Piecuszek – ChiNa 1:0

Myśmy uratowali ptaszka, a Wam jak mija dzień?

Tak oto – wyrwałam z kociej paszczy malutkiego ptaszka.

Ptaki przylatujące na mój balkon muszą mieć death wish, czyli życzenie śmierci, a jeśli na balkonie jest Biała Kota Szczęścia ChiNa, to życzenie się szybko spełnia. Na szczęście zwabił mnie hurgot i zdążyłam wyrwać jej zdobycz z zębów. Dosłownie, musiałam jej otworzyć paszczę i wyjąć ptaszka.

To nie pierwszy ptak, którego upolowała, ale pierwszy, który uszedł z życiem. Najpierw był lekko skrzywiony i kulawy, ale chwilę posiedział w mojej dłoni i się uspokoił.

Posadziłam go ostrożnie na balkonie, wygoniwszy wcześniej koty. Ptaszek się otrząsnął i próbował odlecieć. Niestety siatka, która nie przeszkodziła mu w jedną stronę, w drugą okazała się poważną przeszkodą. Musiałam go jeszcze raz złapać, przesadzić przez oczko i ostrożnie puścić. Widziałam, jak poleciał na sąsiednie drzewo. Żyj szczęśliwie, ptaszyno.

A oto foteczka pamiątkowa ptaszka. Podziwiajcie piecuszka – szczęściarza. 

 

Facebooktwittergoogle_plus

Mój Kot odszedł

W tym samym czasie, kiedy wykluło się pisklę w moim ulubionym gnieździe bielików, w kocim szpitalu zmarł VaiPerek. Ta synchronizacja wydarzeń napełnia mnie bezpodstawną, ale ciepłą otuchą.

Koty nie pokazują po sobie choroby, ale od VaiPerka mogłyby się dużo nauczyć. Nawet zaawansowane zwyrodnienia stawów biodrowych odkryliśmy przypadkiem. Trzech weterynarzy widziało zdjęcia rtg, żaden nie wierzył, że ten kot nie kuleje. Ba! że normalnie chodzi, a nawet biega i wskakuje na szafy. Dlatego dmuchałam na zimne i zwykle wizyty VaiPerka u weta zaczynałam słowami: nie ma żadnych objawów, ale jakoś tak mi się nie podoba.

Tym razem mi się też nie podobał. Pan wet obmacał go bardzo dokładnie całego, wyczuwał po kolei organy i sprawdzał czy coś wyjdzie. Nic nie wyszło. Miałam zrobić badanie krwi, tak na wszelki wypadek. Zanim je zrobiłam, VaiPer zaczął wyglądać na bardzo chorego kota…

Wiedziałam, że jeśli kiedyś zobaczę, że się źle czuje, stan będzie poważny. Ale wiedzieć na rozum, a być przygotowanym, to dwie różne rzeczy. Wylądowaliśmy w gabinecie, obniżona temperatura, usg, wodobrzusze, wyniki krwi dobre, oprócz wyników wątroby. Kolejny krok – usg u specjalisty. Obdzwoniłam całe miasto, zanim znalazłam lecznicę, gdzie tego dnia przyjmowała dr Kosiec-Tworus. Doktor zgodziła się nas przyjąć. Dopiero potem dowiedziałam się, że przyjęła nas już po swoich godzinach pracy.

Doktor ledwie przyłożyła głowicę, od razu wiedziała, że to serce. Najlepsza ze złych diagnoz, bo jechaliśmy tak naprawdę po rozpoznanie nowotworu.

Nasza Doktor Aneta od razu skonsultowała wyniki z kardiologiem i przygotowała nam leki. I została po pracy, czekając aż po nie przyjadę. Dobrzy ludzie są wokół mnie.

Leki zdawały się działać, wodobrzusze się zmniejszyło, oddech uspokajał. Do dnia, w którym wstałam i zobaczyłam, że VaiPer ma fioletowy język. Prawie w kapciach wiozłam go do lecznicy pod namiot tlenowy. Miał sobie leżeć pod tlenem do wieczora, kiedy to zobaczy go kardiolog i zdecyduje co dalej, a następnego dnia miałam go odebrać. Posiedziałam z nim trochę, ale w końcu pojechałam do domu, nakarmić resztę kotów.

Kiedy się rozejrzałam po mieszkaniu, po raz pierwszy dotarło do mnie, że mam więcej legowisk przygotowanych konkretnie dla VaiPerka, bo gdzieś lubił sobie poleżeć, niż przygotowanych konkretnie dla pozostałych kotów razem wziętych. VaiPer był Moim Kotem.

Lecznica zadzwoniła do mnie już po wszystkim. Powiedzieli, że sytuacja była nagła, podjęli resuscytację, ale bezskutecznie.

VaiPer to był fighter, nie poddał by się szybko. Już na zawsze zostanie ze mną myśl, czy on pomyślał, że go porzuciłam tam i dlatego nie chciał zostać?

VaiPer (Ukah Ewjatar*PL). 2.06.208-24.04.2018

Biegaj, kotku, tak jak lubisz, z rozwianą kitą i bez bólu za Tęczowym Mostem.

Proszę, abyście nie komentowali i nie pisali do mnie o VaiPerku.

Facebooktwittergoogle_plus

Małe biedne kotki

Przywiozłam Radunię i Ragnara po kastracji do domu. Namęczyłam się strasznie i spociłam, bo oba koty dobrze odkarmione, to swoje ważą! Zwykle miot rusałek wieziony do kastracji waży mniej więcej tyle, co jedna Radunia. A Ragnar jest od Raduni większy i cięższy. Przydałby się jakiś dźwig samobieżny albo chociaż tragarz.

Udało się je jakoś dotargać w obie strony. Ponieważ koty po narkozie są nieco jeszcze osowiałe i zdecydowanie mniej sprawne, staram się stwarzać im dobre warunki do wypoczynku. Im dłużej śpią, tym szybciej dojdą do siebie. Nie bez znaczenia jest też fakt, że zwykle kociąt jest kilka i nie sposób jedną parą rąk ogarnąć wszystkich, którym się po zabiegu włącza „szwendaczek” i takie jeszcze lekko pijane próbują się wspinać i skakać. Robi się ogólne pandemonium, które nikomu nie służy. W pierwszych godzinach ograniczam więc kotom wolność, zamykając je w brodziku wyłożonym grubo cieplutkimi kocami. Mają miękko, przytulnie i bezpiecznie, bo nie ma jak sobie zrobić krzywdy.

Leżą więc sobie Radunia z Ragnarem w łazience, gdzie mają cieplutko, spokój i półmrok – jak najmniej bodźców, które by je prowokowały do wstawania. Spokój niweczy Tylda, która siedzi pod drzwiami i wydaje smętne dźwięki. Chce wejść i zaopiekować się dziećmi, ale jej opieka wcale im nie pomoże, tylko skłoni je do chodzenia za nią. Jak jej to wytłumaczyć?

Kiedy się wyspały, wypuściłam je z łazienki. Przywitały się z resztą kotów, napiły wody, po czym zadokowały w ukochanej zabawce i… poszły spać.

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

Następnego dnia nie pamiętały już o zabiegu. Wylizane przez resztę kotów, zgubiły zapach lecznicy i życie wróciło do normy.

Oto Radunia 24 godziny po zabiegu prezentuje właściwość, która nie jest powszechnie znana: otóż wielokolorowe koty mają też kolorową skórę. Jasne loczki na brzuszku rosną na fragmentach skóry, które też są jasne. Wiem, że tego nie widać, ale musicie uwierzyć na słowo, że Radunia ma wygolony fragment w dole brzucha i tam gdzie jest jasna plama przy tylnych łapach, widzicie gołą skórę.

Łaciate koty po ogoleniu dalej są łaciate.

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

I w zasadzie na tym można by zakończyć temat, niestety Raduni przyplątała się infekcja i rana pooperacyjna przestała się goić. Rozważaliśmy, czy to przypadkiem nie jest alergia na nici, ale reakcja na antybiotyk kazała nam szukać gdzie indziej. W rezultacie trzeba było jeszcze raz zajrzeć do brzuszka. Radunia jest kocim aniołem, bo bez problemu pozwalała mnie i doktor Anecie robić ze sobą wszystko, co było potrzebne.

No to proces gojenia zaczęliśmy od nowa. Wszystkie koty były bardzo pomocne i wspierające :)

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

Na szczęście teraz rana zagoiła się ładnie i szybko, bez dodatkowych komplikacji. Humoru Raduni nie zepsuło, dalej tłukła się z bratem i ganiała z mamą, apetytu nie straciła ani chęci do psot. Chwilami, przyznam, przydałoby się, żeby chwilę poleżała w spokoju. Ja bym przynajmniej mogła odpocząć, a nie tylko ganiać za nią i pilnować. Niestety, nawet kiedy przygotowywała się do snu, zapewniała mi rozrywki w postaci zbierania zawartości wyrzuconych z półek koszyków, gdyż królewna miała życzenie wypocząć w swojej dawnej skrytce, tylko okazało się, że już się nie mieściła.

Samo życie.

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

 

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

Ps. Musicie przyznać, że kubraczek mamy wyjątkowo twarzowy i Radunia wygląda w nim bosko :)

Facebooktwittergoogle_plus

Jestem warzywem

Jest coś takiego w moich szafkach kuchennych, co przyciąga czarne maine coony :) Czarna Tylda uparła się wychowywać swój poprzedni miot. Musiałam wyjąć koszyki i zrobić jej legowisko w tej małej przestrzeni.

Ragnar i Radunia też wybrały sobie przestrzeń za koszykami jako swoje centrum dowodzenia wszechświatem. Zanim się zorientowałam, zafundowałam sobie kilka siwych włosów, kiedy małe nie stawiły się na apelu, nie odzywały się i nie było ich w żadnym miejscu, w którym je zwykle widywałam. Dopiero intensywne poszukiwania, połączone z zaglądaniem w najbardziej ciasne i nieprawdopodobne miejsca, zaowocowały sukcesem. Co prawda lokalizację odkryłam metodą gwałtownego wsuwania koszyka w głąb półki i zduszenia któregoś z kociąt, ale oj tam, oj tam. Grunt, że się znalazły. Dosyć długo chodziły tam na przedpołudniowe drzemki.

Aż Radunia odkryła, że w koszyku na podłodze są wyjątkowo ciekawe rzeczy, a sam koszyk daje się wyciągnąć spod szafki…

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

W koszu na podłodze trzymam ziemniaki i cebulę. Ziemniaki może stanowią średnią atrakcję, ale cebula! Cebula jest cudem! Jak ona się turla! W nieprzewidywalnych kierunkach!

Jeśli z kuchni dobiegają podejrzane szelesty, to już wiem, że banda dwojga dokonała kolejnego napadu i trzeba iść pozamiatać rozwłóczone po całej kuchni łupiny. Z kosza ich nie przeganiam, bo to i tak nie ma sensu.

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

A potem wchodzę do kuchni, a tu spośród cebul patrzą na mnie oczy.

– No co? Jestem warzywem.

Ps. Ragnar i Radunia wciąż czekają na człowieki do pokochania! Może to Ty jesteś takim człowiekiem? A może znasz kogoś, kto chciałby? Powiedz mu o Ragnarze i Raduni!

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

Facebooktwittergoogle_plus

Rrrrradujmy się!

Jakieś wielkie kudłate potwory mi się zalęgły w domu. Gdzie moje kocięta, pytam? Chodzę, szukam, szukam, i nie ma! Musi te wielkie kudłate potwory je zjadły. Wyglądają na dobrze odkarmione, trzeba przyznać.

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

Właśnie wysłałam kartę miotu, na podstawie której wystawione zostaną rodowody moim kudłatkom. A w karcie – oficjalne już imiona.

Pierwsza imię sobie przyniosła dziewczynka. Zauważyłam, że wyjątkowo lubi leżeć na podwyższeniu. Na dzień składam poduszki i przykrywam kocem, tworząc niewielki pagórek. Codziennie kicia ucinała sobie na nim drzemki, względnie skakała bratu z niego na głowę. Czasami też turlała się w dół, kiedy łapki nie dość pewnie stąpnęły. Zła pani rechotała w głos, a kicia udawała, że tak właśnie miało być.

Zaczęłam szukać imienia związanego w jakiś sposób z górą lub kimś na szczycie góry. Przypadkiem natknęłam się na słowiański Olimp. Tworzą go góry Ślęża, Radunia i Wieżyca, będące pradawnymi miejscami kultu. No jak to przeczytałam, to w ogóle nie miałam żadnych wątpliwości. Tylko Radunia!

Radunia pochodzi prawdopodobnie od Rady, Radorady – bogini opieki nad dziećmi i przygotowaniem ich do życia w plemieniu, w tym: nad rytuałami przejścia od niemowlęctwa do kolejnych etapów dziecięctwa. Niewiele o niej wiemy, ale zdaje się, że przetrwała w bajkach jako… Baba Jaga. Kapłanki Rady nazywano jagami. 

Nie mogłam wypuścić z ręki imienia o takim pochodzeniu!

A tak naprawdę przeważyło podobieństwo do słów radość, radować się. Radunia jest niesamowicie pogodnym i radosnym kotkiem. Zawsze skora do zabawy, pierwsza odkryła uroki myszek na wędce, myszek luzem, piłeczek oraz wszelkich brzęczących obiektów, które można pacać łapą. Gania po domu jak pasikonik, wszystko musi powąchać i drapnąć. Radość wcielona. To ona pierwsza uciekła z kojca i nauczyła się wdrapywać samodzielnie na łóżko. Bardzo dręczy większego od siebie brata, bo cały czas chce się bawić. Jeśli wdała się w mamusię, to poważna dorosłość jej nie zagrozi. 

Dopiero wieczorem trochę zwalnia obroty i kiedy się położę, przychodzi się przytulić i kładzie mi się na szyi w postaci puchatego szaliczka. Na razie jest to bardzo miłe, bo waży tylko około kilograma. Co będzie dalej? Czasami daje się skłonić do tego, by umościć się pod pachą, więc perspektywy są raczej pozytywne.

Poznajcie Radunię Kota Doskonałego*PL:

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

 

Kocurek na spokojniejszy temperament niż siostra. Lubi sobie poleżeć, popatrzeć na świat, pospać. Nie jest aż tak sprawny we wspinaniu się, ale za to lepiej biega. Kiedy przychodzi czas na zabawę, śmiga po domu jak czarna smuga. Poza czasem zabawy i jedzenia – nigdzie mu się nie spieszy. Chłopak ma swoje priorytety i się ich trzyma. Nie jest przytulasty, ale lubi być blisko. Kiedy leżymy obok siebie, mruczy głośno. Nawet nie trzeba go głaskać, mruczenie uruchamia się od samej bliskości i spojrzenia. Słodziak straszny. Oczywiście, że wielokrotnie podchodzę do niego w ciągu dnia, kiedy drzemie sobie na łóżku lub na drapaku, żeby posłuchać mruczenia. Działa za każdym razem.

Do tego jest inteligentny. Pierwszy zakumał kuwetę oraz stały pokarm i to on uczył siostrę, co się z tym robi.

Kocurek otrzymał dumne imię dumnego wikińskiego wojownika i zdobywcy – Ragnara Lodbroka. Tak, jestem wielką fanką serialu „Wikingowie” i wcale się tego nie wstydzę. Kto oglądał, ten wie jak został przedstawiony Ragnar w serialu.

A przecież mówimy o czarnym kocurze maine coon! No halo, jak on będzie wyglądał za kilka lat? Wielki, wredna morda i czułe serce. Ragnar, jak malowany.

Na razie Ragnar Kot Doskonały*PL wygląda tak:

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

Facebooktwittergoogle_plus

Krwiożerczy impregnat

Pisałam o tym na fb, ale to w sumie o kotach, a przynajmniej koty odegrały w tej historii kluczową rolę. Było tak:

Otóż korzystając z tego, że upał odpuścił i wróciłam do życia, zabrałam się za impregnowanie drewnianej skrzynki. Rzecz się działa na balkonie, bo impregnat roztacza taki aromat, że się z wrażenia farba na ścianach łuszczy. Wymyśliłam sobie, że jak ją sprytnie powieszę, to będę mogła zaimpregnować całość za jednym zamachem i niech sobie schnie w powietrzu. Taki plan amerykański bez skazy uknułam.

I nawet się udawało, do czasu, kiedy zaczęłam malować wnętrze i wsadziłam łeb do środka. Straciłam czujność i nie zauważyłam, że na balkon przywędrowała moja kochana Czarna Tylda. Chwilę wcześniej widziałam ją w kojcu karmiącą dzieci i jakoś tak założyłam, że tam nadal przebywa. Błąd.

Czarna Tylda nie byłaby sobą, gdyby nie okazała gwałtownego zainteresowania. Tym razem zainteresowanie wyraziło się tym, że próbowała wskoczyć na skrzynkę. Tę wiszącą w powietrzu. Skrzynka się wahnęła, kot zleciał, po czym skrzynka też zdecydowała się zlecieć, uderzając mnie wcześniej w rękę, w której trzymałam puszkę z impregnatem. Impregnat okazał się fanem fizyki obowiązującej w naszym uniwersum, uderzony przyjął energię, wyskoczył z puszki i krzywą balistyczną wyruszył na spotkanie przeznaczeniu. Przeznaczeniem okazałam się ja (ze szczególnym uwzględnieniem ręki i stóp) oraz podłoga balkonowa.

No to szybka akcja kryzysowa. Najpierw – nie pozwolić kotom wdepnąć. Drzwi przymknąć – bo z mieszkania nadciąga już ciekawski tłumek. Czarną pod pachę i celnym rzutem szuuust! do mieszkania. TaiChi tak samo. Wszystko jedną ręką, bo druga od ramienia po dłoń pokryta impregnatem. Wróć, TaiChi właśnie spanikowała i próbowała samodzielnie uciec z balkonu. Desperackim rzutem siebie na glebę w kałużę impregnatu uniemożliwiłam jej (chyba) wdepnięcie, przeleciała prawie po ścianie.

Szybkie mycie ręki pod bieżącą wodą. W trakcie wyskakiwałam z łazienki co chwila i straszyłam TaiChi, żeby się chowała po kątach i nie lizała łap. Strzeżonego…. Wstępnie umyta, złowiłam TaiChi, odwróciłam kołami do góry i próbowałam obejrzeć łapy. W trakcie procedury wyszło mi, że najlepszym sposobem będzie sprawdzenie na węch.

Widzicie to? Siedzę na fotelu, na kolanach mam 7 kg wściekłego maine coona brzuchem do góry i po kolei wącham jej każdą łapę. Śmiechom i żartom nie było końca, prawdaż. Uprzedzając fakty: łapy pachniały pudrowo, czyli tak jak powinny, więc chyba jednak nie wlazła.

No to zostało już tylko zebrać impregnat z podłogi i umyć podłogę, zebrać skrzyneczkę, pourywać odpryśnięte fragmenty, przybić listewki, które odpadły, zaimpregnować na nowo. Takie tam proste czynności, heh. Producent impregnatu zaleca płukanie bieżącą wodą przez min 10 minut, więc dla równowagi ducha poszłam i jeszcze dwa razy umyłam rękę.

Żaden maine coon nie ucierpiał przy tworzeniu tej historii.

Facebooktwittergoogle_plus

Nosił kot razy kilka

Może pamiętacie z poprzednich perypetii z kociętami Tyldy, że Czarna Tylda NOSI. Nosi kocięta w co bardziej egzotyczne miejscówki, przy czym najdogodniejsze miejsce jest codziennie inne.

Tylda uparła się urodzić w budce drapaka i nie dało się jej przekonać ani dobrym słowem, ani rękoczynami do zmiany miejsca. Na szczęście tylko w jednym momencie moja pomoc się przydała, nie musiałam więc łamać sobie rąk i hodować oka na szypułce, żeby zajrzeć i sięgnąć do budki. Tym niemniej wszelka pomoc przy nowonarodzonych była wykluczona, dopóki siedziały w budce.

Pierwszych przenosin dokonałam więc ja. Przygotowałam wygodne pudełko, wyścieliłam kocykiem i postawiłam obok. Podstępem skłoniłam Tyldę do przejścia i – o cudzie! – zaakceptowała miejscówkę, a ja mogłam wygodnie dostawiać kociaki do mleka przez następną dobę. Możliwe, że jestem nadopiekuńczą kocią mamą, trudno. Taka moja uroda.

Po pierwszej dobie Tylda przeniosła kociaki za fotel bujany, na gołe panele. No, niedoczekanie. Przeniosłam kociaki do pudła, a pudło za fotel. Jest dobrze.

Po kolejnej dobie przyłapałam Tyldę, jak niosła kociaka za drugi fotel, pod stojące obok krzesło. Krzesło wont, pudło na to miejsce, leżą. Uff.

Trzecia doba – Tylda niesie kociaki za drapak, na dolną półkę z książkami. Na półce są książki, ale za to nie ma miejsca. Odsuwam drapak, stawiam tam pudło, leżą. Uff.

Czwarta doba – Tylda niesie kociaka do sypialni. Ale coś mi mówi, że chodzi o to, że za bardzo ją widać i wkurzają ją chodzące koty. Odwracam pudło o 180 stopni i bingo! Leżą grzecznie, uff.

Piąta doba. Tylda wyrzuciła książki z półki, ale kociaki leżą w pudle. Hm. Zabrałam książki, zrobiłam miejsce. Ach, to Tylda tam chciała leżeć! Kociaki w pudle, a ona obok pudła, ale dyskretnie schowana. Hura!

Uwaga! Prawie tydzień spokoju! Nie wierzę we własne szczęście.

Pewnego dnia! Tylda przynosi dzieci do sypialni. Stawiam pudło przy łóżku. Najwyraźniej to chodziło. Od tego dnia spać nie mogę, bo kocięta chroboczą w tekturę tuż przy mojej głowie.

A potem długo, długo NIC!

Kocięta rosną, wyłażą z pudła, dostają cały wybieg dla siebie, mają już swoje miski i kuwetę, ganiają z piłeczkami. Życie jest znowu piękne.

W dniu, w którym kocięta kończą 5 tygodni, widzę Tyldę niosącą jednego do kuchni. Odebrałam, zaniosłam do sypialni. Za chwilę – niesie drugiego. Maine coony to raczej duża rasa, nie? Kocięta ważą już blisko kilogram i są naprawdę wielkie. Na tyle, że Tylda potyka się o nie i ogólnie ma dużą trudność. W dodatku one są już samobieżne, nie ma takiej opcji, żeby siedziały na tyłku w jednym miejscu.

Kocięta wyją, możliwe, że jakoś niefortunnie je chwytała. Poza tym one chcą jeść, spać, bawić się i żeby było fajnie, a nie jakieś noszenie za kark. Tylda wyje, bo kocięta się rozłażą i nie ma nad nimi żadnej kontroli. Ja rozważam ucieczkę w Bieszczady.

Dzień jak co dzień.

Biedna Tylda.

 

Facebooktwittergoogle_plus

Czarne na czarnym

Mam niespodziankę. W zasadzie to dwie niespodzianki.

Jedna jest czarnym (chyba)kocurkiem, druga – śliczną szylkretunią z rudą kreską na nosie. Oboje urodzili się 8 lipca 2017, więc mają dopiero dobę. Wrzeszczą natomiast, jakby miały co najmniej tydzień :)

Mamusią jest oczywiście Czarna Tylda. Kochana smoczyca wisi nad dzieciakami non-stop, ciężko je wyjąć i obejrzeć, bo wyrywa z rąk i niesie do pudełka.

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

Pierwsza doba była wyczerpująca, bo maluszki miały problemy z dossaniem się. Sutki mamy są duże i maleństwom trudno objąć je pyszczkiem. Długie futro mamy też nie ułatwia zadania. Pierwsze godziny spędziłam więc podstawiając maluchy. Mniej więcej co minutę, bo odpadały, jeśli nie dossały się od razu porządnie.

W dodatku oba chciały cały czas do tego samego sutka – albo lewy pod pachą, albo prawy środkowy. Rozpętywały więc dramatyczne awantury od pierwszych minut życia. Ciekawe jaki to prognostyk na przyszłość :D

Dziś już same dają sobie radę. Same znajdują sutek i doczepiają się skutecznie. Widać to po brzuszkach, które są już duże i okrągłe, większe od reszty kotka. Czyli wszystko jest jak powinno być.

Tylko zdjęcie trudno zrobić, bo maluchów nie widać na tle futra mamy. 

Facebooktwittergoogle_plus

Konferencja: KOT i serce kota

W ostatni weekend, czyli 6-7 maja, zamiast udać się jak wszyscy na majówkowy wypas, powędrowałam do klimatycznych wnętrz Hotelu Plaza w Warszawie, by wziąć udział w Konferencji: KOT, organizowanej przez CatExperts i EtoVet.

Program prezentował się zachęcająco – były i prelekcje, i warsztaty, a ich tematy pokrywały szeroki obszar – od obsługi kota, przez behawior, po zagadnienia medyczne. Trudno było wybrać, na co iść. A wybrać było trzeba, bo zajęcia odbywały się równolegle na dwóch salach (na trzech właściwie, bo jeszcze miało miejsce seminarium dr Sabine Schroll, ale to już zupełnie inna bajka).

Dla mnie konferencja zaczęła się i skończyła mocnym akcentem. W sobotę były to bardzo interesujące zajęcia z pierwszej pomocy przedweterynaryjnej, prowadzone przez lek. wet. Zofię Fraś. Niedzielę zaś zakończyłam wysłuchaniem wykładu na temat kociej kuwety, prowadzonego przez lek. wet. Joannę Iracką. I pomyśleć, że mało brakowało, a bym na niego nie poszła. Byłam już zmęczona, a wykład poprzedzający nie bardzo mnie interesował i byłam gotowa już wracać do domu. Jak dobrze, że tego nie zrobiłam! Jak dla mnie to były dwa najlepsze wystąpienia na konferencji. Co nie znaczy, że w środku nie było interesująco! Prelekcja Magdaleny Nykiel o agresji, Moniki Januszewskiej o zabawie czy lek. wet. Agnieszki Grocheckiej-Kaczor o kocich chorobach również były pasjonujące.

Organizacja była bardzo fajna. Obsługa kompetentna i miła, wszystkie informacje łatwo dostępne, fajne pakiety dla uczestników z dokładnym planem imprezy – nie sposób było się zgubić. W sobotę wraz z koleżanką odrobinkę się spóźniłyśmy, a jedna z organizatorek specjalnie po nas wyszła i zadbała, abyśmy bez kłopotów (i szybko!) trafiły na właściwą salę. To był niezwykle miły gest. Podobał mi się też pomysł konkursów po każdym wykładzie i prelekcji – 3 pytania dotyczące tematu, honorowane nagrodami za pierwsze prawidłowe odpowiedzi. Nie tylko zachęcało to do pozostawania na sali do końca, ale przede wszystkim do uważnego słuchania.

