Jeszcze o drapaku Athena

Drapak kupiłam okazyjnie, nie oczekując po nim cudów.

Koty go jednak pokochały bardzo. Kocięta na nim uczyły się drapać i wspinać. TaiChi zamieszkała w budce, a Antenka na najwyższym hamaku. Całość stanowi ukochane miejsce do grania w berka.

We wpisie o drapaku wyrażałam wątpliwości co jakości wykonania i do stabilności konstrukcji. Nie da się ukryć, że po intensywnym użytkowaniu drapak wykazuje tendencje do pochylania się w różne strony i do wykrzywiania. Co jakiś czas okręcam nieco półeczki, żeby się śruby nie wyłamały przez ciągłe naprężenia w jednym kierunku. Szczególnie najwyższy hamaczek się niepokojąco wychyla, toteż wykonałam nim już kilka okrążeń wokół osi.

Drapak stał oparty z dwóch stron, ale i tak udało się koteczkom go wywrócić.

Albowiem zdolne są. Trzeba było je widzieć, jak wiały z sypialni, nie wyrabiając się na zakrętach!

Dlatego wykonałam przemeblowanie sypialni i drapak stoi teraz zaklinowany między szafą a regałem. Niech spróbują go teraz wywrócić!

Muszę przyznać, że pomimo intensywnego użytkowania, drapak cały czas wygląda przyzwoicie. Futerko nie jest bardzo poszarpane, sznurki się nie odczepiły, może trochę postrzępiły, gołą ręką już staram się go nie chwytać. Przy jednym czy dwóch kotach powinien przetrwać dosyć długo, choć słusznym wydaje mi się doczepienie mu większej płyty do podstawy, żeby nie wywracał się tak łatwo.

Facebooktwittergoogle_plus

Migawki: Puenta

… a wtedy wchodzimy my, całe na biało!

M_20110106_007

Ps. O tym zdjęciu przypomniała mi Luca i uznałam, że muszę je tu wrzucić, żeby zachowało się dla potomności.
.
Pps. Bardzo dziękujemy wszystkim, którzy oddali na nas swój głos w konkursie. Szkoda, że nie zakwalifikowaliśmy się do kolejnego etapu :/.

Facebooktwittergoogle_plus

Będzie rusałkowo

Ja tu gadu, gadu o wszystkim i o niczym, a nie powiedziałam ani słowa o radosnej nowinie!

Otóż jakiś czas temu AnaTema dostała skierowanie na randkę i zamiast pojawić się na wystawie, pojechała poznać narzeczonego. Ponieważ jest to panna dumna i wyniosła (po mamusi), sprała kocura niemiłosiernie, sama też obrywając przy tym troszeczkę. Wydawało się, że efektów żadnych to nie przyniosło.

Dopiero niedawno pojawiły się niedwuznaczne sygnały, że jednak wkrótce przyjdą na świat małe rusałki. Albo mała rusałka, bo brzuszek Antenki jest niewielki i nie rokuje stada.

A oto szczęśliwi rodzice:

Cekin Ewjatar*PL i AnaTema Kot Doskonały*PL

Kociaki powinny się pojawić w pierwszej dekadzie lutego. Oczywiście dowiecie się jako pierwsi :)

Facebooktwittergoogle_plus

BanSai szykuje się do wyjazdu

Dzień przed wyjazdem do nowego domu BanSai postanowił załatwić wszystkie swoje niedokończone sprawy. Zabawki przeznaczone do wrzucenia na meble – wrzucił, koty do sprania – sprał, papiery do pogryzienia – pogryzł.

Pozostało już tylko jedno do zrobienia. Rozprawić się z cichym wrogiem. Wrogiem, który mu jakoś wyjątkowo zalazł za skórę, a którego, nie wiedzieć czemu, pani po każdym ataku doprowadzała z powrotem do stanu wyjściowego.

Pozostało wykonać wyrok na drzewkach jodynowych.

Mission accomplished.

*

Nauka nie idzie w las. Dwa dni później po powrocie do domu zastałam taki widok:

To był ostatni żywy kwiatek w tym domu.

*

Ps. Bardzo dziękuję Czytelnikom za 6 do 50 głosów :)

Facebooktwittergoogle_plus

Do Drogich Czytelników apel – pomożecie?

Drodzy Czytelnicy,

jak już zorientowaliście się pewnie po obrazku z lewej strony, koty stanęły w szranki o tytuł Bloga Roku 2010. Jeżeli podoba Wam się tutaj, lubicie zaglądać do nas i czytać o naszych codziennych zmaganiach pt. kto rządzi w tym domu – wyślijcie swój głos.

Numer naszego bloga to H00742

Ha-zero-zero-siedem-cztery-dwa

Zrzut ekranu 2011-01-11 (godz. 16.09.37)

*

Jeśli nie jesteście pewni – zasubskrybujcie nasze notki czy to rss-em, czy mailem (tu subtelnie zwracam uwagę na nowy wypasiony widżecik do subskrypcji na górze po prawej stronie, sprezentowany kotom przez Futomakiego). Do następnego konkursu przekonamy Was do siebie! :)

*

No to jak, pomożecie?

Facebooktwittergoogle_plus

Fotostory – Koty zimowe

Zgodnie z zapowiedzią – czas na koty zimowe!

Muszę powiedzieć, że o ile rusałki średnio bawiło odmrażanie sobie tyłka, o tyle obie maine coonki są nieodrodnymi córeczkami swojej mamusi. Tylko otwórz drzwi balkonowe, to do domu już nie wejdą!

Z kolei mamusia tak się wycwaniła, że czynnie domaga się otwarcia drzwi balkonowych, posiedzi tam chwile, po czym wraca i siedzi w domu w cieple. Ale wystarczy, że wstanę i skieruję się do balkonu – natychmiast śmiga na zewnątrz, usadawia się na drapaku albo parapecie i patrzy niewinnie: no, o co Ci chodzi? siedzę tu przecież!

Przeczytaj tez:

Facebooktwittergoogle_plus

Opieka nad kotem po kastracji

Opieka nad kotem po kastracji jest technicznie prosta, ale wykańczająca emocjonalnie. Kot po wybudzeniu jest osowiały, nie do końca kontaktuje i ogólnie wygląda tak, że się serce kraje. Bardzo łatwo jest dostać psychozy i spędzić pół dnia na sprawdzaniu co 5 minut czy kot oddycha, czy serce mu bije i czy się biedak nie dusi.

Nie wiem, czy to norma, ale moim wszystkim włącza się szwendaczek i próbują chodzić po mieszkaniu. Zwykle na tym etapie łapy jeszcze ich nie słuchają, więc zwierzak zatacza się i przewraca, co oczywiście nie wpływa pozytywnie na proces gojenia. Konieczne chcą leżeć wówczas na swoich ulubionych miejscach – na fotelu czy drapaku.

Mogłabym oczywiście zamknąć je w transporterkach i przeczekać, ale jakoś nie mam serca. Pracowicie chodzę za nimi, podtrzymuję, podsadzam na wyżej położone miejsca, pilnuję kiedy chcą zejść, żeby je przenieść. Obserwuję ile razy i jak często piją.

W pierwszych godzinach jeszcze nie powinny jeść, natomiast mogą pić. Dodatkowo jeszcze mogą się zdarzyć (i często zdarzają) wymioty, więc trzeba być czujnym jak ważka w locie. Bezsenna noc po kastracji, spędzona na pilnowaniu, żeby sobie nie zrobiły krzywdy, to standard. Trzeba obserwować, czy nie pojawiają się jakieś wycieki ropne z rany, krwawienie, czy wymioty nie są nazbyt silne, czy kot nie ma kłopotów z oddychaniem czy nie ma innych niepokojących objawów. Koty, tak jak ludzie, mogą różnie reagować na narkozę. Jedne metabolizują ją gładko, inne się męczą. Jedne śpią, inne wymiotują po kątach.

