Dziecko-niespodzianka

Nie zdążyły się dni odliczyć, nie zdążyłam się podenerwować w oczekiwaniu, nie przespać kilku nocy – bo szybko i bez zbędnego hałasu FaJing wydała na świat cztery puchate kuleczki.

Trochę byłam zaskoczona, bo moje dziewczyny preferują godziny nocno-wczesnoporanne, w związku z czym w okolicach terminu po prostu nie sypiam. A tym razem nie dość że niespodziewanie, to jeszcze w środku dnia.

©Magdalena Koziol, +48 606757001, magdalena.koziol@gmail.com

Ale nie koniec niespodzianek na tym. Oczekiwaliśmy trzech kluseczek, bo tyle FaJing pokazała nam na usg. Po trzecim odprężyłam się więc i spokojnie sobie notowałam godziny narodzin, wagę i inne informacje na temat kociąt. Ponieważ malutkie są bardzo nieporadne, przystawiałam je pracowicie do mlekopoju, żeby od razu sobie podjadły. Nagle patrzę – a FaJing przybiera się do kolejnej akcji porodowej! Nie minęło kilka minut – jest czwarta kuleczka. No to dawaj cały ambaras od nowa – mycie, suszenie, kontrola, karmienie.

Zgodnie z tradycją naszej hodowli – przeważają dziewczynki. Nawet mocno przeważają: 4/4. Tak, cztery zdrowe, silne dziewczyny. Pierwiastek żeński mocno się nas trzyma :)

©Magdalena Koziol, +48 606757001, magdalena.koziol@gmail.com

Facebooktwittergoogle_plus

Atak (przesłodkich) klonów

Dwie małe istotki zagościły w naszym domu. Chłopczyk i dziewczynka.

Czarna Tylda została mamą prześlicznej dwójki. Ponieważ z Czarną Istotą nic nie może być normalnie, to i tym razem postanowiła dostarczyć nam rozrywek i uporczywie wstrzymywała się z urodzeniem. Musiałam wziąć dodatkowe dni wolne i odwołać wszystkie spotkania. Czasem tak się zdarza, kiedy miot jest mało liczny, a tym razem usg obiecało parkę.

No i nie kłamało, nie powiedziało tylko, że będą takie wielkie. 144g i 155g. Jakiś kosmos.

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

Szybko zaczęły przybierać dalej na wadze i po kilku dniach ważyły po pół kilograma. W porównaniu do rusałek jest to nieco szokujące i nie mogę się cały czas przyzwyczaić, że one takie wielkie. Za to nie chcą tyle pełzać, co małe rusałki – no, ale jak się tyle waży, to przemieszczanie się jest dużym wyzwaniem. A łapki przecież jeszcze słabe.

Jedno natomiast jest stałe – na pierwszy rzut oka trudno je odróżnić. Nie wiem o co chodzi, ale nawet jak mi się rodzą maine coony, to wyglądają podobnie. W miocie nr 2 były dwa całe bielutkie, teraz dwa czarne klasyki.

Atak klonów. Dobrze, że takich ślicznych, więc z przyjemnością dam się atakować tej słodkości.

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

 

Facebooktwittergoogle_plus

Szczęśliwa trzynastka

Jestem szcześliwa mogąc podać najnowszą radosną wiadomość – 8 kwietnia Antenka urodziła czwórkę prześlicznych kociąt – dwie dziewczynki i dwóch chłopców.

Mamusia ma się dobrze i troskliwie opiekuje się dziećmi. Dzieci przybierają na wadze wręcz w oczach, piszczą głośno – widać płucka mocne mają – i ogólnie roztaczają wokół słodycz i budyń. Mieszkają jeszcze cały czas w łazience, ale tym razem zdążyłam zrobić pranie wcześniej.

Niestety chwilę przed pojawieniem się maluszków kotom udało się rozbić mój najjaśniejszy obiektyw, toteż zdjęcia z ciemnej łazienki stanowią chwilowo pewne wyzwanie. Może kiedy kocięta wraz z mamusią się przeprowadzą w jakieś jaśniejsze rejony, będzie mi łatwiej je sfotografować.

