Kosz Litter Locker po 5 miesiącach

Swoim komentarzem Igrażka przypomniała mi, że nie napisałam jeszcze o dalszym użytkowaniu kosza Litter Locker. Dziś więc ciąg dalszy…

Kosz sprawdza się niezmiennie dobrze. Kołnierz okalający worek brudzi się zaś niezmiennie niezmiernie, ale to w końcu nie jest nic strasznego. Oryginalny worek, z którym produkt został mi dostarczony, skończył się po około 3 tygodniach, o ile dobrze pamiętam. Całkiem przyzwoicie, jak na ilości odpadów produkowane przez moje 4 intensywnie pijące wodę koty.

Pomimo, że worki z oryginalnego wkładu są bardzo wygodne w użytkowaniu, postanowiłam przerzucić się na tańsze substytuty w postaci normalnych worków na śmieci. Najpierw byłam tak pracowita, że skraj worka wpychałam do środka tego plastykowego pierścienia, w którym był produkt oryginalny. Czy ta pracowitość mi pozostała? Ależ! Pozostało jedynie to zdjęcie.

Teraz tylko owijam pierścień workiem dookoła i tak zakładam. Szybko i sprawnie. Worki śmieciowe ogólnie sprawują się bardzo dobrze i będę kontynuować niecny proceder nie zasilania producenta kosza kolejnymi kwotami.

Doświadczenie pokazuje, że worki 35-litrowe, na oko pasujące do objętości kosza, są za małe. Wynika to głównie z dwóch rzeczy:

  • część worka musi być owinięta wokół pierścienia i przyciśnięta kołnierzem na wierzchu kosza,
  • worek musi mieć wystarczającą długość, by nawet zapełniony (a więc rozdęty w dolnej części kosza) umożliwiał zamknięcie się tej przegrody z rączką – musi dawać więc wystarczającą ilość luzu.

Teraz używam worków, które na opakowaniu mają informację, że mają długość 80 cm (takie kupuję po prostu do kosza kuchennego). Co prawda większa część objętości pozostaje nie zapełniona, ale ciężar nawet tej ilości mokrego żwirku i tak sięga granic tego, co jestem skłonna wynosić do śmietnika, dosyć w końcu oddalonego od mojej klatki schodowej.

Podsumowując – zakup ze wszech miar udany. Polecam.

.

Czytaj też:

Testujemy kosz Litter Locker

Facebooktwittergoogle_plus

Testujemy kosz Litter Locker

Widziałam go już dobrych kilka miesięcy temu i strasznie mi się spodobał. Mniej mi się podobała jego cena (prawie 100 zł), toteż z bólem wielkim, tłumiąc łkanie, kupiłam na kocie potrzeby zwykły mały kosz o pojemności 3 l.

Nasze koty zdecydowanie preferują żwirek bentonitowy, toteż staliśmy się niewolnikami krępujących pakiecików z kocim urobkiem, wyrzucanych do śmieci. Mieszkamy na jednym z tych osiedli, gdzie śmietniki pozostają w niejakim oddaleniu od bloków, a kotów używających kuwety jest cztery – i to wszystko wyklucza możliwość wyrzucania woreczków 3 razy dziennie po każdym sprzątaniu. Nie ma tu aż tak pracowitych w tym domu! Stąd pomysł na osobny kosz koci, który można opróżniać co któreś sprzątanie. W zasadzie jedyną jego wadą jest to, że aby dorzucić kolejną bryłkę,  trzeba go otworzyć – a to do przyjemnych nie należy.

Dlatego zachwycił mnie pomysł kosza z przegrodą, która zamyka część w której składowane są odpady od tej, do której się wrzuca kolejne. A jeszcze bardziej spodobało mi się to, że zooplus właśnie sprzedaje go w promocji za niecałe 40 zł! 100 zł bym nie dała, jeszcze na głowę nie upadłam, ale 40 zł to już rozsądniejsza cena. Ryzyk fizyk.

litterlockerWygląda dokładnie jak na zdjęciu. Biały korpus i ciemnoszare dodatki: klapa, przegroda, kieszeń na łopatkę, łopatka. Plastykowy, ale estetyczny, wstydzić się nie trzeba.

I przede wszystkim – działa!

Wrzuca się koci urobek z góry, a on zatrzymuje się na przegrodzie, której rączkę widać z boku po lewej. Zamyka się klapę, odsuwa przegrodę i zawartość ląduje w części dolnej. Przegroda jest na sprężynie, więc sama wraca na swoje miejsce, odcinając widoki oraz zapachy. Co za wygoda!

Kosz działa oczywiście na specjalne wkłady z workiem, ale tak myślę, że spróbuję zakombinować z normalnym workiem na śmieci. Się zobaczy, jak skończy się pierwszy wkład.

Sprytnie jest to pomyślane, bo worek stanowi taki foliowy rękaw wciśnięty w plastykowy krążek. Ten krążek umieszcza się pod tą ciemnoszarą częścią z klapą, wyciąga się kawał worka, zawiązuje supeł i przeciąga całość żeby sięgnęła dna kosza. Jak się zapełni, to otwiera się kosz, odcina worek (jest wewnątrz nawet zamocowany specjalny nożyk), zawiązuje na supeł z drugiej strony i szu! do śmietnika. Wyciąga się kolejny kawał tego foliowego rękawa, zawiązuje koniec i voila! gotowe do dalszego użytku.

Jak na plastykowe byle co, ma kilka zachwycających elementów. Przede wszystkim sprężyna w przegrodzie, powodująca samoczynne zamykanie. Górna klapka zamyka się porządnie, sama się nie otworzy. Nożyk zamontowany wewnątrz, żeby wygodnie było odcinać folię. Kieszeń na łopatkę, którą można zamontować z tyłu i dodatkowy uchwyt, jakby się chciało umieścić ją z któregoś boku.

Jeśli chodzi o mnie, to widzę dwie wady. Brak rączki, za którą możnaby go przenosić. Jak się ma jedną kuwetę, to można postawić obok i problemu nie ma, ale przy kilku noszenie go jest trudne. Druga rzecz to dosyć mała średnica otworu. Moje łopatki są odrobinę szersze i w rezultacie ten szary kołnierz się brudzi. Oczywiście łopatka od kompletu pasuje idealnie. Tyle, że u nas łopatki mają krótki żywot, bo Paweł jest delikatny jak niedźwiedź i łamie wszystkie.

Podsumowując: jestem z tego nabytku bardzo zadowolona i polecam go wszystkim niewolnikom bentonitu. Jeśli zaś weźmiemy pod uwagę aktualną cenę promocyjną, to jest to absolutny hit. Ludzie, rzucać się, póki są!

A jeśli ktoś nie kupował jeszcze w zooplusie, a chciałby, to przypominam, że dają tam rabat dla nowego klienta, jeśli polecił go stary (hmmm) klient. Owe zaproszenia-polecenia rozsyłam chętnie na prawo i lewo.

.

Czytaj też:

Historie kuwetowe

Testujemy żwirek z Rossmana

Testujemy żwirek z Lidla

Facebooktwittergoogle_plus