Nie denerwuje się, nie denerwuję się…

Denerwuję się. I martwię. Na zapas.

Zostało jeszcze tylko kilka dni do narodzin malutkich rusałek, a ja jestem w pracy 200 km od domu. I mimo, że wrócę kilka dni przed wyznaczonym terminem porodu, w myślach cały czas proszę Antenkę, żeby poczekała do mojego powrotu.

Antenka z każdym dniem jest bardziej fokowata. Brzuszek ma wydatny i chociaż porusza się bardzo sprawnie, to jednak ciężary po bokach sprawiają, że kołysze się przy każdym kroku. Trochę martwi mnie PaiLu. Jej brzuszek jest malutki i gdyby nie inne oznaki, można by pomyśleć, że trochę utyła po prostu, nic więcej. Czasami porody małych miotów bywają ciężkie, i chociaż wiem, że PaiLutek rodzi bez problemów, to jednak w głębi duszy się martwię.

Niech one już urodzą, bo wyrwę sobie wszystkie włosy z głowy.

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Podobne opowieści:

Facebooktwittergoogle_plus

One thought on “Nie denerwuje się, nie denerwuję się…

  1. A mówiłem, kamerkę i livefeed :o)
    Trzymamy pazurki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *