Wyjście z szafy

Rany, jak mi się nie chce z domu wychodzić! Każde pół dnia to jakaś skokowa zmiana w życiu kociąt.

Tłukły się w tym pudle w szafie nieznośnie, to uznałam, że czas poluzować warunki. Wyciągnęłam pudło, wysłałam dno szafy kocykiem, a drzwi zastawiłam tekturą, która jest probierzem dojrzałości kociąt do wyjścia z szafy. Wyjścia z szafy z sensie dosłownym, nie w przenośni.

Przeszkoda została pokonana tego samego dnia. Wieczorem znalazłam kocięta śpiące na kupce za drapakiem. Na matkę już miejsca nie starczyło, ale najwyraźniej nie było to problemem. Następnego dnia przeprowadziły się do okrągłego legowiska, które jest ulubionym legowiskiem ich matki. Też się wszystkie nie mieściły, więc tak zwisały po bokach jak żołnierze ze śmigłowca. Kolejnego ranka znalazłam je na kupce za łóżkiem, koło regału z segregatorami. Wczoraj zajęły mi poduszkę i musiałam spać na płasko.

Tymczasem Pscółek PaiLutka pokonał ścianki łóżka, w którym mieszkał. Szykowałam się właśnie do wyjścia do pracy, kiedy przydreptał do mojej stopy. Pełna nadziei, że to przypadek, włożyłam go z powrotem. Po chwili wrócił. Trudno, naprędce zbudowałam mu schodek, udostępniłam wyjście i pobiegłam do pracy. Wracając byłam gotowa na najgorsze, ale – odpukać – wszystko było w porządku. Maluszek przeprowadził się z matką do transporterka po drugiej stronie pokoju i od tej pory tam mieszkają.

A VaiPerek nieustająco kocha małe kocurki. Zaprzyjaźnił się z kocurkiem z zieloną opaską. Sama słodycz!

Facebooktwittergoogle_plus

Szafa pełna kociąt

Zaniedbałam strasznie bloga, biję się w piersi. Pechowo dosyć się złożyło, że kiedy mam kocięta, na które czekałam tyle czasu, to praca nagle się znalazła w dużych ilościach i możliwie jak najdalej od domu. 300 km minimum, a najlepiej to jeszcze więcej. A jak już docierałam do domu, to wolałam siedzieć z maluchami, niż przed komputerem.

A kocięta w tym czasie zmieniły się nie do poznania (bezmyślne palce wystukały: do Poznania). Przede wszystkim są już samobieżne. Kocięta Antenki opanowały całą szafę, a wieczorami tak się tłukły, że łomot nie dawał zasnąć. Za każdym razem, kiedy do nich zaglądałam, podbiegały piszcząc i próbowały wspiąć się do mnie. I te niebieskie guziczki oczek – zachwyt!

Wyciągałam je na łózko, żeby się powoli zaczęły oswajać z większą ilością światła i przestrzeni (i zrobić im zdjęcia przy okazji), co doprowadzało Antenkę na skraj rozpaczy – bo się dzieci rozłażą! Próbowała je zagarniać, a że noszenie tak dużych kociąt przekracza jej umiejętności, to ograniczała się do biegania w kółko i miauczenia na dzieci. Które oczywiście zupełnie ją ignorowały i rozbiegały się we wszystkich kierunkach naraz. Życie.

PaiLu mieszka ze swoim maluszkiem w łazience. Smuci mnie to, wolałabym, żeby wychowywał się z kuzynami. Towarzystwo innych kociąt o wiele szybciej stymuluje rozwój i doskonalenie umiejętności. Ale co poradzić – Antenka i PaiLu bronią swoich kociąt przed sobą nawzajem. Prewencyjnie.

Jaka matka, taka córka – obie uznają, ze najlepszą formą obrony jest atak. Pod tym względem rusałki bywają okropne w hodowli, jak mało która inna rasa.

Jeszcze chwila, niech kocięta uniezależnią się od mleka matki i dziewczyny nie będą miały nic do powiedzenia, kocięta same to załatwią między sobą :)

Facebooktwittergoogle_plus