Fotostory – Drapak balkonowy

Nasze koty to takie sierotki kanapowe, znają tylko panele, płytki i dywany. Żeby trochę powiększyć ich umiejętności wspinania się i balansowania na krawędzi, zgodnie z planem w okolicy ich pierwszych urodzin sprawiliśmy im piękny balkonowy drapak z czystej żywej brzeziny.

Brat akurat musiał się pozbyć kilku brzózek na działce, więc z przyjemnością je przyjęliśmy. Brzózki zostały pocięte na odcinki, długie i krótkie, i załadowane do malutkiego samochodu osobowego, a jakże, większe – gdzie się dało, głównie w poprzek, poprzywiązywane do zagłówków i foteli, mniejsze po kątach. Trudno było do tego jeszcze upchnąć koty z całym wyposażeniem, ale „nic to, Baśka”, damy radę.

Następnego dnia po zamontowaniu siatki, wzięliśmy się do zbijania drapaka. Zakupiliśmy do tego duży młotek i prawie kilogram gwoździ o długościach różnych – od 12 do 15 cm. Po co nam był ich kilogram – nie wiem, ^Syrjus cały czas uważał, ze jest ich za mało i dorzucał więcej. A zużyliśmy w końcu ich ze 16.

Zbijanie zajęło nam może z godzinkę w sumie, tylko mieszkamy w takim miejscu, że wokół mamy ściany innych bloków i – jak się okazało – nieźle w tej studni hula echo. Mam nadzieję, ze sąsiedzi przeżyli.

Drapak – jak widać – jest wypaśny, ma jeden słup rosochaty, ukośną beleczkę i jakieś takie dziwne coś przybite z boku. Jak widać, owo coś okazało się udane, PaiLu od razu tam wskoczyła.

Całość przypięliśmy do barierki paskami zaciskowymi. Czarnymi, bo inne wyszły. Trochę to wygląda dziwnie, ale co tam, trudno.

Wstępnie prezent należy uznać za udany. Zastanawiam się, czy nie dodać tam kawałków desek, zeby koty mogły się uwalić, bo na razie jest miejsce tylko żeby przycupnąć – ale to może z okazji następnego napadu pracowitości. Na dzisiaj dość.

Related Images:

Facebooktwitter

Fotostory – Balkon bezpieczny dla kotów cz.2

Kończymy montowanie siatki.

Od sufitu do balustrady siatka jest już naciągnięta i przymocowana linką przeplecioną przez szczebelki.

Teraz pociągniemy ją w dół i przeciągniemy kolejną linkę przez szczebelki barierki, mocując dolną część siatki.

Zgodnie z przewidywaniami, ten kącik dostarczył nam rozrywki. Balkon ma tam jakieś 30 cm. szerokości oraz rynnę w środku. Po co taki skrawek tam wystaje, pojęcia nie mam (ukłony dla Pana Architekta), nie da się tam nic wstawić, a nie chcę nawet myśleć, co przeżyli panowie kładący płytki. Ja na przykład się tam nie mieszczę, linkę musiałam więc mocować jedną ręką. Było zabawnie.

Oczywiście koty natychmiast pokochały tę wnękę – jakże by inaczej!

Koniec siatki przymocujemy do tego śmiesznego drewnianego płotka za pomocą zszywacza tapicerskiego (który nie wiem, jak się fachowo nazywa, ale chyba wiadomo o co chodzi). Szczebelki płotka są spięte ze sobą mocnym drutem, całość jest sztywna i w zasadzie sama się trzyma poziomu, leżąc na głównych prętach barierki. Pomiędzy nimi głównie magicznie wisi w powietrzu – ale mimo to trzyma się pewnie.

Z boku został kawałek kawałek siatki – niewiele, tak ze 30 cm – ale ja mam w genach zapisaną niechęć do ucinania i wyrzucania czegokolwiek, bo nigdy nie wiadomo, czy się do czegoś nie przyda (tzw. przydaś) – wobec tego zwijam ten koniec w rulonik i owijam linką na całej długości, tworząc zgrabny pakuneczek.

I gotowe! Siatka jest cieniutka (mam nadzieję, ze wytrzymała), z zewnątrz prawie jej nie widać, a za to w słońcu się pięknie srebrzy. W deszczu też fajnie wygląda – sprawdzone dnia następnego.

Więcej zdjęć oczywiście w galerii.

Koszt to głównie siatka (6x3m, ok 120 zł, kupiona w sklepie dla zwierzaków, więc nie była to najtańsza opcja dostępna na rynku) oraz te nieszczęsne kołki do styropianu za 64 złociszy. Linka, wkręty, podkładki (żeby się trzymała okręcona wokół wkrętu linka) – to już groszowa sprawa. Płotek – 30 zł. Dwa wieczory pracy. Całość prawie niewidoczna gołym okiem, więc kłopotów z administracją nie przewiduję.

A zamiast siatki specjalnie dla zwierzaków można nabyć przez internet siatkę rybacką –  jest tańsza.

I jeszcze kilka słów gadki umoralniającej. Mając zwierzę, jesteśmy za nie odpowiedzialni i to do nas należy zadbanie o jego bezpieczeństwo. Kot nie zawsze spada na cztery łapy i nie zawsze ma to szczęście, że z upadku wychodzi bez szwanku.

Jak pisał Antoine de Saint-Exupéry w „Małym Księciu”: „Pozostajesz na zawsze odpowiedzialny za to, co oswoiłeś”.

Dla inspiracji oraz ku przestrodze, warto zajrzeć pod te linki (wyszperane i podrzucone przez Alicję B.):

Zabezpieczanie okien i balkonów:

koty.rokcafe.pl/zabezpieczenia/okna.php

koty.rokcafe.pl/zabezpieczenia/balkony.php

koty.rokcafe.pl/zabezpieczenia/uchylne.php

Co się dzieje z kotem, gdy upada: koty.rokcafe.pl/zabezpieczenia/index.php

A już za chwileczkę, już za momencik – relacja z budowania drapaka balkonowego.

.

Related Images:

Facebooktwitter

Fotostory – Balkon bezpieczny dla kotów cz.1

Balkon nasz dla kotów nader niebezpieczny jest. Ma w sobie pierisy japońskie, które są trujące (i z tego powodu wkrótce wylądują w śmieciach). Ma otwory między podłogą a balustradą, przez które fajnie można skoczyć w dół. Ma balustradę, po której chodząc można przyprawić właścicieli o zawał. W pobliżu zaś notorycznie przebywa ptactwo różnego autoramentu  (las o rzut beretem jest), na które fajnie poluje się przez szybę, a przez balkon będzie jeszcze fajniej.

Zanim koty zostaną tam wypuszczone samopas, pierwszym krokiem ma być osiatkowanie całości. Niestety balkon nasz ma kształt mocno dziwny, a w dodatku sufit (będący podłogą balkonu sąsiadów z góry) jest sporo mniejszy – przeczuwam w jasnowidzeniu, że wieszanie siatki to będzie duża sztuka. W zasadzie moglibyśmy zamontować jakieś listwy czy kształtowniki i na tym rozpiąć tę siatkę, ale jak podliczyłam koszty, to osłabłam. Siatka będzie musiała wisieć sama z siebie i już. Będzie co ma być.

A dziś jest D-day.

Najpierw przygotowanie zaczepów. Ponieważ całość bloku obłożona jest styropianem, zostaliśmy zmuszeni do nabycia za jakąś chorą kwotę specjalnych dynksów do montowania w styropianie. Za to do ich zamontowania nie jest konieczny żaden sprzęt, raz puknąć wiertełkiem, żeby tynk przebić i można wkręcić ręką. Dopiero wkręt się dokręca narzędziem.

Najpierw myślałam o tym, żeby skraj siatki wzmocnić linką stalową, ale w fazie upraszczania projektu doszłam do wniosku, że nylonowa linka wystarczy. Jak wyciągnęłam siatkę z pudełka, to się nieco zdziwiłam. Chwilę mi zajęło, zanim dotarło do mnie dlaczego ona jest taka… dziwna. Taka osobliwie chuda. Odnalezienie skraju i przeplecenie linki przez odpowiednie oczka to jakaś galernicza robota. Przydałyby się jeszcze dwie pary rąk do trzymania tego cholerstwa.

No to ją wplatam, tę linkę. Mówcie mi Kopciuszek.

Pierdolnik pod ścianą to nasza najnowsza zdobycz – brat podarował mi półtorej brzózki z własnej działki. W kawałkach. Będzie z tego piękny drapak balkonowy. Eko i full wypas. Zobaczycie.

Syrjus zaczepia siatkę. Oczywiście doprowadza mnie jednocześnie do szału, łażąc po balustradzie w kapciach. Jak się sam nie zabije, ja go zabiję.

Mieliśmy wiele pomysłów na to, czym zakryć dziurę między balustradą a podłogą. Każdy mało wykonalny. Problem polega na tym, że cokolwiek by tam nie położyć, musiałoby się trzymać częściowo nadprzyrodzonym sposobem w powietrzu. W końcu w przypływie natchnienia nabyliśmy taki mały płotek z połączonych półwałków. Okazał się idealny. Sam się trzyma i w dodatku już jest zaimpregnowany. I nada się kotom do drapania.

Widać go tam w dole.

Mimo, że drzwi się otwierają do wewnątrz, kotom udało się je sforsować i przyszły skontrolować jakość prac.

W momencie, kiedy PaiLu postanowiła zwiedzić wyższe, do tej pory niedostępne, rejony balkonu, uznaliśmy, ze dość tej zabawy. Koty zostały grzecznie, acz stanowczo, wyproszone z balkonu.

Słońce miało się ku zachodowi i nagle zrobiło się bardzo zimno. Naciągnęliśmy więc siatkę i dowiązaliśmy do górnej części balustrady, pozostawiając resztę na jutro.

Tak więc ciąg dalszy nastąpi.

I w dodatku został nam jeden kołek do styropianu – wreszcie będzie można powiesić na balkonie lampę!

Related Images:

Facebooktwitter

Robimy nowe zabawki dla kotów

Wiosna natchnęła nas nowymi pomysłami na czasochłonne, wykonywane własnoręcznie oraz upierdliwe konstrukcje, mające docelowo polepszyć nam życie, a po drodze doprowadzić nas do szału. Jak każde majsterkowanie.

Celem na ogół jest ulepszenie i upiększenie naszego mieszkanka, choć w tym roku, zgodnie z naszym fiołem, beneficjentami mają być oczywiście koty. Tej wiosny padło na balkon. A konkretniej – przystosowanie balkonu do potrzeb kocich.

Tuż przed Wielkanocą kurier przytargał nam siatkę do zamontowania na balkonie, żeby kotom nie wpadło do głów udać się na dłuższy spacer. Z drugiego piętra. Na razie koty wypasane są pod nadzorem i natychmiast wycofywane z co bardziej niebezpiecznych miejsc. Kwiatki niemal wszystkie okazały się trujące dla nich, więc dostały nakaz eksmisji. Skraj balkonu jest zastawiony skrzynkami po kwiatach, bo na dole mamy fajne dziury, aż zapraszające do tego, żeby się wychylić – PaiLu na przykład nie potrafi się im oprzeć. Niektóre zakątki zaś zostały oklejone taśmą malarską, żeby zwierzaki się nie przecisnęły – jak można się domyśleć, całość wygląda nieco ohydnie.

A skoro już koty będą mogły bezpiecznie wychodzić na balkon, to trzeba im tam zapewnić odrobinę komfortu i rozrywki – zaplanowaliśmy więc wycieczkę do lasu w poszukiwaniu ściętych drzew, w celu pozyskania budulca na ekodrapak. Niech kociny poznają dotyk drewna, a nie tylko panele i dywany.

I tak jakoś idąc na tej fali kreatywności, postanowiliśmy jeszcze podarować kotom leżanko – tunele do spania w oraz biegania przez. Pomysł wydawał się prosty, tylko wykonanie chyba będzie wyzwaniem. Już na etapie pozyskiwania materiałów weszliśmy w fazę użytkowania przedmiotów niezgodnie z ich oryginalnym przeznaczeniem. Na razie na środku salonu walają się przycięte tuby, czekając na oklejenie czymś przyjaznym dla kocich pazurów. Co jest pocieszające – koty zabawiają się przeskakiwaniem przez nie, polowaniem na siebie po obu końcach, a wszystkie gonitwy obowiązkowo muszą przechodzić przez środek przynajmniej jednej.

Na pierwszy ogień idzie balkon. Jak się koty na nim zajmą, to my w mieszkaniu będziemy mogli spokojnie, bez natrętnej asysty, zająć się tworzeniem tuneli.

Related Images:

Facebooktwitter

Od ust sobie odejmę a kotu dam

Czy to nie jest świństwo, że cała karma kocia oraz żwirek kończy się w tym samym czasie? I to jeszcze jakoś tak strasznie znienacka. Oto stanęłam oko w oko z pustą szafką kocią i perspektywą baaardzo dużych zakupów.

Mając trzy zwierzaki nie bawimy się w detal. Mokre wybieramy w miarę możliwości w dużych opakowaniach, nawet po 400g. Idzie to wówczas na dwa razy – na tyle koty łaskawie się zgadzają, dłuższe przetrzymywanie w lodówce dyskwalifikuje karmę w kocich oczach. Taka porcja jest dosyć duża, nawet jak na trzy koty, ale jakoś nie mam serca im obcinać racji. Zresztą maine coony rosną i wkrótce będą całość połykać na raz. W sumie mogłyby żyć na samym suchym, dobre karmy są absolutnie wystarczające do utrzymania kota w dobrym zdrowiu i kondycji, ale pozbawienie ich tradycyjnego śniadanka byłoby już okrucieństwem.

Suche też kupujemy w wielkich worach, po 5 – 7 kg. Mieszam kotom zwykle różne karmy, bo towarzystwo wybredne jest i smaki im się zmieniają. Co jakiś czas któraś karma przestaje im pasować i co wtedy? Wyrzucać? A po zmieszaniu powoli, po trochu, wyżrą wszystko. Oprócz Orijena – tę wydłubują z misek i odrzucają ze wstrętem. Nie wiem czemu, przecież to dobra karma. (Dobrze, ze wzięłam tylko 2 kg. Chce ktoś? Bo mi miejsce zajmuje).

Summa summarum kupowanie dużych ilości wychodzi taniej i na dłużej wystarcza. Zawsze jakoś tak wychodziło, że  tylko raz na jakiś czas trzeba było uzupełniać jeden produkt. A tu nagle zonk! znienacka wyszło wszystko. Kupienie całego zapasu na raz najprawdopodobniej zabije mnie finansowo.

Na pierwszy ogień poszło mokre. 64 kartoniki Bozity (prawie 24 kg żarcia!) w różnych smakach przyszły w wielkiej pace, zostały rozładowane i wrzucone do kociej szafki. Zajęły jej połowę, ale za to na 4 miesiące jest spokój.

Poprzednia dostawa wyglądała tak:

MaineCoonie chrupki jeszcze są, dokupiłam do niego kolejny woreczek Biomilla Selective. Mix tych dwóch to najnowszy przebój sezonu. Koty ostatnio nie chciały już zwykłego Hillsa, widać się znudził, wzięłam więc na spróbowanie malutką paczkę Nature’s Best.  Okazało się, że ma bardzo fajne kształty i dosyć duże chrupki, powinno im pasować. Zrobiłam im trzy różne miksy w trzech miskach i patrzę, co jedzą. Na razie jestem dobrej myśli. I złej jednocześnie, bo chyba będzie trzeba kupić kolejny duży wór.

Obejrzałam sobie moje ulubione żwirki w różnych sklepach internetowych i nieco się się zdziwiłam. W Animalii 14kg Golden Grey Master kosztuje więcej niż dwa worki po 7 kg. Gdzie sens, gdzie logika? Z kolei w Zooplusie cena jest wyjątkowo dobra, ale minimalne zakupy to dwa worki po 14 kg. Ech… decyzje, decyzje, decyzje… Najwięcej czasu pochłania szperanie po różnych sklepach internetowych i porównywanie cen. Ale muszę powiedzieć, że zwraca się to z naddatkiem. A jeszcze przy większych zamówieniach zawsze jakiś bonus dojdzie, a to w postaci dodatkowego rabatu, a to dostawy gratis – i utrzymanie rasowych kotów staje się nieco tańsze, niż się pierwotnie wydawało.

Aż do chwili takiej, jak ta :)

Related Images:

Facebooktwitter

Motto na dzis

„Nie ma nadziei na przyszłość – oświadczył Śmierć.
– Więc co nas tam czeka?
Ja
– Ale poza tobą? – Śmierć spojrzał na niego ze zdziwieniem.
Słucham?
Sztorm nad nimi osiągnął szczyt. Jakaś mewa przeleciała obok nich, tyłem.
– Chciałem powiedzieć – wyjaśnił z goryczą Ipslore – że na tym świecie jest chyba coś, dlaczego warto żyć.
Śmierć zastanowił się przez chwilę.
KOTY, stwierdził w końcu. KOTY SĄ MIŁE.”
„Czarodzicielstwo” Terry Pratchett

Related Images:

Facebooktwitter

Kot to też pies. Pies Pawłowa.

Po kastracji VaiPerka postanowiliśmy bardzo uważać na jego dietę, żeby się nie zamienił w grubego nieruchawego zwierza. Nie pasowałby nam do reszty stada, które przecież składa się z kotek z piekła rodem.
Metodą na zachowanie linii miało być podawanie suchej karmy w małych porcjach, w odmierzonych ilościach, ale za to często. Zadziałało. Na dziewczyny.

Otóż nasz słodki VaiPerek, tyran i despota, wpadał między miski na dźwięk otwierania puszki z karmą, niecierpliwie przestępował z łapy na łapę dopóki nie wsypałam chrupek, po czym… wyżerał najlepsze kąski ze wszystkich trzech misek. Jeśli trzeba, to wyciągał wręcz innym kotkom miskę spod pyska. Dopiero po tym łaskawie oddalał się, pozwalając TaiChi zająć się resztą. PaiLu zostawały tylko jakieś nędzne resztki, bo Hrabina nie brata się z plebsem i jeść z nimi nie będzie. (A tak naprawdę, to się bała – ale to długa i zawiła historia, opiszę ją innym razem – i pewnie w wielu odcinkach – dla pokrzepienia serc właścicieli kotów z problemami behawioralnymi oraz ku przestrodze).

Dzięki temu PaiLu się pięknie odchudziła i ma nienaganną figurę, TaiChi wygląda zdrowo, a VaiPerek…. VaiPerek nie tylko wyhodował sobie piękną kuleczkę, ale wyrobił w sobie przekonanie, że należy jeść za każdym razem, kiedy dają.

Akcja – reakcja. Dzwonek – jeść. W naszym przypadku: grzechot puszki – jeść.

I tak się jakoś stało, że zanim się obejrzeliśmy – zamiast dbać o jego linię, doprowadziliśmy go do obżarstwa. Ale już zrozumieliśmy nasz błąd, pokajaliśmy się i zmieniliśmy obyczaje. Suche dosypujemy teraz raz dziennie, do pełna do wszystkich misek. Wystarcza im to na dobę, a VaiPerka skłania do jedzenia tylko raz. Przez resztę dnia je tyle,  ile chce, i wtedy, kiedy sam chce. Na razie ostrożnie można powiedzieć, że rzadziej odwiedza miskę.

O postępach akcji „odchudzanie” będę informować na bieżąco.

Swoją drogą podoba mi się idea odchudzania metodą zostawiania większej ilości karmy, niż wcześniej. Szkoda, że na mnie to nie działa.

Related Images:

Facebooktwitter

Każde miejsce do zabawy jest dobre

Nowa szafa została natychmiast zaanektowana przez koty. Dostęp na samą górę jest bajecznie prosty – wystarczy jeden skok z drapaka, na którym koty spędzają pół dnia. Góra niestety jest dosyć śliska, wobec tego koty po skoku z łomotem hamują na ścianie. Chyba trzeba będzie im podłożyć jakąś wykładzinę, bo w końcu sobie zęby powybijają.

Maine coony rozkładają się na całą długość i zajmują praktycznie połowę szerokości szafy. Rosyjska niebieska zaś uprawia spacery pomiędzy ich łapami. Czasami wybucha bójka, ale jeszcze ani razu nie spadły.

Na górze szafy znajduje się dosyć niska półka, gdzie będą przechowywane tła fotograficzne. Na razie nie ma chętnych, zeby je tam przenieść, wobec tego miejsce zaprasza wręcz do odwiedzania. Na szczęście jedynym kotem, który potrafi tam wejść jest PaiLu. Bez większego skrępowania korzysta z drogi wiodącej prosto plecami Pawła w górę. Maine coony nie potrafią tej sztuki, więc włażą na samą górę i zaczepiają niebieską łapami. Co jakiś czas oczom moim ukazuje się obrazek: VaiPer wisi połową ciała poza szafą i próbuje łapami pacnąć PaiLu. Ta z kolei leży na plecach na półce, też do połowy wywieszona na zewnątrz, i ze swojej strony próbuje pacnąć VaiPera. Całość odbywa się dokładnie nad głową Pawła. Kiedyś zlecą mu na łeb, jak nic.

Related Images:

Facebooktwitter

Fotostory – składamy szafę

Z góry przepraszam za jakość obrazków – zdjęcia robione szmatławą komórką nie mogą być cudem urody. A wszystkie aparaty zostały zabezpieczone przed rozpoczęciem akcji „Szafa”

VaiPer sprawdza, czy wkręt idzie prostopadle.

PaiLu nadzoruje całość.

Pierwszy test wykonuje TaiChi.

Chwila relaksu: kawa, herbata, lektura.

Kilka wskazówek dotyczących sztywności konstrukcji.

Ostateczny test wytrzymałości przeprowadza VaiPer, bo jest najcięższy.

I oto szafa w całej okazałości. Koty odpoczywają w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Człowiek pracuje. Tak, tam w środku jest stanowisko komputerowe – szał ciał i uprzęży!

Related Images:

Facebooktwitter

Wielkie ważenie kotów

Nadszedł czas na kolejne odrobaczanie naszych futrzaków. Żeby Pan Wet mógł dobrać właściwą ilość medykamentu, potrzebna jest ich aktualna waga. Tak więc przystąpiliśmy do Wielkiego Ważenia Kotów.

Wyniki:

PaiLu – 2,7 kg (albo waga nieco kłamie, albo schudła 10 deko. Hmm, chyba schudła. Ani chybi maine coony gonią ją od miski. Ale za to na wystawie dostała dobre noty za prezencję, więc nie będziemy jej tuczyć)

TaiChi – 3,8 kg (coś mało rośnie, ale to nic, kupiliśmy im Biomilla, jak na tym nie urosną, to nie urosną na niczym)

VaiPer – 4,1 kg (uch, już rozumiem, dlaczego podnoszenie go jest coraz trudniejsze. A najdziwniejsze, że wygląda na dużo mniejszego od TaiChi. No, ale on jest nabity w sobie, podczas gdy TaiChi jest po prostu długa).

Teraz trzeba zebrać siły i udać się do Pana Weta. Tylko zimno jest, ciemno i wilki wyją, chyba odłożę to na jutro. Albo na pojutrze.

Related Images:

Facebooktwitter