Mieszkam w Ankh-Morpork

Kiedy tylko coś się działo, mieszkańcy Ankh-Morpork chcieli brać w tym udział.
Terry Pratchett „Piekło pocztowe”

Moje koty są mieszkańcami Ankh-Morpork. Oczywistą rzeczą jest, że asystują przy wszystkim, co się dzieje. Czy przestawiam coś w mieszkaniu, czy szukam czegoś w szafkach, czy zmywam, czy sprzątam, czy – a może przede wszystkim – robię coś jadalnego w kuchni – koty muszą wiedzieć dokładnie co robię. Zaglądająca przez ramię, zza pleców, z góry oraz z boku asysta to stały element życia. Z wpychaniem całego kota pod ręce włącznie. Da się przyzwyczaić.

Gorzej jest, kiedy dwa koty się pobiją. Natychmiast zbiega się tłum chętnych do udziału, a celują w tym rusałki. Towarzyskie są, no. Już po 10 sekundach dwuosobowe POOM!* przeradza się w zbiorową bójkę rodem z portowej speluny, gdzie biją się wszyscy ze wszystkimi.

Czasami ten ich pęd do współudziału przynosi praktyczne efekty. Wystarczy zaobserwować kiedy któreś z nich wzmoże czujność, a następnie udać się w kierunku, który wskazuje nos.

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Można wtedy na przykład przyłapać Antenkę, pracowicie wyrzucającą zawartość przygotowanej do prania pralki.

*

Ps. Dla tych, którym POOM! nic nie mówi, mała podpowiedź. Wersja francuskojęzyczna jest zdecydowanie lepsza od anglojęzycznej.

Facebooktwittergoogle_plus

Taktyka utrzymania władzy

W stadzie ferment.

VaiPerek poczuł  się chyba zagrożony w swoim samowładztwie, bo stara się za wszelką cenę pokazać kto tu rządzi. Polega to na tym, że często i z zapałem pierze starsze kocice. PaiLu to nawet mu się odgryza i szarpie z doskoku, ale TaiChi od razu wali się na grzbiet i wydaje głuche warczenie.

I tylko AnaTema nie dostaje bęcków, choć to ona zagraża pozycji VaiPerka. Czyżby kocurek uznał, że lepiej się zaprzyjaźnić niż walczyć?

Przeczytaj też:

Mały tyran i despota

Po zabiegu

Hierarchia w stadzie się chwieje

Facebooktwittergoogle_plus

Mamo, a on mnie spycha!

Paweł ma nową zabawkę. Z okazji nowego roku. Otóż kamerę nabył drogą kupna i teraz będzie kręcił, i kręcił, i kręcił. Nie mam jeszcze pewności, kto te filmy będzie obrabiał ani gdzie je będziemy trzymać, zwłaszcza, że już od jakiegoś czasu cierpimy na poważne braki miejsca na dyskach, ale niech tam…

Na pierwszy ogień poszły maine coony podczas ustalania kto dziś będzie spał na górnym hamaku drapaka. Zwróćcie uwagę na uszy – przez większość czasu dla VaiPerka to zabawa i miła rozrywka, TaiChi traktuje sprawę o wiele poważniej. Może dlatego przegrywa i chodzi potem smutna.

Facebooktwittergoogle_plus

Sztuki walki

Obserwuję często nasze koty jak się tłuką ze sobą. Czasem są to tylko przepychanki, ale czasami kłaki lecą i elektryczność pojawia się w powietrzu. Każdy z naszych kotów ma inny styl walki

VaiPer jest otwarty na każde zaproszenie. Nie czai się, nie miga, tylko wali otwarcie. Sam zaczepia chętnie, ale jeszcze chętniej odpowiada na zaczepki. Przy tym strachu za bardzo nie zna, postawę ma zawsze otwartą, tylko te łapeczki ma jak łopaty, więc się koteczki boją. Ulubiona postawa bojowa VaiPera to leżenie na brzuchu w pozycji zachęcającej i machanie tylko przednimi łapami. Zasięg ma taki, że nawet w tej pozycji jest w stanie złapać i stłamsić każdą koteczkę. Bardzo chętnie demonstruje swoją dominację łapiąc kotki po kolei i wylizując na siłę. Biedne ani pisną. Typ pana i władcy.

PaiLu jest zawzięta jak nie wiem co. Walki się nie boi i nie unika, ale nie lubi długich zwarć. Lubi styl szarpany: kąsnąć i odskoczyć. Po krótkim zwarciu krąży wokół przeciwnika szukając luki w obronie, po czym rzuca się znienacka jak kobra. Kontroluje starcie, nawet z VaiPerem. Po przegranej szuka okazji, żeby się odgryźć. Zajadła i pamiętliwa. Lepiej ją mieć po swojej stronie, bo inaczej uprzykrzy życie.

TaiChi to partyzant. Nie lubi walki i ucieka, kiedy do niej dojdzie. Raczej woli najpierw okazać uległość. Wróci po chwili, żeby szarpnąć znienacka. Ne jest za bardzo zajadła, jak zabawa przestanie być zabawna, rezygnuje. Daje się tłamsić, choć ma zrywy niezależności. Też tłamszone szybko przez pozostałe koty. Ostatnio jakby trochę odżyła i częściej walczy.

Facebooktwittergoogle_plus

Po pierwszej randce

PaiLu, przestawiona kawalerowi, zachowała się skandalicznie. Najpierw mu wtłukła, potem skuliła się w kącie w kuwecie i stamtąd warczała i fukała za każdym razem, kiedy się zbliżał.

Punto był mocno zainteresowany i co chwila usiłował podejść i się zaprzyjaźnić, ale nie dała mu wielkiej szansy. Nie mogliśmy na to patrzeć, ale też nie mogliśmy za wiele poradzić. Wymiziawszy kawalera, który w odróżnieniu od naszej hrabianki bardzo był zainteresowany również głaskaniem i drapaniem za uszami, udaliśmy się do domu, zapewniając się wzajemnie, że będzie dobrze.

Dopiero po dwóch dniach panna oswoiła się z sytuacją na tyle, że pozwoliła kocurowi podejść i się obwąchać. A potem jakoś już poszło…

W sumie PaiLu spędziła u Punta pięć dni. Przez ten czas dokładnie nasiąkła zapachem obcego mieszkania i obcego kocura. Gdy w końcu przywieźliśmy ją do domu i wypuściliśmy z transporterka, w domu zapanowało pandemonium. Mainecoony uznały, że to jakiś obcy kot. TaiChi uciekła pod łóżko. VaiPer zaś najeżył się, położył uszy i jak nie zacznie syczeć!

Przestraszyliśmy się nie na żarty. Natychmiast odseparowaliśmy je od siebie.

Przez kilka minut, kiedy PaiLu biegała po swoich ulubionych kątach, pilnowaliśmy VaiPerka. Starałam się też potem jak najczęściej głaskać niebieską i brać ją na ręce (choć tego nie znosi), żeby zostawić na niej swój zapach.  Cały wieczór koty jeszcze boczyły się na siebie, ale w nocy już VaiPerek pomagał niebieskiej się myć, skutecznie odbudowując na niej „nutę zapachową” naszego stada.

Następnego dnia nie było śladu po scysji.

Facebooktwittergoogle_plus

Każde miejsce do zabawy jest dobre

Nowa szafa została natychmiast zaanektowana przez koty. Dostęp na samą górę jest bajecznie prosty – wystarczy jeden skok z drapaka, na którym koty spędzają pół dnia. Góra niestety jest dosyć śliska, wobec tego koty po skoku z łomotem hamują na ścianie. Chyba trzeba będzie im podłożyć jakąś wykładzinę, bo w końcu sobie zęby powybijają.

Maine coony rozkładają się na całą długość i zajmują praktycznie połowę szerokości szafy. Rosyjska niebieska zaś uprawia spacery pomiędzy ich łapami. Czasami wybucha bójka, ale jeszcze ani razu nie spadły.

Na górze szafy znajduje się dosyć niska półka, gdzie będą przechowywane tła fotograficzne. Na razie nie ma chętnych, zeby je tam przenieść, wobec tego miejsce zaprasza wręcz do odwiedzania. Na szczęście jedynym kotem, który potrafi tam wejść jest PaiLu. Bez większego skrępowania korzysta z drogi wiodącej prosto plecami Pawła w górę. Maine coony nie potrafią tej sztuki, więc włażą na samą górę i zaczepiają niebieską łapami. Co jakiś czas oczom moim ukazuje się obrazek: VaiPer wisi połową ciała poza szafą i próbuje łapami pacnąć PaiLu. Ta z kolei leży na plecach na półce, też do połowy wywieszona na zewnątrz, i ze swojej strony próbuje pacnąć VaiPera. Całość odbywa się dokładnie nad głową Pawła. Kiedyś zlecą mu na łeb, jak nic.

Facebooktwittergoogle_plus