Poszukiwana karma light

Mam fazę na rozmyślania o kastratach i biedny VaiPer musi ponieść tego konsekwencje. Zaczęło się od tego jak złapać mocz do badań, potem rozważania na temat SUK u kotów, a teraz idę dalej.

Pomyślałam sobie mianowicie, że może warto by go przestawić na karmę typu light. Albowiem VaiPerek żyje, żeby jeść i upilnowanie go przy misce graniczy z cudem. Gania dziewczyny i wyżera im z misek. Po trzech porcjach żarcia kot ma prawo być gruby.

Kupiłam wobec tego dwie małe paczuszki karmy różnych producentów, albowiem koty mam rozwydrzone i fanaberyjne i nie wiadomo, co im podpasuje. Jedną wzięłam Biomilla (którego już jadły w wersji Selective), a drugą Brit.

I cóż? Z ręki kotek nawet wziął i zjadł. W misce – pogardził. Wydłubał wyłącznie te chrupki, które jada normalnie, nowe pozostawiając nieruszone. Za to dopadła do nich TaiChi, ale niestety pożarła bez gryzienia i następnie zwymiotowała. Pełnia szczęścia.

No właśnie, problem w tym, że te karmy są w małych chrupkach, a te moje  mainecoonie sieroty nie potrafią takiej drobnicy gryźć, tylko łykają w całości. A potem odchorowują.

Królestwo za karmę light w dużych chrupkach!

.

Zapraszam do przeczytania wpisów na podobny temat:

Nowa dostawa żarcia

Od ust sobie odejmę a kotu dam

Karma dla maine coonów

Facebooktwittergoogle_plus

Kastracja a SUK

Idąc dalej tropem badania kotów zauważyłam, że na forach i kocich stronach często można się natknąć na informację, że po kastracji większość kotów zapada na schorzenia układu moczowego, tzw. SUK (syndrom urologiczny kotów). Na SUK składać się mogą: zapalenie pęcherza, kryształy i kamienie, krwiomocz, utrudnione oddawanie moczu – w dowolnych konfiguracjach.

Taka jest też powszechna wiedza: po kastracji prędzej czy później kot zapadnie na SUK i trzeba mu dawać odpowiednią karmę.

Rozmawiałam z wetem na ten temat, jako że mamy kastrata w domu i chciałabym mu zapewnić optymalne warunki do zachowania zdrowia jak najdłużej. Pani Wet powiedziała, że odchodzi się już od autorytatywnego łączenia kastracji i SUK.

Albowiem po pierwsze primo: badania niekoniecznie to potwierdzają.

Ludzie trzymają w domu z reguły zwierzęta kastrowane, nietkniętych jednostek jest relatywnie niewiele, toteż siłą rzeczy badania w tym kierunku prowadzone były właśnie na dużej liczbie kastratów i nieporównywalnie mniejszej liczbie kotów niekastrowanych.  Tych ostatnich było zbyt mało, by móc różnicować koty pod tym względem.

A po drugie primo: koty rzeczywiście mają wrażliwy układ moczowy, ale na to, czy choroba się rozwinie czy nie, ma wpływ wiele czynników i to na ogół działających razem.

Na pewno wpływ mają uwarunkowania genetyczne, ale też kiepskiej jakości karma, otyłość, brak ruchu, stres czy infekcje. Nie fakt kastracji, ale zła dieta, wylegiwanie się całymi dniami i zbyt mało wypijanej wody to główni wrogowie kociego zdrowia.

(Tu podziękowałam Matce Naturze, że VaiPerka uczyniła kotem dużo pijącym, a dziewczyny w-miarę-pijącymi).

Pani Wet też podkreśliła, że mokre żarcie jest w diecie ważne, bo jest – no właśnie – mokre i dostarcza siłą rzeczy więcej wody niż suche. Zwłaszcza, że nie wszystkie koty chcą pić.

I tak sobie zaczęłam rozmyślać na ten temat i doszłam do dwóch konkluzji.

1. Fontanny dla kotów to nie jest wymysł zgniłego kapitalizmu dla ludzi, którzy nie mają co z kasą zrobić (no dobra, trochę przesadziłam, aż tyle nie kosztuje), ale rozsądny produkt kupowany w rozsądnym celu. Jeśli kot ma dzięki temu więcej pić, to wydatek jest usprawiedliwiony.

2. Może jednak nie przesadzam z ilością mokrej karmy? Moje koty dostają mniej więcej połowę dziennej porcji w mokrym, bo tak je przyzwyczaiłam i teraz mi szkoda im odmawiać. Wielekroć dostawałam uwagi, że to za dużo, że inni dają malutką puszeczkę na dwa koty, dla smaku tylko itp. I wiecie co – chrzanić to. Niech żrą mokre, jak lubią – wyjdzie im to tylko na zdrowie.

Facebooktwittergoogle_plus

Jak złapać mocz kota do badania?

Natchniona dzisiejszymi porannymi przeżyciami postanowiłam popełnić wpis o takiej to właśnie wstydliwej tematyce.

Po co się w ogóle robi te badania? Profilaktycznie na przykład, żeby się upewnić, czy sierściuch zdrowy. I zawsze, ale to zawsze, kiedy wykazuje niepokojące objawy. Jakie?

– zbyt częste siusianie malutkimi ilościami moczu;

– trudności przy załatwianiu się: napinanie się, miauczenie, wychodzenie z kuwety i natychmiast wracanie do niej;

– załatwianie się poza kuwetą;

– obecność krwi w moczu;

– częste wylizywanie okolicy cewki moczowej lub brzuszka na wysokości pęcherza.

****

Jak złapać mocz kota do badania? Nie da się wręczyć kotu pojemniczka i powiedzieć – tu siusiaj. Zostaje więc jedyna dostępna metoda – podstępem.

Najpierw trzeba pozyskać sterylny pojemniczek, najlepiej w aptece – kosztuje grosze. A dalej jest kilka opcji.

1. do pustej kuwety. Opróżnić kuwetę i wyparzyć. Zamknąć kota na noc wraz z pustą kuwetą w pomieszczeniu, najlepiej z kafelkami na podłodze. Rano za pomocą strzykawki (lub wykorzystując wrodzony spryt) przelewamy mocz z kuwety do pojemniczka. Albo w ostateczności z podłogi – ale wtedy koniecznie trzeba poinformować lekarza o pochodzeniu próbki.

Kiedy nasze koty były małe i lubiły odmiany, to nawet dawało radę tak złapać. Nie zamykałam ich, tylko skłaniałam rano do wejścia do pustej kuwety, a one tak jakoś poddawały się presji. Niestety urosły, polubiły rutynę i już nie chodzą sprawdzać nowych żwirków i kuwet. Wszystko ma być tak, jak jest zawsze, żadnych eksperymentów. W związku z tym musiałam poszukać alternatywnego sposobu.

Kiedy kotów jest więcej niż jeden, ten sposób ma poważne mankamenty. Nie wiem, jak Wasze koty, ale nasze zamknąć się nie dadzą za Chiny Ludowe. Kończy się tym, że wszystkie trzy wyją pod drzwiami – jeden z jednej, dwa z drugiej strony – i drapią drzwi rozgłośnie. Spać się nie da w takich warunkach.

2. na partyzanta. Należy przygotować na kota zasadzkę. Znakomita większość kotów nie jest w stanie przerwać siusiania, należy więc ten fakt wykorzystać. Pojemniczek postawić w pobliżu kuwety. Zaczaić się na kota. Kiedy w sposób charakterystyczny przykucnie, zdecydowanym ruchem podstawić pojemniczek pod tyłek. Jeśli kuca niziutko nad żwirkiem, można sobie pomóc podnosząc jego ogon. Popatrzy wtedy z oburzeniem, ale sikać nie przestanie.

