Wielkanoc 2010

Święta tradycyjnie spędziliśmy z rodzicami i kotami.

Czasami mam wrażenie, że wyjazd do rodziców to dla kotów sanatorium, taki Ciechocinek. Teren jest obcy dla wszystkich, nie ma walk o miejsce, tylko czysty relaks. Koty pokładają się w pozach niedbałych na wszystkich dostępnych powierzchniach.

Noce spędzają w pokoju rodziców, łażąc po nich i hałasując, ile wlezie. Do nas przychodzą tylko rano, żeby obudzić mnie o świcie. Bez sensu. Którejś nocy zwabił mnie do sypialni rodziców głuchy łomot. To VaiPerek znalazł plastykową piłeczkę porzuconą przez moich bratanków i ganiał z nią po pokoju. Oczywiście skonfiskowałam ją natychmiast, upewniłam się, że rodzice śpią i wróciłam do siebie. Rano okazało się, że VaiPerek zastąpił piłeczkę kraszankami, które zrzucał ze stołu i turlał po podłodze przez resztę nocy.

TaiChi obgryzła owies, który stanowił żywe przybranie ozdobnego koszyczka z kraszankami, a AnaTema próbowała się przemycić do domu mego brata w torbach po prezentach dla dzieci.

Udało się jednak opanować to całe niesforne towarzystwo i wszyscy grzecznie wróciliśmy do domu.

.

Ps. Na pasku po prawej stronie pojawił się banerek prowadzący do strony Amelki Chodlewskiej. Amelka urodziła się z wadą serca, lekarze dali jej miesiąc życia – tymczasem ona już piąty miesiąc walczy o każdy kolejny dzień. Jeżeli możesz, pomóż – słowami otuchy dla rodziców, linkując na własnych stronach, oddając krew czy dzieląc się paroma groszami.

Pps. Po pięciu miesiącach walki Amelka odeszła. Wiele osób zaangażowało się w pomoc dla niej i jej rodziców. Dziękuję w ich imieniu. Pamiętajcie o małej Amelce i o innych dzieciach potrzebujących pomocy.

Podobne opowieści:

Facebooktwittergoogle_plus

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *