Jednak deptak w Ciechocinku

Większą część dorosłego życia miałam problemy ze snem. Uprzedzając fakty – kotki skutecznie leczą bezsenność spowodowaną stresem. Jednocześnie aktywnie ten sen uniemożliwiają. Ale ogólnie wychodzę na plus.

kicikoty

Miałam jednak taką wizję, iż nader nieracjonalnie gospodaruję swoim snem. Innymi słowy: idę spać o 4, wstaję o 8, a niedobory rosną. Postanowiłam sprawdzić jak wygląda rzeczywistość, albowiem pamięci i wrażeniom ufać nie należy, bo łżą niemiłosiernie.

W tym celu pobrałam z przepastnych zasobów internetu magiczną aplikację na telefon, która jak jastrząb obserwować sen będzie i zapisywać wszystko, co się dzieje. Każde poruszenie zarejestruje natychmiast, cykl snu zanalizuje, kiedy REM a kiedy co innego i do tego przyjazny budzik zapoda, który we właściwej fazie snu obudzi, żebyś człowieku rześki wstał i gotów na powitanie nowego dnia. Do tego wszystko na wykresach zgrabnych pokaże, że od razu widać będzie kiedy się śpi, a kiedy partyzantkę uprawia. A jakby kto życzenie miał – to i nagrać wszelkie odgłosy nocne może. Życzenia nie miałam.

Porejestrowałam sobie przez dni kilka, wykresy zanalizowałam i prawda jak obuchem w głowę mnie uderzyła. Nie dla mnie inteligentne budziki, nie dla mnie faz snu rejestrowanie – gdyż aplikacja ruchu mojego od ruchu kotów nie odróżnia.

Screenshot_2014-10-29-11-09-58

Ale za to widać, że co jak co, ale na bezsenność nie cierpię już. Słowo daję – nie miałam bladego pojęcia, że one tak cały czas wokół mnie łażą.

Ciechocinek, słowo daję – Ciechocinek.

Facebooktwittergoogle_plus

Pełnia

Zdechła byłam wczoraj tak, że postanowiłam położyć się wcześniej niż zwykle. Dużo wcześniej. Koty były tak zdumione, że nawet nie protestowały. Zasnęłam jak kamień, ledwie przyłożywszy głowe do poduszki.

Ale nie może być tak, żeby w piątek trzynastego i przy pełni przespać całą noc, nie?

friday13

No nie. Totez obudziłam się o 3:30. Koteczki zachwycone, zaraz przylazły wszystkie pouprawiać ze mną życie towarzyskie. Zawsze wiedzą, kiedy się budzę. Nawet jeśli nie ruszam się i nie otwieram oczu, i tak wiedzą i przyłażą wywierać presję psychiczną: tu jestem, spójrz na mnie, zawołaj mnie, pomiziaj mnie.

Czarna Tylda natychmiast ułożyła się obok, a TaiChi wlazła pod koc i przytuliła mi się do brzucha. Myślałam, że to ona mruczy mi prosto w podbródek, ale lekki ruch głową, a raczej fakt, że nie mogę jej przesunąć na poduszce, uświadomił mi że na poduszce leży ChiNa i to ona mruczy. Lekki nacisk na stopy wskazał, że kocięta też zajęły swoją miejscówkę.

VaiPer dziś miał fazę na spanie na kaloryferowym hamaczku, ale takie zbiegowisko skłoniło go do zmiany planów. Przedefilował po mnie, sfochał się że leżę na boku i w związku z tym mu niewygodnie, bo on by chciał spać na moim brzuchu, poszarpał koc pazurami mrucząc z pretensją, a jak to nic nie dało – zsunął się bezwładnie jak worek ziemniaków prosto na TaiChi. Biedna Ruda, przygnieciona i rozpłaszczona, ledwie dała radę wyczołgać się spod koca.

Leżałam sobie tak smętnie, niezdolna ani do tego żeby wstać i coś zrobić, ani do ponownego zaśnięcia. Obserwowałam jak pokój się rozjaśnia i z ciemności wyłaniają się kolorowe futra. Kotów, które ŚPIĄ w najlepsze.

A niech cię, pełnio i piątku trzynastego!

DSC_0232-kopia

Facebooktwittergoogle_plus

Balsam dla duszy?

Koty mi oszalały.

Zawsze dziękowałam karmie i losowi, że udało się je przekonać, iż noc niekoniecznie jest optymalną porą do zabawy z człowiekiem. Tylko na początku, kiedy jeszcze była sama PaiLu, uprawialiśmy typowe życie domu z kotem jedynakiem, czyli uporczywe pobudki o 4 nad ranem. Potem pojawiły się maine coony i wszystkie trzy zajęły się życiem kocio-kocim, zostawiając człowieki ich snom.

Ale do czasu…

Skończyło się jakiś miesiąc temu. Między 4 a 5 nad ranem łóżko przeżywa jakiś najazd Hunów.

Najpierw przychodzi TaiChi. Włazi na mnie, spaceruje od głowy do nóg i z powrotem i zaczyna ugniatać mnie po co wrażliwszych miejscach. I mruczy mi prosto w twarz. Potem się kładzie na mojej klatce piersiowej i wylizuje mi twarz. (Moja odporność na kocie alergeny nie obejmuje bezpośredniej aplikacji na twarz, wobec tego chodzę parchata jak nastolatka. Cóż…)

Oczywiście już dawno nie śpię, bo niby jak…

Potem ChiNa, która śpi na kocyku leżącym w nogach łóżka, wstaje i przychodzi do TaiChi z prośbą o wylizanie po czółku. Czynią to tuż nad moja twarzą, obficie smyrając mnie wąsami. Do tego ChiNa mruczy. Jeśli mruczenie TaiChi przypomina traktor, to ChiNa nadaje jak czołg. Leży obok poduszki, z łbem na moim obojczyku i mruczy.

Wtedy dzikim skokiem ląduje na nas Czarna Tylda. Antenka, śpiąca do tej pory spokojnie przy moim kolanie, nie wytrzymuje napięcia i ucieka z sypialni. Tylda wykonuje jeszcze kilka dzikich susów i lokuje się pod moją pachą, obejmując czule pazurami moje ramię. I mruczy, ale cichutko.

Wreszcie przybywa VaiPer. Uwala się częściowo na mnie, a częściowo na Tyldzie. Chwyta Czarną obiema łapami i wylizuje ją po całym kocie. Mała wyrywa się dziko (niepokorne stworzenie!), po czym ucieka. Zadowolony VaiPer opiera się o mnie i zaczyna się myć. Ciamkając rozgłośnie. I do tego cały czas się rusza i mnie szturcha.

Ciamk, szturch. Ciamk, szturch.

Dochodzi 6 rano.

Facebooktwittergoogle_plus

Zatłoczone noce

Jak pamiętacie, w wyniku niedawnych wydarzeń dziewczyny zrobiły się dosyć nerwowe i nie widziałam innego wyjścia, jak odizolować je od siebie. Stanęło na tym, że PaiLu z kociętami zamieszka w sypialni.
Wraz z kotami przywędrowała kuweta, miski, ulubione kocyki i zabawki. Zrobiło się… trochę tłoczno. Ale co zrobić – taka jest potrzeba chwili, trzeba to znieść do czasu, aż sytuacja się unormuje.
Kocięta zadowolone nie były, bo amputowano im taki fajny obszar do eksploracji, ale jakoś się z tym pogodziły. Całą swoją energię ukierunkowały więc na rozniesienie  pokoju na strzępy. A że już całkiem sprawne i energiczne były…


Kiedy nadchodziła noc i zaczynałam krzątać się po sypialni, przygotowując się do snu – dla kociąt był to widomy znak, że trzeba wstać i zacząć coś robić. Bo i światło zapalone, i pani się krząta, i tyle rzeczy się dzieje…

Zwykle sypiam po zewnętrznej stronie łóżka, ale jak tu spać, jak kocięta ganiają się po pokoju i zakręty im często wypadają już na łóżku i na mnie? (przypominam, że łóżko nie ma nóżek, zostały usunięte właśnie po to, żeby kocięta nie chowały się pod). Przesunęłam się na drugi koniec łóżka, od ściany.
Nagle! najbardziej fascynującym zadaniem stało się sprawdzenie czy między łóżkiem a ścianą nic nie leży, a jeśli nic – to wrzucanie tam zabawek i wyławianie na nowo. Potem zawody – ile najwięcej kota zmieści się w tej szparze. Potem biegi na czas z jedną parą łap w szparze, a drugą na łóżku. Grrr.
Położyłam się na środku.
Szpara przestała być tak niezwykle atrakcyjna, ganiajmy się wokół – kto pierwszy zrobi zylion okrążeń! Kiedy czwarty raz przeleciały mi po twarzy, miałam chęć przerobić je na kisiel i ciastka. Ratunku. Ja muszę spać, choć trochę…

Nakręciłam nawet komórką film o tym, jak to wygląda, gdyż słowa nie oddają grozy sytuacji. Niestety złe Mzimu zeżarło go wraz z pozostałą zawartością karty pamięci telefonu. Część zdjęć udało się odzyskać, filmy wszystkie poszły w kosmos. Zamiast tego będzie więc dawka budyniu w innym temacie. Proszę zapiąć pasy i przygotować się.

Facebooktwittergoogle_plus

Czułe powitania

Każdy mój wyjazd obowiązkowo musi być zakończony kocim fochem. Tym razem zostawiłam je na półtora dnia, aby świątecznie zwizytować stęsknioną rodzinę.

Jedynym kotem, który przywitał mnie po powrocie przy drzwiach była PaiLu. Było mizianie, mruczenie, ocieranie się i zaglądanie w oczy. Być może chodziło o to, że koniecznie chciała pójść na spacer piętro wyżej – ale nie bądźmy małostkowi!

Reszta kotów zignorowała mój powrót. I w zasadzie nie byłoby o czym mówić, gdyby nie fakt, że karę za wystarczającą uznały w nocy i przychodziły kolejno się przywitać. Dla objaśnienia grozy sytuacji dodam, że mam lekki sen i kłopoty z zasypianiem.

  • przyszła FaJin zamiauczeć i zamruczeć mi prosto w twarz (no heloł) i połazić pod kołdrą. Pobuszowała przez jakiś czas i poszła.
  • przyszła TaiChi pomruczeć mi prosto w twarz. Przeszła mi po brzuchu z prawa na lewo i z lewa na prawo kilka razy. Ustabilizowała się wreszcie na moim brzuchu, położyła się i zaczęła mruczeć. Aż echo szło. Po jakimś czasie poszła sobie. Ledwie zdążyłam się zdrzemnąć…
  • przyszła ChiNa. Połaziła w kółko, położyła się częściowo za moją poduszką, częściowo na niej i zaczęła mruczeć. Głośno.
  • przyszedł VaiPer i przegonił towarzystwo. Położył się obok mnie, wyciągnął na całą długość. VaiPer ma zwyczaj się rozpychać dosyć energicznie, tym razem wbił mi przednie łapy w żołądek (poświąteczny, pełniutki!). Doprawdy, upojna to była chwila. W końcu zasnęłam…
  • i wtedy VaiPer uznał, że czas zmienić pozycję i miejsce. Położył się na książkach i gazetach za moją poduszką. VaiPer mruczy bardzo cichutko na szczęście, bardziej tak posapuje niż mruczy. No to szybciutko zasypiać!
  • Ale nie, gazety niewygodne. Przyszedł i zaczął grzebać po mnie łapą. Znaczy, że czegoś chce. Nie miałam już siły się ruszyć, więc tylko odchyliłam kołdrę, ViPer wlazł i wyciągnął się na cała długość przytulony do mego brzucha. Jak milutko, mru mru. Po czym wyciągnął przednie łapy energicznie w górę, wbijając mi je w gardło. Ratunku. Zegarek pokazuje 6:13. Ratunku ponownie. Wstaję i wychodzę z sypialni. Koty za mną. Udaje mi się zamknąć im drzwi łazienki przed nosem, przemyka się tylko TaiChi. Wracam do łóżka. Jestem już tak wykończona, że nawet łażąca po mnie TaiChi mi nie robi. Zasypiam.
  • Budzi mnie serdeczny gryz w łydkę. FaJin buszuje pod kołdrą i właśnie upolowała moją nogę. Umieram.

Resztę snu załatwiłam w ciągu dnia (dobrze, że miałam wolne!), kiedy koty też śpią.

Mój zdradziecki wyjazd na całe półtora dnia można uznać za wybaczony.

Facebooktwittergoogle_plus

Wielkanoc 2010

Święta tradycyjnie spędziliśmy z rodzicami i kotami.

Czasami mam wrażenie, że wyjazd do rodziców to dla kotów sanatorium, taki Ciechocinek. Teren jest obcy dla wszystkich, nie ma walk o miejsce, tylko czysty relaks. Koty pokładają się w pozach niedbałych na wszystkich dostępnych powierzchniach.

Noce spędzają w pokoju rodziców, łażąc po nich i hałasując, ile wlezie. Do nas przychodzą tylko rano, żeby obudzić mnie o świcie. Bez sensu. Którejś nocy zwabił mnie do sypialni rodziców głuchy łomot. To VaiPerek znalazł plastykową piłeczkę porzuconą przez moich bratanków i ganiał z nią po pokoju. Oczywiście skonfiskowałam ją natychmiast, upewniłam się, że rodzice śpią i wróciłam do siebie. Rano okazało się, że VaiPerek zastąpił piłeczkę kraszankami, które zrzucał ze stołu i turlał po podłodze przez resztę nocy.

TaiChi obgryzła owies, który stanowił żywe przybranie ozdobnego koszyczka z kraszankami, a AnaTema próbowała się przemycić do domu mego brata w torbach po prezentach dla dzieci.

Udało się jednak opanować to całe niesforne towarzystwo i wszyscy grzecznie wróciliśmy do domu.

.

Ps. Na pasku po prawej stronie pojawił się banerek prowadzący do strony Amelki Chodlewskiej. Amelka urodziła się z wadą serca, lekarze dali jej miesiąc życia – tymczasem ona już piąty miesiąc walczy o każdy kolejny dzień. Jeżeli możesz, pomóż – słowami otuchy dla rodziców, linkując na własnych stronach, oddając krew czy dzieląc się paroma groszami.

Pps. Po pięciu miesiącach walki Amelka odeszła. Wiele osób zaangażowało się w pomoc dla niej i jej rodziców. Dziękuję w ich imieniu. Pamiętajcie o małej Amelce i o innych dzieciach potrzebujących pomocy.

Facebooktwittergoogle_plus

Co się stało temu krzesłu?

Skąd się wzięła sromotna porażka naszego krzesła w starciu z kotem? To proste. Nasze koteczki z upodobaniem uprawiają nocne biegi z przeszkodami.

Maine coony uwielbiają lecieć z poślizgiem przez stół, zrzucając po drodze wszystko co na nim leży.  Stół robi za stopień pośredni między podłogą a drapakiem, którego półki zaczynają się dosyć wysoko. Złośliwce robią to biegnąc w obie strony – z sypialni na stół i dalej na drapak pod sufit, ale też z drapaka w dół na stół i dalej na przełaj przez mieszkanie, dlatego podejrzewam, że masakra nastołowych przedmiotów to nie przypadek, tylko chodzi  im o ten upojny ślizg po blacie. Maine coony lubią czuć konkretne podłoże po pazurami.

Z kolei niebieska woli lot ślizgowy, dlatego leci trochę obok reszty zwierzyny. Ona nie potrzebuje stołu, żeby się wygodnie dostać na drapak – wystarczy jej owo stojące pod szafą krzesełko komputerowe, skąd ponad półtorametrowym susem dostaje się od razu na górne półki drapaka, gdzie robi szybki zwrot i leci z powrotem – tym razem na szafę.

Mniej więcej jest to ten moment, kiedy obrotowe krzesełko biurowe sięga podłogi, waląc się na nią z hukiem. Nasza delikatna i subtelna PaiLu jest jedynym znanym mi kotem, który jednym ruchem łapki potrafi wywrócić niewywracalne. Krzesełko dzielnie znosiło takie traktowanie, jednak do czasu. No i właśnie wczoraj jego los się dopełnił – oparcie dosłownie rozpadło się na kawałki. Śruby mocujące tylną część zostały wyrwane z gniazd, a całość smętnie chyli się ku upadkowi.

I co teraz? Kupić nowe i wydac je na pastwę kici?

Facebooktwittergoogle_plus

Kot vs krzesło 1:0

Nasza niebieska PaiLu zaliczyła kolejny życiowy sukces. Po dramatycznym starciu obrotowe krzesełko komputerowe poniosło z jej łapek sromotną klęskę. Zupełnie nie wiadomo dlaczego nie podzieliliśmy jej entuzjazmu, ba! nawet pozwoliliśmy sobie okazać niezadowolenie!

Zbesztana surowo PaiLu obejrzała dokładnie miejsce zbrodni…

… po czym stwierdziła, że nic jej nie udowodnimy i żebyśmy się uprzejmie od niej odtentegowali, bo ma nas gdzieś, czemu też dała wyraz podnosząc obelżywie zadnią łapę.

Następnie, jakby tknięta nową myślą, zaczęła się przyglądać wiszącej pod sufitem lampie…

Mam jak najgorsze przeczucia…

Facebooktwittergoogle_plus