Mity mają się dobrze – czyli redaktorska licentia poetica

Stali czytelnicy pamiętają zapewne moją gwałtowną reakcję na artykuł pt. Kociary, autorstwa pani Katarzyny Surmiak-Domańskiej, zamieszczony w Wysokich Obcasach.  Rzecz ma swój ciąg dalszy – i w jeszcze gorszym świetle stawia autorkę artykułu, której do tej pory można było zarzucić dyletanctwo, ale nowe informacje skłaniają do myślenia wręcz o dużej nierzetelności. Swoboda, z jaką autorka potraktowała materiał, przesuwa utwór z dziedziny dokumentu w obszar fantastyki. Niestety – nie naukowej.

Skontaktowała się ze mną pani Karolina Gałęcka, jedna z bohaterek niesławnego artykułu. Oddaję jej głos (pozwoliłam sobie  na redakcję w zakresie interpunkcji):

Witam serdecznie,

Chciałabym napisać sprostowanie do wywiadu przeprowadzonego ze mną do Kocich Spraw (Wysokie Obcasy) „Kociary”.

Cała treść jest przekręcona, nie wiem co za reporterka to pisała i jak mogła tak wszystko pomieszać!! Totalne bzdury, za które wszystkich bardzo przepraszam.

Wywiadu udzielałam telefonicznie, kobieta słuchała mnie uważnie, lecz widać w przelewaniu treści na papier miała ogromne problemy. Jak można tak poprzekręcać wypowiedź, pomieszać wszystko.

Kotka, o której jej opowiedziałam, faktycznie była kupiona przeze mnie wiele lat temu bez rodowodu, ponieważ nie miałam doświadczenia!! Powiedziałam to jako przestrogę dla ludzi z brakiem wiedzy, jakiej mi kiedyś również zabrakło. Mówiłam reporterce, by ludzie nie kupowali nigdy kota bez rodowodu, opowiadałam jak ja zostałam oszukana. Kot nie miał szczepień, w książeczce zdrowia były podrobione pieczątki. Wszystko to, co powiedziałam jest niezgodne z treścią, w wywiadzie nie mówiłam nic o tym że koty rasowe są chorowite!!!! Wręcz przeciwnie: zapewniałam ją, że koty z porządnych zarejestrowanych hodowli są zdrowe, przebadane pod kątem chorób dziedzicznych, szczepione i odrobaczane.

O chorobach mówiłam jej w pseudohodowlach, mówiłam o pseudorasowych kotach, za które ci ludzie biorą pieniądze, dopuszczając Bóg wie gdzie i z kim!! Twierdząc, że mają rasowe koty, krzywdząc te zwierzęta, sprzedając je chore. To były moje słowa, czyli przestroga dla ludzi kupujących koty z niezarejestrowanych pseudohodowli!! Chciałam w ten sposób uświadomić ludziom, że kot rasowy to kot rodowodowy, o czym ta kobieta również nie wspomniała w tym pseudowpisie, który podpisała moim imieniem i nazwiskiem.

Druga sprawa: opisywałam charakter kota rasy nebelung, reporterka napisała że to rosyjski niebieski. Wszystko w tym wywiadzie jest żenujące i niezgodne z prawdą.

Bardzo mi przykro że ten artykuł się ukazał z tak skandaliczną treścią.

***

Bardzo bym chciała cały wywiad sprostować. To przykre. Mam nauczkę na przyszłość, by nie udzielać wywiadów telefonicznych osobom, które nie potrafią przekazać informacji, które zostały im powiedziane.
Wszystko w tym wywiadzie nie ma sensu, reporterka pokleiła zdania wyrwane z kontekstu, układając w całość jeden wielki zlepek bzdur.
To przykre!

Dziennikarstwo zawodem zaufania publicznego, prawda…

Pani Katarzyna Surmiak-Domańska bynajmniej nie jest stażystką ani początkująca dziennikarką. To osoba o wieloletnim doświadczeniu, nauczająca kolejne pokolenia dziennikarzy w Polskiej Szkole Reportażu…

Facebooktwittergoogle_plus

Mity mają się dobrze

Miało być o czym innym, ale mi ciśnienie skoczyło i muszę. Będzie długie i emocjonalne.

O tym, jak opiniotwórcze czasopismo zamiast szerzyć wiedzę, wspiera istnienie problemów wynikających z braku świadomości ludzi na temat bliski memu sercu – kotów rasowych.

Z okazji Dnia Kota Wysokie Obcasy zamieściły artykuł pani Katarzyny Surmiak-Domańskiej pt. Kociary. Oczywiście rzuciłam się nań jak głodny na naleśnik (bardzo lubię!) i w miarę czytania mina mi rzedła.

Aż w końcu ręce mi całkiem opadły. Oto w poczytnym i uznanym piśmie ogólnopolskim czytam słowa pani Karoliny Gałęckiej: „Była rasowym kotem rosyjskim, ale kupiłam ją bez rodowodu. Właściciel zapewniał, że była szczepiona na białaczkę, ale nie była. A koty rasowe są bardzo podatne na choroby.” Na boba! Na 3 zdania – 3 rzeczy straszne.

1.  „Była rasowym kotem rosyjskim, ale kupiłam ją bez rodowodu„. Nie istnieje coś takiego jak kot rasowy bez rodowodu. Rodowód jest potwierdzeniem pochodzenia, pokazuje przodków kociaka do kilku pokoleń wstecz  (moje koty mają w rodowodzie opisanych 5 pokoleń). Funkcjonuje w świadomości społecznej kilka mitów, które staram się w miarę moich niewielkich możliwości prostować:

  • Rodowód nie jest drogi, wiec nie ma takiej opcji, żeby hodowcy nie było na niego stać (mnie kosztuje 30 zł za każdy plus 10 zł za przesyłkę, niezależnie od ilości dokumentów).
  • Nie zależy od ilości kociąt w miocie – każde przecież ma mamę, tatę, babcie, dziadków i innych przodków, niezależnie czy urodziło się jako pierwsze i najsilniejsze, czy jako piąte. Rodowód to jest certyfikat pochodzenia, a nie certyfikat zdrowia.
  • Nie zależy od wystawiania kota na kocich wystawach. Niektóre kluby zrzeszające hodowle wymagają uczestnictwa w wystawie i uzyskania oceny przez niezależnych sędziów do tego, by wydać zezwolenie na krycie kotki – a skoro kotka została pokryta i są kocięta, i są one legalne, to mają rodowód. Chyba, że nie są legalne, ale wtedy to inna bajka, nieprawdaż?

2.  „Właściciel zapewniał, że była szczepiona na białaczkę, ale nie była„. Czyli kotek nie miał książeczki zdrowia, w której zapisane są wszystkie zabiegi, jakim kocię było poddane? Szczepienie na białaczkę nie należy do podstawowego pakietu szczepień. Abstrahując od skuteczności, należy pamiętać, że jest to szczepionka zjadliwa – m. in. dlatego tę właśnie podaje się w łapę, a nie  na przykład w kark czy kocią pupę. W przypadku – odpukać – powikłań może dojść do konieczności amputacji łapy. Nikt o zdrowych zmysłach nie powinien szczepić na białaczkę, jeśli nie ma takiej konieczności. Taką konieczność może wywołać na przykład kot z białaczką w domu. Ale jeśli jest kot z białaczką, to nikt przy zdrowych zmysłach w takim domu nie miewa kociąt!

3.  „A koty rasowe są bardzo podatne na choroby„. Po to prowadzi się hodowle, bada koty, starannie dobiera w pary, żeby koty były zdrowe. Koty nie rokujące – pod względem zdrowia, charakteru czy cech wyglądu – są z hodowli wykluczane. Po to są hodowle, na boba!

  • Kupując kota z hodowli  masz pewność, że wszyscy jego przodkowie byli zdrowi, mieli dobry charakter i wyglądali tak, jak powinien wyglądać kot danej rasy. Wiesz czego oczekiwać. (Nawiasem mówiąc dlatego ja zawsze opisuję usposobienie kociąt w danym momencie ich rozwoju – żeby przyszli właściciele mogli wybrać kociaka nie tylko po płci i odcieniu szarości, ale i z odpowiadającym im temperamentem.)
  •  Niektóre rasy mają skłonności do pewnych chorób. Może to wynikać z różnych przyczyn, jak miks genów dzięki którym rasa w ogóle powstała, jeśli jest stworzona przez człowieka (co wiąże się trochę z cytatem, o którym za chwilę) czy naturalne cechy budowy kota. Powiem na przykładzie maine coonów – to duże koty i ze względu na wielkość mogą mieć skłonności do chorób serca. Tak to natura wymyśliła, że serce nie rośnie w takim tempie, jak ciało i w związku z tym u osobników dużych wydolność serca jest relatywnie mniejsza. Komandosi i członkowie służb specjalnych, gdzie wymagana jest wysoka sprawność fizyczna, częściej są osobami niezbyt wielkimi – bo wtedy wydolność serca jest największa i jest się najsprawniejszym. A maine coon jaki jest – każdy widzi. Dlatego hodowcy robią swoim kotom badanie echa serca, żeby wykluczyć zmiany chorobowe, oraz badania genetyczne, by wykluczyć osobniki narażone genetycznie na skłonności do chorób serca. Stąd wiem, że moja TaiChi nie niesie w genach tej skłonności (wynik HCM n/n, czyli ujemny dla dwóch genów), tak samo ChiNa (i matka i ojciec są n/n, więc dziecko jest także n/n). To oczywiście pewności nie daje, ale zwiększa prawdopodobieństwo uzyskania kotka zdrowego. Nawet jeśli wybrana rasa ma skłonności do chorób, to w hodowli są koty u których prawdopodobieństwo ich wystąpienia jest najmniejsze. 

Generalizując – koty rasowe w hodowlach są zdrowsze, do jasnej Anielki!

Oto poważna gazeta opisuje jako wzór kociary osobę, która nabyła kota w pseudohodowli. Dachowca, bo kot bez rodowodu jest kotem nierasowym, koniec, kropka. Rasowy=rodowodowy. A osoba wypowiada się na temat kotów rasowych.

Nie zna pochodzenia swego pupila i nie ma pewności, że kot nie jest owocem związku matki z synem czy ojca z córką – co w pseudohodowlach jest niestety spotykane. Ale za to zapewne kosztował mniej, niż z hodowli. Super interes. Tylko, że nie – jak na tzw. dachowca, koty z pseudohodowli są raczej drogie. Dużo taniej wychodzi wziąć ze schroniska czy od znajomych, a poziom rasowości taki sam. Jeszcze gorzej finansowo wychodzi, kiedy kot zaczyna wkrótce chorować, a zdarza się to zastraszająco często. Wyobraźcie sobie kota w typie maine coona z pseudohodowli: bez badań, z domieszkami nie wiadomo jakich ras, o niewiadomej kondycji serca. Zgaduj zgadula: ile może kosztować leczenie ukochanego kota z chorobą serca?

Niestety, póki są nabywcy, póty będą pseudohodowle – smutna prawda. A właśnie gazeta napisała, ze kupowanie w pseudohodowli jest ok. Facepalm roku.

Kolejne słowa, które mnie zdenerwowały, wypowiada pani Justyna Szulc „Jeśli mam być szczera, to mnie się to rozjaśnianie blue wcale się nie podoba. Im jaśniejsze futerko, tym bardziej gubi się tę głębię pomarańczu w ich oczu. Na wystawach te koty są coraz bledsze i o coraz bledszym spojrzeniu. Jak mamy już jakąś rasę, to po co przy niej majstrować. Zostawmy ją. Twórzmy nowe!

Jak można stworzyć takie nowe? Trywializując: łącząc na przykład koty różnych ras i patrząc, co z tego wyniknie. Albo kota rasowego z dzikim. Wynik zawsze będzie wielką niewiadomą. Oczywiście to nie jest tak, że sobie połączymy i hopla! jest nowa rasa. Jest to proces długotrwały i jeśli już, winien być wdrażany w sposób odpowiedzialny i z dbałością o wszystkie szczegóły. A uznanie nowej rasy przez organizacje felinologiczne to kolejne długie lata zabiegów.
Robi się takie rzeczy, owszem. Tak na przykład powstała rasa szkockich zwisłouchych, które są takie rozkoszne i śliczne – każdy miłośnik Maru to przyzna. Tak powstały reksy, sfinksy i koty bez ogonów. Tylko że to nie jest zabawa. Igranie z genetyką niesie ze sobą poważne ryzyko – w procesie dziedziczenia łatwo o nieprawidłowości w przekazywaniu informacji, a w wyniku tego o anomalie i choroby genetyczne. Powstaniu każdej rasy towarzyszyła wielka liczba kociąt wykazujących rozmaite wady. Powtórzę: to nie jest zabawa.

Tymczasem pani Justyna lekko kładzie na szali dwie rzeczy o różnym ciężarze gatunkowym: łączenie osobników różnych ras w celu otrzymania trzeciej o nieznanym genotypie i fenotypie, usposobieniu, zdrowiu i charakterze na jednej szali, a łączenie osobników tej samej rasy, tylko o cechach wyglądu nie odpowiadających jej gustowi, na drugiej. I to pierwsze uznaje za coś bardziej właściwego i odpowiedniego. Czy tylko dla mnie brzmi to arogancko?

Pani Tatiana Mołodecka mówi: „Dachowce są dzikie, nieposłuszne, drapią, rzadko są mądre„. Przypisywanie cech przynależności do określonej grupy jest błędem poznawczym. Dzikie, nieposłuszne, drapiące i rzadko mądre są koty źle zsocjalizowane i źle wychowane. Są rasowe koty miłe i mądre, są nierasowe miłe i mądre. Są rasowe dzikie i nieposłuszne, są nierasowe dzikie i nieposłuszne. Dokonywanie takich pejoratywnych generalizacji jest niesłuszne i krzywdzące.


Było tam więcej perełek, ale i tak tekst mi się zrobił sążnisty, więc poprzestanę na tym. Nie wiem, jakie były kryteria doboru bohaterek artykułu. Nie wiem, na kogo rzucać większe gromy: na autorkę, panią Katarzynę Surmiak-Domańską, na jej rozmówczynie czy na brak konsultacji z kimś kumatym.

Ludzie kochani, ja jestem hodowczynią, człowiekiem kompletnie stukniętym na punkcie kotów, podporządkowującym swoje życie domowym zwierzętom. Na skali „normalności” jestem gdzieś z brzegu. Ale nawet ja mam poczucie, że z paniami opisanymi w artykule jest coś nie tak. A co zobaczy kompletny laik? Jakieś kuriozum nie z tej ziemi! Dobór genetyczny ludzi, panią, która macha zabawką na sznurku, arogancję i jakieś kompletne popieprzenie, excusez le mot!

Najgorsze, że wymowa tego artykułu kompletnie wypacza ideę i zalety posiadania kotów rasowych, a nawet ukazuje to jak jakieś przegięcie w kosmos. Jak pisał wieszcz: „z początku porwał mię śmiech pusty, a potem litość i trwoga”.


Artykuł można przeczytać tutaj: Kociary.

Wersja TL;DR: Wysokie Obcasy puściły żenujący artykuł o kociarach i kotach rasowych i mi ciśnienie skoczyło.

*

Ps. Może warto sobie uświadomić, że koty ras naturalnych też były kiedyś „dachowcami”. Rusałki włóczyły się po Archangielsku, syberie po Syberii, maine coony po stanie Maine w USA, norwegi po Skandynawii, itd.

Facebooktwittergoogle_plus

Skarby Abisynii

Muszę się pochwalić – byłam z wizytą u kotów abisyńskich!

Czy wspominałam już, że nie mam miejsca na jeszcze jednego kota? Nie mam miejsca na białego devona, nie mam miejsca na sfinksa i kompletnie nie mam miejsca na abisyńczyka. Ani centymetra. Ani ciut-ciut. (Pomóżcie, bo mi silna wola słabnie!)

Gdyż abisyńczyki o dzikim umaszczeniu, a szczególnie kiedy są młode – są ab-so-lut-nie prześliczne.

Jak powiedziała Aneta, ich właścicielka, abisyńczyki są przekonane, że przychodzisz specjalnie do nich. Są towarzyskie aż do bólu. Człowieki są po to, by zachwycać się abisyńczykami, miziać, rozpieszczać, rozmawiać, zabawiać, rzucać zabawki i dostarczać wszelkich rozrywek.

A one kochają zabawę, są wesołe, rozkoszne, pełne wdzięku, zwinne, śliczne i do tego hiper-aktywne. ADHD wcielone.

Wygladają jak dzikie koty, jakby dopiero co wyszły z zarośli sawanny. Są smukłe i eleganckie. Na grzbiecie mają mix czarnego z rudo-brązowym i jestem przekonana, że w słońcu i w zaroślach byłyby całkiem niewidoczne.

Miałam też okazję obfotografować z każdej strony śliczną dziewczynkę w kolorze sorrel, czyli brzoskwiniowo-rudym. Shambala jest bardzo nieśmiała, więc początkowo próbowała chować się po kątach. Potem usadowiła się na górnej półce drapaka i udawała, że jej tam nie ma. Dopiero po jakimś czasie nabrała odwagi i chętnie pozowała do zdjęć.

Doskonale wiem, że gdybym przyniosła do domu takiego ślicznego abisyńczyka, w domu najpierw byłby zbiorowy foch, a potem zaczęłyby się sceny dantejskie, bo moje koty też nie z tych spokojnych. Ale one takie śliczne są…

A te śliczne koty zawitały tutaj dzięki uprzejmości Anety z hodowli Ullo Kokkino*Pl.

Więcej zdjęć w galerii – zapraszam do oglądania!

*

Facebooktwittergoogle_plus

Już za chwileczkę…

Kicia robi się coraz grubsza w okolicach brzucha.  Żre tyle, co mainecoony, ale wszystko idzie na dzieci, bo sama jak była, tak jest chudziutka. Waży teraz 3,6 kg, czyli o 0,8 kg więcej niż przed ciążą.

W związku ze wzrostem w obwodzie przestała się mieścić do ulubionego pudełka po statywach, jak włazi za książki to też musi kilka wyrzucić, żeby wejść swobodnie. Przestała skakać,  tyle co czasem z krzesła zeskoczy. Natomiast we wspinaniu się brzuch jej zupełnie nie przeszkadza – cały czas pomieszkuje na najwyższej półce w garderobie w pudle z ciuchami i drobiazgami, których używam na wycieczkach w góry. Umościła tam sobie wygodne gniazdko w mojej termobieliźnie. Tylko stuptuty wyrzuciła na podłogę, bo zamiast pasków pod podeszwę mają linki stalowe, które ją gryzły w bok. A jak chce zejść, to – jak dawniej VaiPerek – wydaje odgłos paszczowo i czeka aż ją ktoś zdejmie.

Ostatnio okazało się, że to, kto zdejmuje kicię, też nie jest obojętne. Paweł wszedł na drabinę i wołał ją do siebie, a ja stałam z drugiej strony półki i próbowałam ją skłonić, żeby poszła do niego. Wyciągnęłam przy tym rękę do góry i kicia niewiele myśląc zwiesiła się w dół i zjechała pazurami po mojej ręce. Chyba próbowała stanąć mi na dłoni. Mam teraz sznyta do samego łokcia i wyglądam jak ofiara przemocy w rodzinie.

Czasem po bokach brzucha takie gule jej wyskakują kiedy maluchy zaczynają się rozpychać. A jak się przyłoży ręce, to czasami czuć jak kopią. Ogólnie kicia spędza czas jedząc albo relaksując się na fotelach lub w łazience na rozłożonym ręczniku. Przez pewien czas naprawdę się obawiałam, że będzie chciała urodzić w garderobie w tym pudle na wysokości 2,3 m nad ziemią, ale teraz zaczynam mieć nadzieję, że wybierze jednak łazienkę.

.

Odwiedź też:

Kot jaki jest – wspinanie się

Facebooktwittergoogle_plus

Po pierwszej randce

PaiLu, przestawiona kawalerowi, zachowała się skandalicznie. Najpierw mu wtłukła, potem skuliła się w kącie w kuwecie i stamtąd warczała i fukała za każdym razem, kiedy się zbliżał.

Punto był mocno zainteresowany i co chwila usiłował podejść i się zaprzyjaźnić, ale nie dała mu wielkiej szansy. Nie mogliśmy na to patrzeć, ale też nie mogliśmy za wiele poradzić. Wymiziawszy kawalera, który w odróżnieniu od naszej hrabianki bardzo był zainteresowany również głaskaniem i drapaniem za uszami, udaliśmy się do domu, zapewniając się wzajemnie, że będzie dobrze.

Dopiero po dwóch dniach panna oswoiła się z sytuacją na tyle, że pozwoliła kocurowi podejść i się obwąchać. A potem jakoś już poszło…

W sumie PaiLu spędziła u Punta pięć dni. Przez ten czas dokładnie nasiąkła zapachem obcego mieszkania i obcego kocura. Gdy w końcu przywieźliśmy ją do domu i wypuściliśmy z transporterka, w domu zapanowało pandemonium. Mainecoony uznały, że to jakiś obcy kot. TaiChi uciekła pod łóżko. VaiPer zaś najeżył się, położył uszy i jak nie zacznie syczeć!

Przestraszyliśmy się nie na żarty. Natychmiast odseparowaliśmy je od siebie.

Przez kilka minut, kiedy PaiLu biegała po swoich ulubionych kątach, pilnowaliśmy VaiPerka. Starałam się też potem jak najczęściej głaskać niebieską i brać ją na ręce (choć tego nie znosi), żeby zostawić na niej swój zapach.  Cały wieczór koty jeszcze boczyły się na siebie, ale w nocy już VaiPerek pomagał niebieskiej się myć, skutecznie odbudowując na niej „nutę zapachową” naszego stada.

Następnego dnia nie było śladu po scysji.

Facebooktwittergoogle_plus

Od ust sobie odejmę a kotu dam

Czy to nie jest świństwo, że cała karma kocia oraz żwirek kończy się w tym samym czasie? I to jeszcze jakoś tak strasznie znienacka. Oto stanęłam oko w oko z pustą szafką kocią i perspektywą baaardzo dużych zakupów.

Mając trzy zwierzaki nie bawimy się w detal. Mokre wybieramy w miarę możliwości w dużych opakowaniach, nawet po 400g. Idzie to wówczas na dwa razy – na tyle koty łaskawie się zgadzają, dłuższe przetrzymywanie w lodówce dyskwalifikuje karmę w kocich oczach. Taka porcja jest dosyć duża, nawet jak na trzy koty, ale jakoś nie mam serca im obcinać racji. Zresztą maine coony rosną i wkrótce będą całość połykać na raz. W sumie mogłyby żyć na samym suchym, dobre karmy są absolutnie wystarczające do utrzymania kota w dobrym zdrowiu i kondycji, ale pozbawienie ich tradycyjnego śniadanka byłoby już okrucieństwem.

Suche też kupujemy w wielkich worach, po 5 – 7 kg. Mieszam kotom zwykle różne karmy, bo towarzystwo wybredne jest i smaki im się zmieniają. Co jakiś czas któraś karma przestaje im pasować i co wtedy? Wyrzucać? A po zmieszaniu powoli, po trochu, wyżrą wszystko. Oprócz Orijena – tę wydłubują z misek i odrzucają ze wstrętem. Nie wiem czemu, przecież to dobra karma. (Dobrze, ze wzięłam tylko 2 kg. Chce ktoś? Bo mi miejsce zajmuje).

Summa summarum kupowanie dużych ilości wychodzi taniej i na dłużej wystarcza. Zawsze jakoś tak wychodziło, że  tylko raz na jakiś czas trzeba było uzupełniać jeden produkt. A tu nagle zonk! znienacka wyszło wszystko. Kupienie całego zapasu na raz najprawdopodobniej zabije mnie finansowo.

Na pierwszy ogień poszło mokre. 64 kartoniki Bozity (prawie 24 kg żarcia!) w różnych smakach przyszły w wielkiej pace, zostały rozładowane i wrzucone do kociej szafki. Zajęły jej połowę, ale za to na 4 miesiące jest spokój.

Poprzednia dostawa wyglądała tak:

MaineCoonie chrupki jeszcze są, dokupiłam do niego kolejny woreczek Biomilla Selective. Mix tych dwóch to najnowszy przebój sezonu. Koty ostatnio nie chciały już zwykłego Hillsa, widać się znudził, wzięłam więc na spróbowanie malutką paczkę Nature’s Best.  Okazało się, że ma bardzo fajne kształty i dosyć duże chrupki, powinno im pasować. Zrobiłam im trzy różne miksy w trzech miskach i patrzę, co jedzą. Na razie jestem dobrej myśli. I złej jednocześnie, bo chyba będzie trzeba kupić kolejny duży wór.

Obejrzałam sobie moje ulubione żwirki w różnych sklepach internetowych i nieco się się zdziwiłam. W Animalii 14kg Golden Grey Master kosztuje więcej niż dwa worki po 7 kg. Gdzie sens, gdzie logika? Z kolei w Zooplusie cena jest wyjątkowo dobra, ale minimalne zakupy to dwa worki po 14 kg. Ech… decyzje, decyzje, decyzje… Najwięcej czasu pochłania szperanie po różnych sklepach internetowych i porównywanie cen. Ale muszę powiedzieć, że zwraca się to z naddatkiem. A jeszcze przy większych zamówieniach zawsze jakiś bonus dojdzie, a to w postaci dodatkowego rabatu, a to dostawy gratis – i utrzymanie rasowych kotów staje się nieco tańsze, niż się pierwotnie wydawało.

Aż do chwili takiej, jak ta :)

Facebooktwittergoogle_plus

Kot jaki jest – nawet najmniejszy jest arcydziełem

Nawet najmniejszy kotek to żywe arcydzieło pisał Leonardo da Vinci i nie sposób się z tym nie zgodzić.

Kot, co nie jest zaskoczeniem, ma w sobie szkielet (brrrr! jak byłam mała, nie lubiłam myśli, że też mam w sobie szkielet). A w tym szkielecie ma więcej kości niż człowiek!

Dorosły człowiek ma około 206 kości (około, bo można np. mieć „trzynaste żebro”, a u osób starszych kości czaszki się zrastają i liczba spada). Tymczasem taki mały kotek ma ich aż 240!

Jednak w tym zestawie nie odnajdziemy ani kości krzyżowej, ani obojczyka (jest tylko bardzo zredukowany fragment tkanki obojczykowej, tkwiący głęboko w mięśniu piersiowym). Dzięki temu kot jest tak nieprawdopodobnie giętki i tak sprytnie prześlizguje się przez wszelkie, nawet najmniejsze, otwory.

Jednak fakt, że ta mała kosteczka obojczyka nie wzmacnia szkieletu ma też niekorzystny aspekt. Jeżeli podniesiemy kota za przednie łapy, wisi on całym swoim ciałem na mięśniach i ścięgnach. Jeśli jest bardzo ciężki albo się broni, może się to zakończyć kontuzją, której efektem będzie długo utrzymująca się kulawizna.

Ps. Paweł przygotował kilka tapet na komórkę z kotami i nie tylko (baner po prawej) – zapraszamy!

Facebooktwittergoogle_plus

…i po wystawie

Szczęśliwie przetrwaliśmy drugi dzień wystawy.

Nie mieliśmy przyjemności wygrać czegokolwiek, ale dzień bynajmniej nie był stracony! Mieliśmy to szczęście, że dziś oba koty były oceniane przez sędziów nie tylko bardzo kompetentnych, ale przede wszystkim bardzo komunikatywnych. Jeden z nich co prawda mówił po czesku, ale gesty miał wyraziste i dało się pojąć o co biega. Dzięki temu bardzo dużo się dowiedzieliśmy: o naszych kotkach, o konkurencyjnych kotach, a przede wszystkim skąd bierze się taka, a nie inna ocena. To najlepsze źródło prawie obiektywnych opinii o urodzie naszych kotów. Piszę „prawie”, bo przecież zawsze sędziowanie jest w jakimś stopniu subiektywne. Jeden sędzia lubi jasną sierść, inny smukłą sylwetkę i naturalnym jest, że taka cecha najsilniej przyciąga jego uwagę. Zdarza się więc, że jeden sędzia uzna kota A za lepszego od B, natomiast drugi – odwrotnie. Zdarzyło się to i nam. Taka karma.

Tak czy inaczej, zostało nam pokazane palcem co jest dobre, co ma szanse być dobre, a co za bardzo nie rokuje. Oczywiście koty wciąż rosną i zmieniają się, wobec tego i te oceny będą się zmieniać, ale dzięki temu nasza wiedza i umiejętność oceny kotów naszych ras będzie coraz większa, a o to przecież w tej zabawie chodzi. Nie tylko oceny sędziów, ale też rozmowy z innymi hodowcami przynoszą tyle informacji, że z każdej takiej imprezy wracamy z dymiącymi czaszkami.

Natomiast z cyklu „opowieści dziwnej treści” muszę wyznać, ze o mało nie umarłam ze śmiechu, kiedy sędzia oceniający maine coony (przed zgromadzoną publicznością, nie tylko wystawcami) oświadczył, że nasza TaiChi ma najlepsze futro i jest najlepiej przygotowana do wystawy. Jak przyznałam się w poprzednim wpisie (tutaj), nie dość, że przekonaliśmy się, że o przygotowaniu sierści nie mamy bladego pojęcia, to jeszcze kotka ze stresu się strasznie skudliła i zmatowiała. Została więc natarta nabytym naprędce pudrem, wyczesana niemal w biegu, wywleczona przed sędziego – i voila! dwóch sędziów chwali przygotowanie futra! Morał z tego wynika głęboki, iż głupi to ma zawsze szczęście, i tego należy się trzymać.

Mieliśmy też okazję zobaczyć na własne oczy kota, który bardzo rzadko prezentowany jest na wystawach, mianowicie Snowshoe. Jest to amerykańska rasa wywodząca się od kotów syjamskich. Cechą charakterystyczną tych kotów są białe skarpetki, łatwo się domyśleć więc skąd pochodzi nazwa. Do tego mają niebieskie oczy. Uroczy, prawda?

A w galerii oczywiście kolejna porcja zdjęć.

Facebooktwittergoogle_plus