Mieszkam w Ankh-Morpork

Kiedy tylko coś się działo, mieszkańcy Ankh-Morpork chcieli brać w tym udział.
Terry Pratchett „Piekło pocztowe”

Moje koty są mieszkańcami Ankh-Morpork. Oczywistą rzeczą jest, że asystują przy wszystkim, co się dzieje. Czy przestawiam coś w mieszkaniu, czy szukam czegoś w szafkach, czy zmywam, czy sprzątam, czy – a może przede wszystkim – robię coś jadalnego w kuchni – koty muszą wiedzieć dokładnie co robię. Zaglądająca przez ramię, zza pleców, z góry oraz z boku asysta to stały element życia. Z wpychaniem całego kota pod ręce włącznie. Da się przyzwyczaić.

Gorzej jest, kiedy dwa koty się pobiją. Natychmiast zbiega się tłum chętnych do udziału, a celują w tym rusałki. Towarzyskie są, no. Już po 10 sekundach dwuosobowe POOM!* przeradza się w zbiorową bójkę rodem z portowej speluny, gdzie biją się wszyscy ze wszystkimi.

Czasami ten ich pęd do współudziału przynosi praktyczne efekty. Wystarczy zaobserwować kiedy któreś z nich wzmoże czujność, a następnie udać się w kierunku, który wskazuje nos.

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Można wtedy na przykład przyłapać Antenkę, pracowicie wyrzucającą zawartość przygotowanej do prania pralki.

*

Ps. Dla tych, którym POOM! nic nie mówi, mała podpowiedź. Wersja francuskojęzyczna jest zdecydowanie lepsza od anglojęzycznej.

Related Images:

Facebooktwitter

Tygrysie

Pewnie nie wiecie, że moją miłość do rusałek zapoczątkowała śliczna koteczka znajomych, ciemna rusałka o imieniu Tygrysie. Tygrysie była tulasta, miziasta i w ogóle cudowna.

Miała swój ukochany kocyk, który udeptywała, trzymając jednocześnie jego róg w zębach. Wyglądało to przezabawnie i nieodmiennie prowokowało widzów do komentarzy.

Nigdy nie zapomnę, jak kiedyś przeszła po rozstawionej planszy nie dotykając nawet jednego pionka, a kiedy już wszyscy odetchnęli z ulgą, uwaliła się jednym rzutem ciała na boku, rozwalając całą grę.

Znajomość z Tygrysie spowodowała, ze zapragnęłam mieć rusałkę, choć na realizację pragnienia przyszło mi poczekać kilka lat. To od Tygrysie mam połowę nicka.

*

Tygrysie walczyła dzielnie z chłoniakiem dopóki mogła. Teraz odeszła za Tęczowy Most.

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Related Images:

Facebooktwitter

Wiosno, napieraj!

No ja już nie mogę z tą zimą.

Koty też świrują, nie wiedzą co ze sobą zrobić. Co ranek gromko domagają się wyjścia na balkon, a kiedy im otworzę, okazuje się, że nie tego oczekiwały. Wybiegają na zewnątrz radośnie, potem jest kilka coraz wolniejszych kroków, zwrot na zadniej łapie i powrót z niesmakiem do domu.

Nie dziwię się, też co ranek oczekuję czegoś innego.

Co jakiś czas nabierają nadziei, rozglądają się, szperają po kątach – wiosno, gdzie jesteś? A tu albo śnieg, albo woda. A czasami i jedno, i drugie naraz. Lipa, panie.

Related Images:

Facebooktwitter

DIY – legowisko z rogami

Moje legowisko dla kotów, pokazywane na facebooku, wzbudziło zainteresowanie i wiele pytań, więc odpowiem hurtem.

Jak wykonać takie legowisko? Nic prostszego.
Potrzebujesz kawałka materiału, wypełnienia do poduszek (można nabyć w sklepie z tkaninami za grosze) i trochę czasu. Materiał najlepiej wybrać taki, którego koty nie zniszczą pazurami – misiek (jak u mnie), polar, sztruks, gruba bawełna.

Materiał powinien mieć wymiar o około 15 cm większy z każdej strony niż wielkość planowanego legowiska – to są te części zawinięte do góry.

Wypełnienie do poduszek przytnij do wymiaru odrobinę mniejszego niż materiał – musi się zmieścić w środku po zszyciu. Możesz dać kilka warstw, żeby było grubsze. Ja dałam dwie, bo nie zależało mi na tym, żeby było bardzo grube i sfastrygowałam je razem, żeby się nie przesuwały. Następnie przytnij kawałek wypełnienia do rozmiaru wnętrza legowiska, tej części płaskiej. Ja tu również dałam dwie warstwy, ale spokojnie można dać więcej. Przyfastryguj do wypełnienia całego legowiska na środku – tak aby powstał duży prostokąt z mniejszym na środku.

