Hardkor?

Ilekroć mówię, ze mam cztery koty, budzę wśród słuchaczy poruszenie. Albo są zaciekawieni i zadają mnóstwo pytań, albo dochodzą do wniosku, że chyba coś ze mną nie tak i szybko się oddalają, na wypadek gdyby to miało okazać się zaraźliwe.

W ostatnich dnia poznałam dwoje ludzi i jakoś tak się zgadało, że mają w domu zwierzęta. Oczywiście natychmiast zapytałam jakie. A. ma dwa koty, dwa psy i dwa króliki. M. ma trzy koty, dwie szynszyle, rybkę i jakiegoś gada, ale nie zapamiętałam jakiego. Nie gekona.
No i kto jest debeściakiem? ;)

Facebooktwittergoogle_plus

Mole książkowe

Półki za książkami to świetna kryjówka. Można tam znaleźć chwilę spokoju, zdrzemnąć się z dala od ludzi i reszty stada. Można się tam schować przed wizytą u weterynarza. Świetnie się też nadają jako kryjówka dla matki z dziećmi, co jednak – nie wiedzieć czemu – nie budziło jakiegoś szczególnego entuzjazmu ludzkiej części stada i PaiLu musiała zrezygnować z tego świetnego miejsca na rzecz kartonowego pudła.

Przez długi czas na ulubionej przez koty półce było zrobione specjalne wejście dla kotów – kilka książek, zamiast stać, leżało jedna na drugiej, tworząc nad sobą wygodny prześwit. Koty potrafiły się nim przesmyknąć nawet w pełnym biegu, goniąc jeden za drugim. Do czasu.

Do czasu aż PaiLu nauczyła AnaTemę, że jak się dobrze zahaczy pazurem i pociągnie, to się robi więcej miejsca. Rano natykaliśmy się na stosy książek na podłodze i niewinne spojrzenia: ja? ależ skąd! nawet nie dotknęłam tego!.

I tak, półka po półce, ksiązki były odsuwane do samej ściany, tak, zeby się nie dało za nie wejść. Koty są niepocieszone. Siadają teraz z przodu, ale to nie to samo!

Za późno się zorientowaliśmy, że jak małej kici pazurem nie szło, to pomagała sobie zębami. Ze szczególnym upodobaniem gryzła twarte oprawy. Najbardziej szkoda nam pięknego albumu na temat zbiorów z galerii Pittich i Uffizi, który przewieźliśmy na własnych garbach z Włoch (a ciężki jest jak nieszczęście) i który szczególnie cieszył nasze oczy.

Facebooktwittergoogle_plus

Nowa dostawa żarcia

Jak zwykle całkiem znienacka skończyła się mokra karma. Wszystko przez to, że kupuję od razu ilości hurtowe – nie muszę się potem martwić przez dłuższy czas i zapominam, że wszystko kiedyś ma swój kres.

W ostatnim czasie testowaliśmy kilka rodzajów karm i zamówiłam te, które kiciaki ulubiły sobie szczególnie. Jak składałam zamówienie, to wydawało mi się, że tego towaru będzie multum, ale po wstawieniu do szafki jakoś tak wygląda ubogo…

W sumie to chciałabym, żeby nasza lodówka tak kiedyś wyglądała…

Dziś zwierzaki wciągnęły pierwszą puszkę Cosmy, nawet nie zdążyłam się zorientować kiedy. Nie dziwię się, puszka była niemal cała wypełniona czystym pysznym kurczakiem, były też trzy całe krewetki i kawałki co najmniej czwartej. Bardzo apetyczne. Nie spodziewałam się takiego dobrobytu, bo na etykiecie stało: krewetka 1,7%.

Co mnie cieszy najbardziej, to to, że Taichi nie odeszła od miski dopóki było jeszcze cokolwiek do zjedzenia. Może wreszcie uda się ją trochę podkarmić, bo już wygląda jak szkieletor, a do jedzenia trzeba ją bardzo długo przekonywać.

.

Zapraszam do przeczytania wpisów na podobny temat:

Od ust sobie odejmę a kotu dam

Karma dla maine coonów

Poszukiwana karma light

Facebooktwittergoogle_plus

Co się stało temu krzesłu?

Skąd się wzięła sromotna porażka naszego krzesła w starciu z kotem? To proste. Nasze koteczki z upodobaniem uprawiają nocne biegi z przeszkodami.

Maine coony uwielbiają lecieć z poślizgiem przez stół, zrzucając po drodze wszystko co na nim leży.  Stół robi za stopień pośredni między podłogą a drapakiem, którego półki zaczynają się dosyć wysoko. Złośliwce robią to biegnąc w obie strony – z sypialni na stół i dalej na drapak pod sufit, ale też z drapaka w dół na stół i dalej na przełaj przez mieszkanie, dlatego podejrzewam, że masakra nastołowych przedmiotów to nie przypadek, tylko chodzi  im o ten upojny ślizg po blacie. Maine coony lubią czuć konkretne podłoże po pazurami.

Z kolei niebieska woli lot ślizgowy, dlatego leci trochę obok reszty zwierzyny. Ona nie potrzebuje stołu, żeby się wygodnie dostać na drapak – wystarczy jej owo stojące pod szafą krzesełko komputerowe, skąd ponad półtorametrowym susem dostaje się od razu na górne półki drapaka, gdzie robi szybki zwrot i leci z powrotem – tym razem na szafę.

Mniej więcej jest to ten moment, kiedy obrotowe krzesełko biurowe sięga podłogi, waląc się na nią z hukiem. Nasza delikatna i subtelna PaiLu jest jedynym znanym mi kotem, który jednym ruchem łapki potrafi wywrócić niewywracalne. Krzesełko dzielnie znosiło takie traktowanie, jednak do czasu. No i właśnie wczoraj jego los się dopełnił – oparcie dosłownie rozpadło się na kawałki. Śruby mocujące tylną część zostały wyrwane z gniazd, a całość smętnie chyli się ku upadkowi.

I co teraz? Kupić nowe i wydac je na pastwę kici?

Facebooktwittergoogle_plus

Fotostory – Balkon bezpieczny dla kotów cz.2

Kończymy montowanie siatki.

Od sufitu do balustrady siatka jest już naciągnięta i przymocowana linką przeplecioną przez szczebelki.

Teraz pociągniemy ją w dół i przeciągniemy kolejną linkę przez szczebelki barierki, mocując dolną część siatki.

Zgodnie z przewidywaniami, ten kącik dostarczył nam rozrywki. Balkon ma tam jakieś 30 cm. szerokości oraz rynnę w środku. Po co taki skrawek tam wystaje, pojęcia nie mam (ukłony dla Pana Architekta), nie da się tam nic wstawić, a nie chcę nawet myśleć, co przeżyli panowie kładący płytki. Ja na przykład się tam nie mieszczę, linkę musiałam więc mocować jedną ręką. Było zabawnie.

Oczywiście koty natychmiast pokochały tę wnękę – jakże by inaczej!

Koniec siatki przymocujemy do tego śmiesznego drewnianego płotka za pomocą zszywacza tapicerskiego (który nie wiem, jak się fachowo nazywa, ale chyba wiadomo o co chodzi). Szczebelki płotka są spięte ze sobą mocnym drutem, całość jest sztywna i w zasadzie sama się trzyma poziomu, leżąc na głównych prętach barierki. Pomiędzy nimi głównie magicznie wisi w powietrzu – ale mimo to trzyma się pewnie.

Z boku został kawałek kawałek siatki – niewiele, tak ze 30 cm – ale ja mam w genach zapisaną niechęć do ucinania i wyrzucania czegokolwiek, bo nigdy nie wiadomo, czy się do czegoś nie przyda (tzw. przydaś) – wobec tego zwijam ten koniec w rulonik i owijam linką na całej długości, tworząc zgrabny pakuneczek.

I gotowe! Siatka jest cieniutka (mam nadzieję, ze wytrzymała), z zewnątrz prawie jej nie widać, a za to w słońcu się pięknie srebrzy. W deszczu też fajnie wygląda – sprawdzone dnia następnego.

Więcej zdjęć oczywiście w galerii.

Koszt to głównie siatka (6x3m, ok 120 zł, kupiona w sklepie dla zwierzaków, więc nie była to najtańsza opcja dostępna na rynku) oraz te nieszczęsne kołki do styropianu za 64 złociszy. Linka, wkręty, podkładki (żeby się trzymała okręcona wokół wkrętu linka) – to już groszowa sprawa. Płotek – 30 zł. Dwa wieczory pracy. Całość prawie niewidoczna gołym okiem, więc kłopotów z administracją nie przewiduję.

A zamiast siatki specjalnie dla zwierzaków można nabyć przez internet siatkę rybacką –  jest tańsza.

I jeszcze kilka słów gadki umoralniającej. Mając zwierzę, jesteśmy za nie odpowiedzialni i to do nas należy zadbanie o jego bezpieczeństwo. Kot nie zawsze spada na cztery łapy i nie zawsze ma to szczęście, że z upadku wychodzi bez szwanku.

Jak pisał Antoine de Saint-Exupéry w „Małym Księciu”: „Pozostajesz na zawsze odpowiedzialny za to, co oswoiłeś”.

Dla inspiracji oraz ku przestrodze, warto zajrzeć pod te linki (wyszperane i podrzucone przez Alicję B.):

Zabezpieczanie okien i balkonów:

koty.rokcafe.pl/zabezpieczenia/okna.php

koty.rokcafe.pl/zabezpieczenia/balkony.php

koty.rokcafe.pl/zabezpieczenia/uchylne.php

Co się dzieje z kotem, gdy upada: koty.rokcafe.pl/zabezpieczenia/index.php

A już za chwileczkę, już za momencik – relacja z budowania drapaka balkonowego.

.

Facebooktwittergoogle_plus

Fotostory – Balkon bezpieczny dla kotów cz.1

Balkon nasz dla kotów nader niebezpieczny jest. Ma w sobie pierisy japońskie, które są trujące (i z tego powodu wkrótce wylądują w śmieciach). Ma otwory między podłogą a balustradą, przez które fajnie można skoczyć w dół. Ma balustradę, po której chodząc można przyprawić właścicieli o zawał. W pobliżu zaś notorycznie przebywa ptactwo różnego autoramentu  (las o rzut beretem jest), na które fajnie poluje się przez szybę, a przez balkon będzie jeszcze fajniej.

Zanim koty zostaną tam wypuszczone samopas, pierwszym krokiem ma być osiatkowanie całości. Niestety balkon nasz ma kształt mocno dziwny, a w dodatku sufit (będący podłogą balkonu sąsiadów z góry) jest sporo mniejszy – przeczuwam w jasnowidzeniu, że wieszanie siatki to będzie duża sztuka. W zasadzie moglibyśmy zamontować jakieś listwy czy kształtowniki i na tym rozpiąć tę siatkę, ale jak podliczyłam koszty, to osłabłam. Siatka będzie musiała wisieć sama z siebie i już. Będzie co ma być.

A dziś jest D-day.

Najpierw przygotowanie zaczepów. Ponieważ całość bloku obłożona jest styropianem, zostaliśmy zmuszeni do nabycia za jakąś chorą kwotę specjalnych dynksów do montowania w styropianie. Za to do ich zamontowania nie jest konieczny żaden sprzęt, raz puknąć wiertełkiem, żeby tynk przebić i można wkręcić ręką. Dopiero wkręt się dokręca narzędziem.

Najpierw myślałam o tym, żeby skraj siatki wzmocnić linką stalową, ale w fazie upraszczania projektu doszłam do wniosku, że nylonowa linka wystarczy. Jak wyciągnęłam siatkę z pudełka, to się nieco zdziwiłam. Chwilę mi zajęło, zanim dotarło do mnie dlaczego ona jest taka… dziwna. Taka osobliwie chuda. Odnalezienie skraju i przeplecenie linki przez odpowiednie oczka to jakaś galernicza robota. Przydałyby się jeszcze dwie pary rąk do trzymania tego cholerstwa.

No to ją wplatam, tę linkę. Mówcie mi Kopciuszek.

Pierdolnik pod ścianą to nasza najnowsza zdobycz – brat podarował mi półtorej brzózki z własnej działki. W kawałkach. Będzie z tego piękny drapak balkonowy. Eko i full wypas. Zobaczycie.

Syrjus zaczepia siatkę. Oczywiście doprowadza mnie jednocześnie do szału, łażąc po balustradzie w kapciach. Jak się sam nie zabije, ja go zabiję.

Mieliśmy wiele pomysłów na to, czym zakryć dziurę między balustradą a podłogą. Każdy mało wykonalny. Problem polega na tym, że cokolwiek by tam nie położyć, musiałoby się trzymać częściowo nadprzyrodzonym sposobem w powietrzu. W końcu w przypływie natchnienia nabyliśmy taki mały płotek z połączonych półwałków. Okazał się idealny. Sam się trzyma i w dodatku już jest zaimpregnowany. I nada się kotom do drapania.

Widać go tam w dole.

Mimo, że drzwi się otwierają do wewnątrz, kotom udało się je sforsować i przyszły skontrolować jakość prac.

W momencie, kiedy PaiLu postanowiła zwiedzić wyższe, do tej pory niedostępne, rejony balkonu, uznaliśmy, ze dość tej zabawy. Koty zostały grzecznie, acz stanowczo, wyproszone z balkonu.

Słońce miało się ku zachodowi i nagle zrobiło się bardzo zimno. Naciągnęliśmy więc siatkę i dowiązaliśmy do górnej części balustrady, pozostawiając resztę na jutro.

Tak więc ciąg dalszy nastąpi.

I w dodatku został nam jeden kołek do styropianu – wreszcie będzie można powiesić na balkonie lampę!

Facebooktwittergoogle_plus