Czułe powitania

Każdy mój wyjazd obowiązkowo musi być zakończony kocim fochem. Tym razem zostawiłam je na półtora dnia, aby świątecznie zwizytować stęsknioną rodzinę.

Jedynym kotem, który przywitał mnie po powrocie przy drzwiach była PaiLu. Było mizianie, mruczenie, ocieranie się i zaglądanie w oczy. Być może chodziło o to, że koniecznie chciała pójść na spacer piętro wyżej – ale nie bądźmy małostkowi!

Reszta kotów zignorowała mój powrót. I w zasadzie nie byłoby o czym mówić, gdyby nie fakt, że karę za wystarczającą uznały w nocy i przychodziły kolejno się przywitać. Dla objaśnienia grozy sytuacji dodam, że mam lekki sen i kłopoty z zasypianiem.

  • przyszła FaJin zamiauczeć i zamruczeć mi prosto w twarz (no heloł) i połazić pod kołdrą. Pobuszowała przez jakiś czas i poszła.
  • przyszła TaiChi pomruczeć mi prosto w twarz. Przeszła mi po brzuchu z prawa na lewo i z lewa na prawo kilka razy. Ustabilizowała się wreszcie na moim brzuchu, położyła się i zaczęła mruczeć. Aż echo szło. Po jakimś czasie poszła sobie. Ledwie zdążyłam się zdrzemnąć…
  • przyszła ChiNa. Połaziła w kółko, położyła się częściowo za moją poduszką, częściowo na niej i zaczęła mruczeć. Głośno.
  • przyszedł VaiPer i przegonił towarzystwo. Położył się obok mnie, wyciągnął na całą długość. VaiPer ma zwyczaj się rozpychać dosyć energicznie, tym razem wbił mi przednie łapy w żołądek (poświąteczny, pełniutki!). Doprawdy, upojna to była chwila. W końcu zasnęłam…
  • i wtedy VaiPer uznał, że czas zmienić pozycję i miejsce. Położył się na książkach i gazetach za moją poduszką. VaiPer mruczy bardzo cichutko na szczęście, bardziej tak posapuje niż mruczy. No to szybciutko zasypiać!
  • Ale nie, gazety niewygodne. Przyszedł i zaczął grzebać po mnie łapą. Znaczy, że czegoś chce. Nie miałam już siły się ruszyć, więc tylko odchyliłam kołdrę, ViPer wlazł i wyciągnął się na cała długość przytulony do mego brzucha. Jak milutko, mru mru. Po czym wyciągnął przednie łapy energicznie w górę, wbijając mi je w gardło. Ratunku. Zegarek pokazuje 6:13. Ratunku ponownie. Wstaję i wychodzę z sypialni. Koty za mną. Udaje mi się zamknąć im drzwi łazienki przed nosem, przemyka się tylko TaiChi. Wracam do łóżka. Jestem już tak wykończona, że nawet łażąca po mnie TaiChi mi nie robi. Zasypiam.
  • Budzi mnie serdeczny gryz w łydkę. FaJin buszuje pod kołdrą i właśnie upolowała moją nogę. Umieram.

Resztę snu załatwiłam w ciągu dnia (dobrze, że miałam wolne!), kiedy koty też śpią.

Mój zdradziecki wyjazd na całe półtora dnia można uznać za wybaczony.

Facebooktwittergoogle_plus

Świąteczne zen

Przedświątecznej gorączce wraz z kotami mówimy nasze stanowcze „E tam”. Nie szalejemy po sklepach, nie szalejemy ze sprzątaniem i nie szalejemy z gotowaniem. Jedyne ustępstwo na rzecz uniwersalnego trendu to malutka sesja zdjęciowa z bombkami.

Która, nota bene, omal nie doprowadziła mnie do zawału, kiedy VaiPerek chwycił jedną bombkę i ze szwungiem pognał z nią przez mieszkanie. Na szczęście nie pobiła się, a kocurek dał też w miarę grzecznie ją sobie odebrać.

Ponieważ chciałam uniknąć pandemonium, jakie niezmiennie wiąże się z dowolnymi przedmiotami rzuconymi kotom na pastwę, zabrałam się do zdjęć późnym rankiem, kiedy koty normalnie idą spać. W związku z tym PaiLu, Antenka i TaiChi w ogóle nie przyszły, a i FaJin przysypiała owinięta sznurami paciorków.

Tylko ChiNa, jak zawsze gotowa do zabawy, szalała na kocyku, ciągając za sznurki, gryząc paciorki i turlając bombki. Ta jej nadaktywność spowodowała, że na większości zdjęć miałam rozmazaną białą plamę albo tylko fragmenty skaczącego kota. Zdecydowanie najłatwiej było uchwycić VaiPerka, który ułożył się dostojnie i tylko turlał bombki między łapkami.

.

Więcej zdjęć można obejrzeć w galerii z 2011 roku.

Boże Narodzenie to tradycyjnie czas, kiedy składamy sobie życzenia wszystkiego, co najlepsze. Niezależnie od tego, czy obchodzisz to święto, czy nie – te kilka dni wolne od rutynowych zajęć to świetna okazja by po prostu celebrować życie.

Włączając się w tę falę ogólnoludzkiej (ogólnokociej?) życzliwości Koty Doskonałe życzą wszystkim swoim sympatykom takiego wewnętrznego poczucia, że się jest dokładnie tam, gdzie się chce być.

Reszta przyjdzie sama. :)

Facebooktwittergoogle_plus

Maine coony z zaprzyjaźnionej hodowli

Jeśli gdzieś jest kupa małych koteczków do miziania i zachwycania się, to można być pewnym, że będę w pobliżu. W zeszłym tygodniu dopadłam stadka małych maine coonów. Pierwszy raz widziałam niebieskiego maine coona.

W wieku dwóch tygodni wygląda dla mnie dokładnie tak samo, jak mały rusałek: okrągła paszcza, tłusty zadek i gruby ogonek. Do tego malutkie uszka i oczka jak guziczki. Rozpłynąć się można. Jeszcze dwa tygodnie i będzie już kudłatą kulką, wtedy nie będzie już szans pomylić go z ruskiem.

Do tego jeszcze te cudne szylkretki z maziajami na pyskach! Ja w ogóle uwielbiam szylkretki, a nic tak nie dodaje charakteru jak maziaj przez pysk.

W ogóle jakoś tak się złożyło, że te mioty obfitują w takie nietypowe i niepasiaste koty: cudne ryże garfieldy i czarne behemoty. Znaczy rude są oczywiście pasiaste, ale rude na rudym to prawie jakby nie były :) Jak im wyrosną długie kudły i puchate ogony, dopiero będą wystrzałowe :) Tylko ten niebieski zostanie w hodowli, pozostałe można wciąż nabyć. Jeśli marzysz o puchatym, a mimo to prawie bezobsługowym, kotku o miłym charakterze – może to jest właśnie dobry moment?

Właścicielem tych słodziaków jest Ewa Kralka z hodowli Ewjatar.

Facebooktwittergoogle_plus

Królowa przy nadziei

Wpisałam sobie w kalendarzu pod datą 25 listopada pozycję: sprawdzić PaiLu. To mniej więcej tyle dni po randce, żeby wystąpiły pierwsze objawy ciąży. Ha ha, łatwiej napisać niż zrobić.

PaiLu wcale nie miała zamiaru pokazać mi brzuszka. Co prawda wielokrotnie kładła się w rożnych miejscach na pleckach, przeciągając się bądź tylko odpoczywając, ale o dotykaniu nie mogło być mowy. Wystarczyło, żebym wyciągnęła rękę, a natychmiast wstawała i oddalała się z godnością.

Próbowałam zaobserwować zmiany za pomocą oczu jedynie, kładąc się obok i intensywnie wgapiając w brzuszek, ale ona ma tak gęste i puchate futro – mimo, że przecież krótkie, jak to u rusałek – że nie było sposobu, żeby je przeniknąć wzrokiem.

Na szczęście w zasadzie nie jest potrzebny mi ostateczny dowód, bo kicia coraz więcej czasu spędza leżąc na boku, a jej brzuszek  zaczyna się nader obiecująco zaokrąglać. Mniej też szaleje po domu, choć wciąż jeszcze zwiedza wszystkie swoje ulubione miejsca na wysokościach. Zaniepokojony Z. nawet zapytał, czy wolno jej tak skakać. Ciąża to nie choroba – powiedziałam. Jak da radę, to niech skacze. Nie będzie dała rady – skakać przestanie.

Tak więc w pierwszej dekadzie stycznia spodziewamy się świeżej dostawy malutkich rusałek. A że oboje rodzice są w bardzo jasnych odcieniach szarości, a Cekin dał mi już miot prześlicznych kociąt, więc wiążę duże nadzieje z tym miotem. To już za miesiąc!

Facebooktwittergoogle_plus

Pożegnania są do luftu

Pożegnania są do luftu. Im więcej wspólnych chwil, zabaw i codziennych rytuałów, tym trudniej pozwolić odejść. I nieważne, czy to drugie jest jednostką ludzką czy kocią.

FaaTum była tą iskierką, która rozpalała i napędzała szaleństwo w stadzie. Tłukła się z FaJin i ChiNą – na zmianę i jednocześnie. Prowokowała dzikie stadne gonitwy po domu, z wywracaniem drapaka włącznie. Na dorosłych kotach wymuszała takie ilości pieszczot, że nawet VaiPerek nie wytrzymywał i uciekał przed nią.

Wieczory spędzała razem ze mną. Zwykle czytam jeszcze przed snem w łóżku. Podciągam wtedy kolana, tworząc z kołdry taki namiot. FaaTum natychmiast tam wpełzała i układała się wygodnie. Czasem drzemała, czasem wykonywała toaletę, czasem figlarnie podgryzała mnie w łydki.

W końcu zaczęła dorastać i zmieniać zapach – i okazało się, że AnaTema nie akceptuje jej na swoim terenie.

FaaTum mieszka teraz bardzo daleko, bo aż we Wrocławiu, gdzie da początek nowej hodowli niebieskich rusałek. Ma miłych właścicieli i piękny drapak – i mam nadzieję, że będzie tam szczęśliwa. Żal mi trochę, bo na razie jest kotem pojedynczym, ale wierzę, że szybko dostanie towarzystwo.

Smutno w domu bez niej. Koty szukały jej kilka dni, a gonitwy ustały na cały tydzień. Tak, jakby zabawa bez niej przestała być zabawna.

Facebooktwittergoogle_plus