Dodatek do recenzji książki „Co jest, kocie?”

Przyszedłeś tu ze strony http://kotdoskonaly.pl/2016/co-jest-kocie-ksiazka-dla-zakoconych

***
Tu będzie niewspółmiernie długi fragment dotyczący treści niecałej jednej strony (z ponad 230), ale muszę!
***

Tym, co mi podniosło adrenalinę, jest fragment, w którym autorka opisuje wady i zalety wczesnej i późnej kastracji. Jak całość książki mi się podoba, tak tu zgrzytnęłam zębami.

Zanim sama zaczęłam praktykować wczesne kastracje, szukałam informacji na temat długookresowych konsekwencji zabiegu. Oczywiście dostępne informacje były w języku angielskim, pochodziły głównie z USA, gdzie zabiegi wczesnej kastracji wykonywane są od ponad ćwierćwiecza i jest spora pula kotów, które badane były przez całe swoje życie. Referaty wyników tych badań wskazywały ważne punkty: że nie zaobserwowano statystycznie istotnego wpływu wczesnej kastracji np. na tendencje do nietrzymania moczu u kotek i suk, niedojrzałość emocjonalną czy zwiększoną łamliwość kości u dorosłych osobników. Natomiast rzeczywiście zaobserwowano tendencję do nadmiernego rozrostu kości długich u – o ile dobrze pamiętam, bo kopia opisu poszła w kosmos wraz z moim poprzednim dyskiem – 3% obserwowanych osobników, ale bez wzrostu łamliwości. Znaczy urosły dłuższe. Polskojęzyczny internet dostarcza natomiast w równej mierze zawartości, w której powtarzane są nieodpowiadające prawdzie stwierdzenia, jak i tej, w której się rozbija mity o podnoszonych argumentach przeciw wczesnej kastracji.

To wszystko wskazuje, że autorytatywne podawanie w książce stwierdzeń o nietrzymaniu moczu czy infantylności jako wady wczesnej kastracji jest nieuprawnione.

Natomiast jeśli ktoś dysponuje wynikami badań nad wczesną kastracją – niezależnie czy potwierdzają czy zaprzeczają popularnym stwierdzeniom o jej wadach – chętnie przyjmę linki.

Kiedy przeszłam do części opisującej wady i zalety kastracji “późnej” zgrzytnęłam zębami z kolei przy omawianiu jej zalet. Ma być łatwiejsza, bo kotki po pierwszej rui mają lepiej wykształconą macicę. Zadzwoniłam do weta z doświadczeniem w obu rodzajach kastracji, bo uznałam że moje doświadczenie jako obserwatora nie jest miarodajne. Usłyszałam, że jest to kwestia wyłącznie techniki oraz sprawności ręki i oka, bo jeżeli chodzi o sam zabieg, to nie ma w nim czynności, na którą znacząco wpływałaby wielkość czy stopień wykształcenia macicy.

Mniejsze koty mają mniejszą macicę, nie ulega wątpliwości. W tym sensie kastracja maine coona też jest łatwiejsza niż kastracja drobnego z natury devon rexa, ale nie używamy tego jako argumentu przeciwko kastracji małych kotów. Fun fact: dorosła kocica mojej bratanicy (devonka) waży ok. 2 kg. Tyle samo, ile kocięta maine coon w wieku 13-14 tygodni.

Zaletą ma też być to, że zwierzęta starsze lepiej znoszą narkozę i jest to stwierdzenie nieadekwatne na co najmniej dwóch poziomach. Po pierwsze – podawanie narkozy kociętom jest bardziej wymagające. Trzeba bardzo precyzyjnie odmierzać dawki albo podawać bezpieczniejszą narkozę wziewną. To są rzeczy, których trzeba i których można się nauczyć. Wymaga to oczywiście samodoskonalenia i nieustannego dokształcania. Pozwolę sobie postawić hipotezę, że nie każdy weterynarz ma w sobie wolę, by to robić i nie ma to nic wspólnego z tym jakie koty lepiej znoszą coś. Po drugie: jeśli chodzi o metabolizację narkozy i “dochodzenie do siebie”, to czytelnicy tego bloga mieli okazję oglądać filmik z kocicą dobę po kastracji, w kaftaniku, wskakującą na stół oraz świeżo kastrowane stadka, ganiające się jak opętane po domu. Nie mam wątpliwości: małe kocięta o wiele lepiej znoszą narkozę niż dorosłe.

***
Koniec niewspółmiernie długiego fragmentu dotyczącego treści niecałej jednej strony (z ponad 230), który musiałam!
***

Już chciałam skończyć o kontrowersjach, ale wpadł mi w oko jeszcze fragment o kaftanikach pooperacyjnych. To, co pisze autorka jest słuszne i prawdziwe. Podoba mi się opis jej doświadczeń i przesłanki, które wpłynęły na jej decyzję o zaprzestaniu ich stosowania. Autorka ma specyficzne doświadczenia z racji tego, jakimi kotami się zajmuje. Ja, jako hodowca, dysponuję doświadczeniem, które również jest specyficzne, ale w zupełnie innym obszarze, bo moje koty mają inne życie niż koty wolno żyjące. Mam poczucie, że warto wrzucić mój kamyczek do ogródka.

Całym sercem sprzeciwiam się wetom, którzy na dzień dobry zalecają kaftanik. Całym sercem sprzeciwiam się wetom, którzy zdecydowanie odradzają właścicielom kaftanik. Bez sensu? Przeciwnie! Kaftanik zakłada się po coś. Konkretnie – by zabezpieczyć ranę przed zakażeniem spowodowanym wylizywaniem i wyszarpywaniem nitek. Ranę może próbować rozszarpać sama jej “właścicielka”, a mogą to robić życzliwi członkowie grupy kociej w ramach zachowań społecznych.

W takich przypadkach warto i trzeba zakładać kaftanik i nie bać się “depresji kaftanikowej”, bo dzięki apatii kot nie będzie próbował na siłę zrobić sobie krzywdy – jakkolwiek bezdusznie by to zabrzmiało. Celem nadrzędnym jest szybkie i bezproblemowe doprowadzenie kota do stanu pełnego zdrowia, nawet kosztem czasowego dyskomfortu. Jeśli kot jest jeden, można użyć kołnierza, ale jeśli kotów jest więcej, kaftanik bywa niezbędny.

Nie przyjmujcie więc bezkrytycznie wszystkich porad, jakie słyszycie, drodzy Czytelnicy. Nawet moich.

>> Powrót do recenzji.

Facebooktwittergoogle_plus

„Co jest, kocie?” Książka dla zakoconych

TL;DR: Przeczytałam, spodobała mi się i polecam.

Zwróciło się do mnie wydawnictwo Samo Sedno z prośbą o recenzję książki Małgorzaty Biegańskiej-Hendryk pt. “Co jest, kocie? Wszystko, co musisz wiedzieć, aby zrozumieć swojego kota”. Z racji obłożenia zadaniami zawodowymi zajęło mi to dużo czasu, ostatnie  wydarzenia też trochę wpłynęły na temin tego wpisu, ale w końcu wypełniam to zobowiązanie.

1345_cojestkociefront3d555pxszer

Sprawdźmy więc, czy książka dotrzymuje obietnicy.

Autorka kupiła mnie już w samym wstępie, pisząc coś, w co głęboko wierzę – że nie ma jednej ogólnej recepty na życie z kotem. Każdy kot, każda relacja i każde środowisko powinno być rozpatrywane osobno. Jedne porady będą się sprawdzać, inne nie. W mojej ocenie świadczy to zarówno o faktycznej znajomości zagadnienia, jak też pokazuje otwartość i pokorę wobec tematu, które to cechy wysoko sobie cenię u ludzi w ogóle, a u autorów dzieł rozmaitych w szczególności.

Książka rozpoczyna się krótkim opisem gatunku. Nie ma tu zawiłej terminologii biologicznej ani naukowej analizy skamielin – jeśli ktoś jest tym zainteresowany, może sobie zajrzeć do innych źródeł. Tu informacje podane są w kontekście życia z kotem i tego, co w pierwszej kolejności właściciel kota powinien wiedzieć i rozumieć, by lepiej sobie układać relacje ze zwierzęciem. To opowieść praktyka skierowana do przyszłych praktyków.

Już w pierwszej części książki pada, jakby mimochodem, wiele informacji, które mają daleko idące konsekwencje dla życia z kotem. Część z nich zostanie rozwinięta, np. kwestie wrażliwości kociego nosa, częstotliwości przyjmowania posiłków, kwestie terytorialne. Inne, jak wymiana zębów mlecznych (właściciele półrocznych kotów mogą się zdziwić widząc podwójne kły!) czy konsekwencje braku obojczyków w kontekście podnoszenia go, nie zostały rozwinięte.

Zaczynamy od informacji na temat rozwoju kotów od chwili narodzin. Ta część nie jest zbyt obszerna (nie ma wiele na przykład o rozwoju płodowym), ale za to informacje zostały dobrane w taki sposób, że dotykają najistotniejszych obszarów związanych z opieką, obserwowaniem i monitorowaniem rozwoju małego kociaka. Autorka trochę pada ofiarą własnej kompetencji w momentach, kiedy pisze o tym, że bycie rodzicem zastępczym dla opuszczonego kocięcia jest proste. Rzeczywiście technicznie jest proste i książka podaje najważniejsze wskazówki, jakimi należy się kierować, jednak dla potencjalnego ludzkiego rodzica zastępczego jest to proces obciążający emocjonalnie i fizycznie (karmienie co 2-3 godziny przez całą dobę może znakomicie utrudnić pracę zawodową oraz normalne funkcjonowanie organizmu – matki malutkich dzieci pewnie mogą co nieco na ten temat powiedzieć). Osoba, która będzie postawiona w takiej roli po raz pierwszy prawdopodobnie będzie potrzebować większej ilości wskazówek z innych źródeł.

Bardzo mi się podoba konsekwentne porównywanie kotów do ich dzikich pobratymców. Nie jest to jedynie figura stylistyczna – koty tak naprawdę nie są zwierzętami udomowionymi do końca. Mieszkają z nami albo obok nas, ale ich mózgi są wyposażone wciąż w komplet instynktów dzikiego zwierzęcia. Mam wrażenie, że do wielu osób ta drobna informacja nie dociera i oczekują od kotów dostosowywania się do stawianych im warunków. Tymczasem prawda jest taka, że instynktów się nie wypleni, to człowiek powinien być tą stroną mądrzejszą, która zbuduje środowisko odpowiadające potrzebom kociego drapieżcy.

Tworzeniu takiego środowiska poświęcony jest rozdział 3. Wychodząc od potrzeb i zachowań kocich, autorka daje szereg wskazówek dotyczących niezbędnego wyposażenia oraz organizacji przestrzeni i czasu zwierzęcia.

Bardzo podoba mi się lista przedmiotów, w jakie należy się wyposażyć przed przyjęciem kota – to praktyczny i sensowny zestaw, bez ekstrawagancji i rzeczy zbędnych. Kolejne części rozdziału poświęcone są po kolei różnym kocim zasobom: pożywieniu, wodzie, kuwecie, drapakom, schronieniom. Szereg praktycznych wskazówek co do tego jak te zasoby należy zorganizować (szczególnie miski z wodą i drapaki) dla wielu osób może być prawdziwym objawieniem. Do tego wskazówki dotyczące karmienia, aktywności fizycznej oraz pielęgnacji – i mamy podstawową instrukcję obsługi kociego środowiska podaną w przystępny i przemyślany sposób. Bardzo mi tu zabrakło ilustracji. Wyedukowany czytelnik będzie wiedział o czym mowa, niedoświadczony może nie zrozumieć do końca jak to ma wyglądać.

Niewiele miejsca poświęciła autorka kocim schronieniom, zwracając głównie uwagę na konieczność montowania półek i przejść na wysokości, nie poświęcając jednak uwagi kotom, które komfortowo czują się na poziomie podłogi i tam również potrzebują bezpiecznych kryjówek. Nie pojawił się też w kontekście zasobów jeden z istotniejszych zasobów kotów domowych – człowiek, a więc i jego rola w kociej grupie oraz wpływ na dynamikę zachowań.

Oczywiście temat wpływu człowieka na kota omawiany jest szeroko w dalszej części książki, ale warto to podkreślić by przedstawić właściwą perspektywę dla kolejnych rozdziałów – człowiek, podobnie jak pokarm, drapaki, kuwety, zabawki, jest kocim zasobem. Oczekiwania, żądania, obecność lub jej brak, czyny i zaniechania ludzkie tworzą kocie środowisko tak samo jak przedmioty. Wszelkie zmiany, nierealistyczne oczekiwania, wymuszanie zachowań niezgodnych z kocią naturą musi się odbić na kocie, czego właściciele często nie zauważają, nie identyfikując siebie jako elementu systemu, a raczej widząc siebie jako kogoś, kto zarządza wszystkim z góry jako władza absolutna. Bez właściwej perspektywy trudno brać odpowiedzialność za swój wkład w dynamikę relacji, natomiast dość łatwo zrzucić winę na kota za to, że jest kotem.

Kolejny istotny obszar wiedzy na temat życia z kotem, to język koci i komunikowanie się z kotem oraz pomiędzy kotami. Bardzo podoba mi się, że kolejność opisywania jest zgodna z kocią naturą, a nie oczekiwaniami ludzkiego czytelnika. Zaczynamy od zrozumienia sygnałów zapachowych, które dla kota są kluczowe, a ludziom przysparzają trudności w ogarnięciu wagi i znaczenia tego obszaru. Zaraz na samym początku bum! mamy sikanie poza kuwetą, które jest jednym z najistotniejszych wołań o pomoc w kocim repertuarze, a jednocześnie najsłabiej przez człowieka rozumiane. Podane przez autorkę w tym miejscu książki i w takim kontekście pomoże wielu osobom pojąć czym jest to zjawisko i jak na nie reagować. Dalej następuje opis różnego rodzaju sygnałów z praktycznymi wskazówkami w jakich okolicznościach można je zaobserwować i zachętą by przyglądać się swemu kociemu przyjacielowi. Do pełniejszego zrozumienia tematu przez początkujących kociarzy brakuje mi ilustracji, które pomogłyby im wyróżniać opisywane sygnały w praktyce. Bezcenne informacje zawarte są w króciutkim podrozdziale o kocim savoir-vivre – to absolutne podstawy, które powinien poznać każdy człowiek zbliżający się do kota z zamiarem pogłaskania. Rozważam wydrukowanie i powieszenie na drzwiach celem zapoznawania gości przed kontaktem z kotami. Drugi fragment lektury obowiązkowej to część dotycząca karcenia kotów.

Ze szczególnym zaciekawieniem czytałam rozdział piąty, traktujący o nowych sytuacjach w kocim świecie i dlaczego warto być na nie uczulonym. Jedna z większych zmian w kocim świecie to wprowadzenie nowego kociego towarzysza na teren. Dla mnie jest to jeden z najbardziej istotnych obszarów, bo moje koty często stają się “nowymi” w domu z kocim rezydentem, toteż staram się jak mogę pomagać wskazówkami właścicielom moich kotów. Temat opisany jest przez autorkę rzetelnie, z praktycznymi wskazówkami co do właściwych praktyk (m. in. izolacji, wymiany zapachów, zapewniania kryjówek, a potem podziału terytorium i kocich zasobów). Drugi przypadek – kocie dwupaki też chwycił mnie za serce. Nie bez przyczyny cytat ze mnie “Kot w stanie pojedynczym jest jak pół kota” znalazł się na magnesikach wykonywanych przez Szuruburu Design :)

SzuruBuru Design

Kolejny istotny temat to nowe dziecko w domu i jak przygotować kota na nowego małego domownika. Ta część powinna uspokoić i pomóc przygotować się przyszłym rodzicom na stworzenie najlepszych warunków dla tandemu kot-dziecko.

Wśród innych przykładów nowych sytuacji znalazło się również wymiana żwirku (częsta, a nierozumiana przez ludzi przyczyna problemów kocich), wizyty u weta, przeprowadzki, wyjazdy wakacyjne oraz – co też niedawno pojawiło się tu na blogu – śmierć towarzysza.

Autorka mocno podkreśla nie tylko fakt przywiązania kotów do rutyny, ale podpowiada też jak uczynić z tego czynnik zwiększający poczucie bezpieczeństwa u kota w sytuacjach zmiany, co jest jedną z najlepszych technik pomocy kotom i unikania problemów w rozmaitych życiowych okolicznościach.

Rozdział 6 skupia się na zdrowiu jako czynniku wpływającym na kocie zachowanie. Koty są doskonałymi aktorami i mistrzowsko ukrywają chorobę. Właściciele, którzy nie poświęcają dość czasu na uważną obserwację i poznanie swoich kotów, często orientują się w sytuacji, kiedy stan chorobowy jest tak zaostrzony, że kot jest skrajnie wyczerpany chorobą. Pierwsze symptomy są tak subtelne, że trzeba naprawdę wyczulonego oka i uważności, by je zarejestrować. Warto z każdym drobiazgiem jechać do weta, o czym się sama ostatnio przekonałam.

Uwaga, będzie anegdota. Nie podobał mi się VaiPerek. Po zmianie karmy zaczął wymieniać futro na ładniejsze, miał więcej energii, zaczął częściej biegać za piłeczką. Ideał. Ale mi się nie podobał jakoś, nie wiedzieć czemu. Badanie przez weta wykazało, że cierpi na ból stawów biodrowych. Kot, który zaczął więcej biegać, przypominam. Konia z rzędem temu, kto by się zorientował bez dochowania uważności.

Dobra, wracamy do książki, bo docieramy to miejsca, które budzi we mnie najwięcej emocji. Kastracja. Nie zaskoczę pewnie nikogo, jeśli napiszę, że podoba mi się i popieram pogląd autorki, że koty warto i trzeba kastrować. Że to właśnie brak kastracji, wbrew obiegowym opiniom, jest okrucieństwem i skazywaniem kota na niepotrzebne dyskomforty. Dużo ważnych informacji, które trzeba koniecznie przeczytać o samym zabiegu oraz o opiece okołozabiegowej. Dla niedoświadczonego właściciela kota (w końcu jest to zabieg, który najczęściej jest wykonywany u jednego kota tylko raz, więc można nie mieć wielu doświadczeń) jest to przeżycie traumatyczne na każdym etapie – przed, w trakcie i po. Zapoznanie się z dostępnymi informacjami pomoże utrzymać trochę spokoju ducha i nie wpadać niepotrzebnie w panikę.

Tu początkowo był długi wywód na temat, który podniósł mi adrenalinę, ale uznałam, że będzie nieuczciwe wobec autorki rozwodzić się nad tym w tym miejscu, bo moja gwałtowna reakcja mogłaby zaburzyć odbiór całego wpisu-recenzji. Poprzestanę na stwierdzeniu, że w omawianym rozdziale znalazły się dwie tabelki przedstawiające wady i zalety kastracji wczesnych i “późnych” i osobiście bardzo rekomenduję ominięcie ich wzrokiem i nie czytanie. Jeśli kogoś interesuje dlaczego, może sobie poczytać Dodatek do recenzji ksiazki „Co jest, kocie?”. Po namyśle dodałam tam kilka słów o kaftanikach, nie jako głos w opozycji do książki, tylko jako poszerzenie tego, o czym pisze autorka.

Chcę tylko jeszcze zwrócić Waszą uwagę na fragmenty dotyczące opieki nad kotami niepełnosprawnymi i jak się żyje z niepełnosprawnością kocią. Uogólniając – dobrze się żyje. Jeśli napotkacie na swojej drodze kota, który w ludzkim rozumieniu jest niepełnosprawny, nie wahajcie się zabierając go do domu. Kotom przeszkadza to o wiele mniej, niż nam.

Rozdział 7 to katalog najczęstszych problemów behawioralnych i już sama nazwa sugeruje, że będzie gęsto od praktycznej wiedzy. I jest. Zaczynamy od behawioralno-komunikacyjnych aspektów brudzenia w domu. Nigdy za wiele o tym temacie! Jeśli kot, zwierzę z natury czyste, zostawia za sobą intensywnie pachnące ślady, to wiadomo, że źle się dzieje. Przede wszystkim źle się dzieje kotu, więc zadaniem człowieka jest to naprawić, a nie karać kota czy czekać “aż mu przejdzie”. Kilka bardzo ważnych wskazówek tam pada, m.in. nie używać odstraszaczy, nie karcić wraz z wyjaśnieniem dlaczego nie oraz jak to się dzieje, że tym zachowaniem właściciel pogłębia jeszcze problem. Dalej omawiane są kolejne problemy – z zabawami, karmieniem, agresją i konfliktami, zaburzeniami psychologicznymi, zniszczeniami w domu. W każdym przypadku jest opis tego, co się dzieje oraz możliwych przyczyn, zwieńczony podanymi w punktach wskazówkami co do sposobów radzenia sobie z daną sytuacją. Bardzo konkretnie i praktycznie.

Najbardziej sobie ostrzyłam zęby na ostatni rozdział: “Kocie problemy wywołane przez ludzi”. Do tej pory autorka jasno punktowała zachowania właścicieli wywołujące lub pogarszające problemy w relacjach z kotami, choć nie nazywała ich w ten sposób. Nastawiłam się więc na wybuchy. Skończywszy lekturę zostałam Czytelnikiem Schroedingera – byłam jednocześnie usatysfakcjonowana i zawiedziona.

Nie było mrożących krew w żyłach historii o właścicielach z piekła rodem. Był za to spokojny i rzeczowy wykład o tym, że kot jest czującą istotą i oczekiwanie od niego, że będzie pluszową zabawką jest, delikatnie mówiąc, nierozsądne. Brzmi to może banalnie, ale spora grupa właścicieli zdaje się kompletnie tego nie rozumieć (też mam z takimi do czynienia, solidaryzuję się z autorką). W tym rozdziale podana została znowu spora dawka wiedzy o tym, jaki jest kot i czego się po nim spodziewać – ważne informacje o tym jak koty myślą, jak realizują potrzebę bliskości, a jak niezależności, jakie zachowania są naturalne i nie podlegają “wyplenieniu” żadnymi sposobami. Wszystko w imię promowania postawy pełnej szacunku i akceptacji dla kota jako pełnoprawnego członka rodziny. Być może ten rozdział stanowi najważniejszą część całej książki, z niego wynika wszystko inne – opisy, wyjaśnienia, wskazówki. Żałowałam, że był tak krótki!

Na kolejnych stronach znalazłam niespodziankę (tak, czytam po kolei, nie zaglądam na koniec książki przed jej lekturą). Na ładnym kredowym papierze zamieszczono zbiór fotografii ilustrujących wybrane kwestie z książki. Pisałam wcześniej o braku ilustracji, ale zdecydowałam się nie edytować wpisu w imię zachowania atmosfery faktycznego odbioru przez czytelnika (tak, pisałam na bieżąco z lekturą).

Rozumiem, że były względy dla których podjęto decyzję, by umieścić je tak, a nie inaczej, jednak z punktu widzenia sumiennego czytelnika jest to utrudnienie. Zamieszczenie rysunków czy zdjęć, nawet w obniżonej jakości, byłoby doskonałą ilustracją opisywanych rzeczy i ułatwiałoby zrozumienie jak faktycznie wygląda to, co jest opisywane – jak wygląda fizjologiczna pozycja do karmienia, jak rozmieszczać kocie półki, co z tą klatką czy transporterem, itd. Już choćby odnośnik do zdjęcia na końcu książki byłby wielkim ułatwieniem.

Podsumowując ten obszerny wywód:

Książka “Co jest, kocie?” Małgorzaty Biegańskiej-Hendryk to doskonały start w świat relacji ludzko-kocich. Dla początkujących będzie kopalnią wiedzy i zrozumienia dla ich pierwszego kociego towarzysza, ale i doświadczeni znajdą tu pewnie wiele interesujących informacji. Nie jest to kompendium, bo też nie taki jest cel tej książki, warto pogłębiać wiedzę dalej – ale i tak powinna się znaleźć w biblioteczce kocioluba.

Największe zalety książki to: głęboko humanistyczna perspektywa autorki, promująca szacunek i szukanie porozumienia z kotem zamiast rozwiązań siłowych, prezentowanie perspektywy kota jako równouprawnionej w relacjach człowiek-kot, konkretne wskazówki dotyczące zachowania, reagowania i radzenia sobie z konkretnymi wyzwaniami. Uważny czytelnik skończy lekturę jako potencjalnie o wiele lepszy koci opiekun, zostanie tylko wdrożyć wskazówki w praktyce – a o to przecież chodzi.

Książka nie jest pozbawiona wad, jak choćby ta feralna strona dotycząca kastracji. Pewne kwestie można by rozwinąć szerzej. Dodać ilustracje tam, gdzie by faktycznie coś ilustrowały. Można też dyskutować, czy taki podział treści na rozdziały jest optymalny.

Książkę dobrze się czyta. Napisana jest językiem prostym, konkretnym. Tu i ówdzie pojawiają się historie z doświadczeń autorki, pokazujące jak wyglądają opisywane zagadnienia w praktyce. Każda porcja wiedzy zakończona jest wypunktowanymi wskazówkami co do działań, a każdy rozdział kończy się podsumowaniem najważniejszych informacji. Ważniejsze stwierdzenia są wyraźnie wyróżnione w tekście i łatwe do zauważenia.

Słowem dobrze ją opisującym jest “praktyczna”. Praktyczna w korzystaniu, ze względu na przejrzysty układ i łatwość odszukania wzrokiem szczególnie istotnych informacji. Oparta na praktyce i opisująca praktykę.

Polecam.

Facebooktwittergoogle_plus

To moje miejsce!

Kot jest zwierzęciem terytorialnym. Posiadanie i ochrona własnego terytorium to tak samo silna potrzeba, jak potrzeby fizjologiczne. Koty żyjące wspólnie w mieszkaniu z konieczności dzielą terytorium, jednak błędem byłoby myśleć, że terytorium każdego kota-domownika obejmuje tę samą powierzchnię – powierzchnię mieszkania.

W stadzie psim dominujący osobnik miałby prawo przegonić innego z dowolnego miejsca, jeśli miałby ochotę się tam akurat położyć, a pozostałe psy będą mu ustępować. I tak w dół hierarchii. W stadzie kocim każdy osobnik ma własne miejsca, które otacza ochroną i w których dominuje.

Istotne jest, że te miejsca się zmieniają. Gdzieś w relacjach pomiędzy kotami zachodzi jakaś zmiana i od razu zaczynają korzystać z innych zasobów. Jakiś kot poczuł się pewniej i wywalczył prawo do miejsca. Inny się poddał i poszedł szukać spokojniejszego. Po zmianie zbyt blisko leży kot, z którym akurat inny nie chce przebywać. Człowiek zaczyna częściej przebywać w innym miejscu. Człowiek zmienił położenie istotnego dla kota mebla. Różne rzeczy wpływają na podział terytorium, przy czym jedna zmiana wpływa jednocześnie na wiele elementów. Za każdym razem koty negocjują na nowo podział, toteż kocie przepychanki są normalną częścią życia w stadzie.

W ostatnim czasie VaiPer śpi na bujanym fotelu oraz na parapecie w kuchni. Inne koty tam też się kładą, ale jak przychodzi VaiPer, ustępują mu miejsca. PaiLu też lubi bujany fotel, ale to nie jest jej wyłączne terytorium, toteż leży tam udając chleb, podczas gdy VaiPer na fotelu uwala się kołami do góry. Widać na pierwszy rzut oka, kto się tam czuje pewniej.

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

TaiChi okupuje wszystkie budki. Czasem pozwala ChiNie wchodzić do jednej z nich, a VaiPerowi do innej, ale ogólnie to ona sobie zaklepała ten teren. Podobnie jak miejsce po mojej lewej stronie w łóżku.

FaJing ma swoją miejscówkę na hamaku w kocim gaju, Antenka najwyższą półkę na drapaku w pokoju, ChiNa na drapaku w sypialni.

Podobnie jest z innymi elementami terytorium: każdy kot ma swoją ulubioną kuwetę na siusiu i drugą na kupę. Każdy ma ulubioną miskę z wodą i z chrupkami – przy czym niekoniecznie są to miski stojące w tym samym pomieszczeniu.

Co więcej, widzę, że koty poruszają się po domu innymi ścieżkami. Ganiają po całym domu, oczywiście, ale widzę, że są ścieżki, którymi chodzą częściej kiedy idą sobie po prostu spokojnie do jakiegoś swojego kociego celu. Jest osobna ścieżka prowadząca przez środek pokoju. Jest inna, naokoło, pod moim krzesłem i koło drapaka. Kolejna prowadzi przez fotel i szafkę.

To, co mnie martwi, to fakt, że Antenka nie ma dobrej drogi do swojej miski z wodą. Fotel, który był jej i stanowił część ścieżki, zabrała jej PaiLu i teraz Antenka chodzi środkiem pokoju. Ewidentnie nie jest to bezpieczna ścieżka, bo zwykle przebiega ją truchtem, zamiast iść bez pośpiechu.

Idę pomyśleć nad przemeblowaniem. I nad tym, jak wzmocnić pozycję Antenki i jej pewność siebie.

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

Facebooktwittergoogle_plus

Oczy szeroko zamknięte

Czarna Tylda sypia z otwartymi oczami.

Przez dłuższy czas miałam schizę, że mnie cały czas obserwuje. Leży sobie, relaksuje się, ale nie śpi, nie zamyka oczu, tylko non-stop mnie obserwuje. Cała jest dziwna, więc jedno dziwactwo w tę czy we w tę nie robi różnicy.

Dziś udało mi się pstryknąć fotkę, zanim się ruszyła. Dopiero z bliska widać, że to co wydaje się być pionową zwężoną źrenicą, jest tak naprawdę krawędzią trzeciej powieki. Trzecia powieka to ta błonka, która wysuwa się z kącika oka, zasłaniając je. Nawilża oko i usuwa zanieczyszczenia, a podczas snu zasłania i chroni oko.

Tylda, tak jak i VaiPer, podczas snu rozchyla powieki. Widac wtedy tę trzecią, która z daleka udaje otwarte oko, a ja mam słaby wzrok – i schizę. :)

Facebooktwittergoogle_plus

Gorączka sobotniego popołudnia

Zobaczcie jaki piękny bukiet dostała Serafinka i my w sobotę od jej nowych właścicieli! Taka orgia kolorów w środku zimy, czysty zachwyt! Kotom tez się podobał, co poznałam po tym, że go nie zjadły i nie zrzuciły ze stołu.

W sobotę kotki wypucowane i wypastowane czekały na odwiedziny przyszłych właścicieli. Czas płynął, mróz mroził a radosne oczekiwanie snuło się po kątach. Wtem! SalAdyn po raz pierwszy samodzielnie wyszedł z pudła.

Do kojca zwabił mnie płacz zdenerwowanej PaiLu. Włożyłam kocurka do pudła i oddaliłam się ku swoim zajęciom. Po chwili widzę po przeciwnej stronie pokoju SeraFinkę. Druga? Wątpliwości rozwiał widok PaiLu niosącej w kąt SharIfa. No ładnie, i co ja mam teraz zrobić? Ręce mi opadły.

Desperacko wrzuciłam kociaki do pudła, a pudło do czekającego łóżeczka dziecięcego. Zbudowałam też z ręczników i kawałków materiału namiot, w którym PaiLu była całkowicie schowana wraz z dziećmi. Zostało tylko liczyć na to, że nie zacznie przenosić maluchów, kiedy będą goście.

Ku mojej radości PaiLu znienacka pokochała miejscówkę i uspokoiła się na tyle, żeby pozwolić obcym ludziom brać kociaki na ręce. Kociaki jeszcze do popołudnia miały kwarantannę w pudle, potem zostały wyjęte i położone luzem na kocyku. Pierwszego dnia świat je straszył, ale już od niedzieli w nowym kojcu trwa nieustanna impreza.

Dzięki większej przestrzeni kociaki błyskawicznie opanowały sztukę poruszania się w z góry upatrzonym kierunku. Biegają, ganiają się, wspinają po siatce, huśtają i zaczepiają wszystkich wokół. PaiLu kładzie się z nimi również w części otwartej, a czasem przychodzą w odwiedziny inne koty i leżą razem. Sielanka.

Jedyny minus jest taki że tuż obok stoi komputer a ja, zamiast pracować, siedzę i się gapię. A jak tylko zajrzę do namiotu, SalAdyn woła: pi pi! i leci do mnie. No i jak tu nie wziąć kotka na ręce i nie wymiziać. A jak jednego, to pozostałe też. I godzina leci…

 

 

Facebooktwittergoogle_plus

Człowieku, krocz za mną

TaiChi zwiększyła stopień wyrafinowania w zwabianiu pani i skłanianiu do zaspokajania swoich potrzeb.

Teraz staje słupka, drapie mnie po plecach, po czym niedwuznacznie wskazuje, żeby iść za nią. Idziemy do kuchni – TaiChi przechodzi pod stołem, ja obok. Spotykamy się po drugiej stronie na jeden głask. TaiChi zawraca, mija mnie i lekko meandrując przechodzi przez cały pokój, mija biurko komputerowe (skąd wyruszyłyśmy) i udaje się… do sypialni. Tam czeka aż ją dogonię, kładzie się na łóżku i patrzy znacząco.

No to kładę się obok i miziam koteczka. :)

Facebooktwittergoogle_plus

Jak rozpoznać płeć kociaka

Dziś będzie o rzeczach bardzo podstawowych ze specyficznymi ilustracjami. Będziemy mianowicie zaglądać kotom pod ogon. Osoby o bardzo rozwiniętej wrażliwości proszone są o zaczekanie do następnego wpisu :).

Zauważyłam w statystykach, że zaglądają tu osoby poszukujące właśnie podpowiedzi, jak rozpoznać płeć kociąt w miocie. Nie pomyślałam o tym wcześniej i nie zrobiłam fotek, kiedy maluchy były całkiem miniaturowe, więc dwutygodniowe tyłeczki muszą wystarczyć.

Rozpoznanie płci kociaka nie jest tak trudne, jak by się niektórym wydawało, ani tak proste, jak by niektórzy chcieli – że tak pozwolę sobie zacytować klasyków. W przypadku dopiero co urodzonego kocięcia niewprawne oko może łatwo dać się zwieść, ponieważ maluch jest cały obrzmiały i dopiero po jakimś czasie skóra się wygładza. Ja na przykład dałam się zwieść maine coonkom – przez pierwsze godziny byłam przekonana, że urodziły się dwa kocurki. Dopiero inspekcja po jakimś czasie pozwoliła odkryć prawdę.

Kiedy mamy kocięta różnej płci, sprawa jest banalnie prosta – wystarczy wziąć dwa i porównać. Myślę, że nawet najbardziej niewprawne oko jest w stanie rozpoznać na pierwszy rzut oka, gdzie kotek ma anus. Następnie sprawdzamy w jakiej odległości jest drugi otworek. W przypadku koteczki odległość będzie niewielka a otworek podłużny, natomiast u kocurka już zdecydowanie większa a otworek okrągły.

U kilkudniowych kociąt różnica jest już tak znacząca, że nawet bez porównywania można stwierdzić, co trzymamy w ręku. Potrzebna tylko czujność i spostrzegawcze oko.

Tyle teoria. W praktyce wątpliwości nękają człowieka. Ja zaglądałam pod ogon co najmniej kilkunastu kociętom, a proszę – białe kudłatki mnie oszukały :).

A swoją drogą to niesamowite, jakie te kudłatki mają teraz mięciutką sierść! Puch, jedwab i aksamit razem wzięte się przy nich chowają. Rusałki z kolei są w dotyku puchate ale szorstkie. Za jakiś czas nastąpi zmiana i to rusałki będą atłasowe w dotyku, a maine coonia sierść się utwardzi.

Facebooktwittergoogle_plus

Szykujemy miejsce

Jeszcze co najmniej tydzień został do godziny zero, a ja mam już lekki stres. Jak chomik zgromadziłam pudła, które będę oferować kotkom do wyboru. Wyścieliłam na mięciutko, poświęcając rozmaite szmaty i ręczniki oraz świeżo uprane kocie kocyki. Rozstawiłam po kątach.
Jedno jeszcze nie jest gotowe, czeka na ostatni koci kocyk, pod którym chwilowo sypiam, albowiem swój pożyczyłam. I tak robi się coraz chłodniej, więc za chwilę przerzucę się na kołdrę.
Paczka podkładów higienicznych przygotowana. Jeszcze muszę dokupić kilka pieluszek tetrowych.
No.

Nie, żebym miała złudzenia, że kotki faktycznie użyją tego, co dla nich zaplanowałam.
Koty zainteresowały się nowymi opcjami wypoczynkowymi. PaiLu wlazła do koszyka, w którym sypia TaiChi.


TaiChi poszła do największego pudła (które – liczę na to po cichutku – będzie dla niej tym docelowym), ale nie poleżała tam długo, bo VaiPer ją wygonił. Poleżał kwadransik i poszedł wygonić też PaiLu z kosza.


A potem do kosza poszła Antenka i puściła pawia na ten świeżutko wyprany kocyk.
Ratunku.

Facebooktwittergoogle_plus

Kocimiętka

Kot też człowiek i ma czasami ochotę na chwileczkę zapomnienia. Pić – nie pije, sportem ekstremalnym sam jest, co więc mu zostaje? Nawdychać się troszeczkę. Do tego kot używa kocimiętki, krewnej mięty. Wącha ją, tarza się i przeżywa kilkuminutowy odlot. Podobnie działa waleriana, ale nie próbujcie tego w domu!

Zgodnie z tym, co pisze Desmond Morris w swojej książce „Dlaczego kot mruczy”, entuzjazm związany ze środkami odurzającymi kot ma zapisaną w genach. Albo jest narkomanem, albo nie. Albo nie interesuje się kocimiętką bardziej niż innymi roślinami, albo przy każdym kontakcie wpada w trans. Podział przebiega mniej więcej pół na pół, z niewielką przewagą narkomanów. Nie zależy od płci ani też tego, czy kot był kastrowany. Trochę zależy od wieku: kocięta do 2 miesiąca życia ponoć unikają kocimiętki, dopiero starsze zaczynają przejawiać zainteresowanie.

Kot w kontakcie z kocimiętką zachowuje się jak głupek. Wącha ja, liże, gryzie, ociera się, tarza. Mruczy przy tym i warczy. Czasem wyskakuje w górę albo drapie ziemię.

Nasze koty należą do tych mniej zainteresowanych. Przy czym dziwna sprawa – czasami reagują jedne, czasami inne. Mam w domu preparat z kocimiętką w sprayu i czasami psikam na kocie zabawki, ale rzadko, bo efekt jest mizerny. Raz zainteresowała się Antenka. Innym razem TaiChi – ale jakoś tak niemrawo, żadnego tarzania czy warczenia, tylko trochę ocierania pyszczkiem. A i tak zabawki zabiera im VaiPer – nie dlatego, że lubi kocimiętkę, tylko jest wrednym tyranem i despotą.

Natomiast w przypadku kotów narkomanów można użyć kocimiętki do skłonienia zwierzaka, żeby się zainteresował drapakiem. Meble popsikać odstraszaczem, cytryną albo octem, drapak – kocimiętką i mieć nadzieję, że zadziała. Jak to z kotami bywa – gwarancji nie ma. :)

Kocimiętką interesują się nie tylko koty domowe, ale też przedstawiciele całkiem dużych kotowatych.

Facebooktwittergoogle_plus