Z wizytą u ChiLee i BachSzisza

Wczoraj byliśmy z wizytą w nowym domu ChiLee i BachSzisza. Minął miesiąc, ale wydaje się, że opuściły dom dopiero co. Najwyraźniej jeszcze mnie pamiętały, bo wyległy na pokoje i obwąchały mnie starannie.

Choć to wydaje się niemożliwe, ChiLee jeszcze wypiękniała. Oczy jeszcze bardziej wybarwiły się jej na złoto, sierść ma błyszczącą i wygląda na zadowoloną z życia. Chodzi po domu powiewając tą swoją nieprawdopodobną kitą, budząc zachwyt wszystkich wokół.

BakSzyszek to już nie jest ten malutki kotek. Niech pierzem porosnę, jeśli waży mniej niż 4 kilogramy. Jest wielki i potężny, a oczy ma już intensywnie zielone. Zgubił całkiem dziecięce futerko, teraz ma na sobie gruby plusz  – po mamusi, normalnie nie można oderwać rąk od niego. Tylko miziać, miziać, miziać. Rozwinął mu się też piękny mocny profil, choć nadal nie jest bardzo mordziasty – poduszki z wąsami ma dosyć subtelne. Ale mordka jest wciąż ta sama – strasznie to było wzruszające zobaczyć w potężnym kocurze tę małą futrzastą kulkę, która nie chciała schodzić mi z rąk.

Dobrze im razem i dobrze im w nowym domu. Sterroryzowały już swoich właścicieli (z karmieniem o świcie i towarzyszeniem w toalecie włącznie), połamały drapak (się ma tę masę w końcu), pogryzły kable i  ogólnie zawładnęły całym mieszkaniem. Oraz sercami domowników. I tak ma być.

Facebooktwittergoogle_plus

Już za chwileczkę…

Kicia robi się coraz grubsza w okolicach brzucha.  Żre tyle, co mainecoony, ale wszystko idzie na dzieci, bo sama jak była, tak jest chudziutka. Waży teraz 3,6 kg, czyli o 0,8 kg więcej niż przed ciążą.

W związku ze wzrostem w obwodzie przestała się mieścić do ulubionego pudełka po statywach, jak włazi za książki to też musi kilka wyrzucić, żeby wejść swobodnie. Przestała skakać,  tyle co czasem z krzesła zeskoczy. Natomiast we wspinaniu się brzuch jej zupełnie nie przeszkadza – cały czas pomieszkuje na najwyższej półce w garderobie w pudle z ciuchami i drobiazgami, których używam na wycieczkach w góry. Umościła tam sobie wygodne gniazdko w mojej termobieliźnie. Tylko stuptuty wyrzuciła na podłogę, bo zamiast pasków pod podeszwę mają linki stalowe, które ją gryzły w bok. A jak chce zejść, to – jak dawniej VaiPerek – wydaje odgłos paszczowo i czeka aż ją ktoś zdejmie.

Ostatnio okazało się, że to, kto zdejmuje kicię, też nie jest obojętne. Paweł wszedł na drabinę i wołał ją do siebie, a ja stałam z drugiej strony półki i próbowałam ją skłonić, żeby poszła do niego. Wyciągnęłam przy tym rękę do góry i kicia niewiele myśląc zwiesiła się w dół i zjechała pazurami po mojej ręce. Chyba próbowała stanąć mi na dłoni. Mam teraz sznyta do samego łokcia i wyglądam jak ofiara przemocy w rodzinie.

Czasem po bokach brzucha takie gule jej wyskakują kiedy maluchy zaczynają się rozpychać. A jak się przyłoży ręce, to czasami czuć jak kopią. Ogólnie kicia spędza czas jedząc albo relaksując się na fotelach lub w łazience na rozłożonym ręczniku. Przez pewien czas naprawdę się obawiałam, że będzie chciała urodzić w garderobie w tym pudle na wysokości 2,3 m nad ziemią, ale teraz zaczynam mieć nadzieję, że wybierze jednak łazienkę.

.

Odwiedź też:

Kot jaki jest – wspinanie się

Facebooktwittergoogle_plus

Jak sprzątać – to dokładnie

VaiPerek wpadł w szał czystości. Zawsze długo i starannie grzebał w kuwecie, wydając jeszcze przy tym takie śmieszne gruchanie.

Ostatnio natomiast w szale sprzątania wyłazi przednimi łapami z kuwety i … zakopuje jeszcze dywanikiem. Niemal udaje mu się  wciągnąć dywanik do środka, co – zważywszy wysokość skraju kuwety – jest dużym wyczynem.  (Kuwetę można zobaczyć we wpisie o historiach kuwetowych).

A po tym wszystkim leci do misek i zakopuje jeszcze miski. Normalnie nie ogarniam tego kota.

.

Zapraszam do przeczytania wpisów na podobny temat:

Historie kuwetowe;

Kot załatwia się poza kuwetą.

Facebooktwittergoogle_plus

Ciężarówka w niebezpieczeństwie

Nudności u kota w ciąży wcale nie są czymś normalnym. Oto mrożąca krew w żyłach historia z wczorajszego wieczora. W roli głównej: PaiLu. W pozostałych rolach: Yorkshire Terrier, Jego Głos.

PaiLu się czymś struła. Wczoraj po południu całkiem znienacka zaczęła strasznie wymiotować. Zaprawdę powiadam Wam, strasznie. A ponieważ wszystko wskazywało na to, że randka z kocurem została uwieńczona sukcesem, przeraziliśmy się nie na żarty. Natychmiast zapakowaliśmy zwierza do samochodu i pognaliśmy do weta.

W lecznicy – jakby nie niedziela. Dwóch lekarzy na dyżurze, pacjenci jeden za drugim. Ki czort?
Pan Wet został powiadomiony o możliwym stanie błogosławionym, obmacał więc kicię dokładnie i potwierdził – daje się już wyczuć worki płodowe. Kicia po badaniu zestresowała się niemożebnie, wlazła Pawłowi na ręce i przytuliła się. Niestety dla dobra kociaków nie można jej było podać ani antybiotyku, ani środków przeciw wymiotom czy biegunce, ani w ogóle nic. Rozpacz czarna. Pan Wet podłączył ją tylko pod kroplówkę, zeby przeciwdziałać odwodnieniu. Kicia nie wytrzymała nerwowo i obsikała Pawła od góry do dołu.

Nie dziwię się jej – sama się zestresowałam, albowiem wbijania igieł pod czyjąkolwiek skórę znieść nie jestem w stanie. W dodatku z sąsiedniego gabinetu dochodził ciągły rozpaczliwy skowyt. Na moje nietaktowne pytanie czy ktoś tam jest obdzierany ze skóry, Pan Wet oświadczył z humorem, że odbywa się tam badanie yorkshire terriera, a one znane są z tego, że są nieco przewrażliwione na swoim punkcie.

Widok kroplówki osłabił też Pawła. Trzymał się chłopak dzielnie ze względu na kicię w ramionach, ale w końcu siły do opuściły i właśnie zaczynał spływać po ścianie, kiedy Pan Wet zaordynował koniec kroplówkowania. Ja oczywiście byłam tak przejęta kotem, że nie zauważyłam, że Paweł mdleje (brawo ta pani!). Po wypięciu igły Paweł szybko doszedł do siebie, ostał mu się jeno ten pot na czole.

Nic więcej nie byliśmy w stanie zdziałać. Wróciliśmy do domu, a PaiLu zaszyła się w kąciku za książkami na półce. Dopiero w nocy wylazła i przeniosła się do swojego koszyka na szafie w sypialni. Teraz jeszcze głodówka przez następne 24 godziny.

Ps. Po wyjściu z lecznicy natknęliśmy się na panią z yorkiem na smyczy. Wyglądał na nieuszkodzonego ;)
Pps. Prawdziwego mężczyznę można poznać po tym, że: 1) boi się igieł, 2) nigdy się nie poddaje. Wniosek: Paweł to Prawdziwy Mężczyzna.

Facebooktwittergoogle_plus

Poranki

Pochmurny poranek. Idę zrobić sobie herbatę. Wlewam wodę do dzbanka z filtrem. Muszę to robić kubeczkiem, bo wieczorem nikomu nie chciało się pozmywać i duży dzbanek nie mieści się pod kranem.

Pod prawą pachą mam VaiPera, którego fascynuje woda z kranu. Sięgam kubkiem nad jego grzbietem, bo łobuz przesunąć się nie chce. Pod lewą pachą mam TaiChi, którą z kolei fascynuje ciurkanie wody przez filtr. Stoi z mordką wciśniętą w otwór, przez który nalewam. No, moja panno, ciebie muszę odsunąć – chyba, że chcesz mieć kubek wody na głowie.

Miziam się o puchate futerka i jest mi dobrze.
Czasami się zastanawiam, co sobie o nas myślą sąsiedzi, jeśli zaglądają nam w okna. Z tymi kotami łażącymi wokół i wpychającymi się pod ręce… no, co tu kryć – 80% gospodyń domowych tego nie poleca. ;)

Facebooktwittergoogle_plus

3 chrupki

Będzie to kolejna opowieść o tym, jak kot wytresował człowieka. W rolach głównych: VaiPerzak, Kot Niedotykalski, oraz trzy kocie chrupki. W pozostałych rolach: dwoje frajerów.

Od małego VaiPer nie lubił dotykania. Zawsze trzymał się blisko nas, spał z nami pod kołdrą, leżał przy komputerach albo pod krzesłem i mądrze patrzył w oczy, ale zawsze na dystans. Jak się chciało skłonić go, żeby sobie poszedł, wystarczyło pogłaskać. W końcu jednak coś mu się zaczęło odmieniać. A to pozwolił się pogłaskać po łapie, a to po głowie, a to podrapać po tyłeczku. Cud!

Ostatnio już regularnie przychodzi, przednimi łapami opiera się o krzesło lub kolana i rozgłośnym miauczeniem domaga się głaskania. Ale myliłby się ten, kto by sądził, że to tak z czystej przyjaźni. Raz miźnięty kot odchodzi poza zasięg rąk i patrzy na ciebie znacząco. Wystarczy podnieść się z krzesła, a VaiPerek truchcikiem biegnie obok stołu ocierając się o nogi krzeseł (zawsze!) po czym kieruje się… gdzie? oczywiście w kierunku miski! Należy się tam za nim udać, wydłubać z mieszanki jego ulubioną chrupkę RC MaineCoon i podać mu na dłoni. I tak trzy razy.

W końcu coś się kotu należy za pozwolenie na dotykanie.

Interesowny cwaniaczek.

Facebooktwittergoogle_plus

Koty i komputery

Nasze koty kochają komputery i umieją się nimi posługiwać. Zwłaszcza moim, ponieważ jest ogólnodostępny. Ale nie chodzi tylko o pisanie dziwnych treści, o nie! Nasze futrzaki umieją już zrobić 30 printscreenów pod rząd, otworzyć w przeglądarce 30 kart z pomocą Firefoxa, a ostatnio – i tu mnie już zdumiały! – wyłączyły mi kartę sieciową. Dzięki temu już po godzinie rycia w systemie  i przeklinania na czym świat stoi, udało mi się włączyć ją z powrotem. Jak też zapoznałam się z BIOS-em. Odkryłam też która kombinacja klawiszy to robi (dziękuję blipowiczom za pomoc)

Aż strach, ile ja się przy okazji uczę :)

Ps. Tak, mam komputer w folii jak prawdziwy skodziarz fotele w swoim nowym samochodzie. Na wieku nawet mam folię z obrazkiem. Z jakimiś psychodelicznymi kwiatami. Niestety spóźniłam się nieco i ślady kocich pazurów pozostaną już na obudowie…

Pps. Próbowaliście kiedyś klepać się po czubku głowy jedna ręką, a drugą kręcić kółka na brzuchu w geście „mmm, jakie dobre!”? Ja tak mam przed komputerem. Jedną ręką muszę głaskać koty, drugą obsługiwać myszkę i klawiaturę. Jednocześnie i bez przerw.

Facebooktwittergoogle_plus

Jak złapać mocz kota do badania?

Natchniona dzisiejszymi porannymi przeżyciami postanowiłam popełnić wpis o takiej to właśnie wstydliwej tematyce.

Po co się w ogóle robi te badania? Profilaktycznie na przykład, żeby się upewnić, czy sierściuch zdrowy. I zawsze, ale to zawsze, kiedy wykazuje niepokojące objawy. Jakie?

– zbyt częste siusianie malutkimi ilościami moczu;

– trudności przy załatwianiu się: napinanie się, miauczenie, wychodzenie z kuwety i natychmiast wracanie do niej;

– załatwianie się poza kuwetą;

– obecność krwi w moczu;

– częste wylizywanie okolicy cewki moczowej lub brzuszka na wysokości pęcherza.

****

Jak złapać mocz kota do badania? Nie da się wręczyć kotu pojemniczka i powiedzieć – tu siusiaj. Zostaje więc jedyna dostępna metoda – podstępem.

Najpierw trzeba pozyskać sterylny pojemniczek, najlepiej w aptece – kosztuje grosze. A dalej jest kilka opcji.

1. do pustej kuwety. Opróżnić kuwetę i wyparzyć. Zamknąć kota na noc wraz z pustą kuwetą w pomieszczeniu, najlepiej z kafelkami na podłodze. Rano za pomocą strzykawki (lub wykorzystując wrodzony spryt) przelewamy mocz z kuwety do pojemniczka. Albo w ostateczności z podłogi – ale wtedy koniecznie trzeba poinformować lekarza o pochodzeniu próbki.

Kiedy nasze koty były małe i lubiły odmiany, to nawet dawało radę tak złapać. Nie zamykałam ich, tylko skłaniałam rano do wejścia do pustej kuwety, a one tak jakoś poddawały się presji. Niestety urosły, polubiły rutynę i już nie chodzą sprawdzać nowych żwirków i kuwet. Wszystko ma być tak, jak jest zawsze, żadnych eksperymentów. W związku z tym musiałam poszukać alternatywnego sposobu.

Kiedy kotów jest więcej niż jeden, ten sposób ma poważne mankamenty. Nie wiem, jak Wasze koty, ale nasze zamknąć się nie dadzą za Chiny Ludowe. Kończy się tym, że wszystkie trzy wyją pod drzwiami – jeden z jednej, dwa z drugiej strony – i drapią drzwi rozgłośnie. Spać się nie da w takich warunkach.

2. na partyzanta. Należy przygotować na kota zasadzkę. Znakomita większość kotów nie jest w stanie przerwać siusiania, należy więc ten fakt wykorzystać. Pojemniczek postawić w pobliżu kuwety. Zaczaić się na kota. Kiedy w sposób charakterystyczny przykucnie, zdecydowanym ruchem podstawić pojemniczek pod tyłek. Jeśli kuca niziutko nad żwirkiem, można sobie pomóc podnosząc jego ogon. Popatrzy wtedy z oburzeniem, ale sikać nie przestanie.

Może się zdarzyć, że pojemniczek w żaden sposób nie będzie chciał się zmieścić pod kota a i trafić jest dosyć trudno. Dlatego, dla wygody i żeby nie kusić licha, ja podstawiam malutką tackę i dopiero z niej przelewam do pojemniczka. Można też użyć dużej łyżki. Tylko należy pamiętać o tym, żeby to wszystko najpierw wyparzyć, inaczej sami dołożymy tam jakiegoś badziewia do badania. I trzeba powiedzieć wetowi w jaki sposób próbka została pozyskana.

Najlepiej zasadzić się na kota rano. Kiedy domownicy wstają i zaczyna się normalny ruch w domu, kot wędruje do kuwety, żeby załatwić sprawy związane z higieną i móc potem bez przeszkód towarzyszyć nam w porannych rytuałach.

Jeżeli zwierzak jest wstydliwy i nie lubi załatwiania się przy ludziach, albo też załatwianie się sprawia mu ból  i kręci się w kuwecie, albo nie chce w ogóle do niej wchodzić – wtedy należy jednak użyć sposobu pierwszego.

3. na XXI wiek. Widziałam w sklepach specjalny żwirek, który nic nie pochłania. Wsypuje się go do kuwety (pewnie się też wyparza przed użyciem – tak przypuszczam, bo w ręku tego nie miałam), a rano się zbiera mocz z dna. Łatwo, prosto i przyjemnie. Nie wiem, czy działa, bo nigdy nie próbowałam, ale jak wszystkie inne sposoby zawiodą, miło jest wiedzieć, że jest jeszcze jedna opcja ;)

Jeśli ktoś z Was wypróbował to cudo, dajcie znać – jestem ciekawa, czy to pożyteczny wynalazek.

4. na desperata. Oddać kota w ręce lekarza, który rozmasuje pęcherz kociaka i pobudzi wydzielanie moczu. Część wetów pobiera też mocz igłą bezpośrednio z pęcherza, brrr. Jeśli nie jest to absolutnie niezbędne, chyba lepiej się pogimnastykować z innymi sposobami.

****

Moczu nie musi być w próbce dużo, wystarczy dosłownie kilka mililitrów. Pozyskany materiał należy jak najszybciej oddać do laboratorium. Trzymanie go zbyt długo może spowodować namnażanie bakterii i cała operacja na nic. Najlepiej  od razu wymaszerować w kierunku z góry upatrzonym, a jak się nie da, to pojemniczek wrzucić do lodówki.

Badanie nie jest drogie, w warszawskich lecznicach jest to zwykle około 15-20 zł, warto więc wykonywać je co jakiś czas profilaktycznie, nawet jeśli sierściuch nie wykazuje niepokojących objawów. Koty są tak doskonałymi aktorami, że potrafią zmylić najczulsze oko i musi być z nimi naprawdę źle, żeby zaczęły wyglądać na cierpiące. Badanie moczu jest tanie, proste i nieinwazyjne, a daje dosyć dobrą kontrolę nad zdrowiem kota.

UWAGA: Badanie można tez zlecić w „ludzkiej” przychodni: należy poprosić o badanie ogólne moczu plus badanie mikroskopowe osadu, jeśli będą bakterie, to poprosić dodatkowo o posiew.

****

Mocz zdrowego kota ma barwę słomkową lub intensywnie żółtą, jest przejrzysty, o pH od 6 do 6,5. Wyższemu pH 7 mogą – ale nie muszą – towarzyszyć wytrącające się w moczu kryształy.

W moczu zdrowego kota mogą się znaleźć niewielkie ilości białka i pojedyncze leukocyty i erytrocyty (krwinki białe i czerwone); nie powinno zaś być w nim  hemoglobiny, bilirubiny (występujących czasem pod kryptonimem: barwniki krwi oraz barwniki żółciowe), glukozy, nadmiernych ilości urobilinogenu ani też osadów. Gęstość powinna utrzymywać się w granicach 1,025-1,060 kg/l. No i oczywiście stan pożądany to brak kryształów i wałeczków.

Wynik badania należy zawsze skonsultować z wetem. Blogi i fora, mimo, że uczą, bawią i wychowują, nie wystarczą.

A teraz sobie usiądę i będę spokojnie czekać na wyniki badań.

Facebooktwittergoogle_plus