Kocie zasoby – legowiska

Znacie to pewnie – przygotowujemy się do przybycia kota, kupujemy piękną wyprawkę, drapak, miski, kuwety i komplet legowisk. Pluszowe, okrągłe, kwadratowe, w łapki i ciapki, otwarte, budki i inne cudeńka. A kot i tak leży na twardej półce czy komodzie, bo stamtąd ma lepszy widok, czego wcześniej nie uwzględniliśmy.

Kot powinien mieć wybór miejsc do leżenia. Czasem potrzebuje się zaszyć w samotności, czasem chce leżeć tam, gdzie po otwarciu oka będzie mógł skontrolować całe terytorium. Kocie upodobania zmieniają się też w czasie. Kilka miesięcy chętniej sypia w jednym miejscu, po czym przenosi się gdzie indziej.

Jeśli kotów jest więcej, obserwacja miejsc do leżenia może dać informacje co do hierarchii w stadzie. Kocia hierarchia jest funkcjonalna, nie pionowa i są miejsca, skąd osobniki nie rządzące stadem przeganiają tych, co na górze. Bo to jest ich terytorium i żaden tyran i despota nie będzie im się wciskał do legowiska.

Robiłam ostatnio remanent i policzyłam kocie legowiska w pomieszczeniach, do których koty mają dostęp.

38 stałych legowisk. Trzydzieści osiem.

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

W kuchni: 2. Na parapecie i półka nad zlewem.
W sypialni: 8. 3 na szafach, 2 na drapaku, 1 na parapecie, 1 na kaloryferze, 1 obok łóżka.
W pozostałych pomieszczeniach: 28. 9 na drapakach, 5 w kocim małpim gaju, 4 na szafkach, 2 na parapecie, 4 budki wędrujące, 4 w innych miejscach.

Do tego 3 legowiska tymczasowe – ich liczba i lokalizacja się zmienia – oraz fotel, z którego ludzie już nie korzystają, gdyż został całkowicie zawładnięty przez koty.

Mówię tylko o miejscach przeznaczonych dla kotów, bo oczywiście wylegują się na wszystkich meblach, półkach i innych płaszczyznach zbliżonych do poziomu, w tym na przykład na szafkach w łazience.

Powinno im wystarczyć na jakiś czas, nie?

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

Facebooktwittergoogle_plus

Jak wprowadzić drugiego kota do domu

Warto kotom ułatwiać. Jedne potrzebują, inne dają sobie radę bez, ale tak naprawdę nie wiesz jak będzie z Twoim kotem, dopóki nie sprawdzisz. A po co ryzykować? Możesz uważać swego sierściucha za stworzenie o anielskim charakterze, ale to nadal jest zwierzę terytorialne, któremu nagle i bez ostrzeżenia wprowadzasz na teren konkurencję. Czasem w największych ciapach rodzi się wówczas lew.

Co mam robić?

Po pierwsze – nie wypuszczasz drugiego kota ot tak, do mieszkania. Nowy kot musi przez kilka dni pomieszkać w separacji. Może to być inny pokój, może być łazienka. To nic, że mała i kotek taki biedny. Przestań myśleć kategoriami ludzkimi, a zacznij brać pod uwagę potrzeby i naturę kota.

Kot musi ogarniać terytorium. Po co chcesz dawać mu wyzwanie w postaci kilku pomieszczeń – mało ma stresu? Udostępnij mu jedno pomieszczenie. Pozna je i będzie się czuł bezpieczniej.

Po drugie – zadbaj o zapach. Przez czas separacji nowy kot przesiąknie zapachem Twojego mieszkania, to ułatwi kotu-rezydentowi zaakceptowanie rywala. Często głaszcz nowego, żeby jak najszybciej przesiąkał Twoim zapachem. Przenoś zapach z kota na kota – pogłaszcz jednego z boku pyszczka, a potem tą samą ręką głaszcz drugiego. Myjąc się, będą poznawały nawzajem swoje zapachy.

Kiedy nowy kot już poczuje się bezpieczniej w swoim pomieszczeniu – zamień je na chwilę miejscami. Rezydent idzie do pomieszczenia zamieszkiwanego przez nowego, nowy wychodzi na teren mieszkania. Nie na długo – kilkanaście minut, pół godziny na początku. Niech poznają swoje zapachy lepiej.

