Archiwum autora
Zapasy na czarną godzinę
Ech, ja to się dam namówić na wszystko. Zwłaszcza na promocje.
Zamówiłam wielki pakiet kartoników Bozity, a sklep w osobie pana o miłym głosie podstępnie zaproponował mi domówienie jeszcze pewnej ilości, mamiąc dodatkową gratisową ilością opakowań. Kupiłam dużo, dałam się namówić na więcej po to, by dostać jeszcze więcej.
Czujecie klimat?
W ten sposób wylądowałam ze 128 kartonikami Bozity.
Oprócz tego mamy 10 kg Hillsa Natures Best, który stanowi podstawową karmę kotów, 8 kg RC Maine Coon (bez którego VaiPerek nie podchodzi do miski w ogóle), 10 kg Hillsa Kitten, 2 kg RC Babycat i nie wiem już ile puszek Applawsa. Zapasy jak na wojnę.
Nie posiadam niestety aż tylu szafek, żeby to wszystko upchnąć, więc 3 paczki Bozity i 10kg worek suchego dumnie panoszą się na środku kuchni. W końcu kto rządzi w tym domu – bo przecież nie ja?
Drapak Athena
Łowca okazji znowu ruszył na polowanie. Tym razem zdobyczą jest drapak Athena, który zooplus oddawał za mniej niż sto złotych. W obliczu zbliżającego się stada małych szkodników uznałam, że taki drapak będzie w sam raz dla nich na rozszarpanie.
Mam co prawda wizję zupełnie innego drapaka do sypialni, ale będzie realizowana dopiero gdy wylecą wszystkie meble i pudła, które są teraz na wylocie. Miałam nadzieję, że stanie się to przed kociakami, ale nie dało rady. Pomyślałam jednak, że nawet jeśli miałby postać tylko te kilka miesięcy, to nie jest to aż tak wielki wydatek, żeby było bardzo szkoda.
Drapak przybył porządnie zapakowany, nawet były na miejscu wszystkie elementy. Skręcenie banalnie proste, średnio rozgarnięta małpa dałaby sobie radę. Dla porządku tylko powiem, że dobrze byłoby w instrukcji skręcania napisać gdzie idą śruby z łebkami a gdzie śruby z gwintem po obu stronach.
Skręciłam wszystko zgodnie z instrukcją i postawiłam w kącie. Drapak jest bardzo wąski, co powoduje dwie rzeczy:
- podstawa jest dosyć mała i to obniża stabilność całej konstrukcji. Jak koty lecą biegiem, całość się chybocze – dlatego oparłam go z dwóch stron: o ścianę i o pudła.
- wspinanie się z półki na półkę jest dosyć kłopotliwe – kilka razy widziałam, że koty kombinowały jak tu się przemieścić, ale miały za mało miejsca, żeby się wygodnie odbić.
Budka też jakoś nie cieszyła się powodzeniem – chyba też koty nie za bardzo miały się z czego odbić, bo stawały na samym skraju półki poniżej i rezygnowały. Wyglądało na to, że zakup jest chybiony, kiedy wpadłam na pomysł.
Zamieniłam miejscami słupki pod górnymi półeczkami. Wyższy słupek powędrował na samą górę, niższy – pod półeczkę z liną. Tym samym półeczka ta znalazła się na wysokości dna budki, tworząc wygodne dojście.
To był strzał w dziesiątkę. Drapak natychmiast zatętnił życiem. Rusałki wprowadziły się na górę, choć częściej bywa tam Antenka, bo PaiLu teraz nie da rady za bardzo skakać. Budkę objęła we władanie TaiChi. Trochę mnie to zaskoczyło, bo zawsze lubiła przestrzeń, a w tej budce musi się zwinąć w precelek. Ale widać jej pasuje, bo co chwila tam włazi.
Drapak więc wstępnie się sprawdził. Zobaczymy co się będzie działo, kiedy kocięta podrosną na tyle, żeby być w stanie go zmasakrować. Przeczuwam, że on jednak tego nie przetrwa. Nie przy takiej ilości kotów.
Cena wyjściowa Atheny wynosiła prawie 300 zł, jakość wykonania i użytych materiałów zaś nie odbiega od innych drapaków w tym przedziale cenowym. Mam jednak porównanie z jakością drapaka Rufi, który jest reprezentacyjnym meblem w salonie i tak sobie myślę, że byłoby mi szkoda wydać na ten nowy drapak aż 300 zł. Fakt, że nasz Rufi kosztował ponad 2 razy tyle, ale różnica w jakości jest cztero- albo i pięciokrotnie większa. Summa summarum Rufi jest lepszym wydatkiem. Że już nie wspomnę o tym, że jest o niebo bardziej estetyczny.
Ale za 100 zł to niech on sobie będzie jaki jest, niech go koty rozszarpią na zdrowie :)
Blog Day 2010
„Przez jeden dzień – 31 sierpnia – blogerzy z całego świata publikują notkę polecającą 5 innych blogów, najlepiej gdy są to blogi o innej tematyce, z innej kultury. Tego dnia czytelnicy bloga będą krążyć po sieci i odkrywać nowe, nieznane blogi ciesząc się z odkrycia nowych ciekawych blogów i blogerów.”
Dziś na blipie Alquana mi przypomniała, że jest Blog Day! Pora więc podzielić się z Wami moimi ulubionymi blogami na ten rok:
- Blog Luki. Oto dziewczyna, która ma dobrze poukładane w głowie i wrażliwość, która mi bardzo odpowiada!
- Futomaki. O fotografii bez zadęcia i z dużą dawką humoru!
- Blog Pawła Tkaczyka. Jak sam pisze: “Branding, marketing, reklama i social media. The Jedi way”. Silny merytorycznie i bardzo ciekawy blog dla wszystkich żyjących w świecie szeroko pojętego marketingu.
- Blog Alexa Barszczewskiego. O rozwoju osobistym, zarządzaniu, karierze. Mnóstwo bardzo osobistych refleksji, opowieści z bogatych doświadczeń zawodowych i ciekawostek.
- Koszmary architektury. Samotłumaczące. Niektóre zdjęcia trudne do uwierzenia.
Zauważyliście, jak sprytnie przemyciłam szósty link? Tam też warto zajrzeć :)
Szykujemy miejsce
Jeszcze co najmniej tydzień został do godziny zero, a ja mam już lekki stres. Jak chomik zgromadziłam pudła, które będę oferować kotkom do wyboru. Wyścieliłam na mięciutko, poświęcając rozmaite szmaty i ręczniki oraz świeżo uprane kocie kocyki. Rozstawiłam po kątach.
Jedno jeszcze nie jest gotowe, czeka na ostatni koci kocyk, pod którym chwilowo sypiam, albowiem swój pożyczyłam. I tak robi się coraz chłodniej, więc za chwilę przerzucę się na kołdrę.
Paczka podkładów higienicznych przygotowana. Jeszcze muszę dokupić kilka pieluszek tetrowych.
No.
Nie, żebym miała złudzenia, że kotki faktycznie użyją tego, co dla nich zaplanowałam.
Koty zainteresowały się nowymi opcjami wypoczynkowymi. PaiLu wlazła do koszyka, w którym sypia TaiChi.
TaiChi poszła do największego pudła (które – liczę na to po cichutku – będzie dla niej tym docelowym), ale nie poleżała tam długo, bo VaiPer ją wygonił. Poleżał kwadransik i poszedł wygonić też PaiLu z kosza.
A potem do kosza poszła Antenka i puściła pawia na ten świeżutko wyprany kocyk.
Ratunku.
Siatka balkonowa reloaded cz. 2
Ciąg dalszy nierównej walki z oporną materią, czyli siatka balkonowa contra człowiek.
Kolejnych podejść było nawet kilka, ponieważ życie pokazało, że wymiana tej linki nie jest tak prosta, jak by się wydawało. Przede wszystkim musiałam odsunąć drapak zintegrowany z tym drewnianym przepierzeniem oraz podstawą. Już samo to zadanie okazało się niemal ponad moje siły, bo całość była nie dość, że ciężka, to jeszcze trudno przesuwalna. Namęczyłam się strasznie, rozmontowałam połowę i po kawałkach jakoś przesunęłam.
Wymiana linek za drapakiem praktycznie zajęła mi cały wieczór, a kiedy wreszcie skończyłam i nawet kopaniem, szarpaniem oraz soczystymi przekleństwami udało mi się wsunąć całą drewnianą konstrukcję na miejsce, byłam tak wykończona, że musiałam sobie zrobić przerwę.
Po czasie niezbędnym do zregenerowania chęci do pracy, podjęłam dalszą nierówną walkę – tym razem z kątem prostym na połączeniu krawędzi balkonu. Na jednym boku siatka opada tam prosto w dół, na drugim – pod kątem, bo sufit ma powierzchnię mniejszą niż podłoga mego balkonu. Trzeba było wyprofilować jakiś sprytny skos – niestety ów skos miał inne plany na ten wieczór i wyszedł mi jakiś rozpaczliwiec. Uznałam jednak, że w ostatecznym rozrachunku się nada i zostawiłam tak, jak jest.
Po tych ciężkich przejściach uznałam, że potrzebuję wzmocnienia w postaci sukcesu wieszania siatki tam, gdzie jest prosto i bezproblemowo, toteż szybciutko przemieściłam się na dłuższy bok balkonu. Przy wydatnej pomocy TaiChi udało się sprawnie z nim uporać i dotarłam do zakątka balkonu, sens istnienia którego nadal mi umyka.
Mała wnęka, o szerokości około 30 cm, tak że nawet pół człowieka się tam nie zmieści, z rynną w samym środku. Już poprzednio mieliśmy z tym kątkiem kupę zabawy i przewidywałam, że tym razem też mnie to nie ominie.
Ponieważ drabina się tam nie mieści, a zaczep siatki jest na wysokości sufitu, musiałam zamienić się w człowieka-pająka i łazić po balustradzie. W ciągu tych kilkunastu minut moje serce napracowało się tak, że się postarzało co najmniej o trzy lata. Nie spadłam jednak, nie zeszłam na zawał, siatkę zaczepiłam. Nie byłam w stanie niestety jej wyprofilować w żaden sposób, bo za bardzo tam nie sięgałam, więc za rynną siatka wisi na lince jak zasłona prysznicowa – naciągnięta w pionie, udrapowana w poziomie. Trudno. Grunt, że koty nie przelazą.
Skończyłam i padłam bez sił.
Następnego dnia koty w szale wpadły na drapak i przepierzenie i dopiero wtedy zajarzyłam, że zapomniałam o jednym istotnym elemencie. Nie przymocowałam drapaka do barierki i całość kiwa się energicznie w takt kocich skoków. Przekopałam swoje zasoby, ale nie znalazłam długich trytytek, tylko zestaw króciutkich. Chcąc nie chcąc, połączyłam po 4 i umocowałam drapak na sztywno. Wreszcie zadanie można było uznać za zakończone.
Uff.
.
Czytaj też:
Siatka balkonowa reloaded cz. 1
Wbrew obawom niektórych czytelników, siatka balkonowa szczęśliwie przetrwała warunki pogodowe oraz traktowanie jej przez koty. Najsłabszym ogniwem okazała się być linka, którą zamocowana jest całość do wkrętów w ścianach i suficie. Wykonana z jakichś sztucznych włókien, okazała się nieodporna na zmienne temperatury i najzwyczajniej zaczęła się kruszyć.
Najpierw ukruszył się kawałek w kątku za rynną. Niestety jest to miejsce schowane i raczej trudno tam zajrzeć, co oczywiście sprawia, że jest jednocześnie ulubioną miejscówką kotów. Koty dostały więc szlaban na łażenie po balkonie, a ja popędziłam do marketu budowlanego po nową linkę.
Trochę miałam pietra włażąc na drabinę, zwłaszcza, że przy moim wzroście, musiałam wdrapać się aż na sam szczyt, ale jakoś się przemogłam. Zaczęłam od drugiego końca balkonu, który wydał mi się łatwiejszy (takie zagranie psychologiczne: jak tu mi pójdzie dobrze, to i z resztą dam sobie radę). Rozbebeszyłam róg – a wtedy jak znienacka nie lunie! Dosłownie nawałnica, bez ostrzeżenia spadły potoki wody. Nie zdążyłam zleźć i złożyć drabiny, a już byłam cała mokra.
Tak więc pierwsze podejście do wymiany linki zakończyło się połowicznym sukcesem: co prawda niewiele zrobiłam, ale za to nie zleciałam z drabiny.
Ciąg dalszy więc nastąpi.
.
Czytaj też:
Brzuszki rosną
Czas leci i nieubłaganie zbliża się chwila, kiedy dom zaroi się piszczącymi maluchami.
PaiLu chodzi z wielkim brzuszkiem wydętym na obie strony. Po TaiChi aż tak nie widać, bo kudłata jest niemożebnie, ale jak się dotknie jej boków to czuć wielkie krągłości.
Obie ciężarne koteczki jedzą jak sikorki – tyle ile ważą. Słoik karmy, który normalnie wystarczał na tydzień, teraz schodzi w 3-4 dni. Najchętniej spędzają czas w pozycji horyzontalnej, wyciągnięte na całą długość. Śpią całymi dniami, tylko zmieniają co jakiś czas miejsce na mniej nagrzane, bo upał dokucza.
Ożywiają się dopiero wieczorem, kiedy jest nieco chłodniej, a do domu wlatują całe zastępy owadów. Widać wtedy wyraźnie, że dodatkowe obciążenie nie obniża ich ruchliwości i entuzjazmu do połowów. Szczególnie TaiChi wieczorami praktycznie biega po ścianach, a z upolowanego zwierza ma pełny wieczorny posiłek.
Upał
Znowu jest gorąco. W upały koty robią się długie.
Całymi dniami śpią i w domu panuje taki spokój, że aż nie mogę się w tym odnaleźć. Rano tylko zjedzą śniadanie, napiją się wody i – zamiast ganiać się po mieszkaniu, jak to mają w zwyczaju – zapadają natychmiast w drzemkę wyciągnięte w różnych strategicznych punktach. W przejściu, w drzwiach łazienki, pod biurkiem.
Co jakiś czas następuje zmiana miejsc, wtedy wszystkie przesuwają się zgodnie z jakimś własnym tajemniczym planem.
Ps. Mam prośbę – klikajcie czasem w te obrazki od sponsorów, co? ;)
.
Kocimiętka
Kot też człowiek i ma czasami ochotę na chwileczkę zapomnienia. Pić – nie pije, sportem ekstremalnym sam jest, co więc mu zostaje? Nawdychać się troszeczkę. Do tego kot używa kocimiętki, krewnej mięty. Wącha ją, tarza się i przeżywa kilkuminutowy odlot. Podobnie działa waleriana, ale nie próbujcie tego w domu!
Zgodnie z tym, co pisze Desmond Morris w swojej książce “Dlaczego kot mruczy”, entuzjazm związany ze środkami odurzającymi kot ma zapisaną w genach. Albo jest narkomanem, albo nie. Albo nie interesuje się kocimiętką bardziej niż innymi roślinami, albo przy każdym kontakcie wpada w trans. Podział przebiega mniej więcej pół na pół, z niewielką przewagą narkomanów. Nie zależy od płci ani też tego, czy kot był kastrowany. Trochę zależy od wieku: kocięta do 2 miesiąca życia ponoć unikają kocimiętki, dopiero starsze zaczynają przejawiać zainteresowanie.
Kot w kontakcie z kocimiętką zachowuje się jak głupek. Wącha ja, liże, gryzie, ociera się, tarza. Mruczy przy tym i warczy. Czasem wyskakuje w górę albo drapie ziemię.
Nasze koty należą do tych mniej zainteresowanych. Przy czym dziwna sprawa – czasami reagują jedne, czasami inne. Mam w domu preparat z kocimiętką w sprayu i czasami psikam na kocie zabawki, ale rzadko, bo efekt jest mizerny. Raz zainteresowała się Antenka. Innym razem TaiChi – ale jakoś tak niemrawo, żadnego tarzania czy warczenia, tylko trochę ocierania pyszczkiem. A i tak zabawki zabiera im VaiPer – nie dlatego, że lubi kocimiętkę, tylko jest wrednym tyranem i despotą.
Natomiast w przypadku kotów narkomanów można użyć kocimiętki do skłonienia zwierzaka, żeby się zainteresował drapakiem. Meble popsikać odstraszaczem, cytryną albo octem, drapak – kocimiętką i mieć nadzieję, że zadziała. Jak to z kotami bywa – gwarancji nie ma. :)
Kocimiętką interesują się nie tylko koty domowe, ale też przedstawiciele całkiem dużych kotowatych.
Testujemy żwirek z Rossmana
Natknęłam się na niego przypadkiem, nie sądziłam, że w Rossmanie są w ogóle tego typu artykuły. Nieokiełznany badacz we mnie zapragnął przetestować to cudo, toteż nabyłam woreczek i poszłam pogadać z kotami.
Koty wstępnie nie wyraziły sprzeciwu. Żwirek Mruczek jest dosyć gruby i pyli się trochę przy wsypywaniu, ale potem przestaje. Ma wapienny zapach i dosyć dobrze się w nim kopie. I do tego jest niedrogi.
Natomiast w dalszym użytkowaniu:
- Dosyć słabo się zbryla. Bryłki rozpadają się pod naciskiem łopatki, i to wręcz na pojedyncze granulki. Ciężko wówczas usunąć zużyty żwirek, dlatego przy sprzątaniu przesypywałam cały żwirek na jedną stronę i sprzątałam z drugiej – po to, by zabrudzony nie zmieszał się z czystym.
- Zapachy chłonie na średnim poziomie.
- Wchłanianie wody mogłoby być szybsze. Bryłki w miarę świeże są bardzo mokre, co jest dosyć nieprzyjemne i trudne w sprzątaniu – bryłka ma konsystencję nieco błotną, co utrudnia usunięcie wszystkiego.
Taki woreczek pięciolitrowy wystarcza nam na około tydzień (przy czterech kotach), więc wydajność też na średnim poziomie.
Podsumowując: jest to całkiem niezły produkt w przystępnej cenie. W porównaniu do testowanego przez nas żwirku z Lidla czy też Benka, wyróżnia się zdecydowanie na plus. Do mankamentów można się przyzwyczaić, a ogólnie sprawdza się nieźle.
.
Przeczytaj też:
