Konferencja: KOT i serce kota

W ostatni weekend, czyli 6-7 maja, zamiast udać się jak wszyscy na majówkowy wypas, powędrowałam do klimatycznych wnętrz Hotelu Plaza w Warszawie, by wziąć udział w Konferencji: KOT, organizowanej przez CatExperts i EtoVet.

Program prezentował się zachęcająco – były i prelekcje, i warsztaty, a ich tematy pokrywały szeroki obszar – od obsługi kota, przez behawior, po zagadnienia medyczne. Trudno było wybrać, na co iść. A wybrać było trzeba, bo zajęcia odbywały się równolegle na dwóch salach (na trzech właściwie, bo jeszcze miało miejsce seminarium dr Sabine Schroll, ale to już zupełnie inna bajka).

Dla mnie konferencja zaczęła się i skończyła mocnym akcentem. W sobotę były to bardzo interesujące zajęcia z pierwszej pomocy przedweterynaryjnej, prowadzone przez lek. wet. Zofię Fraś. Niedzielę zaś zakończyłam wysłuchaniem wykładu na temat kociej kuwety, prowadzonego przez lek. wet. Joannę Iracką. I pomyśleć, że mało brakowało, a bym na niego nie poszła. Byłam już zmęczona, a wykład poprzedzający nie bardzo mnie interesował i byłam gotowa już wracać do domu. Jak dobrze, że tego nie zrobiłam! Jak dla mnie to były dwa najlepsze wystąpienia na konferencji. Co nie znaczy, że w środku nie było interesująco! Prelekcja Magdaleny Nykiel o agresji, Moniki Januszewskiej o zabawie czy lek. wet. Agnieszki Grocheckiej-Kaczor o kocich chorobach również były pasjonujące.

Organizacja była bardzo fajna. Obsługa kompetentna i miła, wszystkie informacje łatwo dostępne, fajne pakiety dla uczestników z dokładnym planem imprezy – nie sposób było się zgubić. W sobotę wraz z koleżanką odrobinkę się spóźniłyśmy, a jedna z organizatorek specjalnie po nas wyszła i zadbała, abyśmy bez kłopotów (i szybko!) trafiły na właściwą salę. To był niezwykle miły gest. Podobał mi się też pomysł konkursów po każdym wykładzie i prelekcji – 3 pytania dotyczące tematu, honorowane nagrodami za pierwsze prawidłowe odpowiedzi. Nie tylko zachęcało to do pozostawania na sali do końca, ale przede wszystkim do uważnego słuchania.

Dużo wartościowej wiedzy dostaliśmy od prowadzących. Jeśli mi czas pozwoli, postaram się jakoś ładnie ubrać w słowa to, co mam w notatkach i zamieścić tu na blogu najważniejsze punkty wykładów, których wysłuchałam.

Proszę, oto dowód – byłam tam.

2017-05-10 18.05.56-3

Ten twórczy bałagan po prawej to warsztaty Kocia Dżungla. Poszłam na nie, bo spodziewałam się, że będzie mowa o zasadach organizowania przestrzeni dla kotów i liczyłam na praktyczne wskazówki. Okazało się, że był to warsztat robienia kreatywnych zabawek dla kotów, czyli coś w czym sama jestem mocna. Duży pozytyw z tego warsztatu to samodzielnie skręcony drapak poziomy z tektury, który przyniosłam do domu. Miałam nawet dodatkową porcję tektury, którą chciałam dodać już w domu. Jak widać – koty przyjęły go do testów nie czekając na ulepszoną wersję.

2017-05-08 15.16.06 2

Najwięcej ekscytacji jednak było w trakcie warsztatu z pierwszej pomocy, kiedy mieliśmy okazję ćwiczyć na fantomie o imieniu Fluffy, u którego sprawdzaliśmy krążenie lokalizując serce oraz tętnicę udową i wyczuwając puls. Udało się :) Ten warsztat zdecydowanie powinien trwać dwa razy dłużej – te 3 godziny ledwie wystarczyły by dotknąć tematu, nie mówiąc o zajęciach z fantomem. Na pewno nikt by się nie nudził.

Robię dziwne miny od 1:25.

A na pamiątkę dostałam dyplom.