©Magdalena Koziol, +48 606757001, magdalena.koziol@gmail.com
Po trzecie – zapoznawaj je stopniowo. Po kilku dniach zacznij karmić oba koty równocześnie, ale po obu stronach drzwi. Nawet jeśli normalnie twój kot ma stały dostęp do pożywienia, w tym okresie koty będą dostawać posiłki, a nie miskę z chrupkami na stałe. Jednemu postaw miskę metr od drzwi po jednej stronie, drugiemu – metr po drugiej. Z każdym kolejnym posiłkiem przysuwaj miski coraz bliżej. Jeśli się okaże, że któregoś dnia będzie zbyt blisko, oddal je trochę i zacznij przybliżać od nowa.

Kiedy będą już jadły po obu stronach drzwi, przejdź do następnego wyzwania: miski znowu się cofają, ale tym razem koty oddziel przesłoną ze szparą przy podłodze. Duży karton o szerokości drzwi się do tego doskonale nada. Koty pochylając się nad miską będą w stanie przez szparę dojrzeć tego drugiego, ale jednocześnie będą chciały jeść – jest szansa, że zdecydują się na michę, a nie na atak. Dlatego wydawanie posiłków w tym okresie jest ważne – koty muszą być trochę głodne, żeby wolały zająć się posiłkiem niż konkurentem.

Obetnij im pazury – lepiej dmuchać na zimne. Znowu przysuwamy miski odrobinę do siebie przy każdym posiłku, pilnując jak jastrząb przesłony i tego, żeby żadnemu nie wpadło do głowy pogonić rywala. Dobrze, jeśli ten karton jest dość wysoki, żeby nie zachęcał do przeskakiwania górą.

Po czwarte – nawet po tym kroku nie wypuszczasz nowego kota na teren bez przygotowania. Pierwsze wypuszczenia powinny się odbyć przy okazji posiłków. Nadal osobno, każdy ze swojej miski, najlepiej po przeciwnych stronach pomieszczenia. Przydają się wówczas dwie osoby, siedzące z zabawką przy misce i rozpraszające koty zabawą w momencie, kiedy odpala im się chęć do ataku na tego drugiego. Początkowo po jakimś czasie nowy kot wraca do swego odosobnienia, żeby wszyscy mogli od siebie odpocząć. Stopniowo wydłużaj okresy wspólnego przebywania zwierzaków, aż uznasz, że to jest ten moment, kiedy można je zostawić razem.

W razie czego nowy schowa się do pomieszczenia, gdzie był izolowany, więc nie zamykaj mu drzwi.

Czy dzięki temu koty nie będą się bić, warczeć na siebie i syczeć? Oczywiście, że będą. W końcu muszą ustalić hierarchię i podział terenu, a syczenie, warczenie i przeganianie się po kątach to element negocjacji.

Ale dzięki temu masz większe szanse na to, że koty zbudują zdrowszy układ, w którym żaden z nich nie będzie poszkodowany, zdominowany, nieszczęśliwy i sfrustrowany. A to będzie przynosić owoce przez kolejne lata ich wspólnej egzystencji.

Ile to potrwa? To bardzo zależy od kotów. Zwykle od tygodnia do dwóch, ale może w niektórych przypadkach się przeciągnąć poza ten okres.

A po co tyle zachodu? Nie mam tyle czasu ani chęci! Coś się stanie jak wypuszczę nowego po prostu? Nie wiem. Może się stać. Ze względu na terytorialność, kot-rezydent może nigdy do końca nie zaakceptować nowego. Mogą z czasem zawrzeć rozejm, ale nigdy nie zaprzyjaźnić.
Nie musi nic się stać. Są koty, które z entuzjazmem witają nowego i natychmiast chcą się z nim tulić i go myć. Nie są to częste przypadki, ale istnieją.

Czy to gwarantuje sukces? Nie. Niektóre koty się nie polubią, tak jak ludzie. Ale wprowadzanie z separacją może im pomóc się zaakceptować i zawrzeć rozejm. Alternatywą są częstsze zachowania agresywne.

Nie wiedziałam o tym wszystkim, kiedy przyniosłam TaiChi i VaiPerka i wpuściłam na teren PaiLu. PaiLu przez pół roku nie potrafiła tego zaakceptować i już nigdy nie przyszła spać na mojej poduszce, a minęło już 6 lat.

Ty decydujesz.

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

Facebooktwittergoogle_plus

Czerwona kropka czyli zabawa laserem

Laser przyjacielem lenia. Nie trzeba tyłka z sofy ruszać, tylko się laserkiem macha, a kot swoją dawkę ruchu ma. Wszyscy wygrani.

No, prawie wszyscy.

Okazuje się, że sprawa nie jest tak jednoznaczna, jak by się wydawało na pierwszy rzut oka. Co prawda kot biega, bawi się, powinien być więc szczęśliwy i zadowolony. I będzie – jeśli zadbamy, by ta zabawa była zgodna z naturą kota. Kot na czerwoną kropkę poluje. Co w tym odkrywczego, zapytacie?

Otóż jak kot poluje, to od czasu do czasu ofiarę uchwyci w łapy czy pyszczek. Odnosi wtedy sukces, a jego mały koci móżdżek nagradza kocie jestestwo przyjemnymi odczuciami, które możemy nazwać satysfakcją z udanego polowania. Kot to proste zwierzę – jak coś złapie w pazury, to znaczy, że upolował.

Czasem ofiara umyka i kot musi się obejść smakiem. Jeśli ofiara umyka zbyt często i kot nie dostaje swojej nagrody, staje się sfrustrowany i nieszczęśliwy, coraz mniej poluje, aż czasem przestaje polować w ogóle. Co za przyjemność robić coś, w czym zawsze przegrywasz?

A ile razy kotu udało się fizycznie zamknąć pazury na ofierze po udanym polowaniu na czerwoną kropkę?

No właśnie.

Polowanie na laser jest dla kota pasmem porażek. Na początku jest emocjonująco, ale po jakimś czasie zapał mija i kotu coraz mniej się chce. Patrzy tylko na migającą czerwoną kropkę i nie chce nawet łapą ruszyć. Jeśli twój kot pozwala czerwonej kropce błądzić przed pyszczkiem czy po łapach, to znak, że z jego samopoczuciem jest całkiem źle. Kto ma sfrustrowanego kota, wie z czym to się wiąże. Kto nie ma – lepiej, żeby nie wiedział. Generalnie – nie polecam.

Co więc robić?

Co jakiś czas zatrzymywać kropkę na myszce, piłce czy innej zabawce. Pozwolić kotu coś fizycznie upolować. Tylko tyle i aż tyle.

Kiedy kot złapie ofiarę, trzeba pozwolić mu się nią nacieszyć. Dopiero kiedy już odświętuje swoje małe zwycięstwo, czyli trochę poszarpie, a przynajmniej obślini swoją ofiarę, można ponownie uruchamiać światełko.

M_20130324_021
M_20130324_005
M_20130324_011
M_20130324_033

Dlatego bardzo mocno zachęcam, by dbać o samopoczucie kota i dać mu się wykazać jako wybornemu łowcy. Bo inaczej można się nieprzyjemnie zdziwić…

czerwona kropka

Facebooktwittergoogle_plus

Stan zen a sylwestrowe kanonady

Minął Sylwester i niektórzy mają to szczęście, że wreszcie mają spokój. U nas świętowanie trwało od 29 grudnia do 1 stycznia do około 22.00. Gdyby nie to, że mamy okna wychodzące na środek takiego kręgu, wokół którego stoją budynki, zaś strzelanie odbywało się po jego zewnętrznej stronie, mogłoby być znacznie gorzej. A tak odgłosy były dosyć stłumione i koty nie zwracały na nie uwagi.

Szczerze współczuję wszystkim, którzy mieszkają „bliżej cywilizacji” i mają co roku prawdziwe kanonady pod oknem. Co gorsza, nawet jakby człowiek chciał uciec ze swoimi zwierzakami, to nie ma gdzie! Wszędzie strzelają! Nawet w Tatrzańskim Parku Narodowym.

Tegorocznego Sylwestra spędzaliśmy ze znajomymi, którzy mają psa bojącego się nagłych odgłosów. Rudzia została wzięta ze schroniska będąc już w wieku średnim a jej poprzednie doświadczenia  nie są znane. Na pewno nie były miłe, bo każdy huk, burza – no i oczywiście Sylwester – powoduje u niej ataki paniki, histerycznego szczekania i chowania się mysią dziurę.

Postanowiliśmy więc wziąć sobie do serca zalecenia dotyczące traktowania zwierząt w takich przypadkach – kto obserwuje nasz profil na facebooku, ten zapewne pamięta wpis udostępniony 28 grudnia. W skrócie: należy zachowywać się tak, jakby nie działo się nic złego.

Nie należy wspierać lęku zwierzęcia: nie przekazywać i nie utrwalać informacji, że dzieje się coś złego i że należy się bać. Nie przekazywać własnego lęku o zwierzęta tym zwierzętom. To przekazywanie odbywa się poprzez specjalne traktowanie: przemawianie, przytulanie i uspokajanie podczas huków. Zwierzę widzi, że faktycznie jest źle i się boi.

Zen. Całym sobą manifestować: nic się nie dzieje. Nie rozczulać się nad zwierzęciem. Zachowywać się normalnie. Myśmy stanęli wszyscy w kuchni, ktoś rozlewał szampana, ktoś kroił potrawy, wszyscy rozmawiali, śmiali się głośno. Oczywiście w takich chwilach, kiedy wszyscy wiedzą, że trzeba coś mówić, w głowie nagle pustka, więc co jakiś czas ktoś wygłaszał radosnym tonem: „no mówcie coś jeszcze, bo mnie się pomysły kończą!”, ale po chwili wątek wracał i dawaliśmy radę.

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Skutek? Psica oczywiście się bała – tego się nie uniknie. Kuliła się to pod krzesłem, to za czyimiś nogami. Szukała bezpiecznej kryjówki – ale szukała jej przy ludziach, nie w odosobnionych zakątkach. Co jakiś czas wyglądała i patrzyła na nas, jakby sprawdzając czy faktycznie wszystko jest ok. Szczeknęła może ze dwa razy, na co właściciele zareagowali tak samo, jak reagują zawsze: spokojnymi słowami „Oj, Rudzia, przestań szczekać”. I Rudzia przestała.

Kiedy ostrożnie przenieśliśmy się do pokoju, strzelanie jeszcze trwało. Rudzia położyła się w kącie przy stole, koło nóg swego pana, i leżała dalej spokojnie.

Właściciele zgodnie stwierdzili, że tak ulgowo to im jeszcze nigdy hałasy nie przeszły. Wniosek: to działa!

Pamiętajcie o tym następnym razem, kiedy wasz zwierzak będzie się czegoś bał – unikajcie zachowań płynących z dobroci serca: uspokajania, pieszczot, przytulania. Dużo skuteczniej pomożecie swojemu pupilowi roztaczając wokół aurę spokoju i nic-się-nie-dzieje-owości.

Facebooktwittergoogle_plus

Mleko (nie) dla kotka

Koty piją mleko, to powszechnie znany fakt. Gdzie kotek, tam miseczka mleka – każda dobranocka to pokazuje. A przynajmniej taka z kotami. Jak ta o Filemonie i Bonifacym.

Kot i mleko idą w parze, tylko że – NIE.

Z kotami jest tak, jak z ludźmi. Kiedy są małe, piją mleko matki, ale w miarę jak dorastają, tracą zdolność trawienia laktozy. Jeżeli kotek albo dziecko dostają mleko przez cały czas, organizm jest przyzwyczajony i nic się nie dzieje. Ale wystarczy zrobić sobie przerwę, a ponowne napicie się mleka może dostarczyć nieoczekiwanych wrażeń w postaci sensacji żołądkowych, do biegunki włącznie.

Mój brat całe życie lubił mleko i pije je do tej pory. Ja niekoniecznie byłam wielką fanką  za młodu i teraz mogę stosować mleko jako środek leczniczy w nagłych potrzebach. Nie dotyczy mleka przetworzonego w ser – takie pochłaniam w dużych ilościach.

Moje koty mleka nie dostają, najwyżej czasem trochę śmietany albo serka Bielucha naturalnego. Nie mają też wielu okazji, żeby ukradkiem podjeść ze stołu, bo na moim stole siłą rzeczy mleko się nie pojawia. Nie byłyby jednak sobą, gdyby nie skorzystały z nadarzającej się okazji.

Robiłam kolejne zdjęcie do mojego Projektu52 i wymyśliłam sobie zdjęcie w bieli: biała bluzka, biały kubek, białe mleko. Koty oczywiście zainteresowane tak, że prawie na mnie włażą. Co jakiś czas oddalam się, żeby zgrać zdjęcia do komputera i sprawdzić jak wyszło.

