Więcej słodyczy

Wielbiciele maine coonów niech pamiętają i mają na uwadze, że za niecały miesiąc, w połowie lutego, w naszym domu pojawią się kolejne malutkie, bardzo puchate kulki – i dopiero będzie kompletny cute overload oraz sweetness attack!

Rodzicami będą: nasza dziewczynka TaiChi Ewjatar*PL oraz SC Iks Ewjatar*PL

Jeśli zawsze marzyłeś o przymilnym, puchatym przyjacielu o dobrym charakterze – przygotuj się na podjęcie poważnej decyzji. Dzieci TaiChi do tej pory kolory brały po ojcu, ale charakter po mamusi, więc gratka to nie lada!

Swoją drogą strasznie jestem ciekawa, jakie kolory wyjdą tym razem. Oby coś z białymi łapkami (fetysz białych łapek mi się rozwija)!

Related Images:

Facebooktwitter

Pokój na pięterku

Twarde realia życiowe pognały mnie do pracy do Gdańska na kilka dni. Zamiast siedzieć nad kocim kojcem i emitować zachwyt nad cudami natury, musiałam udać się na wygnanie, aby zarobić na chrupki kocie powszednie.

Piątek, koło 20.00. Wjeżdżam właśnie na autostradę, kiedy dzwoni telefon. Kocia niania głosem rozedrganym z przerażenia:

– Słuchaj, właśnie wszedłem. Kociaków nie ma w pudle w łazience! I drzwi do garderoby są odsunięte, koty znowu zrobiły włam.

Mroczne „mwahahaha” wyrwało mi się z gardła.

– Idż do garderoby, weź drabinę i sprawdź czarne pudło po lewej stronie na najwyższej półce.

Są. Uff. Kociej niani powoli odpuszcza stan przedzawałowy.

– Upewnij się, że są bezpieczne, że same nie wypełzną i zostaw je tak. Jak wrócę to zobaczymy co dalej.

„Dalej” było pracowite, ale bezproduktywne. Zaproponowałam PaiLu specjalnie zakupione na ten cel dziecięce łóżeczko składane – nie. Oddzieliłam połowę łóżeczka kocem, żeby miała zamkniętą przestrzeń – nie. Dół szafy w sypialni, gdzie wychowywała oba poprzednie mioty – nie. Nic, tylko walić głową w mur. Dodatkowo w czasie, kiedy odsypiałam pracę, PaiLu kilkakrotnie okrążała mnie z maluchem w zębach w poszukiwaniu miejsca (wiem z relacji, bo spałam kamiennym snem).

Nie było wyjścia, trzeba było pozwolić na przeprowadzkę na pięterko, bo kota praktycznie dostała szału. Trochę jej się nie dziwię, gdyż FaJin bardzo źle zniosła kociaki i była najnormalniej w świecie agresywna. Kto by chciał karmić dzieciaki, kiedy stoi nad głową takie syczące monstrum z zębami. Uznałam głęboką słuszność poszukiwania spokojnego miejsca.

Coś jest w twierdzeniu, że każde następne dziecko wychowuje się bardziej bezstresowo. Dla matki bezstresowo, nie w znaczeniu „bezstresowego wychowania”.

Kto pamięta czasy pierwszego miotu PaiLu, czyli wrzesień-październik 2009, przypomina sobie zapewne, że pomysł wnoszenia kociaków na wysokość 2,4m przerażał mnie dosyć mocno. Do tego stopnia, że za pierwszym razem na zmianę pełniliśmy wartę na drabinie przez dwie doby, żeby mieć pewność, że nic się nie stanie. Potem kota łaskawie pozwoliła znieść się z pudłem na dół i zamieszkała przy łóżku.

Teraz, za trzecim razem, nakryłam wiszące ciuchy szmatą, żeby ich nie niszczyła pazurami podczas wspinaczki i… poszłam na imprezę.

Przygotowałam też kocie wygodne schody z półek i otwartych szuflad, żeby mogła swobodnie poruszać się z góry na dół. Wymagało to przearanżowania zawartości półek, aby w newralgicznych miejscach nie znajdowały się rzeczy, które można zniszczyć pazurami, żadnych delikatnych tkanin czy szczególnie ulubionych ciuchów. Efekt bardzo mi się spodobał.

Kota schody zignorowała.

Pokój na pięterku wygląda tak (to ciemne prostokątne po lewej na górze):

Schody są słabo widoczne, bo szuflady są wysunięte w kierunku obiektywu. Nie widać też, że pudło jest przyczepione do półki.

U góry jest tylko tyle miejsca, żeby zajrzeć jednym okiem, nawet łba wcisnąć się nie da, nie mówiąc o aparacie – więc zdjęć kociej rodziny z tego tygodnia nie ma. Tyle, że kota pozwoliła mi  zrobić po jednym portrecie, żeby jakoś wystartować z galerią miotu 5.

Related Images:

Facebooktwitter

Miot rusałek wylądował

Weekend minął w stanie podwyższonej gotowości. PaiLu na zmianę przejawiała niepokój, objawiający się nerwowym bieganiem po kątach w poszukiwaniu najlepszego miejsca, albo kompletny luz i zen. Mnie udzielał się tylko ten pierwszy stan.

W sobotę wieczorem opiłam się kawy z zamiarem czuwania przy kici, a ona krótko po północy… poszła spać! I przespała całą noc! Mnie niestety kawa trzymała aż do rana. Wobec tego w niedzielę w ciągu dnia próbowałam nadrabiać straty, położyłam się więc na godzinkę, żeby móc jakoś funkcjonować. PaiLu położyła się ze mną. Ledwie zasnęłam, kicia zerwała się, dała hasło do rozpoczęcia akcji i pognała… do łazienki!

(To ja pytam: po co było to stresowanie mnie tym włamywaniem się do garderoby i szukaniem innych, równie atrakcyjnych, miejsc na poród? Żebym się nie nudziła?)

Popołudnie spędziłyśmy więc zamknięte w łazience, a efektem tego posiedzenia są trzy śliczne, wielkie, silne i grube kociaki: jedna dziewczynka i dwóch chłopaków. I znów się sprawdziło, ze moje kotki oszukują: PaiLu oszukuje, że ma więcej kociaków, Antenka – że ma mniej. Nie ogarniam.

 

Related Images:

Facebooktwitter

À propos trzymania kciuków

Trzymajcie też za mnie, bo – sądząc po moich snach – najwyraźniej przejęłam się nadmiernie.

Śniło mi się mianowicie, że 3 kotki urodziły mi naraz kocięta, a maine coonica urodziła 14(!) maluchów, w tym 4 niebieskie i one się od razu wymieszały z rusałkami i nie mogłam odróżnić. Kocięta od razu miały otwarte oczka, były samobieżne i rozłaziły mi się, a ja próbowałam je zagarniać do kojca. Zagarniałam jedne, to inne wyłaziły drugą stroną. Obudziłam się taka zmęczona, że musiałam się zdrzemnąć od razu, żeby odpocząć.

Jeśli PaiLu nie urodzi zaraz, to najprawdopodobniej oszaleję. :)

Related Images:

Facebooktwitter

Ostatnie dni oczekiwania

TEN DZIEŃ zbliża się nieubłaganie. PaiLu jest gruba jak foka i tak samo nieruchawa przez większość czasu. Porusza się dostojnym krokiem, wskakuje na powierzchnie nie wyższe niż wysokość krzesła, ostrożnie zeskakuje. Jedna rzecz mnie zastanawia – tym razem dużo czasu spędza leżąc na plecach, z przednimi łapkami podkulonymi jak króliczek (awwww!) a poprzednio leżała przeważnie na boku. To może oznaczać, że tym razem będzie miała rzeczywiście więcej niż trójkę maluchów i na boku jest jej po prostu niewygodnie.


Nie zmieniło się natomiast nic w kwestii garderoby – nadal z uporem godnym lepszej sprawy próbuje dostać się na najwyższą półkę do pudła z ubraniami i akcesoriami do trekkingu. Niestety od czasu poprzedniego miotu zrobiłam w garderobie przemeblowanie i wejście na najwyższą półkę jest teraz utrudnione – zwykle udaje jej się wspiąć po wiszących ubraniach (żegnajcie niepozaciągane sukienki i żakiety!) na półkę drugą od góry i dalej ani rusz. Wtedy trzeba przyjść, wziąć drabinę i ostrożnie przetransportować kotka z fochem na podłogę.
Choć raz jej się udało – poznałam po wyrzuconych z pudła stuptutach, których metalowe klamry gryzły ją najwyraźniej w brzuszek.


Zrobiła się tez niesamowicie towarzyska, gadatliwa i miziasta. Kiedy nie śpi, łazi wokół mnie, opowiada niestworzone historie i każe się nieustająco głaskać. Pozwala też dotykać brzuszka i poczuć maluszki kotłujące się w środku, taka jest wspaniałomyślna!
Trzymajcie kciuki – to już w ten weekend!

 

Related Images:

Facebooktwitter

Maine coony z zaprzyjaźnionej hodowli

Jeśli gdzieś jest kupa małych koteczków do miziania i zachwycania się, to można być pewnym, że będę w pobliżu. W zeszłym tygodniu dopadłam stadka małych maine coonów. Pierwszy raz widziałam niebieskiego maine coona.

W wieku dwóch tygodni wygląda dla mnie dokładnie tak samo, jak mały rusałek: okrągła paszcza, tłusty zadek i gruby ogonek. Do tego malutkie uszka i oczka jak guziczki. Rozpłynąć się można. Jeszcze dwa tygodnie i będzie już kudłatą kulką, wtedy nie będzie już szans pomylić go z ruskiem.

Do tego jeszcze te cudne szylkretki z maziajami na pyskach! Ja w ogóle uwielbiam szylkretki, a nic tak nie dodaje charakteru jak maziaj przez pysk.

W ogóle jakoś tak się złożyło, że te mioty obfitują w takie nietypowe i niepasiaste koty: cudne ryże garfieldy i czarne behemoty. Znaczy rude są oczywiście pasiaste, ale rude na rudym to prawie jakby nie były :) Jak im wyrosną długie kudły i puchate ogony, dopiero będą wystrzałowe :) Tylko ten niebieski zostanie w hodowli, pozostałe można wciąż nabyć. Jeśli marzysz o puchatym, a mimo to prawie bezobsługowym, kotku o miłym charakterze – może to jest właśnie dobry moment?

Właścicielem tych słodziaków jest Ewa Kralka z hodowli Ewjatar.

Related Images:

Facebooktwitter

Królowa przy nadziei

Wpisałam sobie w kalendarzu pod datą 25 listopada pozycję: sprawdzić PaiLu. To mniej więcej tyle dni po randce, żeby wystąpiły pierwsze objawy ciąży. Ha ha, łatwiej napisać niż zrobić.

PaiLu wcale nie miała zamiaru pokazać mi brzuszka. Co prawda wielokrotnie kładła się w rożnych miejscach na pleckach, przeciągając się bądź tylko odpoczywając, ale o dotykaniu nie mogło być mowy. Wystarczyło, żebym wyciągnęła rękę, a natychmiast wstawała i oddalała się z godnością.

Próbowałam zaobserwować zmiany za pomocą oczu jedynie, kładąc się obok i intensywnie wgapiając w brzuszek, ale ona ma tak gęste i puchate futro – mimo, że przecież krótkie, jak to u rusałek – że nie było sposobu, żeby je przeniknąć wzrokiem.

Na szczęście w zasadzie nie jest potrzebny mi ostateczny dowód, bo kicia coraz więcej czasu spędza leżąc na boku, a jej brzuszek  zaczyna się nader obiecująco zaokrąglać. Mniej też szaleje po domu, choć wciąż jeszcze zwiedza wszystkie swoje ulubione miejsca na wysokościach. Zaniepokojony Z. nawet zapytał, czy wolno jej tak skakać. Ciąża to nie choroba – powiedziałam. Jak da radę, to niech skacze. Nie będzie dała rady – skakać przestanie.

Tak więc w pierwszej dekadzie stycznia spodziewamy się świeżej dostawy malutkich rusałek. A że oboje rodzice są w bardzo jasnych odcieniach szarości, a Cekin dał mi już miot prześlicznych kociąt, więc wiążę duże nadzieje z tym miotem. To już za miesiąc!

Related Images:

Facebooktwitter

Skarby Abisynii

Muszę się pochwalić – byłam z wizytą u kotów abisyńskich!

Czy wspominałam już, że nie mam miejsca na jeszcze jednego kota? Nie mam miejsca na białego devona, nie mam miejsca na sfinksa i kompletnie nie mam miejsca na abisyńczyka. Ani centymetra. Ani ciut-ciut. (Pomóżcie, bo mi silna wola słabnie!)

Gdyż abisyńczyki o dzikim umaszczeniu, a szczególnie kiedy są młode – są ab-so-lut-nie prześliczne.

Jak powiedziała Aneta, ich właścicielka, abisyńczyki są przekonane, że przychodzisz specjalnie do nich. Są towarzyskie aż do bólu. Człowieki są po to, by zachwycać się abisyńczykami, miziać, rozpieszczać, rozmawiać, zabawiać, rzucać zabawki i dostarczać wszelkich rozrywek.

A one kochają zabawę, są wesołe, rozkoszne, pełne wdzięku, zwinne, śliczne i do tego hiper-aktywne. ADHD wcielone.

Wygladają jak dzikie koty, jakby dopiero co wyszły z zarośli sawanny. Są smukłe i eleganckie. Na grzbiecie mają mix czarnego z rudo-brązowym i jestem przekonana, że w słońcu i w zaroślach byłyby całkiem niewidoczne.

Miałam też okazję obfotografować z każdej strony śliczną dziewczynkę w kolorze sorrel, czyli brzoskwiniowo-rudym. Shambala jest bardzo nieśmiała, więc początkowo próbowała chować się po kątach. Potem usadowiła się na górnej półce drapaka i udawała, że jej tam nie ma. Dopiero po jakimś czasie nabrała odwagi i chętnie pozowała do zdjęć.

Doskonale wiem, że gdybym przyniosła do domu takiego ślicznego abisyńczyka, w domu najpierw byłby zbiorowy foch, a potem zaczęłyby się sceny dantejskie, bo moje koty też nie z tych spokojnych. Ale one takie śliczne są…

A te śliczne koty zawitały tutaj dzięki uprzejmości Anety z hodowli Ullo Kokkino*Pl.

Więcej zdjęć w galerii – zapraszam do oglądania!

*

Related Images:

Facebooktwitter

Niesforne pierze

Kocięta całkiem sprawnie radzą sobie już z zabawkami. Zaczęły od znoszenia wszystkich do legowiska, potem było szarpanie myszek i tekturek od Bozity, a teraz – trochę niespodziewanie i stresująco – nadszedł kolejny etap.

Siedzę sobie grzecznie przy komputerze i pracuję, gdy do uszu moich dochodzi jakiś nieznany, a mocno niepokojący dźwięk, którego w żaden sposób nie mogę zidentyfikować. Od czasu jak FaaTum zakrztusiła się chrupką i trzeba było klepać ją po pleckach, mam schizę i objawiam pewną nerwowość na dźwięki różne. Zerwałam się więc z miejsca i ruszyłam w poszukiwaniu źródła dźwięku.

Zagłębiam się do połowy człowieka za fotel, gdzie kocięta mają swoje Centrum Sterowania Światem, gdy tymczasem dźwięk ów przemieszcza się przed fotel. Wygrzebuję się więc i co widzę? Szarpiąc i walcząc z oporem materii, pomiędzy nogami fotela FaJin wlecze za sobą piórka na patyku. I produkuje dźwięk. WARCZY. Dziwnie i nietypowo, ale niewątpliwie warczy.

Usiadłam na podłodze, obserwowałam, jak robi trzy okrążenia wokół fotela, ciągnąc niesforny patyk i płakałam ze śmiechu. Dopiero po chwili opamiętałam się i sięgnęłam po aparat, więc przynajmniej jest dokumentacja fotograficzna.

Related Images:

Facebooktwitter

Jak się myją kocięta

Nie mam czasu pisać, bo całymi dniami siedzę i obserwuję kocięta!

Maluchy już wstały na cztery łapki i przemieszczają się po całym pudle dzikimi niekontrolowanymi skokami. Kojarzą już, co widzą i reagują – jak tylko zajrzę do pudła, rozlega dziki się pisk. Nie będę interpretować, czy się boją, czy cieszą :)

Skończyły trzeci tydzień życia i nadszedł czas na cotygodniowe portrety. Tym razem wyniosłam je razem z pudłem i Antenką do pokoju i kolejno wyjmowałam i stawiałam na pufie. Oczywiście wszystkie koty się zleciały, żeby je obwąchać i polizać. Do łazienki boją się wchodzić, zresztą Antenka od razu na nie wrzeszczy, a tutaj jakoś strach im przeszedł i zwaliły się tłumnie. Do tego Antenka łaziła w kółko, miaucząc bez przerwy. A w środku tego pandemonium ja z aparatem. Myślałam, ze oszaleję.

Co mnie zdziwiło, to fakt, że Antenka ani razu nie próbowała zabrać żadnego z maluchów. Albo tak mocno mi ufa, albo… No właśnie – zaczynam podejrzewać, że ona nie zakumała idei noszenia kociąt w zębach. Nawet nie próbuje. Może to dlatego nie zamierza zmieniać legowiska?

A na razie krótki film o myciu. Kręcony jak zwykle komórką, więc cudem jakości nie jest.

Czy ktoś jest zdziwiony, że całymi dniami siedzę nad pudłem i obserwuję?

Related Images:

Facebooktwitter