Wpisy oznaczone ‘leżanka’
Pokój na pięterku
Twarde realia życiowe pognały mnie do pracy do Gdańska na kilka dni. Zamiast siedzieć nad kocim kojcem i emitować zachwyt nad cudami natury, musiałam udać się na wygnanie, aby zarobić na chrupki kocie powszednie.
Piątek, koło 20.00. Wjeżdżam właśnie na autostradę, kiedy dzwoni telefon. Kocia niania głosem rozedrganym z przerażenia:
- Słuchaj, właśnie wszedłem. Kociaków nie ma w pudle w łazience! I drzwi do garderoby są odsunięte, koty znowu zrobiły włam.
Mroczne „mwahahaha” wyrwało mi się z gardła.
- Idż do garderoby, weź drabinę i sprawdź czarne pudło po lewej stronie na najwyższej półce.
Są. Uff. Kociej niani powoli odpuszcza stan przedzawałowy.
- Upewnij się, że są bezpieczne, że same nie wypełzną i zostaw je tak. Jak wrócę to zobaczymy co dalej.
„Dalej” było pracowite, ale bezproduktywne. Zaproponowałam PaiLu specjalnie zakupione na ten cel dziecięce łóżeczko składane – nie. Oddzieliłam połowę łóżeczka kocem, żeby miała zamkniętą przestrzeń – nie. Dół szafy w sypialni, gdzie wychowywała oba poprzednie mioty – nie. Nic, tylko walić głową w mur. Dodatkowo w czasie, kiedy odsypiałam pracę, PaiLu kilkakrotnie okrążała mnie z maluchem w zębach w poszukiwaniu miejsca (wiem z relacji, bo spałam kamiennym snem).
Nie było wyjścia, trzeba było pozwolić na przeprowadzkę na pięterko, bo kota praktycznie dostała szału. Trochę jej się nie dziwię, gdyż FaJin bardzo źle zniosła kociaki i była najnormalniej w świecie agresywna. Kto by chciał karmić dzieciaki, kiedy stoi nad głową takie syczące monstrum z zębami. Uznałam głęboką słuszność poszukiwania spokojnego miejsca.
Coś jest w twierdzeniu, że każde następne dziecko wychowuje się bardziej bezstresowo. Dla matki bezstresowo, nie w znaczeniu „bezstresowego wychowania”.
Kto pamięta czasy pierwszego miotu PaiLu, czyli wrzesień-październik 2009, przypomina sobie zapewne, że pomysł wnoszenia kociaków na wysokość 2,4m przerażał mnie dosyć mocno. Do tego stopnia, że za pierwszym razem na zmianę pełniliśmy wartę na drabinie przez dwie doby, żeby mieć pewność, że nic się nie stanie. Potem kota łaskawie pozwoliła znieść się z pudłem na dół i zamieszkała przy łóżku.
Teraz, za trzecim razem, nakryłam wiszące ciuchy szmatą, żeby ich nie niszczyła pazurami podczas wspinaczki i… poszłam na imprezę.
Przygotowałam też kocie wygodne schody z półek i otwartych szuflad, żeby mogła swobodnie poruszać się z góry na dół. Wymagało to przearanżowania zawartości półek, aby w newralgicznych miejscach nie znajdowały się rzeczy, które można zniszczyć pazurami, żadnych delikatnych tkanin czy szczególnie ulubionych ciuchów. Efekt bardzo mi się spodobał.
Kota schody zignorowała.
Pokój na pięterku wygląda tak (to ciemne prostokątne po lewej na górze):
Schody są słabo widoczne, bo szuflady są wysunięte w kierunku obiektywu. Nie widać też, że pudło jest przyczepione do półki.
U góry jest tylko tyle miejsca, żeby zajrzeć jednym okiem, nawet łba wcisnąć się nie da, nie mówiąc o aparacie – więc zdjęć kociej rodziny z tego tygodnia nie ma. Tyle, że kota pozwoliła mi zrobić po jednym portrecie, żeby jakoś wystartować z galerią miotu 5.
Migawki: Budka
Kocięta zaczęły włazić we wszystkie miejsca należące do tej pory bezsprzecznie i wyłącznie do VaiPerka. Ponieważ VaiPerek dzieciom pozwala na wszystko, nie wygania ich, ale staje się przez to coraz bardziej nieszczęśliwy.
Uprałam więc jego ukochaną budkę i przeniosłam z podłogi na szafę, gdzie kocięta nie sięgają. Po kwadransie oko moje rejestruje taki oto widok:
Pierwsze znaki pandemonium
Chi Lee jako pierwsza wylazła z kojca i ruszyła zwiedzać świat.
W drzwiach szafy, gdzie mieszkają kocięta, włożyłam kawałek tektury i Chi Lee pierwsza wykombinowała, że trzeba trochę podwindować ten gruby tyłek, to wtedy się spada po drugiej stronie i jest fajnie. Rusałki są jeszcze za małe, żeby sięgnąć, a Chi Na nie jest zainteresowana.
Za każdym razem, kiedy wyciągałam maluchy, żeby się oswajały ze światem, PaiLu strasznie się denerwowała i próbowała je zagarniać na kupę. Kiedy Chi Lee zaczęła chodzić samopas, PaiLu dostała szału. Biegała w kółko miaucząc głośno i rozpaczliwie, a w nocy drapała mnie po twarzy z pretensją, że śpię zamiast coś z tym zrobić. Doskonale wiem w jakich godzinach mała funkcjonuje w nocy, ponieważ mam wówczas pobudkę co 10 minut. Od drugiej do wpół do piątej.
Co mnie zdumiało to nawet nie fakt, że Chi Lee tak szybko nauczyła się wychodzić, tylko to, że potrafi też wracać. Jak jej się znudzi, to nie zasypia gdzie popadnie, tylko karnie idzie do szafy i wspina się po kartonie do środka.
Pierwszego dnia na wolności zapoznała się z miskami. Najpierw wpadła dziobem do wody, co jej się nie spodobało, ale szybko wykombinowała co to jest i jak się pije. Potem poszła obgryzać drugą miskę, a jak jej się znudziło, wylizała wszystkie chrupki. Drugiego dnia użyła drapaka. Skąd w tym kocie taka inteligencja?
Chciałam zastawić czymś drzwi, żeby nie wychodziła do pokoju, ale mała po jednorazowej wycieczce sama z siebie trzymała się sypialni. Tymczasem PaiLu nie zniosła napięcia i zaczęła przenosić kociaki… do pokoju właśnie. Do transporterka.
Już nie mówię, że w tym celu pozbawiła miejscówki jedynego kota, który nie ma traumy, w związku z czym sypia w tym transporterku – czyli Antenki – ale przede wszystkim znacznie ułatwiła kociakom wychodzenie, bo żadnej przegrody już się tam nie dało zainstalować. Nie mówiąc o tym, że nie mieściła się tam z kociakami. Same kociaki by weszły, ale na nią, a tym bardziej na TaiChi, miejsca nie było. Dostawiłam więc pudło kartonowe i zwierzaki jakoś się same tam tasują.
A małe potworki wykorzystują każdą okazję, żeby wyleźć i połazić po pokoju. Teraz ja mam traumę, jak chcę wstać sprzed komputera. Trzy razy zaglądam pod krzesło, czy coś tam nie łazi.
Przeprowadzka
Trochę mnie zaczęły złościć te kursy z kociakami w zębach – a to do kuwety, a to na szafę. Zrobiłam więc rewolucję. Wyrzuciłam mianowicie całą zawartość szafy, położyłam kocie kocyki i zaniosłam tam maluchy. Dokładniej cztery zaniosłam, piątego wyrwałam z zębów PaiLu wspinającej się właśnie po drapaku.
TaiChi zgłupiała i nie mogła pojąć, że to jej maluchy. Biegała do łazienki, szukała, aż wreszcie dała się skłonić do wejścia do szafy, obwąchała kocięta i uznała, że się odnalazły i wszystko w porządku.
PaiLu zaś wykonała awanturę na dwanaście fajerek, z próbą porwania małych mainecoonów z szafy włącznie. Musiałam ją na siłę przytrzymać, położyć, a kiedy maluchy podłączyły się do mleczarni, dała za wygraną. Od tej pory – odpukać! – szafa jest w pełni zaakceptowanym kocim kojcem. Obie kicie mieszczą się w niej bez problemu, nie muszą już leżeć niemal jedna na drugiej.
A z rzeczy dziwnych i niesamowitych – jedna mainecoonia bielinka otworzyła oczko już czwartego dnia, druga – szóstego. Jestem nieco zdumiona, normalnie otwierają oczy w wieku około 9-10 dni. Do tego rosną w oczach. Głównie wszerz, ale i ogólnie wielkie się robią i ruchliwe. A jakie bezwzględne kiedy chodzi o dostęp do cycka! Pełzną jak małe tarany. Tylko te główki jeszcze nieproporcjonalnie wielkie ciężko im utrzymać, więc tak machają nimi zabawnie. Można siedzieć i obserwować całymi dniami.
Zaczynamy akcję fotografowania ich co tydzień i dokumentowania jak rosną. Postępy można obserwować w dziale Hodowla w zakładce miotu maine coonów i rosyjskich niebieskich. No i oczywiście w Galeriach.
Gdzie lubią spać – the next generation
Niezależność kociąt objawia się między innymi tym, że zaczynają spać w różnych miejscach. Już od około tygodnia żadne nie poszło spać w legowisku. Mają swoją ukochaną czerwoną poduchę w kształcie serca i tam chodzą się poprzytulać. W domu jest też wielki koszt wiklinowy, który nie zainteresował dużych kotów i tak sobie stał, czekając lepszych czasów. Wystarczyło jednak, ze AlErgenek poszedł tam spać i zaraz się okazało, że kosz ma swojego właściciela, który się zaniepokoił obecnością na swym terenie i musiał natychmiast zaznaczyć swoje prawa. Czy ktoś będzie zdziwiony, jeśli powiem, że chodzi o VaiPerka?
PaiLu też się do kosza przekonała i chodzi tam karmić kocięta. O łóżku nawet nie wspominam, bo jasnym jest, że śpią tam we dnie i w nocy. Małe buszują pod kołdrą, drapiąc nas w łydki, a TaiChi poluje na nie od góry. Zwłaszcza w okolicach świtu dostarcza to niezapomnianych wrażeń.
Oczywiście najlepsze ze wszystkiego są klasyczne zagrania. Biegnie, biegnie kotek – bęc! wywrócił się i śpi.
Zdrzemnie się kwadransik, po czym wstaje i biegnie dalej jak gdyby nigdy nic. Uwielbiam to.
Zaczynają też bawić się myszkami. Już jednej oderwały ogonek. Dobry początek!
.
Przeczytaj też:
Tunel-leżanka dla kotów
Jakiś czas temu pisałam o projekcie nowej zabawki dla kotów w postaci tunelu, jaki planowaliśmy zrobić. Z prawdziwą dumą mogę powiedzieć, ze para nie poszła w gwizdek i mamy wreszcie się czym pochwalić.
Zadanie nie było proste i wymagało poświęcenia trochę czasu, ale efekt, jak myślę, jest super. Kotom tez się podoba.
Zielony pasuje PaiLu do oczu, a TaiChi do futra. A VaiPerkowi w zasadzie we wszystkim ładnie. Z zewnątrz daliśmy porządną wykładzinę, która świetnie nadaje się do wbijania pazurów.
Najchętniej włazi do niego PaiLu, ale niestety nie udało mi się zrobić jej zdjęcia. Ona ma chyba jakiś detektor w sobie, bo co się zamierzę aparatem w jej stronę, natychmiast wpada w galop na oślep. Czasami – jak mam szczęście – udaje mi się uchwycić koniec ogona. Maine coony natomiast pozują chętnie i cierpliwie.
Tunel służy kotom głównie do ganiania się i przebiegania przez oraz robienia zasadzek na siebie nawzajem. Nawet kiedy któryś próbuje się w nim położyć, zawsze znajdzie się kot we frywolnym nastroju, który go napadnie z któregoś końca.
Koty w zasadzce wyglądają tak:
Chcieliśmy ten tunel powiesić na ścianie, bo mieszkanko mamy malutkie i nie za bardzo mamy gdzie podziać te wszystkie budki, pudełka i leżanki, które koty tak kochają. Na razie leży na środku pokoju, a zwierzaki turlają go w tę i we w tę. Zwłaszcza, kiedy ostrzą na nim pazury, to potrafią przewędrować przez całą szerokość pokoju. Wygląda na to, że potrzebujemy jeszcze co najmniej jeden (dwa??), może wtedy przestaną się nawzajem z niego przeganiać.
I muszę znaleźć więcej miejsca na ścianie. Na razie kombinujemy jak to powiesić, żeby było solidnie i ładnie.
Robimy nowe zabawki dla kotów
Wiosna natchnęła nas nowymi pomysłami na czasochłonne, wykonywane własnoręcznie oraz upierdliwe konstrukcje, mające docelowo polepszyć nam życie, a po drodze doprowadzić nas do szału. Jak każde majsterkowanie.
Celem na ogół jest ulepszenie i upiększenie naszego mieszkanka, choć w tym roku, zgodnie z naszym fiołem, beneficjentami mają być oczywiście koty. Tej wiosny padło na balkon. A konkretniej – przystosowanie balkonu do potrzeb kocich.
Tuż przed Wielkanocą kurier przytargał nam siatkę do zamontowania na balkonie, żeby kotom nie wpadło do głów udać się na dłuższy spacer. Z drugiego piętra. Na razie koty wypasane są pod nadzorem i natychmiast wycofywane z co bardziej niebezpiecznych miejsc. Kwiatki niemal wszystkie okazały się trujące dla nich, więc dostały nakaz eksmisji. Skraj balkonu jest zastawiony skrzynkami po kwiatach, bo na dole mamy fajne dziury, aż zapraszające do tego, żeby się wychylić – PaiLu na przykład nie potrafi się im oprzeć. Niektóre zakątki zaś zostały oklejone taśmą malarską, żeby zwierzaki się nie przecisnęły – jak można się domyśleć, całość wygląda nieco ohydnie.
A skoro już koty będą mogły bezpiecznie wychodzić na balkon, to trzeba im tam zapewnić odrobinę komfortu i rozrywki – zaplanowaliśmy więc wycieczkę do lasu w poszukiwaniu ściętych drzew, w celu pozyskania budulca na ekodrapak. Niech kociny poznają dotyk drewna, a nie tylko panele i dywany.
I tak jakoś idąc na tej fali kreatywności, postanowiliśmy jeszcze podarować kotom leżanko – tunele do spania w oraz biegania przez. Pomysł wydawał się prosty, tylko wykonanie chyba będzie wyzwaniem. Już na etapie pozyskiwania materiałów weszliśmy w fazę użytkowania przedmiotów niezgodnie z ich oryginalnym przeznaczeniem. Na razie na środku salonu walają się przycięte tuby, czekając na oklejenie czymś przyjaznym dla kocich pazurów. Co jest pocieszające – koty zabawiają się przeskakiwaniem przez nie, polowaniem na siebie po obu końcach, a wszystkie gonitwy obowiązkowo muszą przechodzić przez środek przynajmniej jednej.
Na pierwszy ogień idzie balkon. Jak się koty na nim zajmą, to my w mieszkaniu będziemy mogli spokojnie, bez natrętnej asysty, zająć się tworzeniem tuneli.