Wracam i co widzę? Nic zaskakującego w sumie – VaiPer odgonił kocice i z łbem w kubku wsuwa moje mleko. Skonfiskowałam oczywiście, ale i tak po kilku godzinach znalazłam w kuwecie brzydko pachnącą niespodziankę. Na szczęście nie działo się nic złego, po prostu przeczyściło kota i tyle, więc powodów do niepokoju nie było.

Tym niemniej – że tak pozwolę sobie sparafrazować powiedzenie nauczycieli chemii – pamiętaj kociarzu młody, do miseczki wlewaj wody!

Facebooktwittergoogle_plus

Jeszcze o drapaku Athena

Drapak kupiłam okazyjnie, nie oczekując po nim cudów.

Koty go jednak pokochały bardzo. Kocięta na nim uczyły się drapać i wspinać. TaiChi zamieszkała w budce, a Antenka na najwyższym hamaku. Całość stanowi ukochane miejsce do grania w berka.

We wpisie o drapaku wyrażałam wątpliwości co jakości wykonania i do stabilności konstrukcji. Nie da się ukryć, że po intensywnym użytkowaniu drapak wykazuje tendencje do pochylania się w różne strony i do wykrzywiania. Co jakiś czas okręcam nieco półeczki, żeby się śruby nie wyłamały przez ciągłe naprężenia w jednym kierunku. Szczególnie najwyższy hamaczek się niepokojąco wychyla, toteż wykonałam nim już kilka okrążeń wokół osi.

Drapak stał oparty z dwóch stron, ale i tak udało się koteczkom go wywrócić.

Albowiem zdolne są. Trzeba było je widzieć, jak wiały z sypialni, nie wyrabiając się na zakrętach!

Dlatego wykonałam przemeblowanie sypialni i drapak stoi teraz zaklinowany między szafą a regałem. Niech spróbują go teraz wywrócić!

Muszę przyznać, że pomimo intensywnego użytkowania, drapak cały czas wygląda przyzwoicie. Futerko nie jest bardzo poszarpane, sznurki się nie odczepiły, może trochę postrzępiły, gołą ręką już staram się go nie chwytać. Przy jednym czy dwóch kotach powinien przetrwać dosyć długo, choć słusznym wydaje mi się doczepienie mu większej płyty do podstawy, żeby nie wywracał się tak łatwo.

Facebooktwittergoogle_plus

Opieka nad kotem po kastracji

Opieka nad kotem po kastracji jest technicznie prosta, ale wykańczająca emocjonalnie. Kot po wybudzeniu jest osowiały, nie do końca kontaktuje i ogólnie wygląda tak, że się serce kraje. Bardzo łatwo jest dostać psychozy i spędzić pół dnia na sprawdzaniu co 5 minut czy kot oddycha, czy serce mu bije i czy się biedak nie dusi.

Nie wiem, czy to norma, ale moim wszystkim włącza się szwendaczek i próbują chodzić po mieszkaniu. Zwykle na tym etapie łapy jeszcze ich nie słuchają, więc zwierzak zatacza się i przewraca, co oczywiście nie wpływa pozytywnie na proces gojenia. Konieczne chcą leżeć wówczas na swoich ulubionych miejscach – na fotelu czy drapaku.

Mogłabym oczywiście zamknąć je w transporterkach i przeczekać, ale jakoś nie mam serca. Pracowicie chodzę za nimi, podtrzymuję, podsadzam na wyżej położone miejsca, pilnuję kiedy chcą zejść, żeby je przenieść. Obserwuję ile razy i jak często piją.

W pierwszych godzinach jeszcze nie powinny jeść, natomiast mogą pić. Dodatkowo jeszcze mogą się zdarzyć (i często zdarzają) wymioty, więc trzeba być czujnym jak ważka w locie. Bezsenna noc po kastracji, spędzona na pilnowaniu, żeby sobie nie zrobiły krzywdy, to standard. Trzeba obserwować, czy nie pojawiają się jakieś wycieki ropne z rany, krwawienie, czy wymioty nie są nazbyt silne, czy kot nie ma kłopotów z oddychaniem czy nie ma innych niepokojących objawów. Koty, tak jak ludzie, mogą różnie reagować na narkozę. Jedne metabolizują ją gładko, inne się męczą. Jedne śpią, inne wymiotują po kątach.

Często czytam na forach pełne lęku wypowiedzi osób, które maja przed sobą to doświadczenie albo są w jego trakcie. Za każdym razem przepełnia mnie współczucie, bo wiem jak strasznie stresująca dla właściciela jest to sytuacja, zwłaszcza kiedy robi się to pierwszy raz. Są chwile, kiedy naprawdę chce się usiąść i płakać ze strachu i bezradności nad tym strzępkiem kota.

Na szczęście następnego dnia nasz kochany kot jest znowu sobą i można odetchnąć z ulgą.

Chyba, że mamy dziewczynkę – wtedy zaczyna się jazda z pilnowaniem, żeby nie rozszarpała sobie szwów. Jeśli kota za bardzo interesuje się raną, może być konieczne założenie kołnierza albo kaftanika, który uniemożliwi jej sięgnięcie zębami. Kiedy kotów jest kilka i pozostałe pomagają w rekonwalescencji wylizywaniem rany, kaftanik jest niezbędny, chyba, że chcemy narażać kota na przedłużanie procesu gojenia w nieskończoność.

Kot w kołnierzu albo kaftanie jest kotem w skrajnej depresji. Komunikuje to całym sobą, wpędzając właścicieli w stres i poczucie winy. Trzeba się temu oprzeć aż do chwili, kiedy rana zasklepi się na tyle, że nie ma niebezpieczeństwa ponownego jej rozszarpania. A jeśli kicia chwyta zębami nitki – może to trwać nawet kilka dni.

Takie 10 dni w kołnierzu i kaftanie przetrwaliśmy przy okazji operacji Vaiperka, która była też naszym pierwszym doświadczeniem tego typu. Popełniliśmy wtedy wiele błędów – z lęku, z braku doświadczenia, z niewiedzy. Gdyby to się zdarzyło teraz, biedak nie musiałby aż tyle się męczyć z tym abażurem na łbie. Teraz przy kastracji kociaków kaftanik zakładam dziewczynkom na jeden-dwa dni i wszystko goi się dobrze. Tym razem tej przyjemności doświadczyła tylko BeanSi, bo ChiLee w ogóle się raną nie interesowała. Grzeczna dziewczynka.

A ze straszno-śmiesznych historii: natknęłam się kiedyś na forum na wypowiedź „pani fachowiec”, która doradzała początkującej właścicielce kota, żeby nie szła do weterynarza, który każe zakładać kaftanik.  Bo to zły weterynarz jest. Przyznam, że ręce mi opadły. Raz, że straszy dziewczynę; dwa, że wciska jej jakąś straszliwą bzdurę – że kaftanik to zło (a może wręcz Zło?). Po założeniu kaftana kot dostanie zapewne zapaści, wypadnie mu sierść i oczy oraz się zaślini. No ratunku. Kaftan jest po to, żeby rana się szybciej zagoiła, a nie z powodu sadystycznych zapędów weterynarza!

A wracając do kastracji dziewczynek – po około 10 dniach trzeba ponownie zakolędować do weterynarza na zdjęcie szwów. Jeżeli nie dopilnowaliśmy kota, może się zdarzyć, że rana nie będzie jeszcze zagojona i weterynarz zaleci jeszcze kilka dni rekonwalescencji. Jeśli wszystko będzie ok, samo wyjęcie szwów to dosłownie 10 sekund. Nitki zawiązane są po obu końcach rany na supełki, weterynarz obcina jeden supełek i pęsetą wyciąga nitkę, która powinna gładko się wysunąć. I voila! Kot jak nowy.

Przeczytaj również:

Facebooktwittergoogle_plus

Prawie srebrno-metaliczna kuweta

Kiedy ważyłam kocięta przed pierwszym odrobaczaniem, rusałki ważyły około 500g, maine coonki – około 650g. Miesiąc później było już 1600g i 1900g. Nawet ja – widząc je przecież non-stop – nie mogłam się nadziwić jak szybko rosną. A co dopiero Pan Wet, który widział je co jakiś czas!

Oczywiście to szybkie nabieranie wagi bezpośrednio wiąże się z tym, ile jedzą i hmmm… zostawiają w kuwetach. No i w pewnym momencie zaczął się robić problem kuwetowy. Problem polegał na tym, że nie nadążałam sprzątać. Kolejna kuweta zdawała się być nieunikniona. I w dodatku musiałaby stać na widoku w salonie, bo nie mam już gdzie jej postawić – toteż szukałam zamkniętej i o estetycznym wyglądzie. W końcu wybrałam Gimpet de Luxe w kolorze srebrno-metalicznym.

Po tygodniu przyszła dostawa. Wyciągam kuwetę i trochę nie wiem, co mam o tym myśleć. Kolor ma specyficzny, owszem, ale koło srebrnego to on nawet nie leżał. Trochę szary, trochę kawa z mlekiem.

W te pędy wysmażyłam maila do zooplusa, że chyba im się kolor pomerdał i w dodatku produkt na bokach ma brzydkie przebarwienia – i co teraz? mam odesłać? Na prośbę wysłałam zdjęcie. W odpowiedzi napisano mi, że pewnie nie uwierzę, ale u nich ten kolor nazywa się srebrno-metaliczny. Uwierzyłam, czemu nie? Mogą sobie nazywać go jak chcą, ale samego koloru zasadniczo to nie zmieni. W mailu znalazł się też taki passus: „Zwrot artykułu w tej sytuacji jest zbędny. W zależności od Pani życzenia zlecimy ponowną wysyłkę artykułu (…) lub zlecimy przelew zwrotny należności wydanej na zakup kuwety.”. To „zbędny” w pierwszym zdaniu zinterpretowałam jako „nie rób scen”, toteż gul mi skoczył i napisałam im co o tym myślę. Bez inwektyw, ale dosadnie. I że poproszę zwrot kasy.

W odpowiedzi napisano mi, że zlecili już zwrot należności, i ponownie, że odsyłanie artykułu jest zbędne. Dopiero wtedy zrozumiałam, że autorowi chodziło o to, żebym sobie nie robiła kłopotu i zrobiła z tą kuwetą co mi się żywnie podoba. Uch. Niech żyją nadinterpretacje! Podziękowałam grzecznie i poszłam poprzymierzać, gdzie się zmieści. No i kurde, znowu muszę uczciwie napisać, że w trudnej sytuacji Zooplus się odnalazł. Jak by nie patrzyć – paczki pakują fatalnie, ale jak przyjdzie co do czego, to wychodzą klientowi naprzeciw. Z tego poczucia satysfakcji od razu zamówiłam dostawę żwirku, bowiem okazało się, że nie mam czym nowego artykułu zapełnić.

Kuweta jest wielka. Jak mierzyłam sobie centymetrem w powietrzu, to jakoś nie miałam wrażenia, że będzie aż tak duża. Spodnia część wykonana jest z dosyć miękkiego plastyku i kiedy nasypałam tam żwirku, wyraźnie czułam w ręku jak pracuje podczas przechylania pod wpływem ciężaru. Jest też dużo płytsza od starej kuwety, toteż przesypywanie piasku na jedną stronę podczas sprzątania nie wchodzi w grę. Za to ma dosyć gładką powierzchnię w środku, dzięki czemu grudki łatwo odpadają i sprzątanie jest ułatwione.

Wieko przypinane jest do spodu jakimiś dziwnymi klamerkami. Jedna mi wypadła, druga nie chciała się ruszyć, więc wywaliłam obie. I tak nie zamykam kuwet, tylko nakładam wieko, więc te klamerki nie były mi do niczego potrzebne.

Koty za to kuwetę pokochały, zwłaszcza maluchy. Przestały prawie chodzić do kuwety łazienkowej i teraz urzędują w obu salonowych. Mnie jej kolor do niczego nie pasuje, ale kociakom najwyraźniej odpowiada. W sumie – nie kupowałam jej dla siebie, prawda?

Facebooktwittergoogle_plus

Kosz Litter Locker po 5 miesiącach

Swoim komentarzem Igrażka przypomniała mi, że nie napisałam jeszcze o dalszym użytkowaniu kosza Litter Locker. Dziś więc ciąg dalszy…

Kosz sprawdza się niezmiennie dobrze. Kołnierz okalający worek brudzi się zaś niezmiennie niezmiernie, ale to w końcu nie jest nic strasznego. Oryginalny worek, z którym produkt został mi dostarczony, skończył się po około 3 tygodniach, o ile dobrze pamiętam. Całkiem przyzwoicie, jak na ilości odpadów produkowane przez moje 4 intensywnie pijące wodę koty.

Pomimo, że worki z oryginalnego wkładu są bardzo wygodne w użytkowaniu, postanowiłam przerzucić się na tańsze substytuty w postaci normalnych worków na śmieci. Najpierw byłam tak pracowita, że skraj worka wpychałam do środka tego plastykowego pierścienia, w którym był produkt oryginalny. Czy ta pracowitość mi pozostała? Ależ! Pozostało jedynie to zdjęcie.

Teraz tylko owijam pierścień workiem dookoła i tak zakładam. Szybko i sprawnie. Worki śmieciowe ogólnie sprawują się bardzo dobrze i będę kontynuować niecny proceder nie zasilania producenta kosza kolejnymi kwotami.

Doświadczenie pokazuje, że worki 35-litrowe, na oko pasujące do objętości kosza, są za małe. Wynika to głównie z dwóch rzeczy:

  • część worka musi być owinięta wokół pierścienia i przyciśnięta kołnierzem na wierzchu kosza,
  • worek musi mieć wystarczającą długość, by nawet zapełniony (a więc rozdęty w dolnej części kosza) umożliwiał zamknięcie się tej przegrody z rączką – musi dawać więc wystarczającą ilość luzu.

Teraz używam worków, które na opakowaniu mają informację, że mają długość 80 cm (takie kupuję po prostu do kosza kuchennego). Co prawda większa część objętości pozostaje nie zapełniona, ale ciężar nawet tej ilości mokrego żwirku i tak sięga granic tego, co jestem skłonna wynosić do śmietnika, dosyć w końcu oddalonego od mojej klatki schodowej.

Podsumowując – zakup ze wszech miar udany. Polecam.

.

Czytaj też:

Testujemy kosz Litter Locker

Facebooktwittergoogle_plus

Kocimiętka

Kot też człowiek i ma czasami ochotę na chwileczkę zapomnienia. Pić – nie pije, sportem ekstremalnym sam jest, co więc mu zostaje? Nawdychać się troszeczkę. Do tego kot używa kocimiętki, krewnej mięty. Wącha ją, tarza się i przeżywa kilkuminutowy odlot. Podobnie działa waleriana, ale nie próbujcie tego w domu!

Zgodnie z tym, co pisze Desmond Morris w swojej książce „Dlaczego kot mruczy”, entuzjazm związany ze środkami odurzającymi kot ma zapisaną w genach. Albo jest narkomanem, albo nie. Albo nie interesuje się kocimiętką bardziej niż innymi roślinami, albo przy każdym kontakcie wpada w trans. Podział przebiega mniej więcej pół na pół, z niewielką przewagą narkomanów. Nie zależy od płci ani też tego, czy kot był kastrowany. Trochę zależy od wieku: kocięta do 2 miesiąca życia ponoć unikają kocimiętki, dopiero starsze zaczynają przejawiać zainteresowanie.

Kot w kontakcie z kocimiętką zachowuje się jak głupek. Wącha ja, liże, gryzie, ociera się, tarza. Mruczy przy tym i warczy. Czasem wyskakuje w górę albo drapie ziemię.

Nasze koty należą do tych mniej zainteresowanych. Przy czym dziwna sprawa – czasami reagują jedne, czasami inne. Mam w domu preparat z kocimiętką w sprayu i czasami psikam na kocie zabawki, ale rzadko, bo efekt jest mizerny. Raz zainteresowała się Antenka. Innym razem TaiChi – ale jakoś tak niemrawo, żadnego tarzania czy warczenia, tylko trochę ocierania pyszczkiem. A i tak zabawki zabiera im VaiPer – nie dlatego, że lubi kocimiętkę, tylko jest wrednym tyranem i despotą.

Natomiast w przypadku kotów narkomanów można użyć kocimiętki do skłonienia zwierzaka, żeby się zainteresował drapakiem. Meble popsikać odstraszaczem, cytryną albo octem, drapak – kocimiętką i mieć nadzieję, że zadziała. Jak to z kotami bywa – gwarancji nie ma. :)

Kocimiętką interesują się nie tylko koty domowe, ale też przedstawiciele całkiem dużych kotowatych.

Facebooktwittergoogle_plus