Mydło wszystko umyje, nawet uszy i szyję

Zła pani, zła.

Zmoczyła kotka. WODĄ! Wysmarowała jakimś pachnącym świństwem. ZNOWU ZMOCZYŁA. I tak parę razy. Biedna ChiNa została poddana straszliwej kąpieli.

Już nie mogłam na nią patrzeć. Ruje i szarpanie się z kocurem nie pomogły jej na świeżość i urodę.

Serce mi się krajało, jak piszczała i kręciła się w brodziku. Do tej pory kąpana była raz – przed wystawą, ale dawno to było i zdążyła zapomnieć. Ja też. Ale ChiNa akurat grzecznym kotkiem jest i udało się jakoś wspólnymi siłami dotrwać do końca tego brutalnego procesu.

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Pierwsze suszenie ręcznikiem odbyło się jeszcze w brodziku – i bardzo dobrze, bo po otwarciu drzwi Bielutka wyrwała w długą, obleciała łazienkę dookoła i schowała się za sedesem. Użycie suszarki w ogóle było poza kwestią, kota była tak zdegustowana całą sytuacją, że nie życzyła sobie żadnego warczenia.

Udało mi się w końcu ją wywabić na środek, na ręcznik. Wytarłam ile się dało, aż woda przestała kapać dookoła. Potem Bielutka wylizywała resztę, a ja rozczesywałam kołtuny. W miarę, jak schła, coraz wyraźniej widać było, że dobrej roboty nie wykonałam. Ogon jest do poprawki.

Nie miałam serca wrzucać jej od razu do wody. Pochodzi z takim niezbyt czystym jeszcze trochę, a za kilka tygodni spróbujemy znów.

 

Facebooktwittergoogle_plus

Portki VaiPerka

Środek lata, a koty zamiast gubić sierść i chodzić w lekkich sukienkach, hodują sobie futra, etole i kołnierze. Najbardziej spektakularnie wygląda VaiPer, który niemal optycznie podwoił swoją wielkość puchatym futrem.

Ma wielką rozłożystą kryzę, imponującą kitę i ogólnie jest go teraz dużo w każdą stronę. Zwykle porusza się po domu falując lekko uniesionym do góry ogonem, wtedy ta kita tak widowiskowo się rozkłada i powiewa nad nim jak sztandar bojowy.

Na oko prezentuje się przepięknie, ale czesanie tego wszystkiego to gehenna. Po pierwsze, VaiPer ma szorstką, lekko falującą sierść, która się splątuje i kudli od samego patrzenia na nią. To dziwne swoją drogą, TaiChi i ChiNa mają gładką, jedwabistą sierść, która praktycznie nie plącze się i nie wymaga obsługi, wystarczy wyczesać martwe włosy i już.

Po drugie, VaiPer nie ma cierpliwości do czesania. Chwilę ewentualnie może znieść, ale zaraz ucieka. Chwila zwykle wystarcza na uczesanie 10 cm. kw. kota, a co z resztą?

Po trzecie, żywi absolutną i skrajną niechęć do grzebania w jego sierści bardziej natarczywie, niż tylko delikatne przejechanie grzebieniem.

Wszystko to sprawia, że czesanie VaiPerka odbywa się w biegu, podstępem oraz przy użyciu przymusu fizycznego. Kudły mu po prostu wycinam (a boi się nożyczek!), a kiedy mam pomocnika, odbywa się strzyżenie portek. Pomocnik trzyma kota na rękach, nie pozwalając mu się wywinąć, a ja szybciutko obcinam sierść, która wydaje się rosnąć w okolicach tyłka. Czasem VaiPer tak się kręci, że naprawdę ciężko ocenić, jaką jego część mam aktualnie przed sobą.

W krótkich portkach VaiPer nie wygląda wcale mniej elegancko, za to łatwiej utrzymać higienę oraz stan bezkudłowy. I do tego cieszy oko śmiesznym barankiem na tyłku.

Facebooktwittergoogle_plus

Święta za nami

Tuż przed Świętami pożegnaliśmy AnaForę, która spędzała je już z nowymi właścicielami. My z piątką kotów pojechaliśmy do rodziny. Blisko trzygodzinną podróż urozmaicało miauczenie maluchów, które były bardzo niezadowolone z faktu, że muszą siedzieć w transporterku, podczas gdy PaiLu i VaiPer siedziały na kanapie przypięte do pasów i cieszyły się względną wolnością.

Tym razem rodzice postanowili zagrać rewolucyjnie i choinkę postawili na balkonie, ubrawszy ją w tylko w lampki. Wyglądało to bardzo dekoracyjnie i zostawiało zdecydowanie więcej miejsca na wygłupy watahy kotów oraz dwojga małoletnich dzieci mego brata.

Święta minęły bez wydarzeń mrożących krew w żyłach, choć nie można powiedzieć, żeby koty się nie starały urozmaicić wszystkim życia. A szczególnie rodzicom i szczególnie w nocy. Na niedzielę umówieni byliśmy z nową właścicielką AlErgenka, wróciliśmy dość szybko, znowu przy akompaniamencie mauczenia.

Smutno się zrobiło bez dwóch maluchów, wszystkie koty tęsknią i szukają ich po kątach, a z nimi my. Na szczęście dostajemy telefoniczne i mmsowe relacje z nowych domów, za które bardzo dziękujemy!

Na pocieszenie oglądamy sobie zdjęcia i filmiki, które kręciliśmy bez opamiętania.

Facebooktwittergoogle_plus

Pierwsze pranie kotów

Ponieważ poniedziałek to parszywy dzień, każdy musi jakoś odreagować. Dzisiaj konsekwencje tego poniosły maine coony. Zostały mianowicie uprane. Za pomocą suchego szamponu.

Szampon ów ma postać pachnącej pianki, której należy nabrać w dłonie, rozprowadzić na kocie a następnie rozczesać. Ponieważ – w odróżnieniu od ruskiej – oba maine coony to dusza nie kot, bez protestów pozwoliły sobą pomiatać. Trochę się obawiałam o zapach, ale jakoś ich nie odrzuciło. Nawet nie czuły palącej potrzeby się wylizać po zabiegu, oba najpierw się zdrzemnęły, a i późniejsza toaleta była umiarkowanie intensywna. Wygląda na to, że szampon w piance daje się przeżyć.

Ryża kota po upraniu ma kitę jak lis. Oto dowód:

Poronionym pomysłem okazała się za to odżywka-nabłyszczacz, którą nabyłam z myślą o odpicowaniu kocinków na wystawę. Po użyciu koty mają w kilku miejscach takie punkowe pióropusze ze zlepionych kosmyków. Nie wykluczam, że jest to efekt mojej nieudolności. Szanse na nauczenie się prawidłowego używania preparatu są znikome, bo oba koty były zdegustowane psikaniem na nie i stanowczo nie chciały współpracować.

Wcale im się nie dziwię, też bym nie chciała chodzić taka rozczochrana.

Facebooktwittergoogle_plus