KoKotki

Nie mogłam się oprzeć. Musiały być KoKotki.

Pierwsze imiona przyniosły sobie czerwona i fioletowa wstążeczka. Obie świruski, obie pędzące po mieszkaniu z uroczych podskokach, obie gadające o wszystkim i z wszystkimi. Wiedziałam, że jedna będzie Kofeiną od tego napędu, którego mają duże ilości nie wiadomo skąd, a druga gadatliwą Kitarą – od instrumentu muzycznego.
W końcu się ustabilizowało: Kofeina ma czerwoną wstążeczkę…

… a Kitara – fioletową.

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

A to był dowód na to, że nie tylko biegają i gadają. Czasem jest spokój.

Trzecia dziewczynka jest spokojniejsza. Bardzo towarzyska i kontaktowa, garnie się na ręce i na kolana. Lubi pogadać, ale zdecydowanie mniej, niż siostry. Mniej przebojowa, daje się dręczyć bratu. Cała jest taka słodka i śliczna, jak dużo kwiatów naraz. Dostała więc na imię Kassia, od greckiej formy nazwy kasji, czyli strączyńca, który jest narodowym drzewem Tajlandii i ma wielkie prześliczne kiście kwiatów.

Ich braciszek – to jest dopiero aparat. Kompletnie pokrzyżował mi plany. Z kojca wypuszczam kocięta kiedy pierwsze samodzielnie wylezie. Mały wylazł tydzień wcześniej, niż inne mioty. Nie byłam na to przygotowana! Tak samo jest z sypialnią – mogą wyjść do dużego pokoju, kiedy pokonają przeszkodę w drzwiach. Mały dokonał tego w tym samym tygodniu. Wsadziłam większy kawał kartonu – przelazł następnego dnia, a potem nauczył Kofeinę. Dlatego dostał na imię Kirk – bo podobnie jak James T. Kirk „boldly goes where no cat has gone before”, że tak sobie pozwolę sparafrazować hasło StarTreka. Z tym imieniem też mi namieszał w głowie. W zasadzie powinnam go zdrabniać na Kubusia, bo polskim odpowiednikiem imienia James jest Jakub, ale jakoś tak nie wiedzieć czemu został Krzysiem.

Oto Krzyś:

A w Galerii paczka nowych zdjęć!

Podobne opowieści:

Facebooktwittergoogle_plus

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *