I’m sexy and I know it

Wiecie już z facebooka, że ostatni weekend ja, Czarna Tylda i Biały Kot Szczęścia ChiNa spędziłyśmy w Płocku na wystawie.

Półtorej godziny drogi – niby niedużo, ale w niedzielę jechało się już jakby trudniej :)

W sobotę wylosowała nam się taka kolejność, że obie dziewczyny były oceniane z samego rana i do końca dnia miałyśmy spokój. ChiNa trafiła do sędzi, która jest entuzjastką białych kotów i zna się na nich jak mało kto. Sędzia skomplementowała i kicię, i biel jej futerka (no ja myślę, po tylu kąpielach!). ChiNa bardzo sędzię polubiła i czuliła się do niej, jakby ją znała od lat. Tylda też się spodobała swojej sędzi, co nie jest dziwne, bo ma piekny profil, harmonijną budowę i śliczne futro. Tyle, że młoda jeszcze jest, więc się ciągle jeszcze rozwija – maine coony rosną do trzeciego roku życia.

W każdym razie obie kicie dostały ocenę Ex1 oraz certyfikat na championa.

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

Drugiego dnia dla kontrastu Czarna poszła do oceny zaraz po rozpoczęciu wystawy, natomiast Biała była wśród kotów ocenianych na samiutkim końcu. Trochę to było męczące. Tym razem Tylda oddała palmę zwycięstwa dorosłej niebieskiej kotce. Nic to, Czarna urośnie i też będzie taka wielka, puchata i mordziasta :)

Tylda zakończyła więc niedzielną wystawę z oceną Ex2, a ChiNa z Ex1 i certyfikatem na championa. Ponieważ jest to już trzeci certyfikat Bielutkiej od trzeciego sędziego, kici przysługuje tytuł championa. Trzeba tylko wystąpić do organizacji felinologicznej o potwierdzenie tytułu i uiścić. Oczywiście, że zrobiłyśmy to w poniedziałek rano :)

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

Dziewczyny zniosły wystawę dosyć dobrze, zabunkrowały się w namiociku, odwiedzających wrzuciły do ignora i poszły spać. Czasami tylko wystawiały głowy, żeby popatrzeć na ludzi, którzy się przesuwali za siatką i popozować do zdjęć. Albo żeby poocierać się o śmierdzącego kotka, którego im dałam w prezencie. Trochę mi było głupio, bo tak intensywnie woniał kocimiętką, że zapach rozszedł się na całą okolicę – a fiołkami to nie pachnie! Zafundowałam wszystkim wokół śmierdzący zakątek :)

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

Ogólnie wyjazd należy więc zaliczyć do udanych. Na razie przysięgłam sobie, że więcej białych kotów nie wystawiam, bo przygotowanie białego kota to galernicza robota jest, a ja aż tak pracowita nie jestem. Jakby mi więc przyszło do głowy, to wiecie – macie pozwolenie, żeby mnie pacnąć czymś ciężkim w głowę.

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

©Magdalena Koziol, +48 606757001, info@kotdoskonaly.pl, www.kotdoskonaly.pl

Facebooktwittergoogle_plus

Czempion in da haus

Zła pani, znowu wywlokła koteczki na wystawę. I to na koniec świata – aż 3 godziny drogi!

Dla nieprzyzwyczajonych futrzaków to dosyć duże wyzwanie, dlatego na wystawę zabrałam FaJin i ChiNę dla niej do towarzystwa. Dziewczyny się bardzo lubią i miałam nadzieję, że razem będzie im łatwiej. Efekt przerósł wszelkie oczekiwania – FaJin nie tylko nie chowała się pod kocem, ale przyglądała się ludziom, odbywała toaletę, a nawet – o cudzie! – skubnęła chrupek.

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Żałuję, że nie miałam kasy, żeby na poprzednie wystawy zabrać Bielutką. Tym razem też miałam do wyboru: albo obie na jeden dzień, albo jedna na dwa. W rezultacie pojechałyśmy na niedzielę.

W Lublinie – jak się okazało – odbywały się wielkie targi. W olbrzymim obiekcie wystawiali się hodowcy kotów, gołębi, kur i królików. W akwariach i terrariach gekony, węże, żółwie. W klatkach papugi, kaczki i pawie. Gdzieś w drugiej hali były jeszcze psy. Wokół stały stoiska z wszelakim dobrem dla kotów. Do tego stoiska z kawą, ciastkami, goframi, ekologicznym chlebem oraz pajdami ze smalcem i kiszonym ogórkiem. Można było adoptować psa, kota, myszkę lub fretkę. Do kompletu punkty zabaw dla dzieci, jakieś kolejki czy inne samochodziki. Stoiska z balonami we wszystkich kształtach i kolorach, jak też innymi obiektami kultu komercji. A po południu odkryłam jeszcze w kącie hali mikrozoo z pelikanem, kozą i dwiema alpakami.

Już w drzwiach hali zapach ścinał z nóg. I przez cały czas, co kilkanaście sekund, piał kogut.

Pandemonium, słowo daję.

Sama wystawa kotów była nieco mniejsza, niż w Warszawie. Trochę słabo było widać wyświetlane numery kotów, które należy przynieść do oceny, więc cały czas latałam pod wyświetlacz jak jakiś ślepowron, ale za to megafonu użyto tylko może ze dwa razy. Mimo większej hali, kogutów i niesamowitej ilości przewijających się dzieci, było o wiele spokojniej niż w Warszawie. Na takich wystawach mogłabym bywać. I mimo pobudki o 5 rano i 3 godzin jazdy, pod koniec wystawy całkiem nadawałam się do życia, w odróżnieniu od poprzednich doświadczeń, kiedy do końca docierałam w trybie automatycznym i w charakterze zombie.

FaJin wciąż w wystawowej formie. Co prawda bała się sędzi i próbowała zwiać, ale w końcu się udało ją opanować i zaprezentować wszelkie walory jej urody. Dostała trzeci certyfikat na championa i jak tylko dopełnię formalności i uiszczę – dostanie literki przez imieniem. Nie, nie mgr, inż ani dr. CH. :)

A Bielutka, wzięta jako dama do towarzystwa, podstępnie sama zdobyła świetną ocenę i certyfikat na championa. Czyżby się role miały odwrócić i następnym razem to FaJin pojedzie do towarzystwa?


Zapraszam do obejrzenia kilku fotek z tej hali chaosu.
Ten biały devon rex, który wygląda jakby planował zagładę świata, to nasz sąsiad Artur – najsłodsze i najbardziej miziaste stworzenie, jakie ostatnio spotkałam. Zwróćcie też uwagę na kotki z uszkami – to amerykańskie curle krótkowłose, które przyjechały aż z Finlandii. Śliczne!

Ps.  Śmiałam się kiedyś z obrazka z podpisem „Mój maine coon jest większy niż twój pies” – na tej wystawie były króliki większe niż maine coony. I kid you not!

Facebooktwittergoogle_plus

Catwalk

Na wystawie znowu było wesoło. Zwłaszcza pierwszego dnia, kiedy sędzia nie była w stanie wskazać pierwszego i drugiego miejsca i poszła aż na konsultacje do drugiego sędziego z uprawnieniami do oceniania tej kategorii kotów. FaJin wylądowała w końcu na drugim miejscu, ale zabawy było przy tym co niemiara.

Drugi dzień obfitował natomiast w wybuchy innego rodzaju. Pomimo niechęci do zaprezentowania się jak na dumnego i eleganckiego kota przystało oraz niechęci do zabawy piórkami, FaJin z wdziękiem wskoczyła na pierwszą lokatę. Potem jeszcze wskoczyła na prowadzenie w swojej grupie kolorystycznej, tzw BIV – Best in Variety, a na koniec dostała nominację do konkursu najpiękniejszych, tzw. Nom BIS – Best in Show.

Dostałyśmy dwie piękne rozetki, acz na zdjęciu widać tylko jedną, bo drugą kot zasłania. Oraz – mam wreszcie  zdjęcie siebie z wystawy!:)

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

W sumie prezentowałyśmy się na ringu 3 razy, co przy tak przestraszonym kocie nie było rzeczą prostą. W desperacji zrezygnowałam z własnoręcznego prezentowania koty, żeby nie przekazywać jej swojego zdenerwowania. Kicię prezentowała nasza Pani Weterynarz, Aneta Wieczorek.

Zdjęcie wykonała pani Katarzyna Disegno.

Ja zaś miałam okazję pomacać malutkiego cieplutkiego sfiksa. I malutkiego cieplutkiego devona. I obejrzeć szylkretowego ragdolla, który jest czarno-brązowy, mimo że jest biały. Przypomniało mi to konia, którego kiedyś miałam. Panda była srokatym gniadoszem, czyli zasadniczo była brązowa z czarną grzywą, mimo  że w 95% była biała :) Śmiesznie się te kolory układają :)

Sfinksy, devony, ragdolle i nie tylko można pooglądać w galerii:

 

Facebooktwittergoogle_plus

Na wystawie w Wilanowie

Pojechaliśmy z FaJin. Dla niej to pierwsza wystawa w ogóle, dla mnie – pierwsza po długiej przerwie.

Wróciliśmy z tarczą (oraz FaJin, dyplomem i kubeczkiem).

Kicia denerwowała się niesamowicie, bała się tego nieustającego hałasu, przechodzących ludzi, obcych zapachów. Na szczęście jest grzecznym i nieagresywnym stworzonkiem. Dała się wyciagnąć z klatki, pozwoliła sędziom się obmacywać, podnosić, przeginać i przechylać, reagowała na piórka. Bardzo byłam z niej dumna.

Sędziom się też podobała. Oprócz walorów urody – te oczy! ta sylwetka! ten profil! – obaj w opisie skomplementowali zachowanie i temperament. Niestety drugiego dnia ze zdenerwowania straciła futro, ale i tak była bardzo dzielna.

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Tak więc zakończyłyśmy weekend pierwszym certyfikatem na championa. Teraz przydałoby się zdobyć jeszcze dwa, a do tego trzeba jeździć na wystawy. Co wcale nie jest fajne, bo bakcyla wystawowego to ja nie złapałam.

W domu siedzimy niemal w całkowitej ciszy – nic nie gra, nic nie gada, najwyżej my do siebie nawzajem. Wystawa z kolei to 8 godzin nieustannego hałasu, setek rozmów naraz z każdej strony oraz megafon non-stop. Mnie do tej pory dzwoni w głowie. Wcale się nie dziwię FaJin, że nie chciała wychodzić z klatki, a wyjęta do zdjęć protestowała i próbowała natychmiast wrócić  i nakryć się kocem i poduszką. Też chciałam.
Jeśli pojedziemy na następną, uszyję jej budkę, w której będzie mogła się schować komfortowo i niech sobie w niej siedzi przez 2 dni. Muszę tylko dokupić materiału pasującego do dekoracji klatki. Gdyż – pochwalę się – w czwartek i piątek przed wystawą tymi rękami uszyłam dekoracje z pięknej materii w zielone pasy. Sama dekoracja jest prześliczna a rusałki wyglądają w niej zjawiskowo. Do tego zielony kocyk na spód i pasująca zielona poduszeczka. O!

Aha, oczywiście w ramach pamiątki (oprócz dyplomu potwierdzającego certyfikat i miejsce Ex1) pozyskaliśmy śliczny kubeczek Koterii z kotami.

.

A na zakończenie zapraszam do galerii zdjęć z wystawy. Zobaczycie tam m. in. naszych sąsiadów z wystawy – pięknego kremowego kocurka brytyjskiego wraz z synkiem w kolorze lila, kota singapurskiego – małego płowego kotka z wielkimi oczami jak ze Shreka, no i oczywiście devony, sfinksy i kornisze, które nieustająco kocham za niebanalną urodę.

Facebooktwittergoogle_plus

Drogi Pamiętniczku

Czy kogoś zdziwi informacja, że w dniu, kiedy pisałam o tym, że najmłodsze kocięta mieszkają w transporterku, PaiLu wykonała przeprowadzkę do pudła, przygotowanego wcześniej na porodówkę, a stojącego cały czas obok? Koty…

Długo tam nie pomieszkała, bo musiałam (musiałam!) w końcu zrobić pranie. Najpierw próbowałam z przykrywaniem pralki kocami, żeby ją maksymalnie wyciszyć, ale to nie miało sensu. PaiLu i tak się denerwowała, a jej zdenerwowanie udzielało się reszcie. Któregoś dnia wyniosłam więc pudło do sypialni i obiecując solennie, że to na chwilę, postawiłam w kojcu.

Zrobiłam to pranie, ale PaiLu wyglądała na całkiem zadowoloną z nowej miejscówki, więc w końcu nie przenosiłam jej z powrotem. Po drodze była jeszcze wymiana pudła na większe, aż w końcu wyłożyłam kocięta do kojca, niech sobie biegają luzem. Na razie jest płacz i ogólne niezadowolenie, bo się maleństwa rozłażą, ale mam nadzieję, że kolejnego miejsca im szukać nie będzie.

 (jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

W sobotę wpadłam też towarzysko na wystawę kotów w hotelu Gromada. Zdjęć żadnych nie robiłam, bo jakoś nie miałam weny. Chciałam kupić zapas żarcia, ale jak na złość stoisk było niewiele i żadnego z tych, które mnie interesowały. Nabyłam więc za to torbę kocich zabawek. Będą chodzić głodne, ale za to wesołe.
Na stoisku Koterii zaś doznałam ogólnego ataku szału oraz pożądania, ale z braku wystarczającej ilości biletów Narodowego Banku Polskiego, zadowoliłam się ślicznym zeszytem z kotami. Będę miała w czym zapisywać rozmaite informacje hodowlane – kto, co, kiedy i dlaczego. Taki Hodowlany Pamiętnik.

Taki, o:

Facebooktwittergoogle_plus

Lutowa wystawa

W połowie lutego na końcu świata – a dokładniej w obiektach przy ulicy Marsa w Warszawie – odbyła się wystawa kotów. Ta wystawa była wyjątkowa, albowiem brał w niej udział reprezentant Kota Doskonałego*PL w postaci… ChiNy!

Wykąpana (trauma!), wyczesana i bardzo zdenerwowana pokazała się dwóm paniom sędziom i dwukrotnie uzyskała Ex 1. W nominacjach przegrałyśmy z ragdollem, trudno. Pierwsze koty za płoty.

Na wystawie można było obejrzeć przedstawicieli kilku rzadkich ciekawych ras, m.in. mau, selkirk rex, archangielskich (obie rasy nie są uznawane przez FIFE, więc koty były bardziej „towarzysko”), snowshoe czy kartuzy. Jak zawsze poruszenie wzbudzały bengale, rexy i bezwłose sfinksy. Do tego śmietanka maine coonów, rusałek, norwegów, brytolków i innych zachwycających ras.

Kilka zdjęć można zobaczyć w galerii z wystawy. Niestety z ogólnego przejęcia i zdenerwowania… nie zrobiłam zdjęcia własnemu kotu… Karma.

Selkirk Rex czyli kot-owieczka

Snowshoe

Egipski Mau

Koty archangielskie

Chartreux (kot kartuski)

Facebooktwittergoogle_plus

…i po wystawie

Szczęśliwie przetrwaliśmy drugi dzień wystawy.

Nie mieliśmy przyjemności wygrać czegokolwiek, ale dzień bynajmniej nie był stracony! Mieliśmy to szczęście, że dziś oba koty były oceniane przez sędziów nie tylko bardzo kompetentnych, ale przede wszystkim bardzo komunikatywnych. Jeden z nich co prawda mówił po czesku, ale gesty miał wyraziste i dało się pojąć o co biega. Dzięki temu bardzo dużo się dowiedzieliśmy: o naszych kotkach, o konkurencyjnych kotach, a przede wszystkim skąd bierze się taka, a nie inna ocena. To najlepsze źródło prawie obiektywnych opinii o urodzie naszych kotów. Piszę „prawie”, bo przecież zawsze sędziowanie jest w jakimś stopniu subiektywne. Jeden sędzia lubi jasną sierść, inny smukłą sylwetkę i naturalnym jest, że taka cecha najsilniej przyciąga jego uwagę. Zdarza się więc, że jeden sędzia uzna kota A za lepszego od B, natomiast drugi – odwrotnie. Zdarzyło się to i nam. Taka karma.

Tak czy inaczej, zostało nam pokazane palcem co jest dobre, co ma szanse być dobre, a co za bardzo nie rokuje. Oczywiście koty wciąż rosną i zmieniają się, wobec tego i te oceny będą się zmieniać, ale dzięki temu nasza wiedza i umiejętność oceny kotów naszych ras będzie coraz większa, a o to przecież w tej zabawie chodzi. Nie tylko oceny sędziów, ale też rozmowy z innymi hodowcami przynoszą tyle informacji, że z każdej takiej imprezy wracamy z dymiącymi czaszkami.

Natomiast z cyklu „opowieści dziwnej treści” muszę wyznać, ze o mało nie umarłam ze śmiechu, kiedy sędzia oceniający maine coony (przed zgromadzoną publicznością, nie tylko wystawcami) oświadczył, że nasza TaiChi ma najlepsze futro i jest najlepiej przygotowana do wystawy. Jak przyznałam się w poprzednim wpisie (tutaj), nie dość, że przekonaliśmy się, że o przygotowaniu sierści nie mamy bladego pojęcia, to jeszcze kotka ze stresu się strasznie skudliła i zmatowiała. Została więc natarta nabytym naprędce pudrem, wyczesana niemal w biegu, wywleczona przed sędziego – i voila! dwóch sędziów chwali przygotowanie futra! Morał z tego wynika głęboki, iż głupi to ma zawsze szczęście, i tego należy się trzymać.

Mieliśmy też okazję zobaczyć na własne oczy kota, który bardzo rzadko prezentowany jest na wystawach, mianowicie Snowshoe. Jest to amerykańska rasa wywodząca się od kotów syjamskich. Cechą charakterystyczną tych kotów są białe skarpetki, łatwo się domyśleć więc skąd pochodzi nazwa. Do tego mają niebieskie oczy. Uroczy, prawda?

A w galerii oczywiście kolejna porcja zdjęć.

Facebooktwittergoogle_plus

Róbmy swoje

Pierwszy dzień wystawowy za nami. Mieliśmy wiele obaw, bo „nasz poprzedni raz” miał miejsce bardzo dawno temu, kiedy kotki były malutkie. Nie wiedzieliśmy jak zareagują tym razem, zwłaszcza nerwusek PaiLu. Życie pokazało, że nie było najgorzej. TaiChi już co prawda nie była na tyle zaciekawiona i nie oglądała przechodzących ludzi jak obrazków w panoptikum, była też trochę zdenerwowana, ale w sumie w normie. PaiLu była wyjątkowo dzielna i tym razem obyło się bez upuszczenia komukolwiek krwi. Ta kwestia zaprzątała mnie szczególnie, bo to ja tym razem miałam ją wystawiać do oceny. Miesiące pracy nad kocinkiem dały rezultat, bo na moich rękach kicia była grzeczniutka.

Mieliśmy za to przeboje z Ryżą. Kiedy rano wyciągnęliśmy ją z transporterka, nasza hodowczyni załamała ręce. Fakt, kot wyglądał jak wypłosz, nastroszony i rozczochrany. Jakby ktoś go nam podmienił. Usłyszeliśmy kilka uwag o „braku futra” i lekko się podłamaliśmy. Pobiegłam do jednego ze stoisk i poprosiłam o jakiś preparat antystatyczny i nadający połysk, bo w głowie miałam już tylko „ratujmy co się da”. Pan ze stoiska tak się przejął, że przyszedł do naszej klatki zobaczyć to nieszczęście, niestety, potwierdził nieprzychylne zdanie o wyglądzie TaiChi. Na szybko udzielił instruktażu, jak upudrować wypłosza. Wzięłam się więc do dzieła i obsypałam na biało kota, Pawła oraz całą okolicę. Ledwie uczesałam zwierza, już trzeba było pędzić na ocenę.

Pełna obaw stawiałam kota na stoliku. Pani sędzia zachwyciła się zwierzakiem. Przez moment nie wierzyłam własnym uszom – w pierwszych słowach powiedziała, ze kot jest pięknie przygotowany do wystawy, że futro jedwabiście miękkie i że widać, ze odrobiłam „pracę domową”. Prawie tam osłabłam z ulgi. Kota obwąchała sędzię, przykleiła się do głaszczącej ją uczennicy sędziowskiej i generalnie zrobiła dobre wrażenie. Jedyny mankament, jaki sędzia w niej znalazła, to lekki brak harmonii w rozwoju, mianowicie o ile ciało rozwija się normalnie jak na ten wiek, o tyle głowa na razie pozostała niewielka. Przez to przegraliśmy z młodziutkim  kociakiem o bardziej harmonijnej budowie. Za kilka miesięcy, kiedy głowa „dogoni” ciało, wszystko może się zdarzyć.

To było pouczające wydarzenie. Wiemy już, że nie wolno nam się poddawać i zniechęcać, mimo niesprzyjających wiatrów. Nie załamywać rąk, tylko do końca robić swoje, a wtedy los będzie łaskawy.

W galerii są już pierwsze zdjęcia z wystawy.

Ps. jest w tym jednak jakaś sprawiedliwość dziejowa – kiedy TaiChi miała 4 miesiące i była najmłodsza i najmniejsza w swojej klasie, wygrała z o wiele starszymi kotami i zgarnęła pierwsze miejsce i BIV-a. Tym razem sprzątnął nam to sprzed nosa inny kociak, który też był najmniejszy w stawce.

Facebooktwittergoogle_plus

Pierwsze pranie kotów

Ponieważ poniedziałek to parszywy dzień, każdy musi jakoś odreagować. Dzisiaj konsekwencje tego poniosły maine coony. Zostały mianowicie uprane. Za pomocą suchego szamponu.

Szampon ów ma postać pachnącej pianki, której należy nabrać w dłonie, rozprowadzić na kocie a następnie rozczesać. Ponieważ – w odróżnieniu od ruskiej – oba maine coony to dusza nie kot, bez protestów pozwoliły sobą pomiatać. Trochę się obawiałam o zapach, ale jakoś ich nie odrzuciło. Nawet nie czuły palącej potrzeby się wylizać po zabiegu, oba najpierw się zdrzemnęły, a i późniejsza toaleta była umiarkowanie intensywna. Wygląda na to, że szampon w piance daje się przeżyć.

Ryża kota po upraniu ma kitę jak lis. Oto dowód:

Poronionym pomysłem okazała się za to odżywka-nabłyszczacz, którą nabyłam z myślą o odpicowaniu kocinków na wystawę. Po użyciu koty mają w kilku miejscach takie punkowe pióropusze ze zlepionych kosmyków. Nie wykluczam, że jest to efekt mojej nieudolności. Szanse na nauczenie się prawidłowego używania preparatu są znikome, bo oba koty były zdegustowane psikaniem na nie i stanowczo nie chciały współpracować.

Wcale im się nie dziwię, też bym nie chciała chodzić taka rozczochrana.

Facebooktwittergoogle_plus

Międzynarodowa Wystawa Kotów Rasowych 24-25.01.2009

Byliśmy na wystawie wyłącznie towarzysko. Jak zwykle krótka w założeniu wizyta zamieniła się w kilkugodzinny pobyt.

Tym razem odbyła się na Białołęce, więc rzut beretem od nas. Hala Sportowa jest spora, ale i wystawianych było wiele – aż 320 – kotów, toteż ścisk był ogromny. Przejścia pomiędzy rzędami klatek były tak wąskie, że oglądający praktycznie nie byli w stanie się wyminąć. Robienie zdjęć zamieniło się w jakąś dziką rywalizację – czy zdążę zanim mnie ktoś potrąci? Na szczęście było co oglądać i większość alejek odwiedzaliśmy po kilka razy.

Najliczniej reprezentowana na wystawie była rasa maine coon, toteż Paweł – zakochany w nich na zabój – był w swoim żywiole. Ja z kolei z upodobaniem wyszukiwałam rarytasy: kociaki „puchate inaczej”: devony czy sfinksy. O ile tych pierwszych było mało, o tyle bezwłose sfinksy zdeklasowały inne koty jakością – jeden z nich otrzymał tytuł najlepszego w kategorii kotów krótkowłosych, bijąc na głowę m.in. wszystkie rosyjskie niebieskie, którym kibicowałam z bezinteresownej miłości do całej rasy.

Mieliśmy okazję też porozmawiać z miłą panią wystawiającą przepiękne ocikotki. To była bardzo pouczająca rozmowa o planach hodowlanych i doborze kocich par, więc mieliśmy okazję wiele się nauczyć. A przy okazji mogliśmy dobrze przyjrzeć się tym pięknym zwierzakom.

Więcej zdjęć z wystawy można obejrzeć w galerii.

Następna wystawa już za dwa tygodnie – 14-15.02.2009. Tym razem odbędzie się na drugim końcu miasta, bo w Hotelu Gromada na Okęciu. A ja dosłownie przed chwilą wypełniłam zgłoszenie – TaiChi startuje w klasie młodzieży 6-9 miesięcy, natomiast PaiLu debiutuje w klasie otwartej. PaiLu jest zdecydowanie w niekorzystnej sytuacji – najmłodsza w stawce, jeszcze na pół maluch, ale nic to – jak w przypadku każdego posiadanego przez kota, nasz sierściuch jest dla nas najpiękniejszy.

Facebooktwittergoogle_plus