Kulką być

Chwilowo stan osobowy kotów jest taki, że nie bardzo wiem jak mam je karmić. Całego kartonika Bozity czy 400g puszki nie zjadają na raz, natomiast połowa tego to zdecydowanie za mało.

Nie chce mi się kombinować z podawaniem 3/4, ale chyba nie będę miała wyjścia – bo PaiLu zachwycona ilością jedzenia zaczęła mi niebezpiecznie tyć! Konia z rzędem temu, kto rzuci skuteczny pomysł na skłonienie jednego  jedynego kota z całego stada, żeby mniej jadł! Reszta trzyma linię, nawet Mały Biały Odkurzacz ChiNa (która je wszystko, co napotka na swej drodze), a tylko PaiLu zaczyna przybierać najdoskonalszą formę we wszechświecie. Kulistą.

W dodatku właśnie przyszła nowa dostawa żarcia. Jak zwykle zapakowana tak, że paczce nie zaszkodziłby nawet wybuch granatu.

Oczywiście Mały Biały Odkurzacz ChiNa musiała asystować przy rozpakowywaniu – czy smaki odpowiednie i czy aby nie chowam gdzieś w niedostępne miejsca. Jak to zwykle bywa w fizyce oddziaływań kocich – puste pudełko wygenerowało kota w pierwszej nanosekundzie po otwarciu.

A tu mamy dowód na dualistyczną, gazowo-płynną naturę kota: jak ciecz przyjmuje kształt naczynia, w którym przebywa, jednocześnie – jak gaz – zajmuje cała dostępną objętość. ;)

Facebooktwittergoogle_plus

Szpital na peryferiach

FrouFrou nas opuszcza. Zamieszka w Łodzi w panią Magdą i panem Piotrem.

Na moje oko była to miłość od pierwszego wejrzenia, choć pani Magda jeszcze przez dobrych kilka minut próbowała testować samą siebie i nie mogła się zdobyć na wypowiedzenia finalnego: ta i żadna inna.

W domu znowu szpital. Maleńka, przywieziona do domu po kastracji, wyczołgała się tylko z transporterka i położyła obok. Natychmiast zleciało się rodzeństwo i matka, żeby zaopiekować się rekonwalescentką. Szczególnie FajfOklok się przejął, tulił ją i wylizywał.

Kiedy FrouFrou odpoczęła i nabrała trochę sił, zaczęła wylizywać brzuszek. Bałam się, że będzie wygryzać nitki, więc zapakowałam ją w kaftanik. Jak widać – najnowszy model paryski ;).

Jakoś ją to strasznie wkurzyło, więc poszła do mamusi, żeby się poskarżyć i odebrać kolejną porcję pieszczot.

Kilka godzin po kastracji, kiedy już zmetabolizowała narkozę i doszła całkiem do siebie, wrócił jej humor i chęć do zabawy. Ganiała za zabawkami, tłukła się z rodzeństwem – dzień jak co dzień. Tylko zdaje się kaftanik jej nie leżał bardzo, bo jak się na niego uwzięła, to w ciągu niecałych 2 godzin rozszarpała go tak, że nie było czego zbierać.

Chciałam jej założyć kolejny, ale broniła się jak lew. Obserwowałam, czy nie szarpie nitek, ale tylko wylizała sobie dokładnie brzuszek, oczyściła ranę i zostawiła w spokoju. I bardzo dobrze – rana zagoiła się przepięknie, blizna nie ma nawet centymetra, a jak sierść odrośnie, nie będzie śladu po operacji.

Facebooktwittergoogle_plus