A więc wiecie – będzie się działo! Kocięta będą się pokazywać pod kodową nazwą Miot nr 13.

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

Facebooktwittergoogle_plus

Omne trinum perfectum najwyraźniej

PaiLu postanowiła zrobić dwie niespodzianki.

A było tak: we wtorek doznałam ataczku paniczki i, mimo że według moich wyliczeń do terminu porodu było jeszcze kilka dni, poczułam nagłą a silną potrzebę, żeby przygotować porodówkę i kojec dla kociąt. W tym roku wymagało to trochę dodatkowego wysiłku, bo musiałam przemeblować sypialnię oraz naprawić drapak. Tani drapak nie przeżył normalnego użytkowania i na jednym ze słupków sizalowy sznurek przerwał się w kilku miejscach i tektura straszyła na zewnątrz.

Rozebrałam drapak, przykleiłam sznurki i dla zwiększenia efektu owinęłam newralgiczne miejsce dodatkowym sznurkiem. Akurat miałam taki w kolorze koralowym. Nawet nieźle wygląda.

Wyjęłam wszystko z dołu szafy, wysłałam kocykami, przestawiłam zagradzajace drzwi rupiecie. Rzeczy z dołu szafy zwaliłam na kupę, gdyż nie mam na nie miejsca. Część rozdystrybuowałam po kątach, żeby nie wyglądało tak nieporządnie.

W łazience przygotowałam pudło, kocyki, ręczniki, podkłady, pieluszki tetrowe, termofor i mnóstwo innych utensyliów. Ok, gotowe. We środę wstawiłam pranie, bo jak się kociaki urodzą, będzie szlaban na pralkę przez kilka dni. Mniej więcej w tym czasie zadzwoniła Ewa z pytaniem jak tam akcja porodowa. Przez chwilę wpierałam w nią, że to jeszcze nie czas, ale ziarno niepewności zostało zasiane. Przyjrzałam się brzuchowi PaiLutka – kurde, to już za chwilę. I wtedy PaiLu zaczęła intensywnie i nerwowo demolować kocią budkę.

W biegu wyłączyłam pralkę, wyciągnęłam nieodwirowane pranie, zaglądam do budki – a ona śpi, wyluzowana. Ożeż ty. Wstawiłam więc szybko drugie pranie. No oczywiście, że się obudziła i zaczęła mnie dalej straszyć. W końcu wyłączyłam pranie wcześniej, odwirowałam do połowy i opróżniłam pralkę, kiedy PaiLu dała sygnał.

I dobrze, nie zdążyłam się zdenerwować. Miałam już zaplanowane kolejne dni tak, żeby być gotową na wszystko, ale co zrobić – Matka Natura nie jest zainteresowana działaniem według planu.

I to była pierwsza niespodzianka.

Poród trwał bardzo długo i wymęczyłyśmy się obydwie, zanim kocięta przyszły na świat. I tym razem – druga niespodzianka! – PaiLu nie oszukała. Na USG pokazała trójkę i urodziła trójkę puchatych i tłustych kociąt, po ok. 100 gramów każde.

Mamusia i dzieci mają się dobrze, mieszkają w pudle w łazience, uniemożliwiając mi normalne z niej korzystanie, ale i tak wszyscy jesteśmy zadowoleni. :)

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

Facebooktwittergoogle_plus

Jeszcze jeden kawałeczek niebieskiego szczęścia

Dziewczyny najprawdopodobniej postanowiły dostarczyć mi odrobiny ekscytacji w mym szarym i uporządkowanym życiu (hue, hue, hue) i obie urodziły 2 dni po książkowym terminie. A ponieważ trwałam w pogotowiu bojowym już dzień przed pierwszym terminem, to w rezultacie od piątku do środy nie spałam.

Nie, nie zupełnie, to oczywiście byłoby niemożliwe, bo na tym etapie już pewnie miałabym halucynacje. Przez weekend i poniedziałek pomagał mi Zill, który obejmował pierwszą wachtę, a jak już padał na nos – budził mnie i resztę nocy czuwałam ja. Jak człowiek pracuje na etacie, to sen mu się dosyć przydaje, więc na wtorkową noc został zwolniony z obowiązku i zostałam sama. Skończyło się tym, że spałam na podłodze w pokoju (w sypialni została zamknięta Antenka z dziećmi), nastawiając sobie budzik co godzinę, żeby kontrolować sytuację.

Ponieważ posuwałam się do dosyć ekstremalnych posunięć, jak widać, PaiLutek postanowiła mnie ucieszyć i urodziła… wczesnym popołudniem w środę. Dopiero. Ani chwili wcześniej, dopiero gdy zadzwoniłam do naszej Pani Wet umówić się na usg, żeby sprawdzić czy wszystko jest w porządku. Aaaahhrrrr.

Jak zwykle znalazłam ją przypadkiem w przytulnym miejscu, prącą cichutko. Szybciutko przetransportowałyśmy się do łazienki i już wkrótce na świat przyszedł śliczny synek PaiLutka. I na tym się skończyła akcja. Ponieważ maluszek miał całą mamę dla siebie, to sobie wyrósł do 113 gramów. Duży i tłuściutki. :)

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Marudu, marudu: Rozumiem, że tym razem Matka Natura poszła w jakość, nie w ilość. Jeśli mogłabym mieć prośbę, to jednak poprzestałabym na takich 90-gramowych. Moje dziewczyny są drobnej budowy i jak widzę jak się męczą wydając na świat takie wielkokoty, to chyba jednak czułabym się całkowicie usatysfakcjonowana nieco mniejszymi.

Facebooktwittergoogle_plus

Wielkokoty

Antenka grzecznie poczekała, aż wrócę. Poczekała, aż się rozpakuję i zrobię pranie. Poczekała, aż wrócę z pilatesu, który mi ratował opłakany stan kręgosłupa po 4 dniach ciągłego stresu i stania. Poczekała, aż przestawię pudła przygotowane na ewentualną porodówkę. Poczekała, aż przestawię je jeszcze raz. Poczekała, aż zamienię miejscami kocyki. Poczekała, aż zamienię je jeszcze raz.

Czekała, nie bacząc na to, że przez cały ten czas – od piątku – śpię w transzach kilkugodzinnych, bo dyżuruję. Oraz coraz bardziej zaczynam przypominać bezrozumne zombie, bo brak snu jednak upośledza niemal wszystkie funkcje organizmu.

Sama też przygotowywała się do porodu:

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

W końcu w niedzielę o 23.00 zdecydowała, że ewentualnie może byłaby skłonna…

Zamknęłyśmy się w łazience i zaczęły się chwile grozy. Zanim rozpoczęła się akcja właściwa, minęły 2 godziny, które spędziłam na podłodze łazienki, głaszcząc kicię i uspokajając. A kiedy zaczęła się akcja właściwa, wcale nie było lepiej. Po 40 minutach bezowocnych wysiłków, kiedy skurcze prawie mi kota łamały w pół, straciłam już nadzieję i zaczęłam gorączkowo szukać pomocy. W stanie skrajnego zdenerwowania umawiałam się właśnie z kliniką na Powstańców, kiedy światło dzienne ujrzał pierwszy pyszczek. Uff.

Kiedy go zważyłam, sytuacja wydała się trochę bardziej zrozumiała. 112g, dużo jak na rusałka. Kolejne maluchy rodziły się wcale nie mniejsze. Najdrobniejszy ważył 95g – to więcej niż średnia waga rusałek, jakie mi się rodziły do tej pory. Same wielkokoty w tym miocie. Zważywszy, że Antenka jest raczej drobnej budowy i szczupła, wydanie na świat takich klusek to był z jej strony wyczyn dużej klasy. Brawo Antenka.

Mamy więc 5 wielkokotów. Próbowałam sprawdzić płeć, ale Antenka czemuś strasznie się denerwowała i wyrywała mi maluchy z rąk. Nagle, ni z tego, ni z owego, skojarzyła jak się nosi dzieci. Poprzednich miotów nie umiała nosić, a ten łapie fachowo za kark, bez problemu wyrywa mi z rąk i układa na malowniczą kupkę. Talent się obudził w kocie znienacka! Wersja na dziś mówi, że mamy 4 dziewczynki i jednego chłopaka. Pewności nie mam, bo tak zagarniała te dzieciaki na kupkę, że nie jestem pewna, czy przypadkiem nie oglądałam dwa razy tych samych.

Tak czy inaczej płciowa karma trwa. Jakby ktoś chciał dziewczynkę, można walić do mnie jak w dym. Chłopaków nie obiecuję :)

Facebooktwittergoogle_plus

Końce i początki

Się pozmieniało. Laleczki poszły do nowych domów i zewsząd dochodzą mnie teraz kojące wieści na temat tego jak szybko zadomowiły się w nowych miejscach.

 (jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Jako ostatnia wyszła Luna. Dopóki spędzała czas z siostrami, dużą frajdę sprawiało jej straszenie DaKotków. Wpadała do sypialni i robiła lekki kipisz, aż biedne DaKotki chowały się pod kojec. Odkąd została sama, układ sił musiał ulec zmianie. A zmienił się w taki sposób, że Luna i Dariusz stali się najlepszymi kumplami, duetem godnym miana tajfunu. Ale w końcu i Luny zabrakło, więc mała trójca zgodnie zaczęła broić na potęgę we własnym gronie.

Sytuacja w stadzie była bardzo dynamiczna, a tymczasem PaiLu powoli zbliżała się do dnia rozwiązania. Na krótko przed spodziewanym terminem dostałam pewnego ranka ataku paniki, że jestem kompletnie nieprzygotowana na przyjęcie kolejnych maluchów. Wyścielone pudełko czeka, już od kilku dni bawimy się z PaiLu: ona przychodzi i wszystko rozrzuca, potem ja układam kocyk i podkład higieniczny schludnie na miejscu. I tak w kółko. Ale pudełko to za mało: trzeba przearanżować przestrzeń, zgromadzić środki czystości, pieluszki i rozmaite inne niezbędne utensylia, koty umieścić tam, gdzie nie będą przeszkadzać, żeby się dziewczyna nie denerwowała, że stado stoi pod drzwiami i energicznie domaga się otwarcia.

Rzuciłam się w wir porządków. Wyszorowałam łazienkę, która robi zwykle za porodówkę. Uprzątnęłam pokoje. Porządnie wszędzie poodkurzałam. Umyłam kuwety. Zebrałam kocie zabawki do koszyka. Zaglądam kontrolnie do PaiLu, która właśnie ustabilizowała się w transporterku robiącym za kocią budkę z widokiem na pokój. Patrzę, a ona leży sobie na bielutkiej poduszce i cichutko prze!

No to za transporter i do łazienki!

I tak oto 21 sierpnia, trochę niespodziewanie, dołączyły do nas 3 niebieskie dziewczynki i jeden chłopczyk.

PaiLu wyraziła chęć pozostania w transporterku ze względu na przezroczyste drzwiczki, które pozwalają jej na bieżąco kontrolować otoczenie. W pudle nie miała tego komfortu – teraz widzę jak duża to dla niej różnica.
Maluchy są zdrowe, chowają się świetnie – osiągnęły cieszący oko stan, kiedy wyglądają jak tłusta parówka: mają wielkie głowy i równie wielkie brzuszki. Widać, że nie głodują :)

 

Facebooktwittergoogle_plus

Im więcej tym lepiej?

No to co – szybkie wyjście z szafy, bo spóźniona jestem okrutnie!

25 czerwca FaJin urodziła trzy pocieszne Klusiątka: 2 dziewczynki i 1 chłopca.

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Klusiątka mają już ponad tydzień i zaczynają otwierać oczy. Pełzają już na długie dystanse, tj. dalej niż na odległość wyciągniętej paszczy od matki. Matka oczywiście zadowolona nie jest, bo się rozłażą. Co z tego, że powoli, skoro uporczywie.

Niestety miłość między FaJin a Antenką skończyła się dwa dni po urodzeniu Klusiątek. FaJin włączył się bardzo silny tryb obrony kociąt, również przed Antenką. Doszło do pogróżek i rękoczynów (pazuroczynów?) i w rezultacie dziewczyny zostały odseparowane.

Dla mnie to oznacza brak dostępu do niektórych rejonów mieszkania – a to do sypialni, a to do łazienki. Konia z rzędem temu, kto wynajdzie 100% skuteczny sposób na przechodzenie przez drzwi tak, żeby żaden kot się nie przedostał w którymkolwiek kierunku. Ech. Uroki hodowli.


Ponieważ w związku z tymi potwornymi upałami musiałam, po prostu musiałam, udostępnić sobie łazienkę, FaJin chwilowo rezyduje w sypialni. Mogę się kąpać co godzinę, ale za to chyba spać będę też w łazience. Co wcale nie jest głupie, bo tam najchłodniej. :)

Klusiątka mają już swoją Galerię, gdzie będą się pojawiać zdjęcia.

Chciałam też tak nieśmiało przypomnieć, że 3 Laleczki czekają na nowe domy. Zapraszamy :)

Facebooktwittergoogle_plus

Samochód i 40 kilo, czyli rude szczęście

– Jeśli chodzi o rasy kotów, to… – pierwszy informatyk przybrał minę eksperta – majnekiny są największe.
– Kuny, Piotrusiu, kuny – odrzekłam.

– Moja znajoma – odparł drugi – ma 2 takie kuny. Wiecie ile kosztuje kot tej rasy? Tyle, co dobry samochód!
– TADAAM! – krzyknęłam.

– A wiecie ile waży taki kun? – zapytał z błyskiem w oku trzeci (absolwent informatyki i ekonomii) i nie czekając na odpowiedź wrzasnął – czterdzieści kilo!
– Słyszałam, że więcej… – mruknęłam.

Opowieść nadesłała Pani Natasza, która dzielnie kibicowała narodzinom kunów :)

17 maja 2012 roku przyszedł na świat rudy mainecoonek, taki minikunek.

Minikunek wygląda tak:

(Pochwaliłam Antenkę, że taka była wyrozumiała dla swojego człowieka i urodziła o normalnej porze i karma natychmiast przywołała mnie do porządku. TaiChi urodziła minikunka o 4 nad ranem (!). Dodam, że tego dnia położyłam się o 2, poprzednie 5 nocy też nieprzespane, bo czekałam aż wreszcie urodzi.  Po tym wszystkim jakoś wyjątkowo rześka w ten piątek nie byłam. Doprawdy, świecie, wyluzuj trochę.)

Facebooktwittergoogle_plus

Cztery szóstki czyli rusałki on board

Wczoraj wieczorem AnaTema postanowiła obdarować ten świat czwórką swoim ślicznych maluchów.

Maluchy są niemal tej samej wielkości – ich waga urodzeniowa zawierała się w przedziale od 87 do 91 gramów. Dziś już oczywiście są napompowane mlekiem tak, że wyglądają jak okrągły brzuszek z doczepioną głową i kończynami.

Wstępne oględziny wykazały dwie dziewczyny i dwóch chłopaków. Co do jednej dziewczyny nie mam 100% pewności, więc może się jeszcze coś zmienić. O ile Anatenka pozwoli mi je w końcu obejrzeć. Na razie małe tak się drą przy podnoszeniu, że Antenka świruje, a za drzwiami kocice wyją, też gotowe bronić. Uznałam, że nie będę się narażać.

Miot nr 6: dziewczyny na górze, chłopaki na dole (No, chyba że po kolejnych oględzinach wyjdzie co innego. Okaże się wkrótce)

Uzupełnienie: 4 dziewczynki!

Na szczególne podkreślenie zasługuje fakt, że Antenka urodziła je co prawda późnym wieczorem, ale jeszcze wciąż o takiej porze, że ja  normalnie funkcjonuję. W odróżnieniu od innych miotów, które rodziły się w środku nocy.

Najbardziej hardcorowa była raz PaiLu, która rodziła kocięta między północą a 4 nad ranem w dniu, w którym miałam wstać o 6, żeby stawić się o 8 rano na szkolenie w miejscowości oddalonej o jakieś 20 km od Warszawy. Jako prowadząca owe szkolenie, więc żadnych szans na zdrzemnięcie się w kącie.

Matka i kocięta rezydują na razie w łazience, skąd rozgłośnymi wrzaskami donoszą o niezłej kondycji, zwłaszcza w obszarze płuc.

Facebooktwittergoogle_plus