Często czytam na forach pełne lęku wypowiedzi osób, które maja przed sobą to doświadczenie albo są w jego trakcie. Za każdym razem przepełnia mnie współczucie, bo wiem jak strasznie stresująca dla właściciela jest to sytuacja, zwłaszcza kiedy robi się to pierwszy raz. Są chwile, kiedy naprawdę chce się usiąść i płakać ze strachu i bezradności nad tym strzępkiem kota.

Na szczęście następnego dnia nasz kochany kot jest znowu sobą i można odetchnąć z ulgą.

Chyba, że mamy dziewczynkę – wtedy zaczyna się jazda z pilnowaniem, żeby nie rozszarpała sobie szwów. Jeśli kota za bardzo interesuje się raną, może być konieczne założenie kołnierza albo kaftanika, który uniemożliwi jej sięgnięcie zębami. Kiedy kotów jest kilka i pozostałe pomagają w rekonwalescencji wylizywaniem rany, kaftanik jest niezbędny, chyba, że chcemy narażać kota na przedłużanie procesu gojenia w nieskończoność.

Kot w kołnierzu albo kaftanie jest kotem w skrajnej depresji. Komunikuje to całym sobą, wpędzając właścicieli w stres i poczucie winy. Trzeba się temu oprzeć aż do chwili, kiedy rana zasklepi się na tyle, że nie ma niebezpieczeństwa ponownego jej rozszarpania. A jeśli kicia chwyta zębami nitki – może to trwać nawet kilka dni.

Takie 10 dni w kołnierzu i kaftanie przetrwaliśmy przy okazji operacji Vaiperka, która była też naszym pierwszym doświadczeniem tego typu. Popełniliśmy wtedy wiele błędów – z lęku, z braku doświadczenia, z niewiedzy. Gdyby to się zdarzyło teraz, biedak nie musiałby aż tyle się męczyć z tym abażurem na łbie. Teraz przy kastracji kociaków kaftanik zakładam dziewczynkom na jeden-dwa dni i wszystko goi się dobrze. Tym razem tej przyjemności doświadczyła tylko BeanSi, bo ChiLee w ogóle się raną nie interesowała. Grzeczna dziewczynka.

A ze straszno-śmiesznych historii: natknęłam się kiedyś na forum na wypowiedź „pani fachowiec”, która doradzała początkującej właścicielce kota, żeby nie szła do weterynarza, który każe zakładać kaftanik.  Bo to zły weterynarz jest. Przyznam, że ręce mi opadły. Raz, że straszy dziewczynę; dwa, że wciska jej jakąś straszliwą bzdurę – że kaftanik to zło (a może wręcz Zło?). Po założeniu kaftana kot dostanie zapewne zapaści, wypadnie mu sierść i oczy oraz się zaślini. No ratunku. Kaftan jest po to, żeby rana się szybciej zagoiła, a nie z powodu sadystycznych zapędów weterynarza!

A wracając do kastracji dziewczynek – po około 10 dniach trzeba ponownie zakolędować do weterynarza na zdjęcie szwów. Jeżeli nie dopilnowaliśmy kota, może się zdarzyć, że rana nie będzie jeszcze zagojona i weterynarz zaleci jeszcze kilka dni rekonwalescencji. Jeśli wszystko będzie ok, samo wyjęcie szwów to dosłownie 10 sekund. Nitki zawiązane są po obu końcach rany na supełki, weterynarz obcina jeden supełek i pęsetą wyciąga nitkę, która powinna gładko się wysunąć. I voila! Kot jak nowy.

Przeczytaj również:

Facebooktwittergoogle_plus

Nadszedł czas kastracji

Ostatnie dni kociąt u mnie są najtrudniejsze. Nie dość, że perspektywa rozstania jest coraz bardziej przytłaczająca, to jeszcze w tym czasie przypada termin kastracji.

