe. Wynika to głównie z dwóch rzeczy:

  • część worka musi być owinięta wokół pierścienia i przyciśnięta kołnierzem na wierzchu kosza,
  • worek musi mieć wystarczającą długość, by nawet zapełniony (a więc rozdęty w dolnej części kosza) umożliwiał zamknięcie się tej przegrody z rączką – musi dawać więc wystarczającą ilość luzu.

Teraz używam worków, które na opakowaniu mają informację, że mają długość 80 cm (takie kupuję po prostu do kosza kuchennego). Co prawda większa część objętości pozostaje nie zapełniona, ale ciężar nawet tej ilości mokrego żwirku i tak sięga granic tego, co jestem skłonna wynosić do śmietnika, dosyć w końcu oddalonego od mojej klatki schodowej.

Podsumowując – zakup ze wszech miar udany. Polecam.

.

Czytaj też:

Testujemy kosz Litter Locker

Facebooktwittergoogle_plus

Drapak Athena

Łowca okazji znowu ruszył na polowanie. Tym razem zdobyczą jest drapak Athena, który zooplus oddawał za mniej niż sto złotych. W obliczu zbliżającego się stada małych szkodników uznałam, że taki drapak będzie w sam raz dla nich na rozszarpanie.

Mam co prawda wizję zupełnie innego drapaka do sypialni, ale będzie realizowana dopiero gdy wylecą wszystkie meble i pudła, które są teraz na wylocie. Miałam nadzieję, że stanie się to przed kociakami, ale nie dało rady. Pomyślałam jednak, że nawet jeśli miałby postać tylko te kilka miesięcy, to nie jest to aż tak wielki wydatek, żeby było bardzo szkoda.

Drapak przybył porządnie zapakowany, nawet były na miejscu wszystkie elementy. Skręcenie banalnie proste, średnio rozgarnięta małpa dałaby sobie radę. Dla porządku tylko powiem, że dobrze byłoby w instrukcji skręcania napisać gdzie idą śruby z łebkami a gdzie śruby z gwintem po obu stronach.

Skręciłam wszystko zgodnie z instrukcją i postawiłam w kącie. Drapak jest bardzo wąski, co powoduje dwie rzeczy:

  • podstawa jest dosyć mała i to obniża stabilność całej konstrukcji. Jak koty lecą biegiem, całość się chybocze – dlatego oparłam go z dwóch stron: o ścianę i o pudła.
  • wspinanie się z półki na półkę jest dosyć kłopotliwe – kilka razy widziałam, że koty kombinowały jak tu się przemieścić, ale miały za mało miejsca, żeby się wygodnie odbić.

Budka też jakoś nie cieszyła się powodzeniem – chyba też koty nie za bardzo miały się z czego odbić, bo stawały na samym skraju półki poniżej i rezygnowały. Wyglądało na to, że zakup jest chybiony, kiedy wpadłam na pomysł.

Zamieniłam miejscami słupki pod górnymi półeczkami. Wyższy słupek powędrował na samą górę, niższy – pod półeczkę z liną. Tym samym półeczka ta znalazła się na wysokości dna budki, tworząc wygodne dojście.

To był strzał w dziesiątkę. Drapak natychmiast  zatętnił życiem. Rusałki wprowadziły się na górę, choć częściej bywa tam Antenka, bo PaiLu teraz nie da rady za bardzo skakać. Budkę objęła we władanie TaiChi. Trochę mnie to zaskoczyło, bo zawsze lubiła przestrzeń, a w tej budce musi się zwinąć w precelek. Ale widać jej pasuje, bo co chwila tam włazi.

Drapak więc wstępnie się sprawdził. Zobaczymy co się będzie działo, kiedy kocięta podrosną na tyle, żeby być w stanie go zmasakrować. Przeczuwam, że on jednak tego nie przetrwa. Nie przy takiej ilości kotów.

Cena wyjściowa Atheny wynosiła prawie 300 zł, jakość wykonania i użytych materiałów zaś nie odbiega od innych drapaków w tym przedziale cenowym.  Mam jednak porównanie z jakością drapaka Rufi, który jest reprezentacyjnym meblem w salonie i tak sobie myślę, że byłoby mi szkoda wydać na ten nowy drapak aż 300 zł. Fakt, że nasz Rufi kosztował ponad 2 razy tyle, ale różnica w jakości jest cztero- albo i pięciokrotnie większa. Summa summarum Rufi jest lepszym wydatkiem. Że już nie wspomnę o tym, że jest o niebo bardziej estetyczny.

Ale za 100 zł to niech on sobie będzie jaki jest, niech go koty rozszarpią na zdrowie :)

Facebooktwittergoogle_plus

Testujemy żwirek z Rossmana

Natknęłam się na niego przypadkiem, nie sądziłam, że w Rossmanie są w ogóle tego typu artykuły. Nieokiełznany badacz we mnie zapragnął przetestować to cudo, toteż nabyłam woreczek i poszłam pogadać z kotami.


Koty wstępnie nie wyraziły sprzeciwu. Żwirek Mruczek jest dosyć gruby i pyli się trochę przy wsypywaniu, ale potem przestaje. Ma wapienny zapach i dosyć dobrze się w nim kopie. I do tego jest niedrogi.

Natomiast w dalszym użytkowaniu:

  • Dosyć słabo się zbryla. Bryłki rozpadają się pod naciskiem łopatki, i to wręcz na pojedyncze granulki. Ciężko wówczas usunąć zużyty żwirek, dlatego przy sprzątaniu przesypywałam cały żwirek na jedną stronę i sprzątałam z drugiej – po to, by zabrudzony nie zmieszał się z czystym.
  • Zapachy chłonie na średnim poziomie.
  • Wchłanianie wody mogłoby być szybsze. Bryłki w miarę świeże są bardzo mokre, co jest dosyć nieprzyjemne i trudne w sprzątaniu – bryłka ma konsystencję nieco błotną, co utrudnia usunięcie wszystkiego.

Taki woreczek pięciolitrowy wystarcza nam na około tydzień (przy czterech kotach), więc wydajność też na średnim poziomie.

Podsumowując: jest to całkiem niezły produkt w przystępnej cenie. W porównaniu do testowanego przez nas żwirku z Lidla czy też Benka, wyróżnia się zdecydowanie na plus. Do mankamentów można się przyzwyczaić, a ogólnie sprawdza się nieźle.

.

Przeczytaj też:

Testujemy żwirek z Lidla

Testujemy kosz Litter Locker

Facebooktwittergoogle_plus

Testujemy kosz Litter Locker

Widziałam go już dobrych kilka miesięcy temu i strasznie mi się spodobał. Mniej mi się podobała jego cena (prawie 100 zł), toteż z bólem wielkim, tłumiąc łkanie, kupiłam na kocie potrzeby zwykły mały kosz o pojemności 3 l.

Nasze koty zdecydowanie preferują żwirek bentonitowy, toteż staliśmy się niewolnikami krępujących pakiecików z kocim urobkiem, wyrzucanych do śmieci. Mieszkamy na jednym z tych osiedli, gdzie śmietniki pozostają w niejakim oddaleniu od bloków, a kotów używających kuwety jest cztery – i to wszystko wyklucza możliwość wyrzucania woreczków 3 razy dziennie po każdym sprzątaniu. Nie ma tu aż tak pracowitych w tym domu! Stąd pomysł na osobny kosz koci, który można opróżniać co któreś sprzątanie. W zasadzie jedyną jego wadą jest to, że aby dorzucić kolejną bryłkę,  trzeba go otworzyć – a to do przyjemnych nie należy.

Dlatego zachwycił mnie pomysł kosza z przegrodą, która zamyka część w której składowane są odpady od tej, do której się wrzuca kolejne. A jeszcze bardziej spodobało mi się to, że zooplus właśnie sprzedaje go w promocji za niecałe 40 zł! 100 zł bym nie dała, jeszcze na głowę nie upadłam, ale 40 zł to już rozsądniejsza cena. Ryzyk fizyk.

litterlockerWygląda dokładnie jak na zdjęciu. Biały korpus i ciemnoszare dodatki: klapa, przegroda, kieszeń na łopatkę, łopatka. Plastykowy, ale estetyczny, wstydzić się nie trzeba.

I przede wszystkim – działa!

Wrzuca się koci urobek z góry, a on zatrzymuje się na przegrodzie, której rączkę widać z boku po lewej. Zamyka się klapę, odsuwa przegrodę i zawartość ląduje w części dolnej. Przegroda jest na sprężynie, więc sama wraca na swoje miejsce, odcinając widoki oraz zapachy. Co za wygoda!

Kosz działa oczywiście na specjalne wkłady z workiem, ale tak myślę, że spróbuję zakombinować z normalnym workiem na śmieci. Się zobaczy, jak skończy się pierwszy wkład.

Sprytnie jest to pomyślane, bo worek stanowi taki foliowy rękaw wciśnięty w plastykowy krążek. Ten krążek umieszcza się pod tą ciemnoszarą częścią z klapą, wyciąga się kawał worka, zawiązuje supeł i przeciąga całość żeby sięgnęła dna kosza. Jak się zapełni, to otwiera się kosz, odcina worek (jest wewnątrz nawet zamocowany specjalny nożyk), zawiązuje na supeł z drugiej strony i szu! do śmietnika. Wyciąga się kolejny kawał tego foliowego rękawa, zawiązuje koniec i voila! gotowe do dalszego użytku.

Jak na plastykowe byle co, ma kilka zachwycających elementów. Przede wszystkim sprężyna w przegrodzie, powodująca samoczynne zamykanie. Górna klapka zamyka się porządnie, sama się nie otworzy. Nożyk zamontowany wewnątrz, żeby wygodnie było odcinać folię. Kieszeń na łopatkę, którą można zamontować z tyłu i dodatkowy uchwyt, jakby się chciało umieścić ją z któregoś boku.

Jeśli chodzi o mnie, to widzę dwie wady. Brak rączki, za którą możnaby go przenosić. Jak się ma jedną kuwetę, to można postawić obok i problemu nie ma, ale przy kilku noszenie go jest trudne. Druga rzecz to dosyć mała średnica otworu. Moje łopatki są odrobinę szersze i w rezultacie ten szary kołnierz się brudzi. Oczywiście łopatka od kompletu pasuje idealnie. Tyle, że u nas łopatki mają krótki żywot, bo Paweł jest delikatny jak niedźwiedź i łamie wszystkie.

Podsumowując: jestem z tego nabytku bardzo zadowolona i polecam go wszystkim niewolnikom bentonitu. Jeśli zaś weźmiemy pod uwagę aktualną cenę promocyjną, to jest to absolutny hit. Ludzie, rzucać się, póki są!

A jeśli ktoś nie kupował jeszcze w zooplusie, a chciałby, to przypominam, że dają tam rabat dla nowego klienta, jeśli polecił go stary (hmmm) klient. Owe zaproszenia-polecenia rozsyłam chętnie na prawo i lewo.

.

Czytaj też:

Historie kuwetowe

Testujemy żwirek z Rossmana

Testujemy żwirek z Lidla

Facebooktwittergoogle_plus

Testujemy żwirek z Lidla

Zwykle nie kupujemy w Lidlu, bo musielibyśmy do niego jechać kawałek mijając po drodze kilka supermarketów innych sieci, więc – małe szanse na dojechane. Ale skoro już raz tam trafiliśmy, a mnie kołatało się w głowie, że gdzieś ktoś pisał o żwirku z Lidla – postanowiłam sprawdzić.

Worek spory, cena bardzo przystępna, czemu nie spróbować? Po otwarciu pierwsze zdziwienie – duże granulki. Przyzwyczajeni do Golden Grey Master, który ma ziarenka jak piasek na plaży, z lekką niepewnoscią wypełnialiśmy kuwetę. Koty od razu wlazły pogrzebać, co ostrożnie uznaliśmy za dobry znak. AnaTema musiała też sprawdzić, czy to co w kuwecie to aby na pewno jest to samo, co w worku :)

Muszę powiedzieć, że w użyciu nie zachwyca. Bryłki rozpadają się, ledwie tknięte. Nie jest to takie okropnie nieprzyjemne, jak w przypadku Benka, ale jednak trochę utrudnia sprzątanie. Może bym i przebolała to rozpadanie, gdyby nie to, że po kilku dniach pojawił się niezbyt przyjemny zapaszek. Mając na bieżąco porównanie z Golden Greyem w drugiej kuwecie, który pochłania zapachy nawet po dłuższym stosowaniu, stwierdzam, że tego zakupu raczej nie powtórzymy.

.

Przeczytaj też:

Testujemy żwirek z Rossmana

Testujemy kosz Litter Locker

Facebooktwittergoogle_plus

Uroki przesyłek z daleka

Ostatnio z uwagą obserwowałam przejścia, jakie Shenn miała ze sklepem internetowym Krakvet, gdzie kupowała żarcie dla futrzaków. Temat był bliski mojej duszy, ponieważ sama zamierzałam wejść na wąską i wyboistą ścieżkę reklamacji.

Ja korzystam z usług m.in. zooplusa. Mają świetne karmy mokre, jakich na naszym rynku nie uświadczysz (przesyłki idą z Niemiec), a na które moje koty rzucają się bez grymaszenia. Niedogodnością jest tylko około tygodniowe oczekiwanie na przesyłkę, ale my mieszkamy w Warszawie, więc taka animalia na przykład dowozi nam zamówienia nawet tego samego dnia – to sprawia, że jesteśmy rozkapryszonym klientem. Jedynym prawdziwym minusem jest słabe pakowanie przesyłek, zawartość w trakcie transportu potrafi się przemieszać kilkakrotnie i to z impetem. Tak się też stało z moją przesyłką. W środku były same puszki, więc się trochę pogniotły (no dobra, nawet bardzo pogniotły), a jedna oberwała tak nieszczęśliwie, że wieczko nie wytrzymało i puszka się otworzyła.

Cyknęłam fotki i dawaj pisać do zooplusa. Na stronie nie podają żadnego emaila, a te, które do mnie przychodzą, obsługiwane są automatycznie. Skorzystałam więc z formularza. Zostałam wypytana o szczegóły i poproszona o przesłanie zdjęć. Szkoda tylko, że adres, z którego ze mną korespondowano, nie przyjmował załączników. Nagabnięci podali mi inny adres, na który już bez problemów przesłałam zdjęcia. Odesłania otwartej puszki na szczęście nie zażądali. Po kilku dniach przyszła odpowiedź – przepraszają i oferują kupon rabatowy do wykorzystania na dowolne zakupy. Teraz wszystkie sklepy się tak schytrzyły, że jak dają jakiegoś bonusa albo upust, to zawsze na następne zakupy – byle przytrzymać klienta, niech zostawi jeszcze parę złotych. A że kolejne zakupy miałam w planach, więc łyknęłam to jak indor kluskę.

Skoro już dali mi ten rabat, to postanowiłam zaszaleć i kupić wielką pakę mainecoonich  chrupek dla VaiPerka. Zamówienie złożyłam w niedzielę w nocy i jakież było moje zdziwienie, jak pan kurier przydreptał wczesnym popołudniem w środę! Musiałam wyleźć w tempie ekspresowym spod prysznica, ale tu już trudno mieć pretensje do sklepu, widać taka karma.

Tak więc zooplus jest sprawdzony w boju i mimo zamieszania z adresami emailowymi, za którymi nie ma żywego człowieka, mogę go polecić. Grzebiąc zaś w ich stronie w poszukiwaniu emaila, znalazłam jakiś program lojalnościowy oraz program pozyskiwania nowych „ofiar” – jak się poleci nowego klienta to obaj (polecający i  polecany) dostają kupon rabatowy o wartości 20 zł. Tak więc jakby ktoś chciał skorzystać – śmiało do mnie (że pozwolę sobie tak się zareklamować).

Facebooktwittergoogle_plus