Bilans poranka

VaiPerek jak zwykle przyszedł rano i uwalił mi się na głowę. Głowa rozpłaszczyła mi się na naleśnik. Zwykle zsuwam się powoli z poduszki, w miarę, jak VaiPer bierze w posiadanie kolejne jej partie pod swoje jestestwo, ale tym razem przydepnął mi włosy i nie dałam rady się ruszyć. W sumie, jak człowiek jest zdeterminowany, to i z ciężarem na głowie będzie spać.

Moje stopy dostały się w strefę wolnego ognia i TaiChi je upolowała pazurami. Miotnęłam się i kwiknęłam jak zarzynane zwierzę, no bo kto to  widział, żeby tak znienacka, prawda…

PaiLu, która była właśnie pod kołdrą, przestraszyła się i próbowała uciec, ale zaplątała się w kabelki od Pawłowej mp3. Pawłowi mało nie urwała głowy, a mnie podrapała rękę, od której odbijała się w panice.

Wstałam, bo przecież w takich warunkach się nie da…

Related Images:

Facebooktwitter

Taktyka utrzymania władzy

W stadzie ferment.

VaiPerek poczuł  się chyba zagrożony w swoim samowładztwie, bo stara się za wszelką cenę pokazać kto tu rządzi. Polega to na tym, że często i z zapałem pierze starsze kocice. PaiLu to nawet mu się odgryza i szarpie z doskoku, ale TaiChi od razu wali się na grzbiet i wydaje głuche warczenie.

I tylko AnaTema nie dostaje bęcków, choć to ona zagraża pozycji VaiPerka. Czyżby kocurek uznał, że lepiej się zaprzyjaźnić niż walczyć?

Przeczytaj też:

Mały tyran i despota

Po zabiegu

Hierarchia w stadzie się chwieje

Related Images:

Facebooktwitter

Fiat lux

W ramach cieszenia się nową zabawką w postaci aparatu fotograficznego, Paweł wpadł w szał robienia zdjęć wszystkiemu wokół i we wszystkich konfiguracjach, jakie mu tylko przyszły do głowy.

Efektem są zdjęcia niebiańskich kotków.

Coś pomiędzy betlejemską stajenką a bliskimi spotkaniami trzeciego stopnia.

Related Images:

Facebooktwitter

Nowy szablon

W napadzie pracowitości stworzyłam nowy szablon strony. Długie godziny siedziałam przy komputerze Pawła i grzebałam w kolorach, dobierałam, dopasowywałam, po czym wyrzucałam i szukałam nowych – po to tylko, żeby stwierdzić, że na moim komputerze wyglądają zupełnie inaczej i nie tak jak miało być.  Czeka mnie więc jeszcze kilka upojnych chwil nad wyglądem, ale organizacja strony raczej zostanie taka, jaka jest.

Podzieliłam mianowicie strony na osobne sekcje:

  • bloga z jego kategoriami, archiwami i blogrollami (te elementy nie są widoczne na pozostałych stronach),
  • część dotyczącą hodowli,
  • galerie zdjęć.

Mam nadzieję, ze dzięki temu strona będzie bardziej czytelna.

Szablon  na pierwszy rzut oka działa, ale jakby się zdarzyło, że gdzieś jest jakaś niedoróbka – będę wdzięczna za informację.

Related Images:

Facebooktwitter

Koty łóżkowe

Nasze koty spędzają większą część dnia z nami w pokoju dziennym. Tylko kiedy któryś ma potrzebę samotności, idzie do sypialni na szafę, gdzie mają swoje koszyki do spania. W związku z tym jakoś nie przyjął się zwyczaj spania na łóżku.

Ale wystarczył jeden impuls, żeby nagle łóżko okazało się najbardziej komfortowym i najbardziej pożądanym miejscem odpoczynku. Otóż Paweł dostał zadanie sfotografowania kilku kompletów pościeli.

Słowo nie opowie, pióro nie opisze ile się namęczyłam, żeby zgonić to całe towarzystwo na czas wystarczający do pstryknięcia kilku fotek…

Related Images:

Facebooktwitter

Wielkanoc 2010

Święta tradycyjnie spędziliśmy z rodzicami i kotami.

Czasami mam wrażenie, że wyjazd do rodziców to dla kotów sanatorium, taki Ciechocinek. Teren jest obcy dla wszystkich, nie ma walk o miejsce, tylko czysty relaks. Koty pokładają się w pozach niedbałych na wszystkich dostępnych powierzchniach.

Noce spędzają w pokoju rodziców, łażąc po nich i hałasując, ile wlezie. Do nas przychodzą tylko rano, żeby obudzić mnie o świcie. Bez sensu. Którejś nocy zwabił mnie do sypialni rodziców głuchy łomot. To VaiPerek znalazł plastykową piłeczkę porzuconą przez moich bratanków i ganiał z nią po pokoju. Oczywiście skonfiskowałam ją natychmiast, upewniłam się, że rodzice śpią i wróciłam do siebie. Rano okazało się, że VaiPerek zastąpił piłeczkę kraszankami, które zrzucał ze stołu i turlał po podłodze przez resztę nocy.

TaiChi obgryzła owies, który stanowił żywe przybranie ozdobnego koszyczka z kraszankami, a AnaTema próbowała się przemycić do domu mego brata w torbach po prezentach dla dzieci.

Udało się jednak opanować to całe niesforne towarzystwo i wszyscy grzecznie wróciliśmy do domu.

.

Ps. Na pasku po prawej stronie pojawił się banerek prowadzący do strony Amelki Chodlewskiej. Amelka urodziła się z wadą serca, lekarze dali jej miesiąc życia – tymczasem ona już piąty miesiąc walczy o każdy kolejny dzień. Jeżeli możesz, pomóż – słowami otuchy dla rodziców, linkując na własnych stronach, oddając krew czy dzieląc się paroma groszami.

Pps. Po pięciu miesiącach walki Amelka odeszła. Wiele osób zaangażowało się w pomoc dla niej i jej rodziców. Dziękuję w ich imieniu. Pamiętajcie o małej Amelce i o innych dzieciach potrzebujących pomocy.

Related Images:

Facebooktwitter

Testujemy żwirek z Lidla

Zwykle nie kupujemy w Lidlu, bo musielibyśmy do niego jechać kawałek mijając po drodze kilka supermarketów innych sieci, więc – małe szanse na dojechane. Ale skoro już raz tam trafiliśmy, a mnie kołatało się w głowie, że gdzieś ktoś pisał o żwirku z Lidla – postanowiłam sprawdzić.

Worek spory, cena bardzo przystępna, czemu nie spróbować? Po otwarciu pierwsze zdziwienie – duże granulki. Przyzwyczajeni do Golden Grey Master, który ma ziarenka jak piasek na plaży, z lekką niepewnoscią wypełnialiśmy kuwetę. Koty od razu wlazły pogrzebać, co ostrożnie uznaliśmy za dobry znak. AnaTema musiała też sprawdzić, czy to co w kuwecie to aby na pewno jest to samo, co w worku :)

Muszę powiedzieć, że w użyciu nie zachwyca. Bryłki rozpadają się, ledwie tknięte. Nie jest to takie okropnie nieprzyjemne, jak w przypadku Benka, ale jednak trochę utrudnia sprzątanie. Może bym i przebolała to rozpadanie, gdyby nie to, że po kilku dniach pojawił się niezbyt przyjemny zapaszek. Mając na bieżąco porównanie z Golden Greyem w drugiej kuwecie, który pochłania zapachy nawet po dłuższym stosowaniu, stwierdzam, że tego zakupu raczej nie powtórzymy.

.

Przeczytaj też:

Testujemy żwirek z Rossmana

Testujemy kosz Litter Locker

Related Images:

Facebooktwitter

Gdzie ten mały kotek?

Cały czas traktujemy AnaTemę jak małego kociaka, a przecież ona ma już pół roku. To już w zasadzie panienka jest.  Skojarzyłam to dopiero, kiedy mignęło mi w komputerze to zdjęcie.

Rzuciwszy tylko okiem, ucieszyłam się, ze mam nowe zdjęcia PaiLu, którą ciężko złapać w obiektywie, bo nie lubi być fotografowana. Ale rzuciłam okiem drugi raz, patrze – to AnaTema!  Jakoś tak niepostrzeżenie osiagnęła rozmiary PaiLu i kiedy leży, zwłaszcza tyłem, zdarza nam się nieraz pomylić. Futerko ma ciemniejsze, bardziej stalowe, ale w świetle lamp nie rzuca się to tak bardzo w oczy. Dopiero kiedy siedzą obok siebie, różnica jest wyraźna. Zresztą mała zaczyna już jaśnieć od dołu, łapki ma już całkiem srebrzyste, jak doszyte od innego kota.

Cała jest podobna do matki raczej, tylko czasami kiedy się spojrzy na nią od góry, widac wyraźnie kształt pyszczka po ojcu.

Tylko oczy jeszcze różnią ją zdecydowanie od matki. PaiLu ma oczywiście zieloniutkie, AnaTema zaś nieprawdopodobnie żółte. W zasadzie ma oczy w takim samym kolorze, jak VaiPer, co wygląda dosyć niesamowicie. PaiLu w tym wieku miała oczy w kolorze wzburzonego morza, takie bure, i nie przechodziła w ogóle fazy żółtej. Czyżby mała miała mieć oczy w innym odcieniu? Czas pokaże.

O tym, że to nie jest już kociak świadczy też drobna zmiana w upodobaniach. Zaczyna spędzać coraz więcej czasu sama. Do tej pory zawsze siedziała z innymi kotami w pokoju, spała w pobliżu innych kotów, najlepiej razem w jednym legowisku. Teraz zdarza się jej coraz częściej, że idzie spać sama do koszyka na szafie w sypialni, nawet jeśli pozostałe koty siedzą z nami w innym pokoju.

No więc ja się pytam, gdzie jest ta słodka puchata kulka?

Related Images:

Facebooktwitter

Goście! Goście!

Przyszła do nas z wizytą AnaFora. Teraz ma na imię Nasza, Naszka – co oczywiście powoduje zabawne qui pro quo, kiedy rozmawiamy o tym, czym się różnią siostrzyczki. Mówię „Nasza woli suche” – i bądź tu mądry, czy chodzi o naszą AnaTemę, czy Naszkę :)

Cała wizyta była dla Naszki dużym wyzwaniem. Pachniała już zupełnie inaczej, więc dla naszych kotów była obcym. Syczenia, puszenia ogonów i obchodzenia się dookoła było co niemiara przez cały wieczór. Trochę się ganiały, trochę obserwowały z daleka. Muszę przyznać, że Naszka stanęła na wysokości zadania – mimo, że była sama przeciwko czterem kotom i bała się każdego, to zdarzało jej się samej zaczepiać i prowokować gonitwy.  Agresji w tym wszystkim było niewiele, bo i nasze koty nie są jakoś przesadnie przewrażliwione na punkcie własnego terytorium, tyle tylko, że musiały zaznaczyć kto tu jest u siebie.

Naszka cały czas jest największa z trójki, a ogon ma niemal jak opos! Do tego gęste futerko i fałdkę na brzuszku po mamusi. AnaTema też taką ma.

Naszka grzecznie nosi obróżkę z własnym imieniem i adresem, bo odziedziczyła też po mamusi silny pęd do zwiedzania klatki schodowej, a w jej domu panuje teraz remont i robotnicy łażą w tę i we wtę – zawsze to trochę bezpieczniej, gdyby udało jej się zmylić właścicieli i udac się w plener.

Muszę powiedzieć, że co jak co – ale kociaki PaiLu dała fajne :)

.

Przeczytaj też:

Z wizytą u AnaFory

Z wizytą u AlErgena

Related Images:

Facebooktwitter