Przyjęło się mówić, że kocurki są kastrowane, a koteczki sterylizowane, co nie do końca jest precyzyjne. W znakomitej większości przypadków, jeśli nie we wszystkich, obie płci są kastrowane, czyli kocurkom usuwa się chirurgicznie  jądra, kotkom natomiast – jajniki i macicę. Sterylizacja, czyli podwiązywanie jajowodów, u domowych kotek mija się trochę z celem, bo nie kończy przecież hormonalnych burz.

Przed kastracją kotom nie daje się jeść przez 12 godzin, a że nie ma opcji karmienia jednych, a innych nie, wszystkie koty zostały zmuszone do głodówki. Wywołało to szereg gorszących awantur oraz fochów, ale wykazałam się żelazną determinacją.

Rano zapakowałam kocięta w transporterki i zawiozłam do doktor Anety Wieczorek do gabinetu na Radarowej. Trochę daleko ode mnie – w sumie przez całą Warszawę (kto mieszka w Warszawie, ten wie co to znaczy jechać z Białołęki na Okęcie!), ale jest to fachowiec sprawdzony i lekką rękę do kotów mający, więc wsiadłam w samochód i po godzinie byliśmy na miejscu.

Pierwsze serca pękanie przeżyłam kiedy trzeba je było zostawić w gabinecie. Kolejne – przy odbiorze. Towarzystwo było już co prawda wybudzone, ale mocno trzepnięte w łeb i wyglądało bardzo żałośnie, a ja uczuciowa jestem.

ChiLee dostała od Pani Wet ksywę Terminator, bo najpierw nie chciała zasnąć, a potem bardzo szybko się wybudziła i zaczęła wykazywać aktywność. Chłopaki, w przypadku których kastracja jest prostym zabiegiem, siedzieli tacy osowiali i jeszcze nie bardzo kontaktowali. Tymczasem ChiLee, po poważnej bądź co bądź operacji, wyglądała na żwawszą od nich i bardziej przytomną. Co adrenalina robi z kota! Do domu wracaliśmy już w korkach, więc zajęło to ponad półtorej godziny, a ona przez cały czas trzymała się na nogach. Po powrocie do domu próbowałam wszystkie zamknąć w łazience, żeby mi nie łaziły, ale nie z ChiLee te numery! Przemknęła mi między nogami i dawaj łazić! Adrenalina jednak dosyć szybko wystawia rachunek i kiedy kotku skończyły się baterie, padła jak szmata na podłogę i nie była w stanie ruszyć się przez dobrych kilkanaście godzin. Co akurat było dobre, bo grzecznie przespała okres kiedy gojenie się jest najintensywniejsze, nie naruszając rany na brzuszku i pozwalając jej się ładnie zasklepić.

Chłopcy pospali troszeczkę i praktycznie wieczorem już byli na chodzie – ale w ich przypadku nie trzeba było otwierać powłok brzusznych, więc i rana niewielka, i gojenie się było ekspresowe. BeanSi grzecznie spędziła pierwszy dzień, ale drugiego zaczęła się interesować szwami, więc została na dobę zapakowana w kaftanik. Najpierw strzeliła focha, ale szybko jej przeszło i ganiała po domu jak gdyby nigdy nic.

Opieka nad rekonwalescentami była dosyć absorbująca, toteż nie udało mi się zrobić fotek. Wykorzystałam tylko moment oszołomienia i pstryknęłam brzuszki dziewczętom.

Widać, że cięcie jest minimalne, nie więcej niż centymetr. Obie były wysmarowane srebrnym szuwaksem, więc na sierści BeanSi mało widać, ale za to ChiLee chodziła kilka dni jak wyciągnięta z rynsztoka, dopóki sobie ładnie nie umyła brzuszka. Po prawej stan po 8 dniach.

Chłopakom nie było czego pstrykać, bo nie mieli tak efektownych ran.

Dziękujemy pani Anecie Wieczorek z gabinetu Atena za fachową opiekę nad maluchami :)

Facebooktwittergoogle_plus