Certyfikat - Pierwsza Pomoc Dla Kotow

Oczywiście, że po powrocie do domu sprawdziłam swoje koty (a przynajmniej te, które się dały) na okoliczność posiadania tętna.

Badania praktyczne wykazały, że VaiPer i Czarna Tylda mają i serce, i tętnicę udową, a TaiChi co prawda ma tętnicę udową, ale nie ma serca.

Taka sytuacja :)

Facebooktwittergoogle_plus

I’m sexy and I know it

Wiecie już z facebooka, że ostatni weekend ja, Czarna Tylda i Biały Kot Szczęścia ChiNa spędziłyśmy w Płocku na wystawie.

Półtorej godziny drogi – niby niedużo, ale w niedzielę jechało się już jakby trudniej :)

W sobotę wylosowała nam się taka kolejność, że obie dziewczyny były oceniane z samego rana i do końca dnia miałyśmy spokój. ChiNa trafiła do sędzi, która jest entuzjastką białych kotów i zna się na nich jak mało kto. Sędzia skomplementowała i kicię, i biel jej futerka (no ja myślę, po tylu kąpielach!). ChiNa bardzo sędzię polubiła i czuliła się do niej, jakby ją znała od lat. Tylda też się spodobała swojej sędzi, co nie jest dziwne, bo ma piekny profil, harmonijną budowę i śliczne futro. Tyle, że młoda jeszcze jest, więc się ciągle jeszcze rozwija – maine coony rosną do trzeciego roku życia.

W każdym razie obie kicie dostały ocenę Ex1 oraz certyfikat na championa.

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

Drugiego dnia dla kontrastu Czarna poszła do oceny zaraz po rozpoczęciu wystawy, natomiast Biała była wśród kotów ocenianych na samiutkim końcu. Trochę to było męczące. Tym razem Tylda oddała palmę zwycięstwa dorosłej niebieskiej kotce. Nic to, Czarna urośnie i też będzie taka wielka, puchata i mordziasta :)

Tylda zakończyła więc niedzielną wystawę z oceną Ex2, a ChiNa z Ex1 i certyfikatem na championa. Ponieważ jest to już trzeci certyfikat Bielutkiej od trzeciego sędziego, kici przysługuje tytuł championa. Trzeba tylko wystąpić do organizacji felinologicznej o potwierdzenie tytułu i uiścić. Oczywiście, że zrobiłyśmy to w poniedziałek rano :)

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

Dziewczyny zniosły wystawę dosyć dobrze, zabunkrowały się w namiociku, odwiedzających wrzuciły do ignora i poszły spać. Czasami tylko wystawiały głowy, żeby popatrzeć na ludzi, którzy się przesuwali za siatką i popozować do zdjęć. Albo żeby poocierać się o śmierdzącego kotka, którego im dałam w prezencie. Trochę mi było głupio, bo tak intensywnie woniał kocimiętką, że zapach rozszedł się na całą okolicę – a fiołkami to nie pachnie! Zafundowałam wszystkim wokół śmierdzący zakątek :)

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

Ogólnie wyjazd należy więc zaliczyć do udanych. Na razie przysięgłam sobie, że więcej białych kotów nie wystawiam, bo przygotowanie białego kota to galernicza robota jest, a ja aż tak pracowita nie jestem. Jakby mi więc przyszło do głowy, to wiecie – macie pozwolenie, żeby mnie pacnąć czymś ciężkim w głowę.

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

Facebooktwittergoogle_plus

Weźmij czarnego kota…

Nasze małe stadko się powiększyło skokowo. I znienacka.

Znienacek nastapił w niedzielę późnym wieczorem, kiedy przywiozłam do domu nowego kota. Czarrrrnego jak samo zło. Rozczochranego jak nieszczęście. Słodkiego jak ulepek.

Poznajcie Czarną Tyldę.

Matylda Ewjatar*PL.

Ma wielkie ofutrzone uszy, długi ogon, profil jakby ją kto kijem w sam środek nosa walnął oraz dobry charakter – czyli wszystko, co maine coon mieć powinien.

Na razie jesteśmy na wstępnych etapach wprowadzania nowego członka do stada. Wszystkie koty warczą i syczą na Tyldę, a Antenka ją dodatkowo paca łapą. Wczoraj koty domowe udały się na emigrację wewnętrzną do sypialni i Tylda została sama w pokoju. Dziś kilkakrotnie przyłapałam je na przebywaniu w tym samym pomieszczeniu – więc jakiś postęp jest.

Dobrze, że Tylda ma to w lekceważeniu wielkim, przynajmniej wiem że się nie muszę o nią martwić. Na razie staram się ją jak najczęściej głaskać i przytulać, żeby przesiąknęła zapachem domu i stała się „swoja”. Trzymajcie kciuki.

Facebooktwittergoogle_plus

Wielkokoty

Antenka grzecznie poczekała, aż wrócę. Poczekała, aż się rozpakuję i zrobię pranie. Poczekała, aż wrócę z pilatesu, który mi ratował opłakany stan kręgosłupa po 4 dniach ciągłego stresu i stania. Poczekała, aż przestawię pudła przygotowane na ewentualną porodówkę. Poczekała, aż przestawię je jeszcze raz. Poczekała, aż zamienię miejscami kocyki. Poczekała, aż zamienię je jeszcze raz.

Czekała, nie bacząc na to, że przez cały ten czas – od piątku – śpię w transzach kilkugodzinnych, bo dyżuruję. Oraz coraz bardziej zaczynam przypominać bezrozumne zombie, bo brak snu jednak upośledza niemal wszystkie funkcje organizmu.

Sama też przygotowywała się do porodu:

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

W końcu w niedzielę o 23.00 zdecydowała, że ewentualnie może byłaby skłonna…

Zamknęłyśmy się w łazience i zaczęły się chwile grozy. Zanim rozpoczęła się akcja właściwa, minęły 2 godziny, które spędziłam na podłodze łazienki, głaszcząc kicię i uspokajając. A kiedy zaczęła się akcja właściwa, wcale nie było lepiej. Po 40 minutach bezowocnych wysiłków, kiedy skurcze prawie mi kota łamały w pół, straciłam już nadzieję i zaczęłam gorączkowo szukać pomocy. W stanie skrajnego zdenerwowania umawiałam się właśnie z kliniką na Powstańców, kiedy światło dzienne ujrzał pierwszy pyszczek. Uff.

Kiedy go zważyłam, sytuacja wydała się trochę bardziej zrozumiała. 112g, dużo jak na rusałka. Kolejne maluchy rodziły się wcale nie mniejsze. Najdrobniejszy ważył 95g – to więcej niż średnia waga rusałek, jakie mi się rodziły do tej pory. Same wielkokoty w tym miocie. Zważywszy, że Antenka jest raczej drobnej budowy i szczupła, wydanie na świat takich klusek to był z jej strony wyczyn dużej klasy. Brawo Antenka.

Mamy więc 5 wielkokotów. Próbowałam sprawdzić płeć, ale Antenka czemuś strasznie się denerwowała i wyrywała mi maluchy z rąk. Nagle, ni z tego, ni z owego, skojarzyła jak się nosi dzieci. Poprzednich miotów nie umiała nosić, a ten łapie fachowo za kark, bez problemu wyrywa mi z rąk i układa na malowniczą kupkę. Talent się obudził w kocie znienacka! Wersja na dziś mówi, że mamy 4 dziewczynki i jednego chłopaka. Pewności nie mam, bo tak zagarniała te dzieciaki na kupkę, że nie jestem pewna, czy przypadkiem nie oglądałam dwa razy tych samych.

Tak czy inaczej płciowa karma trwa. Jakby ktoś chciał dziewczynkę, można walić do mnie jak w dym. Chłopaków nie obiecuję :)

Facebooktwittergoogle_plus

Tygrysie

Pewnie nie wiecie, że moją miłość do rusałek zapoczątkowała śliczna koteczka znajomych, ciemna rusałka o imieniu Tygrysie. Tygrysie była tulasta, miziasta i w ogóle cudowna.

Miała swój ukochany kocyk, który udeptywała, trzymając jednocześnie jego róg w zębach. Wyglądało to przezabawnie i nieodmiennie prowokowało widzów do komentarzy.

Nigdy nie zapomnę, jak kiedyś przeszła po rozstawionej planszy nie dotykając nawet jednego pionka, a kiedy już wszyscy odetchnęli z ulgą, uwaliła się jednym rzutem ciała na boku, rozwalając całą grę.

Znajomość z Tygrysie spowodowała, ze zapragnęłam mieć rusałkę, choć na realizację pragnienia przyszło mi poczekać kilka lat. To od Tygrysie mam połowę nicka.

*

Tygrysie walczyła dzielnie z chłoniakiem dopóki mogła. Teraz odeszła za Tęczowy Most.

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Facebooktwittergoogle_plus

Czempion in da haus

Zła pani, znowu wywlokła koteczki na wystawę. I to na koniec świata – aż 3 godziny drogi!

Dla nieprzyzwyczajonych futrzaków to dosyć duże wyzwanie, dlatego na wystawę zabrałam FaJin i ChiNę dla niej do towarzystwa. Dziewczyny się bardzo lubią i miałam nadzieję, że razem będzie im łatwiej. Efekt przerósł wszelkie oczekiwania – FaJin nie tylko nie chowała się pod kocem, ale przyglądała się ludziom, odbywała toaletę, a nawet – o cudzie! – skubnęła chrupek.

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Żałuję, że nie miałam kasy, żeby na poprzednie wystawy zabrać Bielutką. Tym razem też miałam do wyboru: albo obie na jeden dzień, albo jedna na dwa. W rezultacie pojechałyśmy na niedzielę.

W Lublinie – jak się okazało – odbywały się wielkie targi. W olbrzymim obiekcie wystawiali się hodowcy kotów, gołębi, kur i królików. W akwariach i terrariach gekony, węże, żółwie. W klatkach papugi, kaczki i pawie. Gdzieś w drugiej hali były jeszcze psy. Wokół stały stoiska z wszelakim dobrem dla kotów. Do tego stoiska z kawą, ciastkami, goframi, ekologicznym chlebem oraz pajdami ze smalcem i kiszonym ogórkiem. Można było adoptować psa, kota, myszkę lub fretkę. Do kompletu punkty zabaw dla dzieci, jakieś kolejki czy inne samochodziki. Stoiska z balonami we wszystkich kształtach i kolorach, jak też innymi obiektami kultu komercji. A po południu odkryłam jeszcze w kącie hali mikrozoo z pelikanem, kozą i dwiema alpakami.

Już w drzwiach hali zapach ścinał z nóg. I przez cały czas, co kilkanaście sekund, piał kogut.

Pandemonium, słowo daję.

Sama wystawa kotów była nieco mniejsza, niż w Warszawie. Trochę słabo było widać wyświetlane numery kotów, które należy przynieść do oceny, więc cały czas latałam pod wyświetlacz jak jakiś ślepowron, ale za to megafonu użyto tylko może ze dwa razy. Mimo większej hali, kogutów i niesamowitej ilości przewijających się dzieci, było o wiele spokojniej niż w Warszawie. Na takich wystawach mogłabym bywać. I mimo pobudki o 5 rano i 3 godzin jazdy, pod koniec wystawy całkiem nadawałam się do życia, w odróżnieniu od poprzednich doświadczeń, kiedy do końca docierałam w trybie automatycznym i w charakterze zombie.

FaJin wciąż w wystawowej formie. Co prawda bała się sędzi i próbowała zwiać, ale w końcu się udało ją opanować i zaprezentować wszelkie walory jej urody. Dostała trzeci certyfikat na championa i jak tylko dopełnię formalności i uiszczę – dostanie literki przez imieniem. Nie, nie mgr, inż ani dr. CH. :)

A Bielutka, wzięta jako dama do towarzystwa, podstępnie sama zdobyła świetną ocenę i certyfikat na championa. Czyżby się role miały odwrócić i następnym razem to FaJin pojedzie do towarzystwa?


Zapraszam do obejrzenia kilku fotek z tej hali chaosu.
Ten biały devon rex, który wygląda jakby planował zagładę świata, to nasz sąsiad Artur – najsłodsze i najbardziej miziaste stworzenie, jakie ostatnio spotkałam. Zwróćcie też uwagę na kotki z uszkami – to amerykańskie curle krótkowłose, które przyjechały aż z Finlandii. Śliczne!

Ps.  Śmiałam się kiedyś z obrazka z podpisem „Mój maine coon jest większy niż twój pies” – na tej wystawie były króliki większe niż maine coony. I kid you not!

Facebooktwittergoogle_plus

Na wystawie w Wilanowie

Pojechaliśmy z FaJin. Dla niej to pierwsza wystawa w ogóle, dla mnie – pierwsza po długiej przerwie.

Wróciliśmy z tarczą (oraz FaJin, dyplomem i kubeczkiem).

Kicia denerwowała się niesamowicie, bała się tego nieustającego hałasu, przechodzących ludzi, obcych zapachów. Na szczęście jest grzecznym i nieagresywnym stworzonkiem. Dała się wyciagnąć z klatki, pozwoliła sędziom się obmacywać, podnosić, przeginać i przechylać, reagowała na piórka. Bardzo byłam z niej dumna.

Sędziom się też podobała. Oprócz walorów urody – te oczy! ta sylwetka! ten profil! – obaj w opisie skomplementowali zachowanie i temperament. Niestety drugiego dnia ze zdenerwowania straciła futro, ale i tak była bardzo dzielna.

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Tak więc zakończyłyśmy weekend pierwszym certyfikatem na championa. Teraz przydałoby się zdobyć jeszcze dwa, a do tego trzeba jeździć na wystawy. Co wcale nie jest fajne, bo bakcyla wystawowego to ja nie złapałam.

W domu siedzimy niemal w całkowitej ciszy – nic nie gra, nic nie gada, najwyżej my do siebie nawzajem. Wystawa z kolei to 8 godzin nieustannego hałasu, setek rozmów naraz z każdej strony oraz megafon non-stop. Mnie do tej pory dzwoni w głowie. Wcale się nie dziwię FaJin, że nie chciała wychodzić z klatki, a wyjęta do zdjęć protestowała i próbowała natychmiast wrócić  i nakryć się kocem i poduszką. Też chciałam.
Jeśli pojedziemy na następną, uszyję jej budkę, w której będzie mogła się schować komfortowo i niech sobie w niej siedzi przez 2 dni. Muszę tylko dokupić materiału pasującego do dekoracji klatki. Gdyż – pochwalę się – w czwartek i piątek przed wystawą tymi rękami uszyłam dekoracje z pięknej materii w zielone pasy. Sama dekoracja jest prześliczna a rusałki wyglądają w niej zjawiskowo. Do tego zielony kocyk na spód i pasująca zielona poduszeczka. O!

Aha, oczywiście w ramach pamiątki (oprócz dyplomu potwierdzającego certyfikat i miejsce Ex1) pozyskaliśmy śliczny kubeczek Koterii z kotami.

.

A na zakończenie zapraszam do galerii zdjęć z wystawy. Zobaczycie tam m. in. naszych sąsiadów z wystawy – pięknego kremowego kocurka brytyjskiego wraz z synkiem w kolorze lila, kota singapurskiego – małego płowego kotka z wielkimi oczami jak ze Shreka, no i oczywiście devony, sfinksy i kornisze, które nieustająco kocham za niebanalną urodę.

Facebooktwittergoogle_plus

Z wizytą u Zakurzonej i ferajny

Jakoś tak na wspominki nas wzięło ostatnio i pomyślałam, że podzielę się refleksją na blogu, mimo że nie będzie to o moich kotach.

Zakurzoną poznałam osobiście trochę ponad dwa lata temu, kiedy poszukiwała dobrej duszy z samochodem w celu przewiezienia czegoś nieporęcznego. Czymś nieporęcznym okazała się być Rudzia, wiekowa suczka rasy wieloowocowej, którą należało przywieźć – zachowując środki ostrożności – ze schroniska w Milanówku.

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Rudzia musiała długo w tym schronisku mieszkać, w boksie-klatce, wyprowadzana tylko co jakiś czas przez wolontariuszy. Nie umiała mieszkać w mieszkaniu, nie rozumiała gdzie wolno się załatwiać, a gdzie nie. Nie raz i nie dwa doprowadziła domowników do rozpaczy. Ale nauczyła się, znalazła swoje miejsce w stadzie i pokochała wszystkich domowników, niezależnie od ich wielkości i gatunku. Tuli się z kotami na jednym fotelu, zajmuje najlepsze miejsce w łóżku, broni damskich torebek (również przed ich właścicielkami, ale to szczegół) i w ogóle jest niesamowicie fajna i kochana. Niestety głośno szczeka.

