Po pierwszej randce

PaiLu, przestawiona kawalerowi, zachowała się skandalicznie. Najpierw mu wtłukła, potem skuliła się w kącie w kuwecie i stamtąd warczała i fukała za każdym razem, kiedy się zbliżał.

Punto był mocno zainteresowany i co chwila usiłował podejść i się zaprzyjaźnić, ale nie dała mu wielkiej szansy. Nie mogliśmy na to patrzeć, ale też nie mogliśmy za wiele poradzić. Wymiziawszy kawalera, który w odróżnieniu od naszej hrabianki bardzo był zainteresowany również głaskaniem i drapaniem za uszami, udaliśmy się do domu, zapewniając się wzajemnie, że będzie dobrze.

Dopiero po dwóch dniach panna oswoiła się z sytuacją na tyle, że pozwoliła kocurowi podejść i się obwąchać. A potem jakoś już poszło…

W sumie PaiLu spędziła u Punta pięć dni. Przez ten czas dokładnie nasiąkła zapachem obcego mieszkania i obcego kocura. Gdy w końcu przywieźliśmy ją do domu i wypuściliśmy z transporterka, w domu zapanowało pandemonium. Mainecoony uznały, że to jakiś obcy kot. TaiChi uciekła pod łóżko. VaiPer zaś najeżył się, położył uszy i jak nie zacznie syczeć!

Przestraszyliśmy się nie na żarty. Natychmiast odseparowaliśmy je od siebie.

Przez kilka minut, kiedy PaiLu biegała po swoich ulubionych kątach, pilnowaliśmy VaiPerka. Starałam się też potem jak najczęściej głaskać niebieską i brać ją na ręce (choć tego nie znosi), żeby zostawić na niej swój zapach.  Cały wieczór koty jeszcze boczyły się na siebie, ale w nocy już VaiPerek pomagał niebieskiej się myć, skutecznie odbudowując na niej „nutę zapachową” naszego stada.

Następnego dnia nie było śladu po scysji.

Podobne opowieści:

Facebooktwittergoogle_plus

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *