Testujemy żwirek z Rossmana

Natknęłam się na niego przypadkiem, nie sądziłam, że w Rossmanie są w ogóle tego typu artykuły. Nieokiełznany badacz we mnie zapragnął przetestować to cudo, toteż nabyłam woreczek i poszłam pogadać z kotami.


Koty wstępnie nie wyraziły sprzeciwu. Żwirek Mruczek jest dosyć gruby i pyli się trochę przy wsypywaniu, ale potem przestaje. Ma wapienny zapach i dosyć dobrze się w nim kopie. I do tego jest niedrogi.

Natomiast w dalszym użytkowaniu:

  • Dosyć słabo się zbryla. Bryłki rozpadają się pod naciskiem łopatki, i to wręcz na pojedyncze granulki. Ciężko wówczas usunąć zużyty żwirek, dlatego przy sprzątaniu przesypywałam cały żwirek na jedną stronę i sprzątałam z drugiej – po to, by zabrudzony nie zmieszał się z czystym.
  • Zapachy chłonie na średnim poziomie.
  • Wchłanianie wody mogłoby być szybsze. Bryłki w miarę świeże są bardzo mokre, co jest dosyć nieprzyjemne i trudne w sprzątaniu – bryłka ma konsystencję nieco błotną, co utrudnia usunięcie wszystkiego.

Taki woreczek pięciolitrowy wystarcza nam na około tydzień (przy czterech kotach), więc wydajność też na średnim poziomie.

Podsumowując: jest to całkiem niezły produkt w przystępnej cenie. W porównaniu do testowanego przez nas żwirku z Lidla czy też Benka, wyróżnia się zdecydowanie na plus. Do mankamentów można się przyzwyczaić, a ogólnie sprawdza się nieźle.

.

Przeczytaj też:

Testujemy żwirek z Lidla

Testujemy kosz Litter Locker

Related Images:

Facebooktwitter

Testujemy kosz Litter Locker

Widziałam go już dobrych kilka miesięcy temu i strasznie mi się spodobał. Mniej mi się podobała jego cena (prawie 100 zł), toteż z bólem wielkim, tłumiąc łkanie, kupiłam na kocie potrzeby zwykły mały kosz o pojemności 3 l.

Nasze koty zdecydowanie preferują żwirek bentonitowy, toteż staliśmy się niewolnikami krępujących pakiecików z kocim urobkiem, wyrzucanych do śmieci. Mieszkamy na jednym z tych osiedli, gdzie śmietniki pozostają w niejakim oddaleniu od bloków, a kotów używających kuwety jest cztery – i to wszystko wyklucza możliwość wyrzucania woreczków 3 razy dziennie po każdym sprzątaniu. Nie ma tu aż tak pracowitych w tym domu! Stąd pomysł na osobny kosz koci, który można opróżniać co któreś sprzątanie. W zasadzie jedyną jego wadą jest to, że aby dorzucić kolejną bryłkę,  trzeba go otworzyć – a to do przyjemnych nie należy.

Dlatego zachwycił mnie pomysł kosza z przegrodą, która zamyka część w której składowane są odpady od tej, do której się wrzuca kolejne. A jeszcze bardziej spodobało mi się to, że zooplus właśnie sprzedaje go w promocji za niecałe 40 zł! 100 zł bym nie dała, jeszcze na głowę nie upadłam, ale 40 zł to już rozsądniejsza cena. Ryzyk fizyk.

litterlockerWygląda dokładnie jak na zdjęciu. Biały korpus i ciemnoszare dodatki: klapa, przegroda, kieszeń na łopatkę, łopatka. Plastykowy, ale estetyczny, wstydzić się nie trzeba.

I przede wszystkim – działa!

Wrzuca się koci urobek z góry, a on zatrzymuje się na przegrodzie, której rączkę widać z boku po lewej. Zamyka się klapę, odsuwa przegrodę i zawartość ląduje w części dolnej. Przegroda jest na sprężynie, więc sama wraca na swoje miejsce, odcinając widoki oraz zapachy. Co za wygoda!

Kosz działa oczywiście na specjalne wkłady z workiem, ale tak myślę, że spróbuję zakombinować z normalnym workiem na śmieci. Się zobaczy, jak skończy się pierwszy wkład.

Sprytnie jest to pomyślane, bo worek stanowi taki foliowy rękaw wciśnięty w plastykowy krążek. Ten krążek umieszcza się pod tą ciemnoszarą częścią z klapą, wyciąga się kawał worka, zawiązuje supeł i przeciąga całość żeby sięgnęła dna kosza. Jak się zapełni, to otwiera się kosz, odcina worek (jest wewnątrz nawet zamocowany specjalny nożyk), zawiązuje na supeł z drugiej strony i szu! do śmietnika. Wyciąga się kolejny kawał tego foliowego rękawa, zawiązuje koniec i voila! gotowe do dalszego użytku.

Jak na plastykowe byle co, ma kilka zachwycających elementów. Przede wszystkim sprężyna w przegrodzie, powodująca samoczynne zamykanie. Górna klapka zamyka się porządnie, sama się nie otworzy. Nożyk zamontowany wewnątrz, żeby wygodnie było odcinać folię. Kieszeń na łopatkę, którą można zamontować z tyłu i dodatkowy uchwyt, jakby się chciało umieścić ją z któregoś boku.

Jeśli chodzi o mnie, to widzę dwie wady. Brak rączki, za którą możnaby go przenosić. Jak się ma jedną kuwetę, to można postawić obok i problemu nie ma, ale przy kilku noszenie go jest trudne. Druga rzecz to dosyć mała średnica otworu. Moje łopatki są odrobinę szersze i w rezultacie ten szary kołnierz się brudzi. Oczywiście łopatka od kompletu pasuje idealnie. Tyle, że u nas łopatki mają krótki żywot, bo Paweł jest delikatny jak niedźwiedź i łamie wszystkie.

Podsumowując: jestem z tego nabytku bardzo zadowolona i polecam go wszystkim niewolnikom bentonitu. Jeśli zaś weźmiemy pod uwagę aktualną cenę promocyjną, to jest to absolutny hit. Ludzie, rzucać się, póki są!

A jeśli ktoś nie kupował jeszcze w zooplusie, a chciałby, to przypominam, że dają tam rabat dla nowego klienta, jeśli polecił go stary (hmmm) klient. Owe zaproszenia-polecenia rozsyłam chętnie na prawo i lewo.

.

Czytaj też:

Historie kuwetowe

Testujemy żwirek z Rossmana

Testujemy żwirek z Lidla

Related Images:

Facebooktwitter

Testujemy żwirek z Lidla

Zwykle nie kupujemy w Lidlu, bo musielibyśmy do niego jechać kawałek mijając po drodze kilka supermarketów innych sieci, więc – małe szanse na dojechane. Ale skoro już raz tam trafiliśmy, a mnie kołatało się w głowie, że gdzieś ktoś pisał o żwirku z Lidla – postanowiłam sprawdzić.

Worek spory, cena bardzo przystępna, czemu nie spróbować? Po otwarciu pierwsze zdziwienie – duże granulki. Przyzwyczajeni do Golden Grey Master, który ma ziarenka jak piasek na plaży, z lekką niepewnoscią wypełnialiśmy kuwetę. Koty od razu wlazły pogrzebać, co ostrożnie uznaliśmy za dobry znak. AnaTema musiała też sprawdzić, czy to co w kuwecie to aby na pewno jest to samo, co w worku :)

Muszę powiedzieć, że w użyciu nie zachwyca. Bryłki rozpadają się, ledwie tknięte. Nie jest to takie okropnie nieprzyjemne, jak w przypadku Benka, ale jednak trochę utrudnia sprzątanie. Może bym i przebolała to rozpadanie, gdyby nie to, że po kilku dniach pojawił się niezbyt przyjemny zapaszek. Mając na bieżąco porównanie z Golden Greyem w drugiej kuwecie, który pochłania zapachy nawet po dłuższym stosowaniu, stwierdzam, że tego zakupu raczej nie powtórzymy.

.

Przeczytaj też:

Testujemy żwirek z Rossmana

Testujemy kosz Litter Locker

Related Images:

Facebooktwitter

Kastracja a SUK

Idąc dalej tropem badania kotów zauważyłam, że na forach i kocich stronach często można się natknąć na informację, że po kastracji większość kotów zapada na schorzenia układu moczowego, tzw. SUK (syndrom urologiczny kotów). Na SUK składać się mogą: zapalenie pęcherza, kryształy i kamienie, krwiomocz, utrudnione oddawanie moczu – w dowolnych konfiguracjach.

Taka jest też powszechna wiedza: po kastracji prędzej czy później kot zapadnie na SUK i trzeba mu dawać odpowiednią karmę.

Rozmawiałam z wetem na ten temat, jako że mamy kastrata w domu i chciałabym mu zapewnić optymalne warunki do zachowania zdrowia jak najdłużej. Pani Wet powiedziała, że odchodzi się już od autorytatywnego łączenia kastracji i SUK.

Albowiem po pierwsze primo: badania niekoniecznie to potwierdzają.

Ludzie trzymają w domu z reguły zwierzęta kastrowane, nietkniętych jednostek jest relatywnie niewiele, toteż siłą rzeczy badania w tym kierunku prowadzone były właśnie na dużej liczbie kastratów i nieporównywalnie mniejszej liczbie kotów niekastrowanych.  Tych ostatnich było zbyt mało, by móc różnicować koty pod tym względem.

A po drugie primo: koty rzeczywiście mają wrażliwy układ moczowy, ale na to, czy choroba się rozwinie czy nie, ma wpływ wiele czynników i to na ogół działających razem.

Na pewno wpływ mają uwarunkowania genetyczne, ale też kiepskiej jakości karma, otyłość, brak ruchu, stres czy infekcje. Nie fakt kastracji, ale zła dieta, wylegiwanie się całymi dniami i zbyt mało wypijanej wody to główni wrogowie kociego zdrowia.

(Tu podziękowałam Matce Naturze, że VaiPerka uczyniła kotem dużo pijącym, a dziewczyny w-miarę-pijącymi).

Pani Wet też podkreśliła, że mokre żarcie jest w diecie ważne, bo jest – no właśnie – mokre i dostarcza siłą rzeczy więcej wody niż suche. Zwłaszcza, że nie wszystkie koty chcą pić.

I tak sobie zaczęłam rozmyślać na ten temat i doszłam do dwóch konkluzji.

1. Fontanny dla kotów to nie jest wymysł zgniłego kapitalizmu dla ludzi, którzy nie mają co z kasą zrobić (no dobra, trochę przesadziłam, aż tyle nie kosztuje), ale rozsądny produkt kupowany w rozsądnym celu. Jeśli kot ma dzięki temu więcej pić, to wydatek jest usprawiedliwiony.

2. Może jednak nie przesadzam z ilością mokrej karmy? Moje koty dostają mniej więcej połowę dziennej porcji w mokrym, bo tak je przyzwyczaiłam i teraz mi szkoda im odmawiać. Wielekroć dostawałam uwagi, że to za dużo, że inni dają malutką puszeczkę na dwa koty, dla smaku tylko itp. I wiecie co – chrzanić to. Niech żrą mokre, jak lubią – wyjdzie im to tylko na zdrowie.

Related Images:

Facebooktwitter

Jak złapać mocz kota do badania?

Natchniona dzisiejszymi porannymi przeżyciami postanowiłam popełnić wpis o takiej to właśnie wstydliwej tematyce.

Po co się w ogóle robi te badania? Profilaktycznie na przykład, żeby się upewnić, czy sierściuch zdrowy. I zawsze, ale to zawsze, kiedy wykazuje niepokojące objawy. Jakie?

– zbyt częste siusianie malutkimi ilościami moczu;

– trudności przy załatwianiu się: napinanie się, miauczenie, wychodzenie z kuwety i natychmiast wracanie do niej;

– załatwianie się poza kuwetą;

– obecność krwi w moczu;

– częste wylizywanie okolicy cewki moczowej lub brzuszka na wysokości pęcherza.

****

Jak złapać mocz kota do badania? Nie da się wręczyć kotu pojemniczka i powiedzieć – tu siusiaj. Zostaje więc jedyna dostępna metoda – podstępem.

Najpierw trzeba pozyskać sterylny pojemniczek, najlepiej w aptece – kosztuje grosze. A dalej jest kilka opcji.

1. do pustej kuwety. Opróżnić kuwetę i wyparzyć. Zamknąć kota na noc wraz z pustą kuwetą w pomieszczeniu, najlepiej z kafelkami na podłodze. Rano za pomocą strzykawki (lub wykorzystując wrodzony spryt) przelewamy mocz z kuwety do pojemniczka. Albo w ostateczności z podłogi – ale wtedy koniecznie trzeba poinformować lekarza o pochodzeniu próbki.

Kiedy nasze koty były małe i lubiły odmiany, to nawet dawało radę tak złapać. Nie zamykałam ich, tylko skłaniałam rano do wejścia do pustej kuwety, a one tak jakoś poddawały się presji. Niestety urosły, polubiły rutynę i już nie chodzą sprawdzać nowych żwirków i kuwet. Wszystko ma być tak, jak jest zawsze, żadnych eksperymentów. W związku z tym musiałam poszukać alternatywnego sposobu.

Kiedy kotów jest więcej niż jeden, ten sposób ma poważne mankamenty. Nie wiem, jak Wasze koty, ale nasze zamknąć się nie dadzą za Chiny Ludowe. Kończy się tym, że wszystkie trzy wyją pod drzwiami – jeden z jednej, dwa z drugiej strony – i drapią drzwi rozgłośnie. Spać się nie da w takich warunkach.

2. na partyzanta. Należy przygotować na kota zasadzkę. Znakomita większość kotów nie jest w stanie przerwać siusiania, należy więc ten fakt wykorzystać. Pojemniczek postawić w pobliżu kuwety. Zaczaić się na kota. Kiedy w sposób charakterystyczny przykucnie, zdecydowanym ruchem podstawić pojemniczek pod tyłek. Jeśli kuca niziutko nad żwirkiem, można sobie pomóc podnosząc jego ogon. Popatrzy wtedy z oburzeniem, ale sikać nie przestanie.

Może się zdarzyć, że pojemniczek w żaden sposób nie będzie chciał się zmieścić pod kota a i trafić jest dosyć trudno. Dlatego, dla wygody i żeby nie kusić licha, ja podstawiam malutką tackę i dopiero z niej przelewam do pojemniczka. Można też użyć dużej łyżki. Tylko należy pamiętać o tym, żeby to wszystko najpierw wyparzyć, inaczej sami dołożymy tam jakiegoś badziewia do badania. I trzeba powiedzieć wetowi w jaki sposób próbka została pozyskana.

Najlepiej zasadzić się na kota rano. Kiedy domownicy wstają i zaczyna się normalny ruch w domu, kot wędruje do kuwety, żeby załatwić sprawy związane z higieną i móc potem bez przeszkód towarzyszyć nam w porannych rytuałach.

Jeżeli zwierzak jest wstydliwy i nie lubi załatwiania się przy ludziach, albo też załatwianie się sprawia mu ból  i kręci się w kuwecie, albo nie chce w ogóle do niej wchodzić – wtedy należy jednak użyć sposobu pierwszego.

3. na XXI wiek. Widziałam w sklepach specjalny żwirek, który nic nie pochłania. Wsypuje się go do kuwety (pewnie się też wyparza przed użyciem – tak przypuszczam, bo w ręku tego nie miałam), a rano się zbiera mocz z dna. Łatwo, prosto i przyjemnie. Nie wiem, czy działa, bo nigdy nie próbowałam, ale jak wszystkie inne sposoby zawiodą, miło jest wiedzieć, że jest jeszcze jedna opcja ;)

Jeśli ktoś z Was wypróbował to cudo, dajcie znać – jestem ciekawa, czy to pożyteczny wynalazek.

4. na desperata. Oddać kota w ręce lekarza, który rozmasuje pęcherz kociaka i pobudzi wydzielanie moczu. Część wetów pobiera też mocz igłą bezpośrednio z pęcherza, brrr. Jeśli nie jest to absolutnie niezbędne, chyba lepiej się pogimnastykować z innymi sposobami.

****

Moczu nie musi być w próbce dużo, wystarczy dosłownie kilka mililitrów. Pozyskany materiał należy jak najszybciej oddać do laboratorium. Trzymanie go zbyt długo może spowodować namnażanie bakterii i cała operacja na nic. Najlepiej  od razu wymaszerować w kierunku z góry upatrzonym, a jak się nie da, to pojemniczek wrzucić do lodówki.

Badanie nie jest drogie, w warszawskich lecznicach jest to zwykle około 15-20 zł, warto więc wykonywać je co jakiś czas profilaktycznie, nawet jeśli sierściuch nie wykazuje niepokojących objawów. Koty są tak doskonałymi aktorami, że potrafią zmylić najczulsze oko i musi być z nimi naprawdę źle, żeby zaczęły wyglądać na cierpiące. Badanie moczu jest tanie, proste i nieinwazyjne, a daje dosyć dobrą kontrolę nad zdrowiem kota.

UWAGA: Badanie można tez zlecić w „ludzkiej” przychodni: należy poprosić o badanie ogólne moczu plus badanie mikroskopowe osadu, jeśli będą bakterie, to poprosić dodatkowo o posiew.

****

Mocz zdrowego kota ma barwę słomkową lub intensywnie żółtą, jest przejrzysty, o pH od 6 do 6,5. Wyższemu pH 7 mogą – ale nie muszą – towarzyszyć wytrącające się w moczu kryształy.

W moczu zdrowego kota mogą się znaleźć niewielkie ilości białka i pojedyncze leukocyty i erytrocyty (krwinki białe i czerwone); nie powinno zaś być w nim  hemoglobiny, bilirubiny (występujących czasem pod kryptonimem: barwniki krwi oraz barwniki żółciowe), glukozy, nadmiernych ilości urobilinogenu ani też osadów. Gęstość powinna utrzymywać się w granicach 1,025-1,060 kg/l. No i oczywiście stan pożądany to brak kryształów i wałeczków.

Wynik badania należy zawsze skonsultować z wetem. Blogi i fora, mimo, że uczą, bawią i wychowują, nie wystarczą.

A teraz sobie usiądę i będę spokojnie czekać na wyniki badań.

Related Images:

Facebooktwitter

Fotostory – Balkon bezpieczny dla kotów cz.2

Kończymy montowanie siatki.

Od sufitu do balustrady siatka jest już naciągnięta i przymocowana linką przeplecioną przez szczebelki.

Teraz pociągniemy ją w dół i przeciągniemy kolejną linkę przez szczebelki barierki, mocując dolną część siatki.

Zgodnie z przewidywaniami, ten kącik dostarczył nam rozrywki. Balkon ma tam jakieś 30 cm. szerokości oraz rynnę w środku. Po co taki skrawek tam wystaje, pojęcia nie mam (ukłony dla Pana Architekta), nie da się tam nic wstawić, a nie chcę nawet myśleć, co przeżyli panowie kładący płytki. Ja na przykład się tam nie mieszczę, linkę musiałam więc mocować jedną ręką. Było zabawnie.

Oczywiście koty natychmiast pokochały tę wnękę – jakże by inaczej!

Koniec siatki przymocujemy do tego śmiesznego drewnianego płotka za pomocą zszywacza tapicerskiego (który nie wiem, jak się fachowo nazywa, ale chyba wiadomo o co chodzi). Szczebelki płotka są spięte ze sobą mocnym drutem, całość jest sztywna i w zasadzie sama się trzyma poziomu, leżąc na głównych prętach barierki. Pomiędzy nimi głównie magicznie wisi w powietrzu – ale mimo to trzyma się pewnie.

Z boku został kawałek kawałek siatki – niewiele, tak ze 30 cm – ale ja mam w genach zapisaną niechęć do ucinania i wyrzucania czegokolwiek, bo nigdy nie wiadomo, czy się do czegoś nie przyda (tzw. przydaś) – wobec tego zwijam ten koniec w rulonik i owijam linką na całej długości, tworząc zgrabny pakuneczek.

I gotowe! Siatka jest cieniutka (mam nadzieję, ze wytrzymała), z zewnątrz prawie jej nie widać, a za to w słońcu się pięknie srebrzy. W deszczu też fajnie wygląda – sprawdzone dnia następnego.

Więcej zdjęć oczywiście w galerii.

Koszt to głównie siatka (6x3m, ok 120 zł, kupiona w sklepie dla zwierzaków, więc nie była to najtańsza opcja dostępna na rynku) oraz te nieszczęsne kołki do styropianu za 64 złociszy. Linka, wkręty, podkładki (żeby się trzymała okręcona wokół wkrętu linka) – to już groszowa sprawa. Płotek – 30 zł. Dwa wieczory pracy. Całość prawie niewidoczna gołym okiem, więc kłopotów z administracją nie przewiduję.

A zamiast siatki specjalnie dla zwierzaków można nabyć przez internet siatkę rybacką –  jest tańsza.

I jeszcze kilka słów gadki umoralniającej. Mając zwierzę, jesteśmy za nie odpowiedzialni i to do nas należy zadbanie o jego bezpieczeństwo. Kot nie zawsze spada na cztery łapy i nie zawsze ma to szczęście, że z upadku wychodzi bez szwanku.

Jak pisał Antoine de Saint-Exupéry w „Małym Księciu”: „Pozostajesz na zawsze odpowiedzialny za to, co oswoiłeś”.

Dla inspiracji oraz ku przestrodze, warto zajrzeć pod te linki (wyszperane i podrzucone przez Alicję B.):

Zabezpieczanie okien i balkonów:

koty.rokcafe.pl/zabezpieczenia/okna.php

koty.rokcafe.pl/zabezpieczenia/balkony.php

koty.rokcafe.pl/zabezpieczenia/uchylne.php

Co się dzieje z kotem, gdy upada: koty.rokcafe.pl/zabezpieczenia/index.php

A już za chwileczkę, już za momencik – relacja z budowania drapaka balkonowego.

.

Related Images:

Facebooktwitter

Fotostory – Balkon bezpieczny dla kotów cz.1

Balkon nasz dla kotów nader niebezpieczny jest. Ma w sobie pierisy japońskie, które są trujące (i z tego powodu wkrótce wylądują w śmieciach). Ma otwory między podłogą a balustradą, przez które fajnie można skoczyć w dół. Ma balustradę, po której chodząc można przyprawić właścicieli o zawał. W pobliżu zaś notorycznie przebywa ptactwo różnego autoramentu  (las o rzut beretem jest), na które fajnie poluje się przez szybę, a przez balkon będzie jeszcze fajniej.

Zanim koty zostaną tam wypuszczone samopas, pierwszym krokiem ma być osiatkowanie całości. Niestety balkon nasz ma kształt mocno dziwny, a w dodatku sufit (będący podłogą balkonu sąsiadów z góry) jest sporo mniejszy – przeczuwam w jasnowidzeniu, że wieszanie siatki to będzie duża sztuka. W zasadzie moglibyśmy zamontować jakieś listwy czy kształtowniki i na tym rozpiąć tę siatkę, ale jak podliczyłam koszty, to osłabłam. Siatka będzie musiała wisieć sama z siebie i już. Będzie co ma być.

A dziś jest D-day.

Najpierw przygotowanie zaczepów. Ponieważ całość bloku obłożona jest styropianem, zostaliśmy zmuszeni do nabycia za jakąś chorą kwotę specjalnych dynksów do montowania w styropianie. Za to do ich zamontowania nie jest konieczny żaden sprzęt, raz puknąć wiertełkiem, żeby tynk przebić i można wkręcić ręką. Dopiero wkręt się dokręca narzędziem.

Najpierw myślałam o tym, żeby skraj siatki wzmocnić linką stalową, ale w fazie upraszczania projektu doszłam do wniosku, że nylonowa linka wystarczy. Jak wyciągnęłam siatkę z pudełka, to się nieco zdziwiłam. Chwilę mi zajęło, zanim dotarło do mnie dlaczego ona jest taka… dziwna. Taka osobliwie chuda. Odnalezienie skraju i przeplecenie linki przez odpowiednie oczka to jakaś galernicza robota. Przydałyby się jeszcze dwie pary rąk do trzymania tego cholerstwa.

No to ją wplatam, tę linkę. Mówcie mi Kopciuszek.

Pierdolnik pod ścianą to nasza najnowsza zdobycz – brat podarował mi półtorej brzózki z własnej działki. W kawałkach. Będzie z tego piękny drapak balkonowy. Eko i full wypas. Zobaczycie.

Syrjus zaczepia siatkę. Oczywiście doprowadza mnie jednocześnie do szału, łażąc po balustradzie w kapciach. Jak się sam nie zabije, ja go zabiję.

Mieliśmy wiele pomysłów na to, czym zakryć dziurę między balustradą a podłogą. Każdy mało wykonalny. Problem polega na tym, że cokolwiek by tam nie położyć, musiałoby się trzymać częściowo nadprzyrodzonym sposobem w powietrzu. W końcu w przypływie natchnienia nabyliśmy taki mały płotek z połączonych półwałków. Okazał się idealny. Sam się trzyma i w dodatku już jest zaimpregnowany. I nada się kotom do drapania.

Widać go tam w dole.

Mimo, że drzwi się otwierają do wewnątrz, kotom udało się je sforsować i przyszły skontrolować jakość prac.

W momencie, kiedy PaiLu postanowiła zwiedzić wyższe, do tej pory niedostępne, rejony balkonu, uznaliśmy, ze dość tej zabawy. Koty zostały grzecznie, acz stanowczo, wyproszone z balkonu.

Słońce miało się ku zachodowi i nagle zrobiło się bardzo zimno. Naciągnęliśmy więc siatkę i dowiązaliśmy do górnej części balustrady, pozostawiając resztę na jutro.

Tak więc ciąg dalszy nastąpi.

I w dodatku został nam jeden kołek do styropianu – wreszcie będzie można powiesić na balkonie lampę!

Related Images:

Facebooktwitter

Kot załatwia się poza kuwetą

Wyznałam już kiedyś jakie przejścia mieliśmy z kuwetowaniem naszych kotów – w tym wpisie.

Szperając po forach kocich widzę, że problem ten często dotyka właścicieli kotów. Zawsze znajdzie się też mądrala, który autorytatywnie stwierdza, że kot jest wredny i robi właścicielom na złość. Pozostaje tylko pokiwać głową nad znajomością psychologii i behawioru kociego.

Zawsze ciśnie mi się na usta pytanie – skąd kot wie, że u ludzi odchody stanowią tabu, a kultura wymaga załatwiania tych rzeczy w miejscu ustronnym? Kot przecież normalnie komunikuje się m. in. swoimi odchodami. Jak przyszło mu do głowy, że najlepszą karą będzie narobić panu na fotel? Co za mądra bestia ten kot – tak zrozumieć coś, co kompletnie wykracza poza jego własną istotę, normalnie Nobla mu!

Nie przypisujmy kotu własnych cech i zachowań. Kot to zwierzę prostolinijne, jak mu coś nie pasuje, to mówi nie owijając w bawełnę. Mówi, jak umie… Trzeba się pochylić nad kotem, zrozumieć go, a nie karać za złośliwość, a może jeszcze wciskać mu nos w to, co narobił. Brrr!

Na początku należy przyjąć za pewnik, że kotu coś jest. Przyczyna może być natury zdrowotnej, psychicznej lub środowiskowej. Często kot zaczyna to robić z jednej przyczyny, ale za utrwalenie tego zachowania odpowiada już coś innego. I teraz robimy szybki rachunek sumienia.

Zacznijmy od najważniejszego: zdrowie.

Siusianie poza kuwetą może być objawem cukrzycy, syndromu urologicznego kotów, nadczynności tarczycy, chorób nerek, zakażenia wirusem białaczki, FIV, FIP, padaczki, zwyrodnień kręgosłupa, chorób stawów, a także zmian hormonalnych związanych z rują czy dojrzewaniem.

Z kolei kupa poza kuwetą może być symptomem zapalenia lub zatkania gruczołów okołoodbytowych, limfocytarnego zapalenie jelit, zaparć, zarobaczenia, zwyrodnień kręgosłupa, chorób stawów.

Koty perfekcyjnie ukrywają swoje dolegliwości, toteż może to być jedyny zaobserwowany objaw choroby. Nie należy go lekceważyć, zwłaszcza, jeśli się powtarza. Warto wtedy szybko wykonać analizę moczu i/lub kału oraz ogólne badanie krwi, żeby wykluczyć stan chorobowy.

Jednak z drugiej strony nie należy popadać w panikę. Przeważająca większość przypadków załatwiania się w nieodpowiednich miejscach to awersja do kuwety.

I tak przechodzimy do przyczyn środowiskowych:

Kuweta: niechęć do kuwety może się pojawić nagle, bez widocznej przyczyny i ku naszemu zaskoczeniu. To nic, ze zawsze karnie jej używał – może jej nie lubił od dawna, ale dopiero teraz odkrył inne fajniejsze miejsce, lepiej nadające się na wychodek.

brudna kuweta: samowyjaśniające chyba. Jeśli kot wchodzi i wychodzi z kuwety nic nie robiąc, albo załatwia się szybko, bez zwyczajowego wąchania i kręcenia się wokół, to na bank jest zbyt brudno. Kuweta powinna być sprzątana kilka razy dziennie, co tydzień myta przy użyciu środków pozbawionych intensywnego zapachu, a żwirek wymieniany w całości co najmniej raz na miesiąc. Ja myję po prostu wodą z mydłem, spłukuję Vitoparem (jak mam) i wodą;

– za mała: kotu jest niewygodnie, nie może się okręcić ani pogrzebać swobodnie. Zobacz, czy po toalecie kot nie drapie podłogi wokół kuwety – to może być znak tego, ze jest za mała;

nieodpowiedni typ: może nie lubi zamkniętej? Niektóre koty czują się w nich zagrożone, zwłaszcza przy wyjściu, kiedy nie mogą sprawdzić, czy ktoś się nie czai. Poza tym w zamkniętej zapachy są silniejsze, a koty mają przecież o wiele lepszy węch niż my. A może nie lubi otwartej? Niektóre koty potrzebują spokoju i intymności, której otwarta kuweta im nie zapewnia. Obserwuj kota – czy zastanawia się długo nad wejściem? czy wchodzi i wychodzi ostrożnie i powoli? To może być znak, że mu nie odpowiada;

nieodpowiedni żwirek: żwirek kupujemy zgodnie z naszymi wyobrażeniami o tym, co jest dobre.  Gruboziarnisty, lekko perfumowany, wyrzucany do sedesu. Niekoniecznie kot musi się z tym zgadzać. Dla kota ideałem jest drobny miękki żwirek, łatwy do przekopania i nie kłujący w łapy. Jeśli kot zgadza się na nasze propozycje – tym lepiej dla nas! Nasze koty niestety postawiły weto i używamy drobnego żwirku bentonitowego. Zgodziły się tylko na wmieszane drobinki silikatu  i lekki pudrowy zapach. I dzięki bóstwom opiekuńczym, bo na samą myśl o tym,  że  miałabym używać czegoś w stylu Benka mnie odrzuca. Po Golden Grey Master nie ma już powrotu do „zwykłych” żwirków;

za dużo żwirku lub za mało żwirku: trzeba eksperymentować, żeby sprawdzić co lubi akurat nasz kot – czy lubi sobie pokopać i poprzerzucać żwirek, czy też koniecznie musi dokopać się do dna przed załatwieniem swoich spraw i nadmiar żwirku mu w tym przeszkadza;

za mało kuwet: złota zasada głosi, ze kuwet powinno być tyle, ile kotów (a w zasadzie: grup kocich, czyli zaprzyjaźnionych ze sobą zwierząt), plus jedna. Niektóre koty, jeśli tylko mają taką możliwość, będą siusiać do jednej, a kupę robić do drugiej kuwety (sprawdzone – u nas do mniejszej kuwety wyłącznie siusiają, podobnie było z silikonem – na kupkę chodziły do kuwety z innym wkładem). Są takie, które nie chcą korzystać z raz już użytej kuwety. Problem zaczyna się, gdy kotów jest więcej, a któryś nie chce wchodzić do kuwety użytej przez innego kota. Nas ominęło to szczęście – wszystkie nasze koty pochodzą z dużej hodowli, gdzie od małego były przyzwyczajone do tego, że kuweta to dobro wspólne;

nieodpowiednie miejsce: koty muszą się czuć w kuwecie bezpiecznie, muszą mieć ciszę, spokój, dogodną drogę ucieczki. Jeśli załatwia się gdzie indziej – postaw tam kuwetę. Po kilku dniach możesz zacząć ją przesuwać powoli (ok 5 cm dziennie) na inne miejsce. Jeśli po postawieniu kuwety kot brudzi gdzie indziej, to widać problemem nie jest jej lokalizacja, ale np. żwirek.  Koty nie załatwiają się tam, gdzie jedzą – nie można też stawiać kuwety zbyt blisko misek;

negatywne skojarzenia: jeśli kot został przestraszony w kuwecie, może nie chcieć do niej wchodzić. Mogła to być napaść przez innego kota, łapanie przez człowieka w celu np. podania leku czy pobrania moczu, czy też karanie w postaci wrzucania do kuwety z krzykiem. W takich przypadkach trzeba postawić nową kuwetę gdzie indziej. Przekonanie kota do tej to mission impossible;

Druga rzecz to nagłe zmiany. Koty bardzo mocno przyzwyczajają się do pewnych rutynowych działań i utartych zwyczajów. Wytrącone z równowagi, mogą okazywać to właśnie załatwianiem się poza kuwetą.  Zmiana godzin karmienia, zmiana diety, mogą to też być zmiany związane z kuwetą: przestawienie (wtedy nie da rady, kuweta musi wrócić na swoje miejsce, a w nowym postawmy drugą. Starą będzie można  usunąć dopiero gdy przyzwyczai się do nowej), użycie zupełnie innego żwirku czy pochłaniacza zapachów.

Stres, lęk i niepewność – tego typu czynniki psychiczne mogą również być powodem niepożądanego zachowania kotów. Mogą być one wywołanie różnymi przyczynami: przemeblowaniem, przeprowadzką, nowym członkiem rodziny,  nowym zwierzęciem – wszystkim, co zaburza ustalony porządek. Jedyne, co możemy zrobić w większości przypadków, to pomóc kotu zaakceptować te zmiany. Również zaniedbywanie kota w związku z pracą może wpłynąć na jego poczucie bezpieczeństwa.

W przypadku kilku kotów w domu źródłem stresu mogą być walki o miejsce w stadzie, ulubione zabawki i miejsca czy inne nieporozumienia.

Kiedy kot czuje się zagrożony, szuka miejsc, gdzie czuje się bezpiecznie i tam właśnie się załatwia. Na ogół są to miejsca silnie pachnące właścicielem – ubrania, pościel, kanapa, fotel…

Wtedy nie zostanie nam nic innego, jak otoczyć kota miłością i czułością i uzbroić się w cierpliwość. Musimy sprawić, ze kot poczuje się bezpieczny i kochany, spędzać z nim dużo czasu i… czekać. Zmiany nie nadejdą szybko. Czasem można się wspomóc różnymi środkami (np. preparaty z feromonami), a w skrajnych przypadkach może być konieczne leczenie farmakologiczne (tfu, tfu, tfu przez lewe ramię), czego oczywiście nikomu nie życzę.

Zapraszam do przeczytania wpisów na podobny temat:  Historie kuwetowe.

Szanowni Czytelnicy, po długim czasie funkcjonowania tego wpisu zdecydowałam się zamknąć komentarze. Starałam się w miarę moich skromnych możliwości pomagać Wam, ale zadanie przerasta moje siły.

Pamiętajcie – ja prowadzę hodowlę kotów rasowych, nie schronisko. Nie pracuję z kotami skrzywdzonymi, niezsocjalizowanymi, porzuconymi –  w takich wypadkach zawsze staram się Was kierować gdzieś, gdzie ludzie zajmują się takimi przypadkami.

W wielu wypadkach optymistycznie zakładacie, że mam szklaną kulę i z samego faktu, że kot załatwia się poza kuwetą, wywnioskuję wszystkie koleje jego życia, relacje w domu i przyczynę. Chciałabym, ale niestety nie posiadam tej umiejętności.

Jestem wzruszona, że obdarzacie mnie swoim zaufaniem, ale czuję, że nie jestem w stanie podołać temu zadaniu dłużej. Piszcie na kocie fora, jak Miau, Miaukunowo, grupy na Facebooku czy GoldenLine i tym podobne – tam jest mnóstwo osób, które będą w stanie Wam pomóc, a nie tylko ja jedna, która niejednokrotnie nie mam czasu napisać krótkiej notki na bloga, nie mówiąc już o służeniu Wam radą w jakimś rozsądnym okresie od zadania pytania.

Related Images:

Facebooktwitter

Kot to też pies. Pies Pawłowa.

Po kastracji VaiPerka postanowiliśmy bardzo uważać na jego dietę, żeby się nie zamienił w grubego nieruchawego zwierza. Nie pasowałby nam do reszty stada, które przecież składa się z kotek z piekła rodem.
Metodą na zachowanie linii miało być podawanie suchej karmy w małych porcjach, w odmierzonych ilościach, ale za to często. Zadziałało. Na dziewczyny.

Otóż nasz słodki VaiPerek, tyran i despota, wpadał między miski na dźwięk otwierania puszki z karmą, niecierpliwie przestępował z łapy na łapę dopóki nie wsypałam chrupek, po czym… wyżerał najlepsze kąski ze wszystkich trzech misek. Jeśli trzeba, to wyciągał wręcz innym kotkom miskę spod pyska. Dopiero po tym łaskawie oddalał się, pozwalając TaiChi zająć się resztą. PaiLu zostawały tylko jakieś nędzne resztki, bo Hrabina nie brata się z plebsem i jeść z nimi nie będzie. (A tak naprawdę, to się bała – ale to długa i zawiła historia, opiszę ją innym razem – i pewnie w wielu odcinkach – dla pokrzepienia serc właścicieli kotów z problemami behawioralnymi oraz ku przestrodze).

Dzięki temu PaiLu się pięknie odchudziła i ma nienaganną figurę, TaiChi wygląda zdrowo, a VaiPerek…. VaiPerek nie tylko wyhodował sobie piękną kuleczkę, ale wyrobił w sobie przekonanie, że należy jeść za każdym razem, kiedy dają.

Akcja – reakcja. Dzwonek – jeść. W naszym przypadku: grzechot puszki – jeść.

I tak się jakoś stało, że zanim się obejrzeliśmy – zamiast dbać o jego linię, doprowadziliśmy go do obżarstwa. Ale już zrozumieliśmy nasz błąd, pokajaliśmy się i zmieniliśmy obyczaje. Suche dosypujemy teraz raz dziennie, do pełna do wszystkich misek. Wystarcza im to na dobę, a VaiPerka skłania do jedzenia tylko raz. Przez resztę dnia je tyle,  ile chce, i wtedy, kiedy sam chce. Na razie ostrożnie można powiedzieć, że rzadziej odwiedza miskę.

O postępach akcji „odchudzanie” będę informować na bieżąco.

Swoją drogą podoba mi się idea odchudzania metodą zostawiania większej ilości karmy, niż wcześniej. Szkoda, że na mnie to nie działa.

Related Images:

Facebooktwitter