WarKotek

Edit: Nie wiem dlaczego czasami się nie ładują zdjęcia. Jak się kliknie w te większe odstępy między akapitami, to się pojawiają.  Nie wiem o co chodzi, więc ja tu szukam rozwiązania, a Wy klikacie na czuja aż się pojawią.

Jest chyba jakieś prawo natury, które mówi, że musi być w miocie kot, który biega po mieszkaniu ciągnąc w zębach piórka na patyku i jednocześnie warcząc rozgłośnie.

Na wezwanie Natury odpowiedziała Lalita. Odgłos jaki wydaje wywołuje we mnie paroksyzmy śmiechu.

A piórka nie chcą się zmieścić w szparę za szafą, niedobre takie. Lalita wpycha łeb w szparę, wypina tłuste pupsko i warczy w kąt, a głuchy pogłos jej odpowiada. Ja wiem, że to poważna sprawa, ale prawie się posikałam ze śmiechu.

Komu warczącego kota?

Piórka na patyku są zabawką dwustronną. Lalita zainteresowana była kolorowym końcem, ale Perełkę bardziej interesował ten drugi, który przemieszczał się samoczynnie i tak zachęcająco kiwał się, kiedy Lalita gryzła piórka.

Aha, przez ukochane kocie pudło zabawka przechodzi bez problemu.
:)

Related Images:

Facebooktwitter

Laleczki

Córeczki Antenki to wyjątkowe zjawisko. Pojedynczo są śliczne do potęgi drugiej: raz, bo są śliczne same z siebie, dwa: bo są małymi kociakami, które z natury rzeczy robią budyń z mózgu. Do tego coś się dzieje, kiedy są razem: ta ich śliczność kumuluje się i od razu widać, że to są cztery dziewczyny. Jakaś girl power z nich emanuje.

Wiedziałam, że tym razem imiona muszą być dziewczęce.

Jako pierwsza przyniosła sobie imię kicia z fioletową opaską. Nie jest bardzo mała, ale sprawia wrażenie czegoś drobnego, kruchego, ale pięknego, eleganckiego i cennego zarazem. Sama z siebie zaczęłam ją nazywać Perełką i tak zostanie. Oficjalnie kicia będzie się nazywać La Perla Kot Doskonały*PL

Imię dla kici z czerwoną opaską też znalazło się od razu. To najbardziej efektowna ze wszystkich sióstr. Jest największa, wszędzie jej pełno, wszędzie włazi, wszystkiego próbuje jako pierwsza. Do tego jest słodka i tulaśna. Wygląda jak gwiazda bollywoodzkiego filmu, dlatego dostała hinduskie imię od jednej z epizodycznych postaci z mojego ulubionego serialu. La Lita Kot Doskonały*PL

Kotka z żółtą opaską jest nerdem. Lubi robić wszystko po swojemu i we własnym tempie. Jeśli kot jako taki chadza własnymi drogami, to ta kotka jest kotem do kwadratu: nawet wśród kotów mówiono by o niej, że chadza własnymi drogami. Będzie nosić imię Luna, Księżycowa Pani.

La Luna Kot Doskonały*PL. I tak, najprawdopodobniej w domu skończy się Lalunią :)

Z imieniem dla kici z zieloną opaską miałam duży problem. Cokolwiek wymyśliłam, nie chciało się przykleić. Następnego dnia już nie mogłam sobie przypomnieć własnych pomysłów. Dopiero po jakimś czasie domyśliłam się, że były za bardzo frywolne, nazbyt zabawne. Zielona kicia jest Laleczką, ale chandlerowską. Jest jak Lauren Bacall, do której Bogart mógłby powiedzieć: Laleczko. Dlatego będzie nosić dumne imię La Donna.

La Donna Kot Doskonały*PL

Laleczki czekają na ludzi, którym mogłyby upiększyć życie – jeśli zastanawiasz się nad rusałką, zapraszam do nas :)

Related Images:

Facebooktwitter

Cztery panny na wydaniu

Kociaki zdecydowanie wybijają się na odrębne od matki byty. Do tej pory albo leżały na kupie jedząc, albo śpiąc. Odseparowane od ciepła Antenki albo swoich sióstr, wpadały w panikę, głośno krzycząc i nerwowo pełzając we wszystkich kierunkach naraz.

Teraz kocięta są już na tyle odrębne, że zasypiają osobno. Nie jedzą już wszystkie o tej samej porze – część ma obiad, inne śpią albo łażą w kółko po kojcu. Już tydzień temu odkryły do czego służy ogon i teraz już pomykają żwawo na czterech łapkach, a nie pełznąc jak gąsienica. Mają też coraz lepszą koordynację – nie tylko są w stanie dotrzeć w upatrzone miejsce, ale też zaczynają opanowywać skomplikowane manewry związane z drapaniem się zadnią łapą za uchem.

Również zakres zachowań społecznych im się zwiększył. Do tej pory ograniczały się do wspinania się na siebie żeby zasnąć w malowniczej kupce oraz do energicznego drapania pazurami w walce o dostęp do mleczarni. Odkąd odkryły jak własnojęzycznie myć sobie łapki, zaczęły też wylizywać się nawzajem i czyścić siostrom uszka.

Żeby uczcić tę ich osobność i odrębność, dziewczynki dostały kolorowe opaski identyfikujące: czerwoną, zieloną, fioletową i żółtą. Teraz każda idzie przez życie na własny rachunek :)

Related Images:

Facebooktwitter

Zapłacisz własną krwią

Zraniło się w łapkę moje biedactwo.
Antenka.

Najpierw myślałam, że sobie ją stłukła skacząc. Obserwowałam przez jeden dzień, ale widzę, że jest coraz gorzej, już prawie na tę łapę nie staje, no to wziuuu! do weterynarza. Wet obejrzał, sprawdził, że żadne ciało obce nie wystaje i zaordynował leki. A tu zonk, kocica karmi, więc antybiotyk odpada. No dobrze, damy inny. Jak ładnie określił Pan Wet: nie jest to antybiotyk pierwszego wyboru, ale nie mamy wyjścia.

Następnego dnia – łapa jak bania. Biegiem do weta. No tak, jest ropień. I to jaki! Czyścimy.

Ha! Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Kicia nie z tych, co sobie dadzą coś przy swoim jestestwie zrobić. Zanim Pan Wet skończył, Antenka sprawnie pobrała mu krew z ręki przednimi łapami, a mnie z biodra zadnimi.

Rano sprawdzam łapę – rana zasklepiła się i goi się ładnie, ale z drugiej strony zrobił się drugi ropień. No tak, możemy ładować dowolne antybiotyki, dopóki jest ropień, dopóty działać nie będą. Znowu do weta. Zmiana antybiotyku na nieco silniejszy, ale wciąż słabiutki. Trzeci ropień. Antybiotyk.

Byłam już tak umęczona codziennym jeżdżeniem do weta, że złamałam się i wzięłam kolejne dawki do domu, żeby podać Antence własnoręcznie. Trudność polega na tym, że ja – acz twarda kobita jestem – mam jeden obszar nieciągłości. Jak zobaczę igłę wbitą pod skórę, nabieram żywej zielonej barwy oraz ląduję miękko na glebie. Krew mi nie robi, inne fizjologiczne zawartości organizmu mi nie robią, no igły pod skórą nie jestem w stanie znieść. (Tak, asystowałam przy kastracjach. Tak, jestem honorowym dawcą krwi. I co z tego? To niczego nie zmienia.)

Ale pomyślałam sobie – pod sierścią nie będzie widać, i tak będę robić na dotyk i wyczucie. No dobra, raz się żyje.

Następnego dnia zbieram wszystkie siły, pot mi na czoło występuje, serce wali, aż je w gardle czuję i ogólnie mam ochotę uciec. Przepraszam Antenkę, wbijam jej igłę gdzie trzeba i…. HIJETA KANOKOGA TAMARANAI! dzwoni przeraźliwie mój telefon. Mało zawału nie dostałam. Cudem nie wypuściłam z rąk strzykawki. Podałam antybiotyk, wyjęłam igłę z kota i klapnęłam na ziemię, żeby dojść do siebie.

Muszę zmienić ten dzwonek w telefonie.

Ogólny bilans:

  • Kot pobrał krew mnie (trzy razy: z biodra, wnętrza dłoni i wierzchu dłoni), trzem weterynarzom i pielęgniarce.
  • Kotu została cztery razy oczyszczona rana oraz podano antybiotyki przez ponad tydzień.

Chyba to starcie wygraliśmy?

A do tego chcę polecić warszawskim kociarzom z tej strony Wisły jeszcze jednego doktora z Vetki – dr Macieja Żachowskiego. Ma świetne podejście do zwierzaków i właścicieli, a rany oczyszczone przez niego od razu zaczynały się goić. Ma dobrą rękę.

 

Related Images:

Facebooktwitter

Samochód i 40 kilo, czyli rude szczęście

– Jeśli chodzi o rasy kotów, to… – pierwszy informatyk przybrał minę eksperta – majnekiny są największe.
– Kuny, Piotrusiu, kuny – odrzekłam.

– Moja znajoma – odparł drugi – ma 2 takie kuny. Wiecie ile kosztuje kot tej rasy? Tyle, co dobry samochód!
– TADAAM! – krzyknęłam.

– A wiecie ile waży taki kun? – zapytał z błyskiem w oku trzeci (absolwent informatyki i ekonomii) i nie czekając na odpowiedź wrzasnął – czterdzieści kilo!
– Słyszałam, że więcej… – mruknęłam.

Opowieść nadesłała Pani Natasza, która dzielnie kibicowała narodzinom kunów :)

17 maja 2012 roku przyszedł na świat rudy mainecoonek, taki minikunek.

Minikunek wygląda tak:

(Pochwaliłam Antenkę, że taka była wyrozumiała dla swojego człowieka i urodziła o normalnej porze i karma natychmiast przywołała mnie do porządku. TaiChi urodziła minikunka o 4 nad ranem (!). Dodam, że tego dnia położyłam się o 2, poprzednie 5 nocy też nieprzespane, bo czekałam aż wreszcie urodzi.  Po tym wszystkim jakoś wyjątkowo rześka w ten piątek nie byłam. Doprawdy, świecie, wyluzuj trochę.)

Related Images:

Facebooktwitter

Cztery szóstki czyli rusałki on board

Wczoraj wieczorem AnaTema postanowiła obdarować ten świat czwórką swoim ślicznych maluchów.

Maluchy są niemal tej samej wielkości – ich waga urodzeniowa zawierała się w przedziale od 87 do 91 gramów. Dziś już oczywiście są napompowane mlekiem tak, że wyglądają jak okrągły brzuszek z doczepioną głową i kończynami.

Wstępne oględziny wykazały dwie dziewczyny i dwóch chłopaków. Co do jednej dziewczyny nie mam 100% pewności, więc może się jeszcze coś zmienić. O ile Anatenka pozwoli mi je w końcu obejrzeć. Na razie małe tak się drą przy podnoszeniu, że Antenka świruje, a za drzwiami kocice wyją, też gotowe bronić. Uznałam, że nie będę się narażać.

Miot nr 6: dziewczyny na górze, chłopaki na dole (No, chyba że po kolejnych oględzinach wyjdzie co innego. Okaże się wkrótce)

Uzupełnienie: 4 dziewczynki!

Na szczególne podkreślenie zasługuje fakt, że Antenka urodziła je co prawda późnym wieczorem, ale jeszcze wciąż o takiej porze, że ja  normalnie funkcjonuję. W odróżnieniu od innych miotów, które rodziły się w środku nocy.

Najbardziej hardcorowa była raz PaiLu, która rodziła kocięta między północą a 4 nad ranem w dniu, w którym miałam wstać o 6, żeby stawić się o 8 rano na szkolenie w miejscowości oddalonej o jakieś 20 km od Warszawy. Jako prowadząca owe szkolenie, więc żadnych szans na zdrzemnięcie się w kącie.

Matka i kocięta rezydują na razie w łazience, skąd rozgłośnymi wrzaskami donoszą o niezłej kondycji, zwłaszcza w obszarze płuc.

Related Images:

Facebooktwitter

O tym jak zakochałam się w narzeczonym mojej kotki

Zachorowałam.
Zachorowałam na kocura maine coon. Konkretnie – zachorowałam na Iksa.

Od wieków choruję na białego devon rexa. Od kilku lat – na sfinksa, abisyńczyka oraz rusałka kastracika (ach, takiego słodkiego, wielkiego, przytulastego rusałka). Od niedawna zachorowałam na Iksika.

Iksik jest najsłodszym stworzeniem, jakie kiedykolwiek widziałam. Jest oczywiście wielki i puchaty, ma białe łapecki(!), sterczące wąsiska i najchętniej wlazłby Ci na kolana, na ręce, gdziekolwiek i śpiewał do ucha.

Wczoraj na randkę z Iksikiem pojechała ChiNa. Jak to w obcym miejscu, przestraszona Chinulka zamieniła się w malutki biały kłębuszek nastroszonego futra. (Słowo daję, jak one to robią? I ona, i jej matka potrafią zwinąć się w kłębuszek wielkości dwóch dłoni.) Weszłam razem z nią do kojca, kucnęłam, a ona ułożyła się na moich kolanach, uczepiła pazurami spodni i całą sobą przekazała „nie zejdę”.

Wpuszczony do środka Iksik przyszedł się przywitać, a kiedy powitalnym pomrukom i głaskom stało się zadość, zainteresował się dziewczynką. Zamruczał do niej, zaśpiewał, a potem starannie ją umył, aż malutka się trochę odprężyła i wystawiła głowę. Miałam taki #sweetnessattack, że nawet mi nie przeszkadzały zdrętwiałe do postaci kłód drewna nogi.

Nie nastawiam się na spektakularne efekty, bo ChiNa nie tylko kompletnie nie mogła załapać o co chodzi w randkowaniu – w końcu to pierwszy raz! – ale też dosyć skutecznie przeszkadzała Iksikowi. Biedaczek masował ją delikatnie, przymilał się i w ogóle, a ona jak ta sierota, nic, ściana. Zobaczymy, może jej jakoś wytłumaczy :)

Related Images:

Facebooktwitter