Gdyby nie Zakurzona i jej rodzina, Rudzia pewnie miałaby małą szansę na dom i szczęście – ludzie częściej szukają małych, słodkich, puchatych kulek, a ona jest już psem w wieku co najmniej średnim. I byłoby wielką stratą, gdyby Rudziowe pokłady wdzięczności i oddania miały się nie ujawnić i pójść na zmarnowanie całkiem.

Jeśli jesteś ciekaw życia Rudzi, jej kumpla Chojraka, kotów Pączka i Bronki oraz człowieków w układzie 2+2, zajrzyj na bloga Kombajn Zakurzonej (tam w ogóle warto zaglądać, nie tylko dla zwierzaków)

Miałam ostatnio w swoim otoczeniu kilka przypadków adoptowania wiekowych zwierząt, w przypadku dwóch kotów nawet pośredniczyłam. I pomyślałam, że zachęcę tutaj – jeśli myślisz o wzięciu psa lub kota, rozważ przygarnięcie jakiegoś staruszka, który za wiele już od życia się nie spodziewa. Nie bój się przyzwyczajeń dorosłego zwierzaka – z młodym wcale nie jest łatwiej, nawet bardziej nieprzewidywalnie jest czasami. Porzuć myśl, że młodego sobie wychowasz. Czy młody, czy stary, to zwierzak wychowa Ciebie. Pogódź się z tym.

A teraz zapraszam na krótką fotowizytę do domu Zakurzonej.

Facebooktwittergoogle_plus

Lutowa wystawa

W połowie lutego na końcu świata – a dokładniej w obiektach przy ulicy Marsa w Warszawie – odbyła się wystawa kotów. Ta wystawa była wyjątkowa, albowiem brał w niej udział reprezentant Kota Doskonałego*PL w postaci… ChiNy!

Wykąpana (trauma!), wyczesana i bardzo zdenerwowana pokazała się dwóm paniom sędziom i dwukrotnie uzyskała Ex 1. W nominacjach przegrałyśmy z ragdollem, trudno. Pierwsze koty za płoty.

Na wystawie można było obejrzeć przedstawicieli kilku rzadkich ciekawych ras, m.in. mau, selkirk rex, archangielskich (obie rasy nie są uznawane przez FIFE, więc koty były bardziej „towarzysko”), snowshoe czy kartuzy. Jak zawsze poruszenie wzbudzały bengale, rexy i bezwłose sfinksy. Do tego śmietanka maine coonów, rusałek, norwegów, brytolków i innych zachwycających ras.

Kilka zdjęć można zobaczyć w galerii z wystawy. Niestety z ogólnego przejęcia i zdenerwowania… nie zrobiłam zdjęcia własnemu kotu… Karma.

Selkirk Rex czyli kot-owieczka

Snowshoe

Egipski Mau

Koty archangielskie

Chartreux (kot kartuski)

Facebooktwittergoogle_plus

Sesja foto prawie on-line

W czasie sesji zdjęciowej w hodowli Ewjatar próbowaliśmy zrobić relację on-line na żywo, ale okazało się, że łącze nie było w stanie tego udźwignąć i video rwało się cały czas. Zachował się jednak kawałek nagrania.

Tak, tam na początku schował się w samym środku śliczny bielutki maine coonek.

Akurat wylosował się fragment, w którym było dosyć spokojnie, ale były momenty, kiedy na stole miało miejsce całe pandemonium. Koty biegały we wszystkich kierunkach naraz, jedne właziły pod tło, inne wdrapywały się na górę i łaziły po górnej belce albo zeskakiwały na głowy tych, co siedziały na dole. Normalnie szaleństwo.

A pod stołem, gdzie leżały torby od statywów i parasolek, odbywała się prawdziwa bitwa o każdy kawałek miejsca, na którym można poleżeć.

Facebooktwittergoogle_plus