Zabiegi kastracji w Koterii

Zbieg okoliczności sprawił, że w dniu, kiedy DaKotki były kastrowane, skontaktowała się ze mną pani Beata z Koterii z informacją, że w ramach swojej działalności prowadzą też odpłatne kastracje. Ja mam „swojego” weta, a przyszli właściciele moich kotków nie będą zainteresowani z przyczyn oczywistych, jednak uznałam, że warto puścić informację dalej.

Znacie w ogóle Koterię? Jeśli nie, a mieszkacie w Warszawie i los warszawskich kotów miejskich nie jest Wam obojętny – zainteresujcie się jej działalnością.

Koteria przede wszystkim zajmuje się sterylizacją kotów miejskich w Warszawie metodą TNR. Jak piszą na swojej stronie:

Metoda TNR ( z ang. Trap – Neuter – Return ) czyli ZŁAP – WYSTERYLIZUJ –WYPUŚĆ – polega na złapaniu dokarmianego kota i dostarczeniu go do ośrodka weterynaryjnego w celu dokonania zabiegu sterylizacji. Przy okazji kot może zostać zbadany, zaszczepiony i otrzymać pomoc lekarską przy drobnych dolegliwościach. Gdy dojdzie do siebie jest wypuszczany do swojego środowiska, gdzie dalej mieszka.

Koty miejskie to nie utrapienie, ale ważny element miejskiego ekosystemu – o czym przekonały się boleśnie na własnej skórze administracje mieszkaniowe skutecznie usuwające koty ze swoich osiedli, a następnie wprowadzające je z powrotem w wyniku plagi szkodników. Jednak pozostawione samym sobie koty chorują, przenoszą choroby, walczą i – niestety – szybko się rozmnażają. Koteria pomaga im, a pośrednio też nam, którzy korzystamy z dobrodziejstwa obecności kotów miejskich, nawet o tym nie wiedząc.

Na swoją działalność Koteria potrzebuje pieniędzy, co nie jest chyba informacją szokującą. Pozyskuje je na wiele sposobów: z dotacji, 1% (fundacja nazywa się AGROS), sprzedaży produktów – niedawno prezentowałam świeżo nabyty zeszyt, zaprojektowany przez artystów współpracujących z Koterią – oraz z odpłatnych zabiegów kastracji/sterylizacji.

Pani Beata przesłała mi też cennik, który zamieszczam ku pamięci:

CENNIK :

  • Przetrzymanie kota: 10 zł/doba
  • Zabiegi kastracji/sterylizacji:
    • kotka: 100 zł
    • kocur: 60 zł
    • pies/suka 5-10 kg: 120 zł
    • pies/suka 10-20 kg: 160 zł
    • pies/suka 20-40 kg: 210 zł
    • pies/suka 40-60 kg: 250 zł

W cenę zabiegu wchodzą leki i materiały medyczne użyte podczas zabiegu, praca lekarza, antybiotyk i leki przeciwbólowe
Dodatkowo płatne są np. badania krwi, kubraczek pooperacyjny lub kołnierz ochronny.

A gadżety Koterii są naprawdę wystrzałowe :)

Ps. w sumie mogłabym napisać, że następnego dnia DaKotki nie pamiętały o zabiegu i rozniosły chałupę kilka razy, ale to oczywista oczywistość. Mogłabym to pisać po każdym miocie, więc nie będę się powtarzać. Obserwatorzy naszego fanpage’a na facebooku wiedzą, że Dariuszek już pojechał do nowego domu.

Powiem więc tylko, że już zawojował i podbił serca swoich człowieków i kotki-rezydentki Felicji. :)

 (jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Related Images:

Facebooktwitter

Deska

Kotki pomieszkały sobie w kojcu, ale nie za długo. Kiedy pierwszemu uda się wyleźć, otwieram wszystkim drogę na zewnątrz. Dzień, w którym otworzyłam kojec był ostatnim dniem, kiedy kocięta w nim były.

 (jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Mają do dyspozycji łóżko, mają kocyki, mają dywan, a przeprowadziły się… na deskę. Gołą deskę, która stanowi podstawę drapaka. Czasem przenoszą się na fragment pokryty miśkiem, ale po chwili znowu widzę, że śpią na kupie na desce. PaiLu tam też z nimi leży i tam czasem karmi. Nie ogarniam tych kociaków.

Co mnie cieszy, to że często sypiają razem na łóżku. Od bardzo dawna łóżko stało się ziemią niczyją – koty tak były zazdrosne, że w rezultacie przestały przychodzić. Czasem jeszcze FaJin zdrzemnie się w nogach, ale starsze już tylko przychodzą wieczorem powiedzieć dobranoc albo rano powiedzieć „Dawaj śniadanie”.

A to takie fajne jest, kiedy wieczorem przychodzę i wpasowuję się pomiędzy ścianę a kłąb niebieskiego szczęścia, ostrożnie, żeby im nie przeszkadzać. One zaś po chwili odrywają się od mamusi i zaczynają swoje harce i atakowanie siebie nawzajem i pościeli. Na wierzchu kładę wielki ręcznik, który szarpią pazurami i zębami jak dzikie zwierzęta swoją zdobycz. Póki nie było ręcznika, traktowały tak prześcieradła. Wystarczy spojrzeć na biedny ręcznik – wygląda jakby pod nim granat wybuchł. Kocięta go uwielbiają.

Ale kiedy zgaszę światło i dom się powoli uspokaja, maluchy kolejno wędrują na swoją deskę.

Related Images:

Facebooktwitter

Drogi Pamiętniczku

Czy kogoś zdziwi informacja, że w dniu, kiedy pisałam o tym, że najmłodsze kocięta mieszkają w transporterku, PaiLu wykonała przeprowadzkę do pudła, przygotowanego wcześniej na porodówkę, a stojącego cały czas obok? Koty…

Długo tam nie pomieszkała, bo musiałam (musiałam!) w końcu zrobić pranie. Najpierw próbowałam z przykrywaniem pralki kocami, żeby ją maksymalnie wyciszyć, ale to nie miało sensu. PaiLu i tak się denerwowała, a jej zdenerwowanie udzielało się reszcie. Któregoś dnia wyniosłam więc pudło do sypialni i obiecując solennie, że to na chwilę, postawiłam w kojcu.

Zrobiłam to pranie, ale PaiLu wyglądała na całkiem zadowoloną z nowej miejscówki, więc w końcu nie przenosiłam jej z powrotem. Po drodze była jeszcze wymiana pudła na większe, aż w końcu wyłożyłam kocięta do kojca, niech sobie biegają luzem. Na razie jest płacz i ogólne niezadowolenie, bo się maleństwa rozłażą, ale mam nadzieję, że kolejnego miejsca im szukać nie będzie.

 (jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

W sobotę wpadłam też towarzysko na wystawę kotów w hotelu Gromada. Zdjęć żadnych nie robiłam, bo jakoś nie miałam weny. Chciałam kupić zapas żarcia, ale jak na złość stoisk było niewiele i żadnego z tych, które mnie interesowały. Nabyłam więc za to torbę kocich zabawek. Będą chodzić głodne, ale za to wesołe.
Na stoisku Koterii zaś doznałam ogólnego ataku szału oraz pożądania, ale z braku wystarczającej ilości biletów Narodowego Banku Polskiego, zadowoliłam się ślicznym zeszytem z kotami. Będę miała w czym zapisywać rozmaite informacje hodowlane – kto, co, kiedy i dlaczego. Taki Hodowlany Pamiętnik.

Taki, o:

Related Images:

Facebooktwitter

Końce i początki

Się pozmieniało. Laleczki poszły do nowych domów i zewsząd dochodzą mnie teraz kojące wieści na temat tego jak szybko zadomowiły się w nowych miejscach.

 (jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Jako ostatnia wyszła Luna. Dopóki spędzała czas z siostrami, dużą frajdę sprawiało jej straszenie DaKotków. Wpadała do sypialni i robiła lekki kipisz, aż biedne DaKotki chowały się pod kojec. Odkąd została sama, układ sił musiał ulec zmianie. A zmienił się w taki sposób, że Luna i Dariusz stali się najlepszymi kumplami, duetem godnym miana tajfunu. Ale w końcu i Luny zabrakło, więc mała trójca zgodnie zaczęła broić na potęgę we własnym gronie.

Sytuacja w stadzie była bardzo dynamiczna, a tymczasem PaiLu powoli zbliżała się do dnia rozwiązania. Na krótko przed spodziewanym terminem dostałam pewnego ranka ataku paniki, że jestem kompletnie nieprzygotowana na przyjęcie kolejnych maluchów. Wyścielone pudełko czeka, już od kilku dni bawimy się z PaiLu: ona przychodzi i wszystko rozrzuca, potem ja układam kocyk i podkład higieniczny schludnie na miejscu. I tak w kółko. Ale pudełko to za mało: trzeba przearanżować przestrzeń, zgromadzić środki czystości, pieluszki i rozmaite inne niezbędne utensylia, koty umieścić tam, gdzie nie będą przeszkadzać, żeby się dziewczyna nie denerwowała, że stado stoi pod drzwiami i energicznie domaga się otwarcia.

Rzuciłam się w wir porządków. Wyszorowałam łazienkę, która robi zwykle za porodówkę. Uprzątnęłam pokoje. Porządnie wszędzie poodkurzałam. Umyłam kuwety. Zebrałam kocie zabawki do koszyka. Zaglądam kontrolnie do PaiLu, która właśnie ustabilizowała się w transporterku robiącym za kocią budkę z widokiem na pokój. Patrzę, a ona leży sobie na bielutkiej poduszce i cichutko prze!

No to za transporter i do łazienki!

I tak oto 21 sierpnia, trochę niespodziewanie, dołączyły do nas 3 niebieskie dziewczynki i jeden chłopczyk.

PaiLu wyraziła chęć pozostania w transporterku ze względu na przezroczyste drzwiczki, które pozwalają jej na bieżąco kontrolować otoczenie. W pudle nie miała tego komfortu – teraz widzę jak duża to dla niej różnica.
Maluchy są zdrowe, chowają się świetnie – osiągnęły cieszący oko stan, kiedy wyglądają jak tłusta parówka: mają wielkie głowy i równie wielkie brzuszki. Widać, że nie głodują :)

 

Related Images:

Facebooktwitter

Siatka balkonowa reloaded cz. 3

Tyle czasu wisiała siatka i nikomu nie przeszkadzała… Aż przyszedł czas napisać erratę.

Oparła się ta siatka wieszaniu się mainecoonów, oparła się deszczom, mrozom i śniegowi, a nie wytrzymała malutkich mlecznych ząbków Laleczek.

Najpierw zauważyłam przerwaną jedną żyłkę tuż przy drapaku oraz Lunę sprawdzającą co można jeszcze z tym zrobić. Smyrnęłam kotem do mieszkania i przy pomocy mocnej linki związałam feralne oczko.

Dziś mam smutny dzień, bo LaLita i LaDonna pojechały do nowego domu, więc tak plączę się po mieszkaniu, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Koty chodzą za mną. Wyszłam na balkon, pogłaskałam Ryżą, którą swoim zwyczajem wlazła na półeczkę i uwiesiła się przednimi łapami na siatce. Pogłaskałam Bielutką, która usiadła na drapaku. Zagadałam do Luny, która wlazła na ten drewniany płotek ogrodowy.

Luna przebiegła przez całą szerokość, a ja przez moment nie mogłam uwierzyć w to, co widzę. Tuż na górną krawędzią zieje wielka dziura, na 3 czy 4 oczka! Prawie doznałam zatrzymania akcji serca. Kocięta wygnałam do domu i dawaj naprawiać!

Nie chciałabym rzucać bezpodstawnych podejrzeń, ale po chwili spostrzegłam Lunę robiącą przegląd sytuacji.

Uroki posiadania zbyt mądrych i cwanych kotów.

 (jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Related Images:

Facebooktwitter

Da-Kotki

Zostałam złajana przez czytelników, że nic nie piszę o najmłodszym miocie. Kajam się, biję w piersi i poprawiam niniejszym.
Klusiątka uporczywie nie chciały powiedzieć jak chcą mieć na imię. Dokładniej: powiedziały, ale mi nie pasowało. Przetrzymały więc mnie tyle, że nie mam wyjścia. Imiona będą na D.

Klusiątka są przefajne i prześmieszne. Mieszkają cały czas w sypialni, choć chyba przeniosły się na stałe pod kojec. Widać pod półkami się już nie mieszczą, a pod kojcem to i matka się zmieści. Zaniosły tam sobie zabawki i siedzą grzecznie. Jak tylko wchodzę do sypialni, zaczynają piszczeć i nie mija chwila, a już gramolą się ze swojej kryjówki i pędzą do mnie. Kocurek zawsze pierwszy.

Już ogarniają koncepcję zabawy zabawkami na patyku, choć jeszcze nie można im smyrać piórkami za szybko, bo nie nadążają patrzeć. Nie należy też jeszcze machać nad głową, bo nie zauważają. Uwielbiają głaskanie. Dotykane, natychmiast przewracają się na plecy i eksponują brzuszek do głaskania. Wszystkie trzy. Zaczynają też już kuwetkować – głównie dziewczyny, bo one już jedzą stały pokarm. Kocurek – największy tłuścioszek – dostaje od mamusi tyle mleka, że nie czuje potrzeby jeść czego innego. Jeszcze. ;)

Najmłodsza i najmniejsza Klusiątka to ta z wiśniową opaską. Jest troszkę nieśmiała, nie rzuca się na człowieka, ale zawsze kładzie się tuż obok mnie i dyskretnie czeka na pieszczoty. Albo przytula się bokiem i tak sobie grzecznie leży. Kolorowe zabawki jeszcze ją nieco deprymują, woli bawić się białą myszką. Co nie znaczy, że nie jest 100% rusałką – wystarczy zobaczyć, jak tłucze się z o wiele od niej większym bratem, żeby nie mieć żadnych wątpliwości. Jako pierwsza zaczęła jeść chrupki. Jest raczej ostrożna, obserwuje wszystko uważnie z odległości. Przechyla wtedy tak główkę na bok i wygląda tak słodko, jak cukiereczek. No i jakoś tak nie chce przynieść innego imienia, niż Delicja. Delicje, że palce lizać – mawiał Pan Zagłoba. Niestety słowo zostało spopularyzowane przez ciastka, których szczerze nie znoszę, więc wcale nie chciałam jej tak nazywać – ale nic innego nie pasuje!

Delicja Kot Doskonały*PL

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Jej starsza siostra to demon zabawy. Jak widzi piórka, to aż jej się oczy śmieją. Gania zawzięcie, skacząc, klucząc i robiąc zwroty w miejscu z nieprawdopodobną łatwością, jak na tak małego kotka. Lizus straszny – wylizuje mi każdy dostępny kawałek skóry. Poluje na stopy pod kocem, na książkę, którą czytam, na rodzeństwo. Eksploruje wszystkie zakamarki – czy to ciasne kąty, czy to przestrzenie na wyżynach drapaka. Zmęczona przycupnie na chwilę, odsapnie – i znowu gdzieś leci. Można się na nią gapić godzinami bez znudzenia. Depcze dużo po człowieku. Zaczyna od strony stóp, ani się obejrzysz, jak stoi ci na klatce piersiowej i zagląda w oczy. Jako pierwsza zaczęła kuwetkować. Za przykładem mamusi bardzo starannie sprząta w kuwecie, zarówno po sobie, jak i po rodzeństwie. Żwirek tylko pryska na boki. Dobrze, że jest jeszcze mała, to i zamach ma niewielki, bo jej matka potrafi przy sprzątaniu połowę żwirku wysłać na podłogę. Średnia Klusiątka będzie nosić imię Daruma – od japońskiej lalki będącej symbolem determinacji i osiągania celów, a także amuletem szczęścia.

Daruma Kot Doskonały*PL

Najstarszy Klusiątek jest jest największy i najgrubszy. Waży teraz 600g – trzeba go zobaczyć w bójce z Delicją, która waży 500g! Dawid i Goliat!

Kocurek jest takim puchatym, miziastym, pluszowym miśkiem. Jeśli by nastawianie brzuszka do głaskania było dyscypliną sportową, bez wątpienia stanąłby na podium. Pierwszy leci słysząc mój głos, zagląda w oczy i mówi: miziaj! Jest najbardziej śmiały i odważny z całej trójki. Pierwszy idzie, ostatni ucieka. Jest spokojny i zrównoważony, pod tym względem przypomina mi bardzo Sharifa. Totalne zen. Przy czym żebyśmy się dobrze zrozumieli – mówimy o rusałku. Spokojny rusałek to nie jest to samo, co spokojny brytyjczyk. Rusałki są z natury narwane, zawsze w biegu, 100 tysięcy pomysłów na raz. Klusiątek jest spokojny jak na rusałka.

Przekornie przyniósł sobie imię, którego też nie chciałam mu dać. Dumne imię, noszone przez perskich królów. Tylko jak ja mam, w mordę jeża, dać kotu na imię Dariusz? Jako imię dla kota niby jest świetne, bo ma dwie sylaby oraz 'sz’ i 'j’ w środku – czyli dźwięki dobrze rozróżniane przez koty. Można też zdrobnić na Daruś, a 'ś’ koty słyszą jeszcze lepiej. Ale jednak…
Z ciekawości zajrzałam do źródłosłowu i dowiedziałam się, że pochodzi od daraya — „posiadać” i vahu — „dobro” i w związku z tym pierwotne znaczenie imienia można objaśnić jako „ten, który jest dobry”. W sumie jest to całkiem niezłe imię dla kota. Mam nadzieje, że będzie się zachowywał zgodnie z nim.

Dariusz Kot Doskonały*PL

Ps. Ale im zrobiłam cukierkowe zdjęcia. Jak nie moje :)

Pps. Już się nie mogę doczekać miotu na K. Na samą myśl o Ko-Kotkach mój Wewnętrzny Szyderca i Tropiciel Absurdów aż kwiczy :)

Related Images:

Facebooktwitter

Zagadka zagadką pogania

Budzę się rano… a raczej jestem budzona, bo ledwie słońce ozłoci ziemię, FaJin przychodzi na mizianki. Walnie mnie parę razy w łeb, zamiauczy prosto w twarz i nie ma siły – budzę się, choćbym poszła spać dopiero co.
Jestem już tak wytresowana, że jeszcze nie zdążę zrobić porannego remanentu mego jestestwa, a już zdradziecka ręka smyra kotka. Smyram wiec, przytomniejąc z wolna, wtem! a to co?

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Coś mi się gramoli! Hura! Pierwszy kociak wydostał się z kojca! Ale patrzę – za nim pędzi drugi, potem trzeci. Dziwne, nigdy się nie zdarzyło, żeby wszystkie wylazły naraz. A te nawet nie wspinały się po siatce jakoś specjalnie, ot tak, do połowy. Nie oczekiwałam Wielkiego Wyjścia jeszcze przez co najmniej tydzień, może 5 dni. Zwykle kiedy pierwszy wylezie, otwieram kojec i pozwalam wychodzić reszcie, ale Klusiątka jak widać zadbały o to same.

Obejrzałam kojec. Ponieważ zamek na bocznej ściance jest zepsuty, uszczelniam całość udrapowanym kocem. Kocięta nie są dość sprytne ani nie mają dość siły, żeby przedostać się z boku, więc koc nieźle spełnia swoją rolę. Koc nienaruszony. Tak nagle wylazły górą? Patrzę podejrzliwie na FaJin. FaJin odwzajemnia spojrzenie, ale nic nie mówi. Czyżby im pomogła?

Tylko po co? Kocice nie lubią, jak się dzieci rozłażą. Zagadka.

Od tej pory kocięta siedzą pod półkami z segregatorami. Mają tam jakieś 4 cm prześwitu od podłogi. One się mieszczą, ale ja nie dam rady ich wyciągnąć – przedramię wchodzi, ale już łokieć utyka. Pomyślałabym, że się czegoś przestraszyły i tylko tam czują się bezpiecznie, gdyby nie fakt, że od razu wychodzą kiedy je wołam i kompletnie nie sprawiają wrażenia przestraszonych. FaJin też reaguje całkowitym spokojem, leży sobie na łóżku albo na dywaniku i emanuje zadowoleniem z życia.
Więc co – kojec be? Mogę go już złożyć?

Related Images:

Facebooktwitter

Nie odpukałam w niemalowane

W domu sajgon. Antenka ma ruję.

Kto zetknął się z rują u rusałek, ten nie zapomni do końca życia. Nieustające, monotonne, grobowe wycie o natężeniu zdolnym doprowadzić do rozpaczy wszystkich w promieniu rażenia. Dzień i noc. Bez przerwy. No dobra, krótkie przerwy na drzemki oraz – w tym przypadku – karmienie.
Bielutka też ma ruję. W porównaniu z Antenką, prawie jej nie słychać.

Pomyślałam sobie, że do kompletu TaiChi powinna dostać ruję, to wtedy zostałoby mi już tylko udać się żwawym krokiem w kierunku najbliższego zakładu zamkniętego i schronić w cichej, przytulnej celi bez klamek. Ale – słowo daję! – nie powiedziałam tego na głos! Nawet nie napisałam!

Więc za co??!!

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Related Images:

Facebooktwitter

Mydło wszystko umyje, nawet uszy i szyję

Zła pani, zła.

Zmoczyła kotka. WODĄ! Wysmarowała jakimś pachnącym świństwem. ZNOWU ZMOCZYŁA. I tak parę razy. Biedna ChiNa została poddana straszliwej kąpieli.

Już nie mogłam na nią patrzeć. Ruje i szarpanie się z kocurem nie pomogły jej na świeżość i urodę.

Serce mi się krajało, jak piszczała i kręciła się w brodziku. Do tej pory kąpana była raz – przed wystawą, ale dawno to było i zdążyła zapomnieć. Ja też. Ale ChiNa akurat grzecznym kotkiem jest i udało się jakoś wspólnymi siłami dotrwać do końca tego brutalnego procesu.

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Pierwsze suszenie ręcznikiem odbyło się jeszcze w brodziku – i bardzo dobrze, bo po otwarciu drzwi Bielutka wyrwała w długą, obleciała łazienkę dookoła i schowała się za sedesem. Użycie suszarki w ogóle było poza kwestią, kota była tak zdegustowana całą sytuacją, że nie życzyła sobie żadnego warczenia.

Udało mi się w końcu ją wywabić na środek, na ręcznik. Wytarłam ile się dało, aż woda przestała kapać dookoła. Potem Bielutka wylizywała resztę, a ja rozczesywałam kołtuny. W miarę, jak schła, coraz wyraźniej widać było, że dobrej roboty nie wykonałam. Ogon jest do poprawki.

Nie miałam serca wrzucać jej od razu do wody. Pochodzi z takim niezbyt czystym jeszcze trochę, a za kilka tygodni spróbujemy znów.

 

Related Images:

Facebooktwitter

Im więcej tym lepiej?

No to co – szybkie wyjście z szafy, bo spóźniona jestem okrutnie!

25 czerwca FaJin urodziła trzy pocieszne Klusiątka: 2 dziewczynki i 1 chłopca.

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Klusiątka mają już ponad tydzień i zaczynają otwierać oczy. Pełzają już na długie dystanse, tj. dalej niż na odległość wyciągniętej paszczy od matki. Matka oczywiście zadowolona nie jest, bo się rozłażą. Co z tego, że powoli, skoro uporczywie.

Niestety miłość między FaJin a Antenką skończyła się dwa dni po urodzeniu Klusiątek. FaJin włączył się bardzo silny tryb obrony kociąt, również przed Antenką. Doszło do pogróżek i rękoczynów (pazuroczynów?) i w rezultacie dziewczyny zostały odseparowane.

Dla mnie to oznacza brak dostępu do niektórych rejonów mieszkania – a to do sypialni, a to do łazienki. Konia z rzędem temu, kto wynajdzie 100% skuteczny sposób na przechodzenie przez drzwi tak, żeby żaden kot się nie przedostał w którymkolwiek kierunku. Ech. Uroki hodowli.


Ponieważ w związku z tymi potwornymi upałami musiałam, po prostu musiałam, udostępnić sobie łazienkę, FaJin chwilowo rezyduje w sypialni. Mogę się kąpać co godzinę, ale za to chyba spać będę też w łazience. Co wcale nie jest głupie, bo tam najchłodniej. :)

Klusiątka mają już swoją Galerię, gdzie będą się pojawiać zdjęcia.

Chciałam też tak nieśmiało przypomnieć, że 3 Laleczki czekają na nowe domy. Zapraszamy :)

Related Images:

Facebooktwitter