Może się zdarzyć, że pojemniczek w żaden sposób nie będzie chciał się zmieścić pod kota a i trafić jest dosyć trudno. Dlatego, dla wygody i żeby nie kusić licha, ja podstawiam malutką tackę i dopiero z niej przelewam do pojemniczka. Można też użyć dużej łyżki. Tylko należy pamiętać o tym, żeby to wszystko najpierw wyparzyć, inaczej sami dołożymy tam jakiegoś badziewia do badania. I trzeba powiedzieć wetowi w jaki sposób próbka została pozyskana.

Najlepiej zasadzić się na kota rano. Kiedy domownicy wstają i zaczyna się normalny ruch w domu, kot wędruje do kuwety, żeby załatwić sprawy związane z higieną i móc potem bez przeszkód towarzyszyć nam w porannych rytuałach.

Jeżeli zwierzak jest wstydliwy i nie lubi załatwiania się przy ludziach, albo też załatwianie się sprawia mu ból  i kręci się w kuwecie, albo nie chce w ogóle do niej wchodzić – wtedy należy jednak użyć sposobu pierwszego.

3. na XXI wiek. Widziałam w sklepach specjalny żwirek, który nic nie pochłania. Wsypuje się go do kuwety (pewnie się też wyparza przed użyciem – tak przypuszczam, bo w ręku tego nie miałam), a rano się zbiera mocz z dna. Łatwo, prosto i przyjemnie. Nie wiem, czy działa, bo nigdy nie próbowałam, ale jak wszystkie inne sposoby zawiodą, miło jest wiedzieć, że jest jeszcze jedna opcja ;)

Jeśli ktoś z Was wypróbował to cudo, dajcie znać – jestem ciekawa, czy to pożyteczny wynalazek.

4. na desperata. Oddać kota w ręce lekarza, który rozmasuje pęcherz kociaka i pobudzi wydzielanie moczu. Część wetów pobiera też mocz igłą bezpośrednio z pęcherza, brrr. Jeśli nie jest to absolutnie niezbędne, chyba lepiej się pogimnastykować z innymi sposobami.

****

Moczu nie musi być w próbce dużo, wystarczy dosłownie kilka mililitrów. Pozyskany materiał należy jak najszybciej oddać do laboratorium. Trzymanie go zbyt długo może spowodować namnażanie bakterii i cała operacja na nic. Najlepiej  od razu wymaszerować w kierunku z góry upatrzonym, a jak się nie da, to pojemniczek wrzucić do lodówki.

Badanie nie jest drogie, w warszawskich lecznicach jest to zwykle około 15-20 zł, warto więc wykonywać je co jakiś czas profilaktycznie, nawet jeśli sierściuch nie wykazuje niepokojących objawów. Koty są tak doskonałymi aktorami, że potrafią zmylić najczulsze oko i musi być z nimi naprawdę źle, żeby zaczęły wyglądać na cierpiące. Badanie moczu jest tanie, proste i nieinwazyjne, a daje dosyć dobrą kontrolę nad zdrowiem kota.

UWAGA: Badanie można tez zlecić w „ludzkiej” przychodni: należy poprosić o badanie ogólne moczu plus badanie mikroskopowe osadu, jeśli będą bakterie, to poprosić dodatkowo o posiew.

****

Mocz zdrowego kota ma barwę słomkową lub intensywnie żółtą, jest przejrzysty, o pH od 6 do 6,5. Wyższemu pH 7 mogą – ale nie muszą – towarzyszyć wytrącające się w moczu kryształy.

W moczu zdrowego kota mogą się znaleźć niewielkie ilości białka i pojedyncze leukocyty i erytrocyty (krwinki białe i czerwone); nie powinno zaś być w nim  hemoglobiny, bilirubiny (występujących czasem pod kryptonimem: barwniki krwi oraz barwniki żółciowe), glukozy, nadmiernych ilości urobilinogenu ani też osadów. Gęstość powinna utrzymywać się w granicach 1,025-1,060 kg/l. No i oczywiście stan pożądany to brak kryształów i wałeczków.

Wynik badania należy zawsze skonsultować z wetem. Blogi i fora, mimo, że uczą, bawią i wychowują, nie wystarczą.

A teraz sobie usiądę i będę spokojnie czekać na wyniki badań.

Facebooktwittergoogle_plus

Dlaczego kot rosyjski niebieski jest niebieski?

Dlaczego kot rosyjski niebieski jest niebieski, skoro jest szary?

Nawet gdzieś czytałam o kimś, kto nie mógł zapamiętać nazwy rasy i uporczywie mu wychodziło „ruski szary” (sweet!)

No więc gdzie jest to niebieskie, skoro sierść ma szarą a oczy zielone? Otóż jest pod tą sierścią. Rosyjskie niebieskie mają po prostu niebieską skórę. Jak się rozgarnie futro (co też jest dużym wyczynem, bo zdrowy kot ma je tak gęste, że ciężko się dogrzebać) to widać całkiem niebieskie, bez żadnej przenośni, jak w zestawie farbek.

A jak się to niebieskie skomponuje z naczyniami krwionośnymi, to wychodzi fioletowe. Ale że rasa jest z wyglądu arystokratyczna, to powiedzieć, że fioletowe, jest faux pas – mówi się: lawendowe. (Lawendowy wygląda tak). I to lawendowe najlepiej widać we wnętrzach uszu oraz na poduszeczkach łapek.

Facebooktwittergoogle_plus

Co się stało temu krzesłu?

Skąd się wzięła sromotna porażka naszego krzesła w starciu z kotem? To proste. Nasze koteczki z upodobaniem uprawiają nocne biegi z przeszkodami.

Maine coony uwielbiają lecieć z poślizgiem przez stół, zrzucając po drodze wszystko co na nim leży.  Stół robi za stopień pośredni między podłogą a drapakiem, którego półki zaczynają się dosyć wysoko. Złośliwce robią to biegnąc w obie strony – z sypialni na stół i dalej na drapak pod sufit, ale też z drapaka w dół na stół i dalej na przełaj przez mieszkanie, dlatego podejrzewam, że masakra nastołowych przedmiotów to nie przypadek, tylko chodzi  im o ten upojny ślizg po blacie. Maine coony lubią czuć konkretne podłoże po pazurami.

Z kolei niebieska woli lot ślizgowy, dlatego leci trochę obok reszty zwierzyny. Ona nie potrzebuje stołu, żeby się wygodnie dostać na drapak – wystarczy jej owo stojące pod szafą krzesełko komputerowe, skąd ponad półtorametrowym susem dostaje się od razu na górne półki drapaka, gdzie robi szybki zwrot i leci z powrotem – tym razem na szafę.

Mniej więcej jest to ten moment, kiedy obrotowe krzesełko biurowe sięga podłogi, waląc się na nią z hukiem. Nasza delikatna i subtelna PaiLu jest jedynym znanym mi kotem, który jednym ruchem łapki potrafi wywrócić niewywracalne. Krzesełko dzielnie znosiło takie traktowanie, jednak do czasu. No i właśnie wczoraj jego los się dopełnił – oparcie dosłownie rozpadło się na kawałki. Śruby mocujące tylną część zostały wyrwane z gniazd, a całość smętnie chyli się ku upadkowi.

I co teraz? Kupić nowe i wydac je na pastwę kici?

Facebooktwittergoogle_plus

Kot vs krzesło 1:0

Nasza niebieska PaiLu zaliczyła kolejny życiowy sukces. Po dramatycznym starciu obrotowe krzesełko komputerowe poniosło z jej łapek sromotną klęskę. Zupełnie nie wiadomo dlaczego nie podzieliliśmy jej entuzjazmu, ba! nawet pozwoliliśmy sobie okazać niezadowolenie!

Zbesztana surowo PaiLu obejrzała dokładnie miejsce zbrodni…

… po czym stwierdziła, że nic jej nie udowodnimy i żebyśmy się uprzejmie od niej odtentegowali, bo ma nas gdzieś, czemu też dała wyraz podnosząc obelżywie zadnią łapę.

Następnie, jakby tknięta nową myślą, zaczęła się przyglądać wiszącej pod sufitem lampie…

Mam jak najgorsze przeczucia…

Facebooktwittergoogle_plus