Miot rusałek wylądował

Weekend minął w stanie podwyższonej gotowości. PaiLu na zmianę przejawiała niepokój, objawiający się nerwowym bieganiem po kątach w poszukiwaniu najlepszego miejsca, albo kompletny luz i zen. Mnie udzielał się tylko ten pierwszy stan.

W sobotę wieczorem opiłam się kawy z zamiarem czuwania przy kici, a ona krótko po północy… poszła spać! I przespała całą noc! Mnie niestety kawa trzymała aż do rana. Wobec tego w niedzielę w ciągu dnia próbowałam nadrabiać straty, położyłam się więc na godzinkę, żeby móc jakoś funkcjonować. PaiLu położyła się ze mną. Ledwie zasnęłam, kicia zerwała się, dała hasło do rozpoczęcia akcji i pognała… do łazienki!

(To ja pytam: po co było to stresowanie mnie tym włamywaniem się do garderoby i szukaniem innych, równie atrakcyjnych, miejsc na poród? Żebym się nie nudziła?)

Popołudnie spędziłyśmy więc zamknięte w łazience, a efektem tego posiedzenia są trzy śliczne, wielkie, silne i grube kociaki: jedna dziewczynka i dwóch chłopaków. I znów się sprawdziło, ze moje kotki oszukują: PaiLu oszukuje, że ma więcej kociaków, Antenka – że ma mniej. Nie ogarniam.

 

Facebooktwittergoogle_plus

Dom pełen kociąt

Zrobiło mi się trochę zaległości, więc szybciutko nadrabiam.

AnaTema praktycznie całą ciążę chodziła bez brzuszka. Kilka razy wrzucałam jej zdjęcia na blipa tagując „pokafokę”, czyli „patrzcie jaki grubasek”, ale za każdym razem byłam gaszona zdjęciami prawdziwie grubych ciężarnych kotek, które potem rodziły po 5 czy 6 kociąt. Gdzie mojej chudziutkiej Antence do nich!

Czasami miała wybrzuszenie tylko z jednego boku, czasami z obu – normalnie nie trafisz. Zaczęłam się poważnie obawiać, że kociątko będzie jedno, choć jednocześnie zaklinałam los, żeby były dwa. Wymyśliłam nawet imiona dla jednego i dla dwóch maluchów.

Tymczasem Antenka jakoś nie zamierzała rodzić. Siedziałam z nią 3 doby – od soboty do poniedziałku, ostatniego dnia nawet zamknięte w łazience, prosząc i zaklinając, żeby łaskawie urodziła, bo ja muszę we wtorek jechać o świcie na szkolenie poza Warszawę. Umówiłam kocią nianię, która z nią posiedzi, ale jak nie urodzi teraz, to będzie musiała poczekać do wieczora, aż wrócę.

Antenka się przejęła i o pierwszej w nocy z poniedziałku na wtorek zaczęła się akcja. Pierwsze kociątko wydostało się bezpiecznie a świeżo upieczona mamusia natychmiast się nim zajęła. Ku mojej radości po półgodzinie wyskoczyło drugie maleństwo, więc byłam już cała szczęśliwa.

Dalej już było mniej zabawnie. Antenka miała już płaski brzuszek, ale cały czas parła i widać było, że dobrze nie jest. Zaczęło się robić nerwowo i już chwytałam za telefon, żeby ściągnąć weterynarza. Na szczęście zanim wpadłam w totalne szaleństwo, Antenka urodziła trzecie kociątko. Była już bardzo słaba, ale powolutku zaczęła czyścić maleństwo. Nie chciałam nic zostawiać przypadkowi, więc sama zadbałam o udrożnienie dróg oddechowych, pozostawiając mamie tylko oczyszczenie futerka.

Zanim doszła do połowy zadania, nagle znowu chwyciły ją skurcze i wyskoczyło czwarte maleństwo! Jak słowo daję, nie wiem, gdzie ona je zmieściła w tym malutkim brzuszku! Antenka nie miała już siły nawet pochylić się do malucha, więc sama musiałam wszystko zrobić – przeciąć pępowinę, udrożnić drogi oddechowe i oczyścić kotka.

Cała akcja trwała do 4:30, ale siedziałam z nią jeszcze godzinę, żeby się upewnić, że wszystko jest w porządku. Kocięta przyssały się do mleczarni i wyglądały na całkiem zadowolone, Antenka zaś leżała jak kłoda i odpoczywała. A że o 6:30 i tak miałam wstawać, to w sumie nie opłacało się już kłaść spać.

Grunt, że kocięta zdrowe.

Aha – trzech chłopaków i jedna dziewczyna :)

Edit: Ja nie wiem, co się ze mną dzieje, że cały czas mówię 3 chłopaków i 1 dziewczyna, jakąś aberrację mam w mózgu, czy co? Odwrotnie! 3 dziewczyny i 1 chłopak. Na stronie miotu napisałam dobrze, a tutaj jak zwykle… Wiem dobrze co mam, ale jak przyjdzie się komuś pochwalić, to znowu powiem że trzy kocury… Niech mnie ktoś stuknie w głowę, może mi przejdzie… ;)

Facebooktwittergoogle_plus