Zaginiony Mozart

Wracający późną nocą do domu Paweł natknął się na klatce schodowej na obcego kota.

Wielki, rudy, przestraszony Garfield. Bardzo łagodny, dawał się głaskać i tylko patrzył wielkimi miodowymi oczami. Siedział na schodach z głową wciśniętą pod barierkę – bo jak wiadomo jak głowa schowana, to kota nie widać. Zadbany i czysty, ewidentnie kot domowy. Zresztą żaden żyjący na wolności kot na byłby aż taki gruby.

Nie znając jego historii zdrowia nie mogliśmy ryzykować wzięcia go do domu. Wystawiliśmy mu więc miseczkę z wodą i suchą karmą i wróciliśmy do domu zastanowić się co dalej. Wyszło nam, że może to być kot  mieszkający naprzeciwko na parterze, jednak wydało nam się nietaktem budzić obcych ludzi o 2 w nocy pytaniem o być może nie ich kota.

Rano jakiś litościwy sąsiad zostawił kotu otwarte drzwi na zewnątrz, ale ten był nazbyt skołowany, żeby z tego skorzystać. Udałam się więc do pani naprzeciwko z grzecznym pytaniem, czy przypadkiem nie brakuje jej kota. Pani okazała radość i wzruszenie wielkie, bo cały wieczór go szukali i przepadł jak kamień w wodę. Z kotem w objęciach, przemawiając do niego czule, pobiegła do domu.

Widuję Mozarta przez okno – siedzi w drzwiach balkonowych i nie wygląda na takiego, który chciałby ryzykować wyjście trochę dalej.

Related Images:

Facebooktwitter

Testujemy kosz Litter Locker

Widziałam go już dobrych kilka miesięcy temu i strasznie mi się spodobał. Mniej mi się podobała jego cena (prawie 100 zł), toteż z bólem wielkim, tłumiąc łkanie, kupiłam na kocie potrzeby zwykły mały kosz o pojemności 3 l.

Nasze koty zdecydowanie preferują żwirek bentonitowy, toteż staliśmy się niewolnikami krępujących pakiecików z kocim urobkiem, wyrzucanych do śmieci. Mieszkamy na jednym z tych osiedli, gdzie śmietniki pozostają w niejakim oddaleniu od bloków, a kotów używających kuwety jest cztery – i to wszystko wyklucza możliwość wyrzucania woreczków 3 razy dziennie po każdym sprzątaniu. Nie ma tu aż tak pracowitych w tym domu! Stąd pomysł na osobny kosz koci, który można opróżniać co któreś sprzątanie. W zasadzie jedyną jego wadą jest to, że aby dorzucić kolejną bryłkę,  trzeba go otworzyć – a to do przyjemnych nie należy.

Dlatego zachwycił mnie pomysł kosza z przegrodą, która zamyka część w której składowane są odpady od tej, do której się wrzuca kolejne. A jeszcze bardziej spodobało mi się to, że zooplus właśnie sprzedaje go w promocji za niecałe 40 zł! 100 zł bym nie dała, jeszcze na głowę nie upadłam, ale 40 zł to już rozsądniejsza cena. Ryzyk fizyk.

litterlockerWygląda dokładnie jak na zdjęciu. Biały korpus i ciemnoszare dodatki: klapa, przegroda, kieszeń na łopatkę, łopatka. Plastykowy, ale estetyczny, wstydzić się nie trzeba.

I przede wszystkim – działa!

Wrzuca się koci urobek z góry, a on zatrzymuje się na przegrodzie, której rączkę widać z boku po lewej. Zamyka się klapę, odsuwa przegrodę i zawartość ląduje w części dolnej. Przegroda jest na sprężynie, więc sama wraca na swoje miejsce, odcinając widoki oraz zapachy. Co za wygoda!

Kosz działa oczywiście na specjalne wkłady z workiem, ale tak myślę, że spróbuję zakombinować z normalnym workiem na śmieci. Się zobaczy, jak skończy się pierwszy wkład.

Sprytnie jest to pomyślane, bo worek stanowi taki foliowy rękaw wciśnięty w plastykowy krążek. Ten krążek umieszcza się pod tą ciemnoszarą częścią z klapą, wyciąga się kawał worka, zawiązuje supeł i przeciąga całość żeby sięgnęła dna kosza. Jak się zapełni, to otwiera się kosz, odcina worek (jest wewnątrz nawet zamocowany specjalny nożyk), zawiązuje na supeł z drugiej strony i szu! do śmietnika. Wyciąga się kolejny kawał tego foliowego rękawa, zawiązuje koniec i voila! gotowe do dalszego użytku.

Jak na plastykowe byle co, ma kilka zachwycających elementów. Przede wszystkim sprężyna w przegrodzie, powodująca samoczynne zamykanie. Górna klapka zamyka się porządnie, sama się nie otworzy. Nożyk zamontowany wewnątrz, żeby wygodnie było odcinać folię. Kieszeń na łopatkę, którą można zamontować z tyłu i dodatkowy uchwyt, jakby się chciało umieścić ją z któregoś boku.

Jeśli chodzi o mnie, to widzę dwie wady. Brak rączki, za którą możnaby go przenosić. Jak się ma jedną kuwetę, to można postawić obok i problemu nie ma, ale przy kilku noszenie go jest trudne. Druga rzecz to dosyć mała średnica otworu. Moje łopatki są odrobinę szersze i w rezultacie ten szary kołnierz się brudzi. Oczywiście łopatka od kompletu pasuje idealnie. Tyle, że u nas łopatki mają krótki żywot, bo Paweł jest delikatny jak niedźwiedź i łamie wszystkie.

Podsumowując: jestem z tego nabytku bardzo zadowolona i polecam go wszystkim niewolnikom bentonitu. Jeśli zaś weźmiemy pod uwagę aktualną cenę promocyjną, to jest to absolutny hit. Ludzie, rzucać się, póki są!

A jeśli ktoś nie kupował jeszcze w zooplusie, a chciałby, to przypominam, że dają tam rabat dla nowego klienta, jeśli polecił go stary (hmmm) klient. Owe zaproszenia-polecenia rozsyłam chętnie na prawo i lewo.

.

Czytaj też:

Historie kuwetowe

Testujemy żwirek z Rossmana

Testujemy żwirek z Lidla

Related Images:

Facebooktwitter

Powrót właścicieli marnotrawnych

No to jesteśmy z powrotem w domu.

Hania spisała się na medal. Koty się nawet bardzo nie obraziły, niektóre się wręcz ucieszyły z naszego powrotu.

Jakoś tak wygladało na to, że najbardziej tęskniła za nami nasza niezależna i niedotykalska PaiLu. Od naszego powrotu nie odstępuje mnie na krok, siada za moimi plecami na fotelu kiedy pracuję przy komputerze albo włazi na ramiona i entuzjastycznie przeżuwa moje włosy. Kilka razy się zapomniała i wlazła mi nawet na kolana. Na razie jej ten wylew uczuć nie mija i cieszę się każdym jego dniem.

Antenka chyba nie odczuła naszego braku. Zachowuje się niezmiennie jakby ktoś ją stuknął w czaszkę. Może tylko trochę bardziej zaprzyjaźniła się z matką – częściej ganiają się a nawet zdarza im się do siebie poprzytulać.

Z kolei TaiChi zachowywała się jak ciężko przestraszona. Obchodziła nas z daleka, jakbyśmy byli obcy. Dopiero kiedy złapaliśmy zapach domu, zaczęła przychodzić na kolana i molestować nas.

VaiPerek zaś jest niezmiennie oazą spokoju. Niewzruszony niczym, pogodny i przyjacielski jak zawsze. Na pewno ucieszył się z naszego powrotu, bo wróciło karmienie z ręki i podawanie mu na przekąskę ulubionych chrupków – a to są jego dwie ukochane czynności, których Hania mu nie zapewniała. Teraz trzeba mu było wynagrodzić – a dopominać się o swoje to on potrafi jak mało kto!

Niestety zaobserwowałam też dramatyczną sytuację w zakresie ofutrzenia. Nie czesany VaiPerek skołtunił się i sfilcował. Jeszcze przed wyjazdem ścięłam mu portki, których nie daje czesać, a teraz widzę, że praktycznie trzeba mu obciąć połowę sierści na grzbiecie! Na razie wycięłam mu część kłaków, a że do tej operacji musiałam go unieruchomić na kolanach, obraził się na mnie śmiertelnie. Resztę będę wycinać jak się od-obrazi.

Dzięki składam Matce Naturze, że przynajmniej TaiChi stworzyła z jedwabistą i nie kołtuniącą się sierścią.

Ps. Ciekawa jestem, czy ktoś z czytających odróżnia na tych zdjęciach PaiLu od Antenki. ;)

Related Images:

Facebooktwitter

Szwedzka piękność

Odwiedzamy znajomych w Szwecji. Od czasu naszej ostatniej wizyty zaprzyjaźniona rodzina powiększyła się o psa i kota. Pies jest młodziutkim goldenem, dziewczynką o imieniu Ricky. Kotka z kolei jest wieloowocowa i ma na imię Clio.
Jadąc tu spodziewaliśmy się typowego dachowca, tymczasem spotkaliśmy pięknie umaszczone stworzonko zdradzające norweskiego leśnego przodka w linii genetycznej.
Jak przystało na wychodzącą panienkę z chłodnej północy, Clio ma futro jak niedźwiedź. Jest drobniutka, waży jakieś 2,5 kg, ma wielkie pędzle w uszach i niezbyt długi, ale bardzo puchaty ogon. Poza tym jest milutka, nieagresywna i śmiesznie miauczy. Szybko nawiązałyśmy porozumienie bazujące na puszeczkach ze smakowitym kocim żarciem.
Clio większość dnia spędza w ogródku i dalszych okolicach domu. Dzielnie i cierpliwie poluje na ptaszki – ponoć z dużymi sukcesami, z czego niekoniecznie zadowolona jest pani domu. Zauważyliśmy, że nie jest zbyt skoczna, ale nadrabia uporem i udaje jej się wleźć – mniejszym lub większym rozpaczliwcem – na dachy wszystkich okolicznych szop i komórek.
Za to świetnie się wspina na drzewa. Któregoś dnia obserwowaliśmy ją dobrych kilka minut, żeby sprawdzić, czy sama zlezie. Albowiem, jak wiadomo, koty używają pazurów, żeby wleźć na drzewo i straży pożarnej, żeby z niego zleźć. Szybko i z gracją, głową w dół, Clio zbiegła z drzewa i pobiegła dalej w swoich sprawach. To nas upewniło, że ma mnóstwo norwega w sobie.

Related Images:

Facebooktwitter

Na północ!

Wyjeżdżamy na tydzień. Koty muszą zostać w domu we własnym towarzystwie, odwiedzane tylko co jakiś czas przez naszą sąsiadkę, Hanię.

Zostawiliśmy Hani karteczkę z dokładnymi instrukcjami oraz stos puszek opisanych kolejnymi dniami tygodnia. Ponieważ wychodziliśmy z domu o 8 rano, koty dostały śniadanie jeszcze od nas. Potem przyszła Hania i dała im śniadanie jeszcze raz. Podejrzewam, że koty nie posiadały się z radości.

Karmieniem przejmuję się trochę mniej niż sprzątaniem kuwet. Hania nie ma zwierząt i może to być dla niej trudne doświadczenie ;). Trzymajcie kciuki za Hanię.

A uprzedzając trochę fakty – w następnym odcinku pojawi się piękność z chłodnej północy – kotka Agnieszki i Pawła, Clio. Stay tuned!

Related Images:

Facebooktwitter

Włatcy móch

Latem we wszystkich kotach budzi się łowca i myśliwy.

Najmniejsza muszka, komar czy ćma są powodem dzikich galopad. Oczywiście koty nie zwracają uwagi na to, po czym biegną: ściana, mebel czy człowiek – nie robi im większej różnicy. Szczególnie wieczorem, kiedy światło w pomieszczeniach zwabia owady do mieszkania, koty zamieniają się w mordercze bestie. Owady też nie są głupie, siadają na suficie, a koty siedzą na dole, gapią się w górę i charakterystycznie szczekają.

Wczoraj nawiedził nas zwierz, który wyglądał jak wielki komar. Olbrzymi komar, można by rzec (nie mam pojęcia co to było). Wleciał do sypialni i nie chciał wylecieć. Koty – w szale. Szafy, parapety, rolety, łóżko i – niestety – my w tym łóżku – nieważne, po  czym się skacze, byle przybliżyło do upragnionego celu. W końcu uznaliśmy, że dość tej zabawy i Paweł wstał, żeby ją zakończyć. Śmignął owada szmatą, podniósł go i wyszedł z sypialni.

Po chwili słyszę soczyste przekleństwo. Co się stało? – pytam.

– Chciałem wrzucić go do kibla, ale mi uciekł. Żywy był jeszcze, łobuz.
– To łap go, bo koty idą już ci pomóc.

Niektóre ćmy są dla kotów toksyczne, a że nie wiemy które, na wszelki wypadek staramy się złapać wszystkie, zanim zrobią to koty. Czasem na balkonie któreś pożre coś bez naszej wiedzy, ale prawda potem zawsze wyjdzie na jaw, najpóźniej następnego ranka. Jeżeli Twój kot latem częściej wymiotuje, prawdopodobnie też dożywia się latającymi przekąskami.

Related Images:

Facebooktwitter

Sesja foto prawie on-line

W czasie sesji zdjęciowej w hodowli Ewjatar próbowaliśmy zrobić relację on-line na żywo, ale okazało się, że łącze nie było w stanie tego udźwignąć i video rwało się cały czas. Zachował się jednak kawałek nagrania.

Tak, tam na początku schował się w samym środku śliczny bielutki maine coonek.

Akurat wylosował się fragment, w którym było dosyć spokojnie, ale były momenty, kiedy na stole miało miejsce całe pandemonium. Koty biegały we wszystkich kierunkach naraz, jedne właziły pod tło, inne wdrapywały się na górę i łaziły po górnej belce albo zeskakiwały na głowy tych, co siedziały na dole. Normalnie szaleństwo.

A pod stołem, gdzie leżały torby od statywów i parasolek, odbywała się prawdziwa bitwa o każdy kawałek miejsca, na którym można poleżeć.

Related Images:

Facebooktwitter

Dziś coś do pooglądania

Długo mnie tu nie było, aż biję się w piersi i kajam. Co zrobić, życie mnie tak pochłonęło, że nie mam czasu nawet spać. Koty są nieco zaniepokojone tym, że kładę się do łóżka długo po nich, a wstaję przed nimi.

Dziś w ramach nadrabiania zaległości wpis krótki, ale uczta dla oczu wielka – zrobiliśmy jeszcze jedną sesję zdjeciową kotom z hodowli Ewjatar.

Zapraszam więc do oglądania nowej galerii Koty z hodowli Ewjatar*PL ponownie. Mam wrażenie, że tym razem dominują maine coony, ale też sami zobaczycie, że nie bez powodu. :)

Related Images:

Facebooktwitter

Kocie potrzeby

Siedzę od kilku dni przy komputerze i próbuję pracować, ale nie jest to proste. W naszym domu rządzą koty, wobec tego czują się w prawie przyłazić do mnie i się domagać. Paweł zakłada słuchawki na uszy i póki mu któreś (czytaj: PaiLu) nie wlezie na plecy, ma spokój. Ja zaś jestem zawsze dostępna, co te bydlątka boże skwapliwie wykorzystują.

Nie muszę nawet się zastanawiać, czego chcą. Każde ma zdecydowanie sprecyzowane potrzeby i zależnie od tego, które akurat mi subtelnie dało do zrozumienia, że czas odpocząć od komputera, robimy różne rzeczy.

VaiPerek zawsze chce żeby mu dosypać chrupek i karmić nimi z ręki. Czasami daje się zaspokoić samym dosypaniem. Stan wyjściowy w miskach nie jest istotny, najwyraźniej chodzi o ten luby dźwięk spadających chrupek.

PaiLu zawsze prowadzi do drzwi wyjściowych. Ma silne ciągoty niezależnościowo-wędrowcze. Jako jedyna nie dostaje na ogół czego chce, ale wcale jej to nie zniechęca.

AnaTema zawsze chce się bawić piórkami na patyku. Prowadzi na dywan w pokoju (bo na panelach nasze koty sobie nie życzą, albowiem pazury się ślizgają i komfort nie ten) i patrzy wyczekująco. To ma swoje dobre strony, bo jak się wyszaleje, to potem nie skacze po ścianach.

TaiChi zaś prowadzi do łóżka, żeby sobie poleżeć i się poprzytulać. Wskakuje i od razu kołami do góry: miziaj mnie! Słodziak :).

Related Images:

Facebooktwitter