Dużo wartościowej wiedzy dostaliśmy od prowadzących. Jeśli mi czas pozwoli, postaram się jakoś ładnie ubrać w słowa to, co mam w notatkach i zamieścić tu na blogu najważniejsze punkty wykładów, których wysłuchałam.

Proszę, oto dowód – byłam tam.

2017-05-10 18.05.56-3

Ten twórczy bałagan po prawej to warsztaty Kocia Dżungla. Poszłam na nie, bo spodziewałam się, że będzie mowa o zasadach organizowania przestrzeni dla kotów i liczyłam na praktyczne wskazówki. Okazało się, że był to warsztat robienia kreatywnych zabawek dla kotów, czyli coś w czym sama jestem mocna. Duży pozytyw z tego warsztatu to samodzielnie skręcony drapak poziomy z tektury, który przyniosłam do domu. Miałam nawet dodatkową porcję tektury, którą chciałam dodać już w domu. Jak widać – koty przyjęły go do testów nie czekając na ulepszoną wersję.

2017-05-08 15.16.06 2

Najwięcej ekscytacji jednak było w trakcie warsztatu z pierwszej pomocy, kiedy mieliśmy okazję ćwiczyć na fantomie o imieniu Fluffy, u którego sprawdzaliśmy krążenie lokalizując serce oraz tętnicę udową i wyczuwając puls. Udało się :) Ten warsztat zdecydowanie powinien trwać dwa razy dłużej – te 3 godziny ledwie wystarczyły by dotknąć tematu, nie mówiąc o zajęciach z fantomem. Na pewno nikt by się nie nudził.

Robię dziwne miny od 1:25.

A na pamiątkę dostałam dyplom.

Certyfikat - Pierwsza Pomoc Dla Kotow

Oczywiście, że po powrocie do domu sprawdziłam swoje koty (a przynajmniej te, które się dały) na okoliczność posiadania tętna.

Badania praktyczne wykazały, że VaiPer i Czarna Tylda mają i serce, i tętnicę udową, a TaiChi co prawda ma tętnicę udową, ale nie ma serca.

Taka sytuacja :)

Facebooktwittergoogle_plus

Wieczorna cisza

Chciałem już zamknąć dzień na klucz
jak doczytaną księgę,
owinąć się czarną ciszą
i zasnąć na potęgę…*

 I tu się wizja poety minęła z życiem, gdyż nie „dzień nowy i świat nowy tysiącem dziwów grał mi”, tylko kocięta zrzuciły ze stołu miskę z wodą.

Tak więc zamiast się położyć do łóżka, podziwiam mozaikę z fragmentów miski na kuchennej terakocie (nawet pasuje kolorystycznie) oraz wody, która zapewnia ciekawe efekty wizualne. W sumie można to podciągnąć pod kategorię „dziwów”. Na szczęście miska była tylko do połowy pełna, gdyż woda się dopiero filtrowała w filtrze.

Szkoda, że miseczka owa miała może z tydzień. Zastąpiła poprzednią, którą kocięta rozbiły gdy stała grzecznie na podłodze, w miejscu dla niej przeznaczonym. Tak otóż biegły moje maleńkie puchate kocięta, że miotnęły ową miską o ścianę z dużym impetem. Zderzenie okazało się zabójcze i biedne naczynie wyzionęło ducha.

A jak się uczyły pić, to z takim szacunkiem podchodziły do miski! Nie mogło to tak zostać?

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

*Fragment wiersza Leopolda Staffa „Chciałem już zamknąć dzień”, który z niejasnych dla mnie przyczyn przetrwał w mojej pamięci już ponad 20 lat, w towarzystwie dwóch innych wierszy tegoż autora. Tak, pisałam z pamięci. Nie wiem skąd, przecież ja w młodości nawet nie czytałam wierszy!

Facebooktwittergoogle_plus