Szafa pełna kociąt

Zaniedbałam strasznie bloga, biję się w piersi. Pechowo dosyć się złożyło, że kiedy mam kocięta, na które czekałam tyle czasu, to praca nagle się znalazła w dużych ilościach i możliwie jak najdalej od domu. 300 km minimum, a najlepiej to jeszcze więcej. A jak już docierałam do domu, to wolałam siedzieć z maluchami, niż przed komputerem.

A kocięta w tym czasie zmieniły się nie do poznania (bezmyślne palce wystukały: do Poznania). Przede wszystkim są już samobieżne. Kocięta Antenki opanowały całą szafę, a wieczorami tak się tłukły, że łomot nie dawał zasnąć. Za każdym razem, kiedy do nich zaglądałam, podbiegały piszcząc i próbowały wspiąć się do mnie. I te niebieskie guziczki oczek – zachwyt!

Wyciągałam je na łózko, żeby się powoli zaczęły oswajać z większą ilością światła i przestrzeni (i zrobić im zdjęcia przy okazji), co doprowadzało Antenkę na skraj rozpaczy – bo się dzieci rozłażą! Próbowała je zagarniać, a że noszenie tak dużych kociąt przekracza jej umiejętności, to ograniczała się do biegania w kółko i miauczenia na dzieci. Które oczywiście zupełnie ją ignorowały i rozbiegały się we wszystkich kierunkach naraz. Życie.

PaiLu mieszka ze swoim maluszkiem w łazience. Smuci mnie to, wolałabym, żeby wychowywał się z kuzynami. Towarzystwo innych kociąt o wiele szybciej stymuluje rozwój i doskonalenie umiejętności. Ale co poradzić – Antenka i PaiLu bronią swoich kociąt przed sobą nawzajem. Prewencyjnie.

Jaka matka, taka córka – obie uznają, ze najlepszą formą obrony jest atak. Pod tym względem rusałki bywają okropne w hodowli, jak mało która inna rasa.

Jeszcze chwila, niech kocięta uniezależnią się od mleka matki i dziewczyny nie będą miały nic do powiedzenia, kocięta same to załatwią między sobą :)

Related Images:

Facebooktwitter

Jeszcze jeden kawałeczek niebieskiego szczęścia

Dziewczyny najprawdopodobniej postanowiły dostarczyć mi odrobiny ekscytacji w mym szarym i uporządkowanym życiu (hue, hue, hue) i obie urodziły 2 dni po książkowym terminie. A ponieważ trwałam w pogotowiu bojowym już dzień przed pierwszym terminem, to w rezultacie od piątku do środy nie spałam.

Nie, nie zupełnie, to oczywiście byłoby niemożliwe, bo na tym etapie już pewnie miałabym halucynacje. Przez weekend i poniedziałek pomagał mi Zill, który obejmował pierwszą wachtę, a jak już padał na nos – budził mnie i resztę nocy czuwałam ja. Jak człowiek pracuje na etacie, to sen mu się dosyć przydaje, więc na wtorkową noc został zwolniony z obowiązku i zostałam sama. Skończyło się tym, że spałam na podłodze w pokoju (w sypialni została zamknięta Antenka z dziećmi), nastawiając sobie budzik co godzinę, żeby kontrolować sytuację.

Ponieważ posuwałam się do dosyć ekstremalnych posunięć, jak widać, PaiLutek postanowiła mnie ucieszyć i urodziła… wczesnym popołudniem w środę. Dopiero. Ani chwili wcześniej, dopiero gdy zadzwoniłam do naszej Pani Wet umówić się na usg, żeby sprawdzić czy wszystko jest w porządku. Aaaahhrrrr.

Jak zwykle znalazłam ją przypadkiem w przytulnym miejscu, prącą cichutko. Szybciutko przetransportowałyśmy się do łazienki i już wkrótce na świat przyszedł śliczny synek PaiLutka. I na tym się skończyła akcja. Ponieważ maluszek miał całą mamę dla siebie, to sobie wyrósł do 113 gramów. Duży i tłuściutki. :)

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Marudu, marudu: Rozumiem, że tym razem Matka Natura poszła w jakość, nie w ilość. Jeśli mogłabym mieć prośbę, to jednak poprzestałabym na takich 90-gramowych. Moje dziewczyny są drobnej budowy i jak widzę jak się męczą wydając na świat takie wielkokoty, to chyba jednak czułabym się całkowicie usatysfakcjonowana nieco mniejszymi.

Related Images:

Facebooktwitter

Wielkokoty

Antenka grzecznie poczekała, aż wrócę. Poczekała, aż się rozpakuję i zrobię pranie. Poczekała, aż wrócę z pilatesu, który mi ratował opłakany stan kręgosłupa po 4 dniach ciągłego stresu i stania. Poczekała, aż przestawię pudła przygotowane na ewentualną porodówkę. Poczekała, aż przestawię je jeszcze raz. Poczekała, aż zamienię miejscami kocyki. Poczekała, aż zamienię je jeszcze raz.

Czekała, nie bacząc na to, że przez cały ten czas – od piątku – śpię w transzach kilkugodzinnych, bo dyżuruję. Oraz coraz bardziej zaczynam przypominać bezrozumne zombie, bo brak snu jednak upośledza niemal wszystkie funkcje organizmu.

Sama też przygotowywała się do porodu:

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

W końcu w niedzielę o 23.00 zdecydowała, że ewentualnie może byłaby skłonna…

Zamknęłyśmy się w łazience i zaczęły się chwile grozy. Zanim rozpoczęła się akcja właściwa, minęły 2 godziny, które spędziłam na podłodze łazienki, głaszcząc kicię i uspokajając. A kiedy zaczęła się akcja właściwa, wcale nie było lepiej. Po 40 minutach bezowocnych wysiłków, kiedy skurcze prawie mi kota łamały w pół, straciłam już nadzieję i zaczęłam gorączkowo szukać pomocy. W stanie skrajnego zdenerwowania umawiałam się właśnie z kliniką na Powstańców, kiedy światło dzienne ujrzał pierwszy pyszczek. Uff.

Kiedy go zważyłam, sytuacja wydała się trochę bardziej zrozumiała. 112g, dużo jak na rusałka. Kolejne maluchy rodziły się wcale nie mniejsze. Najdrobniejszy ważył 95g – to więcej niż średnia waga rusałek, jakie mi się rodziły do tej pory. Same wielkokoty w tym miocie. Zważywszy, że Antenka jest raczej drobnej budowy i szczupła, wydanie na świat takich klusek to był z jej strony wyczyn dużej klasy. Brawo Antenka.

Mamy więc 5 wielkokotów. Próbowałam sprawdzić płeć, ale Antenka czemuś strasznie się denerwowała i wyrywała mi maluchy z rąk. Nagle, ni z tego, ni z owego, skojarzyła jak się nosi dzieci. Poprzednich miotów nie umiała nosić, a ten łapie fachowo za kark, bez problemu wyrywa mi z rąk i układa na malowniczą kupkę. Talent się obudził w kocie znienacka! Wersja na dziś mówi, że mamy 4 dziewczynki i jednego chłopaka. Pewności nie mam, bo tak zagarniała te dzieciaki na kupkę, że nie jestem pewna, czy przypadkiem nie oglądałam dwa razy tych samych.

Tak czy inaczej płciowa karma trwa. Jakby ktoś chciał dziewczynkę, można walić do mnie jak w dym. Chłopaków nie obiecuję :)

Related Images:

Facebooktwitter

Nie denerwuje się, nie denerwuję się…

Denerwuję się. I martwię. Na zapas.

Zostało jeszcze tylko kilka dni do narodzin malutkich rusałek, a ja jestem w pracy 200 km od domu. I mimo, że wrócę kilka dni przed wyznaczonym terminem porodu, w myślach cały czas proszę Antenkę, żeby poczekała do mojego powrotu.

Antenka z każdym dniem jest bardziej fokowata. Brzuszek ma wydatny i chociaż porusza się bardzo sprawnie, to jednak ciężary po bokach sprawiają, że kołysze się przy każdym kroku. Trochę martwi mnie PaiLu. Jej brzuszek jest malutki i gdyby nie inne oznaki, można by pomyśleć, że trochę utyła po prostu, nic więcej. Czasami porody małych miotów bywają ciężkie, i chociaż wiem, że PaiLutek rodzi bez problemów, to jednak w głębi duszy się martwię.

Niech one już urodzą, bo wyrwę sobie wszystkie włosy z głowy.

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Related Images:

Facebooktwitter

Z niezbędnika „kociej mamy” – piórka na patyku

Koty nie potrzebują drogich zabawek, bo cieszy je byle szeleszczący drobiazg, ale piórka na patyku to wyposażenie absolutnie niezbędne każdemu kotu. I jego obsłudze.

Dlaczego? Dlatego:
(A jak zrobisz trochę głośniej we fragmencie, gdy muzyka się wycisza, usłyszysz dowód na to, że w każdym miocie musi być kot, który warczy z piórkami w pysku. W tym miocie to Kofeina)

***

***

KoKotki w zeszłym tygodniu zostały poddane kastracji, którą zniosły całkiem nieźle. Zdecydowanie gorzej zniosły kaftaniki – szczególnie Kofeina. Kitara i Kassia po wylizaniu rany przestały się nią interesować, więc kaftanika nie potrzebowały. Kofeina zaś uwzięła się najpierw na kaftanik, potem na szwy. Na szczęście zanim pracowicie wyrwała sobie wszystkie, udało się doprowadzić do stanu, w którym proces gojenia był na tyle zaawansowany, że nitki można było usunąć.

Kiciaste w zasadzie gotowe są już do przeprowadzki. Krzyś – który nie potrzebował tak długiej rekonwalescencji – zamieszkał już w nowym domu w ubiegły weekend. Mam informacje, ze jeszcze czasem nawołuje stado, ale mam nadzieję, że szybko nas zapomni i będzie szczęśliwy w nowym domu. Kolejne rozstania czekają nas w ten weekend.

Related Images:

Facebooktwitter

Panny Laleczki

W ramach życia towarzyskiego w weekend udałam się z wizytą do LaLity i LaDonny. Laleczki przeprowadziły się do nowych domów ponad 2 miesiące temu i przez ten czas wyrosły i wypiękniały.

Nie pamiętały mnie już oczywiście, ale ten zapach tysiąca kotów, emanujący z mojej torebki i ubrań, działa zawsze. Kicie starannie obwąchiwały moje rzeczy, utrzymując początkowo dystans, ale szybko się oswoiły i przyszły na mizianki i smyranie piórkami na patyku.

Charakter im się nie zmienił. LaLita nadal jest tą śmielszą siostrą, poszukującą uwagi i rozrywek. LaDonna jest bardziej zdystansowana, woli najpierw poprzyglądać się z boku i ewentualnie podejść kiedy sama o tym zdecyduje. Natomiast obie są przesłodkie i kochane, kręciły się wokół mnie, dawały się głaskać i brać na ręce. Teraz nazywają się Psotka i Pchełka – nie muszę chyba tłumaczyć która jest która! Psocą i skaczą zgodnie, a potem równie zgodnie tulą się i myją nawzajem.

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Wyglądają na szczęśliwe w swoim domu. Mają fantastyczny drapak, ukochane pudełka i przestrzeń do gonitw, zainstalowały sobie Kocią Czarną Dziurę za kanapą, służą swojej ukochanej pani za poduszkę (słowo! widziałam zdjęcia!), a LaDonna-Pchełka ma dodatkowo wielkie Centrum Rozrywki w postaci pięknego akwarium, w którym pływają zachęcająco nader atrakcyjne przekąski. Siedzi tam często, wpatrując się intensywnie i czekając cierpliwie na ten decydujący moment, kiedy będzie mogła się do nich dostać.

To niesamowite uczucie oglądać dwa piękne, duże, prawie już dorosłe koty i widzieć w nich – w układzie kości, sylwetce, oczach – te okruszki, którymi były jeszcze kilka miesięcy temu. A na sam koniec, przy pożegnaniu, wzięta na ręce LaLita przytuliła się do mnie całą sobą i moje serce kompletnie się rozpłynęło.

A jeśli ktoś nie wierzy, że rzeczywiście podstawową jednostką zakocenia są dwa koty, to niech popatrzy na Laleczki. Kot w stanie pojedynczym jest jak pół kota. Dopiero kiedy ma towarzystwo, pokazuje najfajniejsze, najzabawniejsze i najsłodsze strony swojej futrzastej natury.

Related Images:

Facebooktwitter

KoKotki

Nie mogłam się oprzeć. Musiały być KoKotki.

Pierwsze imiona przyniosły sobie czerwona i fioletowa wstążeczka. Obie świruski, obie pędzące po mieszkaniu z uroczych podskokach, obie gadające o wszystkim i z wszystkimi. Wiedziałam, że jedna będzie Kofeiną od tego napędu, którego mają duże ilości nie wiadomo skąd, a druga gadatliwą Kitarą – od instrumentu muzycznego.
W końcu się ustabilizowało: Kofeina ma czerwoną wstążeczkę…

… a Kitara – fioletową.

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

A to był dowód na to, że nie tylko biegają i gadają. Czasem jest spokój.

Trzecia dziewczynka jest spokojniejsza. Bardzo towarzyska i kontaktowa, garnie się na ręce i na kolana. Lubi pogadać, ale zdecydowanie mniej, niż siostry. Mniej przebojowa, daje się dręczyć bratu. Cała jest taka słodka i śliczna, jak dużo kwiatów naraz. Dostała więc na imię Kassia, od greckiej formy nazwy kasji, czyli strączyńca, który jest narodowym drzewem Tajlandii i ma wielkie prześliczne kiście kwiatów.

Ich braciszek – to jest dopiero aparat. Kompletnie pokrzyżował mi plany. Z kojca wypuszczam kocięta kiedy pierwsze samodzielnie wylezie. Mały wylazł tydzień wcześniej, niż inne mioty. Nie byłam na to przygotowana! Tak samo jest z sypialnią – mogą wyjść do dużego pokoju, kiedy pokonają przeszkodę w drzwiach. Mały dokonał tego w tym samym tygodniu. Wsadziłam większy kawał kartonu – przelazł następnego dnia, a potem nauczył Kofeinę. Dlatego dostał na imię Kirk – bo podobnie jak James T. Kirk „boldly goes where no cat has gone before”, że tak sobie pozwolę sparafrazować hasło StarTreka. Z tym imieniem też mi namieszał w głowie. W zasadzie powinnam go zdrabniać na Kubusia, bo polskim odpowiednikiem imienia James jest Jakub, ale jakoś tak nie wiedzieć czemu został Krzysiem.

Oto Krzyś:

A w Galerii paczka nowych zdjęć!

Related Images:

Facebooktwitter

Deska

Kotki pomieszkały sobie w kojcu, ale nie za długo. Kiedy pierwszemu uda się wyleźć, otwieram wszystkim drogę na zewnątrz. Dzień, w którym otworzyłam kojec był ostatnim dniem, kiedy kocięta w nim były.

 (jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Mają do dyspozycji łóżko, mają kocyki, mają dywan, a przeprowadziły się… na deskę. Gołą deskę, która stanowi podstawę drapaka. Czasem przenoszą się na fragment pokryty miśkiem, ale po chwili znowu widzę, że śpią na kupie na desce. PaiLu tam też z nimi leży i tam czasem karmi. Nie ogarniam tych kociaków.

Co mnie cieszy, to że często sypiają razem na łóżku. Od bardzo dawna łóżko stało się ziemią niczyją – koty tak były zazdrosne, że w rezultacie przestały przychodzić. Czasem jeszcze FaJin zdrzemnie się w nogach, ale starsze już tylko przychodzą wieczorem powiedzieć dobranoc albo rano powiedzieć „Dawaj śniadanie”.

A to takie fajne jest, kiedy wieczorem przychodzę i wpasowuję się pomiędzy ścianę a kłąb niebieskiego szczęścia, ostrożnie, żeby im nie przeszkadzać. One zaś po chwili odrywają się od mamusi i zaczynają swoje harce i atakowanie siebie nawzajem i pościeli. Na wierzchu kładę wielki ręcznik, który szarpią pazurami i zębami jak dzikie zwierzęta swoją zdobycz. Póki nie było ręcznika, traktowały tak prześcieradła. Wystarczy spojrzeć na biedny ręcznik – wygląda jakby pod nim granat wybuchł. Kocięta go uwielbiają.

Ale kiedy zgaszę światło i dom się powoli uspokaja, maluchy kolejno wędrują na swoją deskę.

Related Images:

Facebooktwitter

Drogi Pamiętniczku

Czy kogoś zdziwi informacja, że w dniu, kiedy pisałam o tym, że najmłodsze kocięta mieszkają w transporterku, PaiLu wykonała przeprowadzkę do pudła, przygotowanego wcześniej na porodówkę, a stojącego cały czas obok? Koty…

Długo tam nie pomieszkała, bo musiałam (musiałam!) w końcu zrobić pranie. Najpierw próbowałam z przykrywaniem pralki kocami, żeby ją maksymalnie wyciszyć, ale to nie miało sensu. PaiLu i tak się denerwowała, a jej zdenerwowanie udzielało się reszcie. Któregoś dnia wyniosłam więc pudło do sypialni i obiecując solennie, że to na chwilę, postawiłam w kojcu.

Zrobiłam to pranie, ale PaiLu wyglądała na całkiem zadowoloną z nowej miejscówki, więc w końcu nie przenosiłam jej z powrotem. Po drodze była jeszcze wymiana pudła na większe, aż w końcu wyłożyłam kocięta do kojca, niech sobie biegają luzem. Na razie jest płacz i ogólne niezadowolenie, bo się maleństwa rozłażą, ale mam nadzieję, że kolejnego miejsca im szukać nie będzie.

 (jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

W sobotę wpadłam też towarzysko na wystawę kotów w hotelu Gromada. Zdjęć żadnych nie robiłam, bo jakoś nie miałam weny. Chciałam kupić zapas żarcia, ale jak na złość stoisk było niewiele i żadnego z tych, które mnie interesowały. Nabyłam więc za to torbę kocich zabawek. Będą chodzić głodne, ale za to wesołe.
Na stoisku Koterii zaś doznałam ogólnego ataku szału oraz pożądania, ale z braku wystarczającej ilości biletów Narodowego Banku Polskiego, zadowoliłam się ślicznym zeszytem z kotami. Będę miała w czym zapisywać rozmaite informacje hodowlane – kto, co, kiedy i dlaczego. Taki Hodowlany Pamiętnik.

Taki, o:

Related Images:

Facebooktwitter

Końce i początki

Się pozmieniało. Laleczki poszły do nowych domów i zewsząd dochodzą mnie teraz kojące wieści na temat tego jak szybko zadomowiły się w nowych miejscach.

 (jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Jako ostatnia wyszła Luna. Dopóki spędzała czas z siostrami, dużą frajdę sprawiało jej straszenie DaKotków. Wpadała do sypialni i robiła lekki kipisz, aż biedne DaKotki chowały się pod kojec. Odkąd została sama, układ sił musiał ulec zmianie. A zmienił się w taki sposób, że Luna i Dariusz stali się najlepszymi kumplami, duetem godnym miana tajfunu. Ale w końcu i Luny zabrakło, więc mała trójca zgodnie zaczęła broić na potęgę we własnym gronie.

Sytuacja w stadzie była bardzo dynamiczna, a tymczasem PaiLu powoli zbliżała się do dnia rozwiązania. Na krótko przed spodziewanym terminem dostałam pewnego ranka ataku paniki, że jestem kompletnie nieprzygotowana na przyjęcie kolejnych maluchów. Wyścielone pudełko czeka, już od kilku dni bawimy się z PaiLu: ona przychodzi i wszystko rozrzuca, potem ja układam kocyk i podkład higieniczny schludnie na miejscu. I tak w kółko. Ale pudełko to za mało: trzeba przearanżować przestrzeń, zgromadzić środki czystości, pieluszki i rozmaite inne niezbędne utensylia, koty umieścić tam, gdzie nie będą przeszkadzać, żeby się dziewczyna nie denerwowała, że stado stoi pod drzwiami i energicznie domaga się otwarcia.

Rzuciłam się w wir porządków. Wyszorowałam łazienkę, która robi zwykle za porodówkę. Uprzątnęłam pokoje. Porządnie wszędzie poodkurzałam. Umyłam kuwety. Zebrałam kocie zabawki do koszyka. Zaglądam kontrolnie do PaiLu, która właśnie ustabilizowała się w transporterku robiącym za kocią budkę z widokiem na pokój. Patrzę, a ona leży sobie na bielutkiej poduszce i cichutko prze!

No to za transporter i do łazienki!

I tak oto 21 sierpnia, trochę niespodziewanie, dołączyły do nas 3 niebieskie dziewczynki i jeden chłopczyk.

PaiLu wyraziła chęć pozostania w transporterku ze względu na przezroczyste drzwiczki, które pozwalają jej na bieżąco kontrolować otoczenie. W pudle nie miała tego komfortu – teraz widzę jak duża to dla niej różnica.
Maluchy są zdrowe, chowają się świetnie – osiągnęły cieszący oko stan, kiedy wyglądają jak tłusta parówka: mają wielkie głowy i równie wielkie brzuszki. Widać, że nie głodują :)

 

Related Images:

Facebooktwitter