Dodatek do recenzji książki „Co jest, kocie?”

Przyszedłeś tu ze strony http://kotdoskonaly.pl/2016/co-jest-kocie-ksiazka-dla-zakoconych

***
Tu będzie niewspółmiernie długi fragment dotyczący treści niecałej jednej strony (z ponad 230), ale muszę!
***

Tym, co mi podniosło adrenalinę, jest fragment, w którym autorka opisuje wady i zalety wczesnej i późnej kastracji. Jak całość książki mi się podoba, tak tu zgrzytnęłam zębami.

Zanim sama zaczęłam praktykować wczesne kastracje, szukałam informacji na temat długookresowych konsekwencji zabiegu. Oczywiście dostępne informacje były w języku angielskim, pochodziły głównie z USA, gdzie zabiegi wczesnej kastracji wykonywane są od ponad ćwierćwiecza i jest spora pula kotów, które badane były przez całe swoje życie. Referaty wyników tych badań wskazywały ważne punkty: że nie zaobserwowano statystycznie istotnego wpływu wczesnej kastracji np. na tendencje do nietrzymania moczu u kotek i suk, niedojrzałość emocjonalną czy zwiększoną łamliwość kości u dorosłych osobników. Natomiast rzeczywiście zaobserwowano tendencję do nadmiernego rozrostu kości długich u – o ile dobrze pamiętam, bo kopia opisu poszła w kosmos wraz z moim poprzednim dyskiem – 3% obserwowanych osobników, ale bez wzrostu łamliwości. Znaczy urosły dłuższe. Polskojęzyczny internet dostarcza natomiast w równej mierze zawartości, w której powtarzane są nieodpowiadające prawdzie stwierdzenia, jak i tej, w której się rozbija mity o podnoszonych argumentach przeciw wczesnej kastracji.

To wszystko wskazuje, że autorytatywne podawanie w książce stwierdzeń o nietrzymaniu moczu czy infantylności jako wady wczesnej kastracji jest nieuprawnione.

Natomiast jeśli ktoś dysponuje wynikami badań nad wczesną kastracją – niezależnie czy potwierdzają czy zaprzeczają popularnym stwierdzeniom o jej wadach – chętnie przyjmę linki.

Kiedy przeszłam do części opisującej wady i zalety kastracji “późnej” zgrzytnęłam zębami z kolei przy omawianiu jej zalet. Ma być łatwiejsza, bo kotki po pierwszej rui mają lepiej wykształconą macicę. Zadzwoniłam do weta z doświadczeniem w obu rodzajach kastracji, bo uznałam że moje doświadczenie jako obserwatora nie jest miarodajne. Usłyszałam, że jest to kwestia wyłącznie techniki oraz sprawności ręki i oka, bo jeżeli chodzi o sam zabieg, to nie ma w nim czynności, na którą znacząco wpływałaby wielkość czy stopień wykształcenia macicy.

Mniejsze koty mają mniejszą macicę, nie ulega wątpliwości. W tym sensie kastracja maine coona też jest łatwiejsza niż kastracja drobnego z natury devon rexa, ale nie używamy tego jako argumentu przeciwko kastracji małych kotów. Fun fact: dorosła kocica mojej bratanicy (devonka) waży ok. 2 kg. Tyle samo, ile kocięta maine coon w wieku 13-14 tygodni.

Zaletą ma też być to, że zwierzęta starsze lepiej znoszą narkozę i jest to stwierdzenie nieadekwatne na co najmniej dwóch poziomach. Po pierwsze – podawanie narkozy kociętom jest bardziej wymagające. Trzeba bardzo precyzyjnie odmierzać dawki albo podawać bezpieczniejszą narkozę wziewną. To są rzeczy, których trzeba i których można się nauczyć. Wymaga to oczywiście samodoskonalenia i nieustannego dokształcania. Pozwolę sobie postawić hipotezę, że nie każdy weterynarz ma w sobie wolę, by to robić i nie ma to nic wspólnego z tym jakie koty lepiej znoszą coś. Po drugie: jeśli chodzi o metabolizację narkozy i “dochodzenie do siebie”, to czytelnicy tego bloga mieli okazję oglądać filmik z kocicą dobę po kastracji, w kaftaniku, wskakującą na stół oraz świeżo kastrowane stadka, ganiające się jak opętane po domu. Nie mam wątpliwości: małe kocięta o wiele lepiej znoszą narkozę niż dorosłe.

***
Koniec niewspółmiernie długiego fragmentu dotyczącego treści niecałej jednej strony (z ponad 230), który musiałam!
***

Już chciałam skończyć o kontrowersjach, ale wpadł mi w oko jeszcze fragment o kaftanikach pooperacyjnych. To, co pisze autorka jest słuszne i prawdziwe. Podoba mi się opis jej doświadczeń i przesłanki, które wpłynęły na jej decyzję o zaprzestaniu ich stosowania. Autorka ma specyficzne doświadczenia z racji tego, jakimi kotami się zajmuje. Ja, jako hodowca, dysponuję doświadczeniem, które również jest specyficzne, ale w zupełnie innym obszarze, bo moje koty mają inne życie niż koty wolno żyjące. Mam poczucie, że warto wrzucić mój kamyczek do ogródka.

Całym sercem sprzeciwiam się wetom, którzy na dzień dobry zalecają kaftanik. Całym sercem sprzeciwiam się wetom, którzy zdecydowanie odradzają właścicielom kaftanik. Bez sensu? Przeciwnie! Kaftanik zakłada się po coś. Konkretnie – by zabezpieczyć ranę przed zakażeniem spowodowanym wylizywaniem i wyszarpywaniem nitek. Ranę może próbować rozszarpać sama jej “właścicielka”, a mogą to robić życzliwi członkowie grupy kociej w ramach zachowań społecznych.

W takich przypadkach warto i trzeba zakładać kaftanik i nie bać się “depresji kaftanikowej”, bo dzięki apatii kot nie będzie próbował na siłę zrobić sobie krzywdy – jakkolwiek bezdusznie by to zabrzmiało. Celem nadrzędnym jest szybkie i bezproblemowe doprowadzenie kota do stanu pełnego zdrowia, nawet kosztem czasowego dyskomfortu. Jeśli kot jest jeden, można użyć kołnierza, ale jeśli kotów jest więcej, kaftanik bywa niezbędny.

Nie przyjmujcie więc bezkrytycznie wszystkich porad, jakie słyszycie, drodzy Czytelnicy. Nawet moich.

>> Powrót do recenzji.

Facebooktwittergoogle_plus

„Co jest, kocie?” Książka dla zakoconych

TL;DR: Przeczytałam, spodobała mi się i polecam.

Zwróciło się do mnie wydawnictwo Samo Sedno z prośbą o recenzję książki Małgorzaty Biegańskiej-Hendryk pt. “Co jest, kocie? Wszystko, co musisz wiedzieć, aby zrozumieć swojego kota”. Z racji obłożenia zadaniami zawodowymi zajęło mi to dużo czasu, ostatnie  wydarzenia też trochę wpłynęły na temin tego wpisu, ale w końcu wypełniam to zobowiązanie.

1345_cojestkociefront3d555pxszer

Sprawdźmy więc, czy książka dotrzymuje obietnicy.

Autorka kupiła mnie już w samym wstępie, pisząc coś, w co głęboko wierzę – że nie ma jednej ogólnej recepty na życie z kotem. Każdy kot, każda relacja i każde środowisko powinno być rozpatrywane osobno. Jedne porady będą się sprawdzać, inne nie. W mojej ocenie świadczy to zarówno o faktycznej znajomości zagadnienia, jak też pokazuje otwartość i pokorę wobec tematu, które to cechy wysoko sobie cenię u ludzi w ogóle, a u autorów dzieł rozmaitych w szczególności.

Książka rozpoczyna się krótkim opisem gatunku. Nie ma tu zawiłej terminologii biologicznej ani naukowej analizy skamielin – jeśli ktoś jest tym zainteresowany, może sobie zajrzeć do innych źródeł. Tu informacje podane są w kontekście życia z kotem i tego, co w pierwszej kolejności właściciel kota powinien wiedzieć i rozumieć, by lepiej sobie układać relacje ze zwierzęciem. To opowieść praktyka skierowana do przyszłych praktyków.

Już w pierwszej części książki pada, jakby mimochodem, wiele informacji, które mają daleko idące konsekwencje dla życia z kotem. Część z nich zostanie rozwinięta, np. kwestie wrażliwości kociego nosa, częstotliwości przyjmowania posiłków, kwestie terytorialne. Inne, jak wymiana zębów mlecznych (właściciele półrocznych kotów mogą się zdziwić widząc podwójne kły!) czy konsekwencje braku obojczyków w kontekście podnoszenia go, nie zostały rozwinięte.

Zaczynamy od informacji na temat rozwoju kotów od chwili narodzin. Ta część nie jest zbyt obszerna (nie ma wiele na przykład o rozwoju płodowym), ale za to informacje zostały dobrane w taki sposób, że dotykają najistotniejszych obszarów związanych z opieką, obserwowaniem i monitorowaniem rozwoju małego kociaka. Autorka trochę pada ofiarą własnej kompetencji w momentach, kiedy pisze o tym, że bycie rodzicem zastępczym dla opuszczonego kocięcia jest proste. Rzeczywiście technicznie jest proste i książka podaje najważniejsze wskazówki, jakimi należy się kierować, jednak dla potencjalnego ludzkiego rodzica zastępczego jest to proces obciążający emocjonalnie i fizycznie (karmienie co 2-3 godziny przez całą dobę może znakomicie utrudnić pracę zawodową oraz normalne funkcjonowanie organizmu – matki malutkich dzieci pewnie mogą co nieco na ten temat powiedzieć). Osoba, która będzie postawiona w takiej roli po raz pierwszy prawdopodobnie będzie potrzebować większej ilości wskazówek z innych źródeł.

Bardzo mi się podoba konsekwentne porównywanie kotów do ich dzikich pobratymców. Nie jest to jedynie figura stylistyczna – koty tak naprawdę nie są zwierzętami udomowionymi do końca. Mieszkają z nami albo obok nas, ale ich mózgi są wyposażone wciąż w komplet instynktów dzikiego zwierzęcia. Mam wrażenie, że do wielu osób ta drobna informacja nie dociera i oczekują od kotów dostosowywania się do stawianych im warunków. Tymczasem prawda jest taka, że instynktów się nie wypleni, to człowiek powinien być tą stroną mądrzejszą, która zbuduje środowisko odpowiadające potrzebom kociego drapieżcy.

Tworzeniu takiego środowiska poświęcony jest rozdział 3. Wychodząc od potrzeb i zachowań kocich, autorka daje szereg wskazówek dotyczących niezbędnego wyposażenia oraz organizacji przestrzeni i czasu zwierzęcia.

Bardzo podoba mi się lista przedmiotów, w jakie należy się wyposażyć przed przyjęciem kota – to praktyczny i sensowny zestaw, bez ekstrawagancji i rzeczy zbędnych. Kolejne części rozdziału poświęcone są po kolei różnym kocim zasobom: pożywieniu, wodzie, kuwecie, drapakom, schronieniom. Szereg praktycznych wskazówek co do tego jak te zasoby należy zorganizować (szczególnie miski z wodą i drapaki) dla wielu osób może być prawdziwym objawieniem. Do tego wskazówki dotyczące karmienia, aktywności fizycznej oraz pielęgnacji – i mamy podstawową instrukcję obsługi kociego środowiska podaną w przystępny i przemyślany sposób. Bardzo mi tu zabrakło ilustracji. Wyedukowany czytelnik będzie wiedział o czym mowa, niedoświadczony może nie zrozumieć do końca jak to ma wyglądać.

Niewiele miejsca poświęciła autorka kocim schronieniom, zwracając głównie uwagę na konieczność montowania półek i przejść na wysokości, nie poświęcając jednak uwagi kotom, które komfortowo czują się na poziomie podłogi i tam również potrzebują bezpiecznych kryjówek. Nie pojawił się też w kontekście zasobów jeden z istotniejszych zasobów kotów domowych – człowiek, a więc i jego rola w kociej grupie oraz wpływ na dynamikę zachowań.

Oczywiście temat wpływu człowieka na kota omawiany jest szeroko w dalszej części książki, ale warto to podkreślić by przedstawić właściwą perspektywę dla kolejnych rozdziałów – człowiek, podobnie jak pokarm, drapaki, kuwety, zabawki, jest kocim zasobem. Oczekiwania, żądania, obecność lub jej brak, czyny i zaniechania ludzkie tworzą kocie środowisko tak samo jak przedmioty. Wszelkie zmiany, nierealistyczne oczekiwania, wymuszanie zachowań niezgodnych z kocią naturą musi się odbić na kocie, czego właściciele często nie zauważają, nie identyfikując siebie jako elementu systemu, a raczej widząc siebie jako kogoś, kto zarządza wszystkim z góry jako władza absolutna. Bez właściwej perspektywy trudno brać odpowiedzialność za swój wkład w dynamikę relacji, natomiast dość łatwo zrzucić winę na kota za to, że jest kotem.

Kolejny istotny obszar wiedzy na temat życia z kotem, to język koci i komunikowanie się z kotem oraz pomiędzy kotami. Bardzo podoba mi się, że kolejność opisywania jest zgodna z kocią naturą, a nie oczekiwaniami ludzkiego czytelnika. Zaczynamy od zrozumienia sygnałów zapachowych, które dla kota są kluczowe, a ludziom przysparzają trudności w ogarnięciu wagi i znaczenia tego obszaru. Zaraz na samym początku bum! mamy sikanie poza kuwetą, które jest jednym z najistotniejszych wołań o pomoc w kocim repertuarze, a jednocześnie najsłabiej przez człowieka rozumiane. Podane przez autorkę w tym miejscu książki i w takim kontekście pomoże wielu osobom pojąć czym jest to zjawisko i jak na nie reagować. Dalej następuje opis różnego rodzaju sygnałów z praktycznymi wskazówkami w jakich okolicznościach można je zaobserwować i zachętą by przyglądać się swemu kociemu przyjacielowi. Do pełniejszego zrozumienia tematu przez początkujących kociarzy brakuje mi ilustracji, które pomogłyby im wyróżniać opisywane sygnały w praktyce. Bezcenne informacje zawarte są w króciutkim podrozdziale o kocim savoir-vivre – to absolutne podstawy, które powinien poznać każdy człowiek zbliżający się do kota z zamiarem pogłaskania. Rozważam wydrukowanie i powieszenie na drzwiach celem zapoznawania gości przed kontaktem z kotami. Drugi fragment lektury obowiązkowej to część dotycząca karcenia kotów.

Ze szczególnym zaciekawieniem czytałam rozdział piąty, traktujący o nowych sytuacjach w kocim świecie i dlaczego warto być na nie uczulonym. Jedna z większych zmian w kocim świecie to wprowadzenie nowego kociego towarzysza na teren. Dla mnie jest to jeden z najbardziej istotnych obszarów, bo moje koty często stają się “nowymi” w domu z kocim rezydentem, toteż staram się jak mogę pomagać wskazówkami właścicielom moich kotów. Temat opisany jest przez autorkę rzetelnie, z praktycznymi wskazówkami co do właściwych praktyk (m. in. izolacji, wymiany zapachów, zapewniania kryjówek, a potem podziału terytorium i kocich zasobów). Drugi przypadek – kocie dwupaki też chwycił mnie za serce. Nie bez przyczyny cytat ze mnie “Kot w stanie pojedynczym jest jak pół kota” znalazł się na magnesikach wykonywanych przez Szuruburu Design :)

SzuruBuru Design

Kolejny istotny temat to nowe dziecko w domu i jak przygotować kota na nowego małego domownika. Ta część powinna uspokoić i pomóc przygotować się przyszłym rodzicom na stworzenie najlepszych warunków dla tandemu kot-dziecko.

Wśród innych przykładów nowych sytuacji znalazło się również wymiana żwirku (częsta, a nierozumiana przez ludzi przyczyna problemów kocich), wizyty u weta, przeprowadzki, wyjazdy wakacyjne oraz – co też niedawno pojawiło się tu na blogu – śmierć towarzysza.

Autorka mocno podkreśla nie tylko fakt przywiązania kotów do rutyny, ale podpowiada też jak uczynić z tego czynnik zwiększający poczucie bezpieczeństwa u kota w sytuacjach zmiany, co jest jedną z najlepszych technik pomocy kotom i unikania problemów w rozmaitych życiowych okolicznościach.

Rozdział 6 skupia się na zdrowiu jako czynniku wpływającym na kocie zachowanie. Koty są doskonałymi aktorami i mistrzowsko ukrywają chorobę. Właściciele, którzy nie poświęcają dość czasu na uważną obserwację i poznanie swoich kotów, często orientują się w sytuacji, kiedy stan chorobowy jest tak zaostrzony, że kot jest skrajnie wyczerpany chorobą. Pierwsze symptomy są tak subtelne, że trzeba naprawdę wyczulonego oka i uważności, by je zarejestrować. Warto z każdym drobiazgiem jechać do weta, o czym się sama ostatnio przekonałam.

Uwaga, będzie anegdota. Nie podobał mi się VaiPerek. Po zmianie karmy zaczął wymieniać futro na ładniejsze, miał więcej energii, zaczął częściej biegać za piłeczką. Ideał. Ale mi się nie podobał jakoś, nie wiedzieć czemu. Badanie przez weta wykazało, że cierpi na ból stawów biodrowych. Kot, który zaczął więcej biegać, przypominam. Konia z rzędem temu, kto by się zorientował bez dochowania uważności.

Dobra, wracamy do książki, bo docieramy to miejsca, które budzi we mnie najwięcej emocji. Kastracja. Nie zaskoczę pewnie nikogo, jeśli napiszę, że podoba mi się i popieram pogląd autorki, że koty warto i trzeba kastrować. Że to właśnie brak kastracji, wbrew obiegowym opiniom, jest okrucieństwem i skazywaniem kota na niepotrzebne dyskomforty. Dużo ważnych informacji, które trzeba koniecznie przeczytać o samym zabiegu oraz o opiece okołozabiegowej. Dla niedoświadczonego właściciela kota (w końcu jest to zabieg, który najczęściej jest wykonywany u jednego kota tylko raz, więc można nie mieć wielu doświadczeń) jest to przeżycie traumatyczne na każdym etapie – przed, w trakcie i po. Zapoznanie się z dostępnymi informacjami pomoże utrzymać trochę spokoju ducha i nie wpadać niepotrzebnie w panikę.

Tu początkowo był długi wywód na temat, który podniósł mi adrenalinę, ale uznałam, że będzie nieuczciwe wobec autorki rozwodzić się nad tym w tym miejscu, bo moja gwałtowna reakcja mogłaby zaburzyć odbiór całego wpisu-recenzji. Poprzestanę na stwierdzeniu, że w omawianym rozdziale znalazły się dwie tabelki przedstawiające wady i zalety kastracji wczesnych i “późnych” i osobiście bardzo rekomenduję ominięcie ich wzrokiem i nie czytanie. Jeśli kogoś interesuje dlaczego, może sobie poczytać Dodatek do recenzji ksiazki „Co jest, kocie?”. Po namyśle dodałam tam kilka słów o kaftanikach, nie jako głos w opozycji do książki, tylko jako poszerzenie tego, o czym pisze autorka.

Chcę tylko jeszcze zwrócić Waszą uwagę na fragmenty dotyczące opieki nad kotami niepełnosprawnymi i jak się żyje z niepełnosprawnością kocią. Uogólniając – dobrze się żyje. Jeśli napotkacie na swojej drodze kota, który w ludzkim rozumieniu jest niepełnosprawny, nie wahajcie się zabierając go do domu. Kotom przeszkadza to o wiele mniej, niż nam.

Rozdział 7 to katalog najczęstszych problemów behawioralnych i już sama nazwa sugeruje, że będzie gęsto od praktycznej wiedzy. I jest. Zaczynamy od behawioralno-komunikacyjnych aspektów brudzenia w domu. Nigdy za wiele o tym temacie! Jeśli kot, zwierzę z natury czyste, zostawia za sobą intensywnie pachnące ślady, to wiadomo, że źle się dzieje. Przede wszystkim źle się dzieje kotu, więc zadaniem człowieka jest to naprawić, a nie karać kota czy czekać “aż mu przejdzie”. Kilka bardzo ważnych wskazówek tam pada, m.in. nie używać odstraszaczy, nie karcić wraz z wyjaśnieniem dlaczego nie oraz jak to się dzieje, że tym zachowaniem właściciel pogłębia jeszcze problem. Dalej omawiane są kolejne problemy – z zabawami, karmieniem, agresją i konfliktami, zaburzeniami psychologicznymi, zniszczeniami w domu. W każdym przypadku jest opis tego, co się dzieje oraz możliwych przyczyn, zwieńczony podanymi w punktach wskazówkami co do sposobów radzenia sobie z daną sytuacją. Bardzo konkretnie i praktycznie.

Najbardziej sobie ostrzyłam zęby na ostatni rozdział: “Kocie problemy wywołane przez ludzi”. Do tej pory autorka jasno punktowała zachowania właścicieli wywołujące lub pogarszające problemy w relacjach z kotami, choć nie nazywała ich w ten sposób. Nastawiłam się więc na wybuchy. Skończywszy lekturę zostałam Czytelnikiem Schroedingera – byłam jednocześnie usatysfakcjonowana i zawiedziona.

Nie było mrożących krew w żyłach historii o właścicielach z piekła rodem. Był za to spokojny i rzeczowy wykład o tym, że kot jest czującą istotą i oczekiwanie od niego, że będzie pluszową zabawką jest, delikatnie mówiąc, nierozsądne. Brzmi to może banalnie, ale spora grupa właścicieli zdaje się kompletnie tego nie rozumieć (też mam z takimi do czynienia, solidaryzuję się z autorką). W tym rozdziale podana została znowu spora dawka wiedzy o tym, jaki jest kot i czego się po nim spodziewać – ważne informacje o tym jak koty myślą, jak realizują potrzebę bliskości, a jak niezależności, jakie zachowania są naturalne i nie podlegają “wyplenieniu” żadnymi sposobami. Wszystko w imię promowania postawy pełnej szacunku i akceptacji dla kota jako pełnoprawnego członka rodziny. Być może ten rozdział stanowi najważniejszą część całej książki, z niego wynika wszystko inne – opisy, wyjaśnienia, wskazówki. Żałowałam, że był tak krótki!

Na kolejnych stronach znalazłam niespodziankę (tak, czytam po kolei, nie zaglądam na koniec książki przed jej lekturą). Na ładnym kredowym papierze zamieszczono zbiór fotografii ilustrujących wybrane kwestie z książki. Pisałam wcześniej o braku ilustracji, ale zdecydowałam się nie edytować wpisu w imię zachowania atmosfery faktycznego odbioru przez czytelnika (tak, pisałam na bieżąco z lekturą).

Rozumiem, że były względy dla których podjęto decyzję, by umieścić je tak, a nie inaczej, jednak z punktu widzenia sumiennego czytelnika jest to utrudnienie. Zamieszczenie rysunków czy zdjęć, nawet w obniżonej jakości, byłoby doskonałą ilustracją opisywanych rzeczy i ułatwiałoby zrozumienie jak faktycznie wygląda to, co jest opisywane – jak wygląda fizjologiczna pozycja do karmienia, jak rozmieszczać kocie półki, co z tą klatką czy transporterem, itd. Już choćby odnośnik do zdjęcia na końcu książki byłby wielkim ułatwieniem.

Podsumowując ten obszerny wywód:

Książka “Co jest, kocie?” Małgorzaty Biegańskiej-Hendryk to doskonały start w świat relacji ludzko-kocich. Dla początkujących będzie kopalnią wiedzy i zrozumienia dla ich pierwszego kociego towarzysza, ale i doświadczeni znajdą tu pewnie wiele interesujących informacji. Nie jest to kompendium, bo też nie taki jest cel tej książki, warto pogłębiać wiedzę dalej – ale i tak powinna się znaleźć w biblioteczce kocioluba.

Największe zalety książki to: głęboko humanistyczna perspektywa autorki, promująca szacunek i szukanie porozumienia z kotem zamiast rozwiązań siłowych, prezentowanie perspektywy kota jako równouprawnionej w relacjach człowiek-kot, konkretne wskazówki dotyczące zachowania, reagowania i radzenia sobie z konkretnymi wyzwaniami. Uważny czytelnik skończy lekturę jako potencjalnie o wiele lepszy koci opiekun, zostanie tylko wdrożyć wskazówki w praktyce – a o to przecież chodzi.

Książka nie jest pozbawiona wad, jak choćby ta feralna strona dotycząca kastracji. Pewne kwestie można by rozwinąć szerzej. Dodać ilustracje tam, gdzie by faktycznie coś ilustrowały. Można też dyskutować, czy taki podział treści na rozdziały jest optymalny.

Książkę dobrze się czyta. Napisana jest językiem prostym, konkretnym. Tu i ówdzie pojawiają się historie z doświadczeń autorki, pokazujące jak wyglądają opisywane zagadnienia w praktyce. Każda porcja wiedzy zakończona jest wypunktowanymi wskazówkami co do działań, a każdy rozdział kończy się podsumowaniem najważniejszych informacji. Ważniejsze stwierdzenia są wyraźnie wyróżnione w tekście i łatwe do zauważenia.

Słowem dobrze ją opisującym jest “praktyczna”. Praktyczna w korzystaniu, ze względu na przejrzysty układ i łatwość odszukania wzrokiem szczególnie istotnych informacji. Oparta na praktyce i opisująca praktykę.

Polecam.

Facebooktwittergoogle_plus

Ogłoszenie parafialne w stylu bardzo brytyjskim

Dziś mam coś dla osób, które lubią koty nieco spokojniejsze i mniej aktywne od rusałek. No dobra, przesadziłam – nie „nieco” tylko całkiem.

Hodowla kotów brytyjskich krótkowłosych UnderleyHall*PL dysponuje ślicznymi kocurkami w różnym wieku, które poszukują człowieka, który będzie je kochał, traktował z czułością i patrzył na nie z zachwytem.

Koty brytyjskie znajdują się na drugim biegunie skali w porównaniu z usposobieniem rusałek. To melancholijni introwertycy, oglądający bursztynowymi oczami świat w pełnym spokoju i z dystyngowanym dystansem. Jeśli ktoś lubi kota, który przemieszcza się po pokoju metodą bycia przekładanym – brytek jest dla niego idealny. To kot, który leży i wygląda. Ale za to JAK wygląda! Taki Garfield tylko w różnych kombinacjach kolorystycznych.

(Oczywiście kocięta brytyjskie bawią się i biegają jak każde inne, dostojnieją zaś z wiekiem :))

Jeśli któryś z prezentowanych panów chwycił Cię za serce, w te pędy dzwoń do Doroty Podlejskiej i negocjuj cenę! Telefon do Doroty: +48 607-436-935, e-mail: dorota.podlejska@gmail.com

.

Brytanek (Leurtmar Underleyhall*PL kocur czarny arlekin [tak, jest czarny, mimo że biały ;) ])

Dwukropek (Laurvier Underleyhall*PL kocur czarny arlekin)

Milord (Odotte Underleyhall*PL kocur czarny bikolor)

Olo (Olo Underleyhall*PL kocur czarny)

Kocięta pochodzą z hodowli kotów brytyjskich krótkowłosych i syberyjskich Underleyhall*PL http://underleyhall.pl

 

Facebooktwittergoogle_plus

600

Świętujemy! Z okazji przekroczenia 600 fanów na naszej stronie fejsbukowej – prezent dla Was!
Automatyczne poidło albo karmnik dla kota (zależnie od ustawienia) firmy Trixie.

kd-rozdaje2

Co zrobić żeby go dostać?
1. Polubić profil Kota Doskonałego http://www.facebook.com/KotDoskonaly
2. Krzyknąć w komentarzu, że się chce prezent oraz podać dowolną liczbę poniżej 100.
3. Udostępnić ten wpis na swojej ścianie.
4. A to wszystko do końca 3.09.

Średnia z podanych przez Was liczb będzie numerem porządkowym komentarza, którego autor otrzyma prezent (w kolejności jakiej mi się wyświetlą, nie kolejności dodawania – dodam dla porządku, bo fb robi z komentarzami czasami dziwne i niezrozumiałe rzeczy).

Do 5.09. napiszę w komentarzu pod wpisem na FB kto jest szczęściarzem.
Prezent wyślę pocztą na terenie Polski.

Facebooktwittergoogle_plus

Mity mają się dobrze – czyli redaktorska licentia poetica

Stali czytelnicy pamiętają zapewne moją gwałtowną reakcję na artykuł pt. Kociary, autorstwa pani Katarzyny Surmiak-Domańskiej, zamieszczony w Wysokich Obcasach.  Rzecz ma swój ciąg dalszy – i w jeszcze gorszym świetle stawia autorkę artykułu, której do tej pory można było zarzucić dyletanctwo, ale nowe informacje skłaniają do myślenia wręcz o dużej nierzetelności. Swoboda, z jaką autorka potraktowała materiał, przesuwa utwór z dziedziny dokumentu w obszar fantastyki. Niestety – nie naukowej.

Skontaktowała się ze mną pani Karolina Gałęcka, jedna z bohaterek niesławnego artykułu. Oddaję jej głos (pozwoliłam sobie  na redakcję w zakresie interpunkcji):

Witam serdecznie,

Chciałabym napisać sprostowanie do wywiadu przeprowadzonego ze mną do Kocich Spraw (Wysokie Obcasy) „Kociary”.

Cała treść jest przekręcona, nie wiem co za reporterka to pisała i jak mogła tak wszystko pomieszać!! Totalne bzdury, za które wszystkich bardzo przepraszam.

Wywiadu udzielałam telefonicznie, kobieta słuchała mnie uważnie, lecz widać w przelewaniu treści na papier miała ogromne problemy. Jak można tak poprzekręcać wypowiedź, pomieszać wszystko.

Kotka, o której jej opowiedziałam, faktycznie była kupiona przeze mnie wiele lat temu bez rodowodu, ponieważ nie miałam doświadczenia!! Powiedziałam to jako przestrogę dla ludzi z brakiem wiedzy, jakiej mi kiedyś również zabrakło. Mówiłam reporterce, by ludzie nie kupowali nigdy kota bez rodowodu, opowiadałam jak ja zostałam oszukana. Kot nie miał szczepień, w książeczce zdrowia były podrobione pieczątki. Wszystko to, co powiedziałam jest niezgodne z treścią, w wywiadzie nie mówiłam nic o tym że koty rasowe są chorowite!!!! Wręcz przeciwnie: zapewniałam ją, że koty z porządnych zarejestrowanych hodowli są zdrowe, przebadane pod kątem chorób dziedzicznych, szczepione i odrobaczane.

O chorobach mówiłam jej w pseudohodowlach, mówiłam o pseudorasowych kotach, za które ci ludzie biorą pieniądze, dopuszczając Bóg wie gdzie i z kim!! Twierdząc, że mają rasowe koty, krzywdząc te zwierzęta, sprzedając je chore. To były moje słowa, czyli przestroga dla ludzi kupujących koty z niezarejestrowanych pseudohodowli!! Chciałam w ten sposób uświadomić ludziom, że kot rasowy to kot rodowodowy, o czym ta kobieta również nie wspomniała w tym pseudowpisie, który podpisała moim imieniem i nazwiskiem.

Druga sprawa: opisywałam charakter kota rasy nebelung, reporterka napisała że to rosyjski niebieski. Wszystko w tym wywiadzie jest żenujące i niezgodne z prawdą.

Bardzo mi przykro że ten artykuł się ukazał z tak skandaliczną treścią.

***

Bardzo bym chciała cały wywiad sprostować. To przykre. Mam nauczkę na przyszłość, by nie udzielać wywiadów telefonicznych osobom, które nie potrafią przekazać informacji, które zostały im powiedziane.
Wszystko w tym wywiadzie nie ma sensu, reporterka pokleiła zdania wyrwane z kontekstu, układając w całość jeden wielki zlepek bzdur.
To przykre!

Dziennikarstwo zawodem zaufania publicznego, prawda…

Pani Katarzyna Surmiak-Domańska bynajmniej nie jest stażystką ani początkująca dziennikarką. To osoba o wieloletnim doświadczeniu, nauczająca kolejne pokolenia dziennikarzy w Polskiej Szkole Reportażu…

Facebooktwittergoogle_plus

Catwalk

Na wystawie znowu było wesoło. Zwłaszcza pierwszego dnia, kiedy sędzia nie była w stanie wskazać pierwszego i drugiego miejsca i poszła aż na konsultacje do drugiego sędziego z uprawnieniami do oceniania tej kategorii kotów. FaJin wylądowała w końcu na drugim miejscu, ale zabawy było przy tym co niemiara.

Drugi dzień obfitował natomiast w wybuchy innego rodzaju. Pomimo niechęci do zaprezentowania się jak na dumnego i eleganckiego kota przystało oraz niechęci do zabawy piórkami, FaJin z wdziękiem wskoczyła na pierwszą lokatę. Potem jeszcze wskoczyła na prowadzenie w swojej grupie kolorystycznej, tzw BIV – Best in Variety, a na koniec dostała nominację do konkursu najpiękniejszych, tzw. Nom BIS – Best in Show.

Dostałyśmy dwie piękne rozetki, acz na zdjęciu widać tylko jedną, bo drugą kot zasłania. Oraz – mam wreszcie  zdjęcie siebie z wystawy!:)

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

W sumie prezentowałyśmy się na ringu 3 razy, co przy tak przestraszonym kocie nie było rzeczą prostą. W desperacji zrezygnowałam z własnoręcznego prezentowania koty, żeby nie przekazywać jej swojego zdenerwowania. Kicię prezentowała nasza Pani Weterynarz, Aneta Wieczorek.

Zdjęcie wykonała pani Katarzyna Disegno.

Ja zaś miałam okazję pomacać malutkiego cieplutkiego sfiksa. I malutkiego cieplutkiego devona. I obejrzeć szylkretowego ragdolla, który jest czarno-brązowy, mimo że jest biały. Przypomniało mi to konia, którego kiedyś miałam. Panda była srokatym gniadoszem, czyli zasadniczo była brązowa z czarną grzywą, mimo  że w 95% była biała :) Śmiesznie się te kolory układają :)

Sfinksy, devony, ragdolle i nie tylko można pooglądać w galerii:

 

Facebooktwittergoogle_plus

Mity mają się dobrze

Miało być o czym innym, ale mi ciśnienie skoczyło i muszę. Będzie długie i emocjonalne.

O tym, jak opiniotwórcze czasopismo zamiast szerzyć wiedzę, wspiera istnienie problemów wynikających z braku świadomości ludzi na temat bliski memu sercu – kotów rasowych.

Z okazji Dnia Kota Wysokie Obcasy zamieściły artykuł pani Katarzyny Surmiak-Domańskiej pt. Kociary. Oczywiście rzuciłam się nań jak głodny na naleśnik (bardzo lubię!) i w miarę czytania mina mi rzedła.

Aż w końcu ręce mi całkiem opadły. Oto w poczytnym i uznanym piśmie ogólnopolskim czytam słowa pani Karoliny Gałęckiej: „Była rasowym kotem rosyjskim, ale kupiłam ją bez rodowodu. Właściciel zapewniał, że była szczepiona na białaczkę, ale nie była. A koty rasowe są bardzo podatne na choroby.” Na boba! Na 3 zdania – 3 rzeczy straszne.

1.  „Była rasowym kotem rosyjskim, ale kupiłam ją bez rodowodu„. Nie istnieje coś takiego jak kot rasowy bez rodowodu. Rodowód jest potwierdzeniem pochodzenia, pokazuje przodków kociaka do kilku pokoleń wstecz  (moje koty mają w rodowodzie opisanych 5 pokoleń). Funkcjonuje w świadomości społecznej kilka mitów, które staram się w miarę moich niewielkich możliwości prostować:

  • Rodowód nie jest drogi, wiec nie ma takiej opcji, żeby hodowcy nie było na niego stać (mnie kosztuje 30 zł za każdy plus 10 zł za przesyłkę, niezależnie od ilości dokumentów).
  • Nie zależy od ilości kociąt w miocie – każde przecież ma mamę, tatę, babcie, dziadków i innych przodków, niezależnie czy urodziło się jako pierwsze i najsilniejsze, czy jako piąte. Rodowód to jest certyfikat pochodzenia, a nie certyfikat zdrowia.
  • Nie zależy od wystawiania kota na kocich wystawach. Niektóre kluby zrzeszające hodowle wymagają uczestnictwa w wystawie i uzyskania oceny przez niezależnych sędziów do tego, by wydać zezwolenie na krycie kotki – a skoro kotka została pokryta i są kocięta, i są one legalne, to mają rodowód. Chyba, że nie są legalne, ale wtedy to inna bajka, nieprawdaż?

2.  „Właściciel zapewniał, że była szczepiona na białaczkę, ale nie była„. Czyli kotek nie miał książeczki zdrowia, w której zapisane są wszystkie zabiegi, jakim kocię było poddane? Szczepienie na białaczkę nie należy do podstawowego pakietu szczepień. Abstrahując od skuteczności, należy pamiętać, że jest to szczepionka zjadliwa – m. in. dlatego tę właśnie podaje się w łapę, a nie  na przykład w kark czy kocią pupę. W przypadku – odpukać – powikłań może dojść do konieczności amputacji łapy. Nikt o zdrowych zmysłach nie powinien szczepić na białaczkę, jeśli nie ma takiej konieczności. Taką konieczność może wywołać na przykład kot z białaczką w domu. Ale jeśli jest kot z białaczką, to nikt przy zdrowych zmysłach w takim domu nie miewa kociąt!

3.  „A koty rasowe są bardzo podatne na choroby„. Po to prowadzi się hodowle, bada koty, starannie dobiera w pary, żeby koty były zdrowe. Koty nie rokujące – pod względem zdrowia, charakteru czy cech wyglądu – są z hodowli wykluczane. Po to są hodowle, na boba!

  • Kupując kota z hodowli  masz pewność, że wszyscy jego przodkowie byli zdrowi, mieli dobry charakter i wyglądali tak, jak powinien wyglądać kot danej rasy. Wiesz czego oczekiwać. (Nawiasem mówiąc dlatego ja zawsze opisuję usposobienie kociąt w danym momencie ich rozwoju – żeby przyszli właściciele mogli wybrać kociaka nie tylko po płci i odcieniu szarości, ale i z odpowiadającym im temperamentem.)
  •  Niektóre rasy mają skłonności do pewnych chorób. Może to wynikać z różnych przyczyn, jak miks genów dzięki którym rasa w ogóle powstała, jeśli jest stworzona przez człowieka (co wiąże się trochę z cytatem, o którym za chwilę) czy naturalne cechy budowy kota. Powiem na przykładzie maine coonów – to duże koty i ze względu na wielkość mogą mieć skłonności do chorób serca. Tak to natura wymyśliła, że serce nie rośnie w takim tempie, jak ciało i w związku z tym u osobników dużych wydolność serca jest relatywnie mniejsza. Komandosi i członkowie służb specjalnych, gdzie wymagana jest wysoka sprawność fizyczna, częściej są osobami niezbyt wielkimi – bo wtedy wydolność serca jest największa i jest się najsprawniejszym. A maine coon jaki jest – każdy widzi. Dlatego hodowcy robią swoim kotom badanie echa serca, żeby wykluczyć zmiany chorobowe, oraz badania genetyczne, by wykluczyć osobniki narażone genetycznie na skłonności do chorób serca. Stąd wiem, że moja TaiChi nie niesie w genach tej skłonności (wynik HCM n/n, czyli ujemny dla dwóch genów), tak samo ChiNa (i matka i ojciec są n/n, więc dziecko jest także n/n). To oczywiście pewności nie daje, ale zwiększa prawdopodobieństwo uzyskania kotka zdrowego. Nawet jeśli wybrana rasa ma skłonności do chorób, to w hodowli są koty u których prawdopodobieństwo ich wystąpienia jest najmniejsze. 

Generalizując – koty rasowe w hodowlach są zdrowsze, do jasnej Anielki!

Oto poważna gazeta opisuje jako wzór kociary osobę, która nabyła kota w pseudohodowli. Dachowca, bo kot bez rodowodu jest kotem nierasowym, koniec, kropka. Rasowy=rodowodowy. A osoba wypowiada się na temat kotów rasowych.

Nie zna pochodzenia swego pupila i nie ma pewności, że kot nie jest owocem związku matki z synem czy ojca z córką – co w pseudohodowlach jest niestety spotykane. Ale za to zapewne kosztował mniej, niż z hodowli. Super interes. Tylko, że nie – jak na tzw. dachowca, koty z pseudohodowli są raczej drogie. Dużo taniej wychodzi wziąć ze schroniska czy od znajomych, a poziom rasowości taki sam. Jeszcze gorzej finansowo wychodzi, kiedy kot zaczyna wkrótce chorować, a zdarza się to zastraszająco często. Wyobraźcie sobie kota w typie maine coona z pseudohodowli: bez badań, z domieszkami nie wiadomo jakich ras, o niewiadomej kondycji serca. Zgaduj zgadula: ile może kosztować leczenie ukochanego kota z chorobą serca?

Niestety, póki są nabywcy, póty będą pseudohodowle – smutna prawda. A właśnie gazeta napisała, ze kupowanie w pseudohodowli jest ok. Facepalm roku.

Kolejne słowa, które mnie zdenerwowały, wypowiada pani Justyna Szulc „Jeśli mam być szczera, to mnie się to rozjaśnianie blue wcale się nie podoba. Im jaśniejsze futerko, tym bardziej gubi się tę głębię pomarańczu w ich oczu. Na wystawach te koty są coraz bledsze i o coraz bledszym spojrzeniu. Jak mamy już jakąś rasę, to po co przy niej majstrować. Zostawmy ją. Twórzmy nowe!

Jak można stworzyć takie nowe? Trywializując: łącząc na przykład koty różnych ras i patrząc, co z tego wyniknie. Albo kota rasowego z dzikim. Wynik zawsze będzie wielką niewiadomą. Oczywiście to nie jest tak, że sobie połączymy i hopla! jest nowa rasa. Jest to proces długotrwały i jeśli już, winien być wdrażany w sposób odpowiedzialny i z dbałością o wszystkie szczegóły. A uznanie nowej rasy przez organizacje felinologiczne to kolejne długie lata zabiegów.
Robi się takie rzeczy, owszem. Tak na przykład powstała rasa szkockich zwisłouchych, które są takie rozkoszne i śliczne – każdy miłośnik Maru to przyzna. Tak powstały reksy, sfinksy i koty bez ogonów. Tylko że to nie jest zabawa. Igranie z genetyką niesie ze sobą poważne ryzyko – w procesie dziedziczenia łatwo o nieprawidłowości w przekazywaniu informacji, a w wyniku tego o anomalie i choroby genetyczne. Powstaniu każdej rasy towarzyszyła wielka liczba kociąt wykazujących rozmaite wady. Powtórzę: to nie jest zabawa.

Tymczasem pani Justyna lekko kładzie na szali dwie rzeczy o różnym ciężarze gatunkowym: łączenie osobników różnych ras w celu otrzymania trzeciej o nieznanym genotypie i fenotypie, usposobieniu, zdrowiu i charakterze na jednej szali, a łączenie osobników tej samej rasy, tylko o cechach wyglądu nie odpowiadających jej gustowi, na drugiej. I to pierwsze uznaje za coś bardziej właściwego i odpowiedniego. Czy tylko dla mnie brzmi to arogancko?

Pani Tatiana Mołodecka mówi: „Dachowce są dzikie, nieposłuszne, drapią, rzadko są mądre„. Przypisywanie cech przynależności do określonej grupy jest błędem poznawczym. Dzikie, nieposłuszne, drapiące i rzadko mądre są koty źle zsocjalizowane i źle wychowane. Są rasowe koty miłe i mądre, są nierasowe miłe i mądre. Są rasowe dzikie i nieposłuszne, są nierasowe dzikie i nieposłuszne. Dokonywanie takich pejoratywnych generalizacji jest niesłuszne i krzywdzące.


Było tam więcej perełek, ale i tak tekst mi się zrobił sążnisty, więc poprzestanę na tym. Nie wiem, jakie były kryteria doboru bohaterek artykułu. Nie wiem, na kogo rzucać większe gromy: na autorkę, panią Katarzynę Surmiak-Domańską, na jej rozmówczynie czy na brak konsultacji z kimś kumatym.

Ludzie kochani, ja jestem hodowczynią, człowiekiem kompletnie stukniętym na punkcie kotów, podporządkowującym swoje życie domowym zwierzętom. Na skali „normalności” jestem gdzieś z brzegu. Ale nawet ja mam poczucie, że z paniami opisanymi w artykule jest coś nie tak. A co zobaczy kompletny laik? Jakieś kuriozum nie z tej ziemi! Dobór genetyczny ludzi, panią, która macha zabawką na sznurku, arogancję i jakieś kompletne popieprzenie, excusez le mot!

Najgorsze, że wymowa tego artykułu kompletnie wypacza ideę i zalety posiadania kotów rasowych, a nawet ukazuje to jak jakieś przegięcie w kosmos. Jak pisał wieszcz: „z początku porwał mię śmiech pusty, a potem litość i trwoga”.


Artykuł można przeczytać tutaj: Kociary.

Wersja TL;DR: Wysokie Obcasy puściły żenujący artykuł o kociarach i kotach rasowych i mi ciśnienie skoczyło.

*

Ps. Może warto sobie uświadomić, że koty ras naturalnych też były kiedyś „dachowcami”. Rusałki włóczyły się po Archangielsku, syberie po Syberii, maine coony po stanie Maine w USA, norwegi po Skandynawii, itd.

Facebooktwittergoogle_plus

Zabiegi kastracji w Koterii

Zbieg okoliczności sprawił, że w dniu, kiedy DaKotki były kastrowane, skontaktowała się ze mną pani Beata z Koterii z informacją, że w ramach swojej działalności prowadzą też odpłatne kastracje. Ja mam „swojego” weta, a przyszli właściciele moich kotków nie będą zainteresowani z przyczyn oczywistych, jednak uznałam, że warto puścić informację dalej.

Znacie w ogóle Koterię? Jeśli nie, a mieszkacie w Warszawie i los warszawskich kotów miejskich nie jest Wam obojętny – zainteresujcie się jej działalnością.

Koteria przede wszystkim zajmuje się sterylizacją kotów miejskich w Warszawie metodą TNR. Jak piszą na swojej stronie:

Metoda TNR ( z ang. Trap – Neuter – Return ) czyli ZŁAP – WYSTERYLIZUJ –WYPUŚĆ – polega na złapaniu dokarmianego kota i dostarczeniu go do ośrodka weterynaryjnego w celu dokonania zabiegu sterylizacji. Przy okazji kot może zostać zbadany, zaszczepiony i otrzymać pomoc lekarską przy drobnych dolegliwościach. Gdy dojdzie do siebie jest wypuszczany do swojego środowiska, gdzie dalej mieszka.

Koty miejskie to nie utrapienie, ale ważny element miejskiego ekosystemu – o czym przekonały się boleśnie na własnej skórze administracje mieszkaniowe skutecznie usuwające koty ze swoich osiedli, a następnie wprowadzające je z powrotem w wyniku plagi szkodników. Jednak pozostawione samym sobie koty chorują, przenoszą choroby, walczą i – niestety – szybko się rozmnażają. Koteria pomaga im, a pośrednio też nam, którzy korzystamy z dobrodziejstwa obecności kotów miejskich, nawet o tym nie wiedząc.

Na swoją działalność Koteria potrzebuje pieniędzy, co nie jest chyba informacją szokującą. Pozyskuje je na wiele sposobów: z dotacji, 1% (fundacja nazywa się AGROS), sprzedaży produktów – niedawno prezentowałam świeżo nabyty zeszyt, zaprojektowany przez artystów współpracujących z Koterią – oraz z odpłatnych zabiegów kastracji/sterylizacji.

Pani Beata przesłała mi też cennik, który zamieszczam ku pamięci:

CENNIK :

  • Przetrzymanie kota: 10 zł/doba
  • Zabiegi kastracji/sterylizacji:
    • kotka: 100 zł
    • kocur: 60 zł
    • pies/suka 5-10 kg: 120 zł
    • pies/suka 10-20 kg: 160 zł
    • pies/suka 20-40 kg: 210 zł
    • pies/suka 40-60 kg: 250 zł

W cenę zabiegu wchodzą leki i materiały medyczne użyte podczas zabiegu, praca lekarza, antybiotyk i leki przeciwbólowe
Dodatkowo płatne są np. badania krwi, kubraczek pooperacyjny lub kołnierz ochronny.

A gadżety Koterii są naprawdę wystrzałowe :)

Ps. w sumie mogłabym napisać, że następnego dnia DaKotki nie pamiętały o zabiegu i rozniosły chałupę kilka razy, ale to oczywista oczywistość. Mogłabym to pisać po każdym miocie, więc nie będę się powtarzać. Obserwatorzy naszego fanpage’a na facebooku wiedzą, że Dariuszek już pojechał do nowego domu.

Powiem więc tylko, że już zawojował i podbił serca swoich człowieków i kotki-rezydentki Felicji. :)

 (jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Facebooktwittergoogle_plus

Przerwy w dostawie raz jeszcze

Pewnie zauważyliście, że strona od wczoraj trochę jakby zdychała – trwają prace związane z przeniesieniem na inny serwer.

Sprawa jest trudniejsza, niż początkowo wyglądało i wymaga pewnego nakładu prac ręcznych przy przenoszeniu bazy danych – niestety! Działamy intensywnie, zajmie to jeszcze kilkanaście godzin co najmniej. W ciągu doby lub dwóch powinno się wszystko wyprostować.

Stay tuned! We’ll be back!

Facebooktwittergoogle_plus