Zszyj materiał, włóż wypełnienie do środka. Dzięki grubszemu wypełnieniu w środku legowiska, łatwiej jest zagiąć brzegi i ładniej się całość układa. Złap za rogi, złóż je razem i po prostu zszyj. Ja jestem leniwa, więc przewlokłam nitkę przez krawędzie i związałam ją na supeł. Trzyma.

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Jak widać moje legowisko ma środek polarowy. Nie dlatego, że taka jestem pracowita i estetycznie zakręcona, tylko po prostu nie miałam już wystarczającej ilości miśka, ale za to został mi ścinek polarka w idealnie pasującym kolorze i rozmiarze. Tu było trochę kombinowania z doszywaniem kawałków, zszywaniem polarka – spokojnie możesz to sobie darować, kotom wszystko jedno.

Dobrej zabawy z igłą i nitką :)

Related Images:

Facebooktwitter

Czempion in da haus

Zła pani, znowu wywlokła koteczki na wystawę. I to na koniec świata – aż 3 godziny drogi!

Dla nieprzyzwyczajonych futrzaków to dosyć duże wyzwanie, dlatego na wystawę zabrałam FaJin i ChiNę dla niej do towarzystwa. Dziewczyny się bardzo lubią i miałam nadzieję, że razem będzie im łatwiej. Efekt przerósł wszelkie oczekiwania – FaJin nie tylko nie chowała się pod kocem, ale przyglądała się ludziom, odbywała toaletę, a nawet – o cudzie! – skubnęła chrupek.

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Żałuję, że nie miałam kasy, żeby na poprzednie wystawy zabrać Bielutką. Tym razem też miałam do wyboru: albo obie na jeden dzień, albo jedna na dwa. W rezultacie pojechałyśmy na niedzielę.

W Lublinie – jak się okazało – odbywały się wielkie targi. W olbrzymim obiekcie wystawiali się hodowcy kotów, gołębi, kur i królików. W akwariach i terrariach gekony, węże, żółwie. W klatkach papugi, kaczki i pawie. Gdzieś w drugiej hali były jeszcze psy. Wokół stały stoiska z wszelakim dobrem dla kotów. Do tego stoiska z kawą, ciastkami, goframi, ekologicznym chlebem oraz pajdami ze smalcem i kiszonym ogórkiem. Można było adoptować psa, kota, myszkę lub fretkę. Do kompletu punkty zabaw dla dzieci, jakieś kolejki czy inne samochodziki. Stoiska z balonami we wszystkich kształtach i kolorach, jak też innymi obiektami kultu komercji. A po południu odkryłam jeszcze w kącie hali mikrozoo z pelikanem, kozą i dwiema alpakami.

Już w drzwiach hali zapach ścinał z nóg. I przez cały czas, co kilkanaście sekund, piał kogut.

Pandemonium, słowo daję.

Sama wystawa kotów była nieco mniejsza, niż w Warszawie. Trochę słabo było widać wyświetlane numery kotów, które należy przynieść do oceny, więc cały czas latałam pod wyświetlacz jak jakiś ślepowron, ale za to megafonu użyto tylko może ze dwa razy. Mimo większej hali, kogutów i niesamowitej ilości przewijających się dzieci, było o wiele spokojniej niż w Warszawie. Na takich wystawach mogłabym bywać. I mimo pobudki o 5 rano i 3 godzin jazdy, pod koniec wystawy całkiem nadawałam się do życia, w odróżnieniu od poprzednich doświadczeń, kiedy do końca docierałam w trybie automatycznym i w charakterze zombie.

FaJin wciąż w wystawowej formie. Co prawda bała się sędzi i próbowała zwiać, ale w końcu się udało ją opanować i zaprezentować wszelkie walory jej urody. Dostała trzeci certyfikat na championa i jak tylko dopełnię formalności i uiszczę – dostanie literki przez imieniem. Nie, nie mgr, inż ani dr. CH. :)

A Bielutka, wzięta jako dama do towarzystwa, podstępnie sama zdobyła świetną ocenę i certyfikat na championa. Czyżby się role miały odwrócić i następnym razem to FaJin pojedzie do towarzystwa?


Zapraszam do obejrzenia kilku fotek z tej hali chaosu.
Ten biały devon rex, który wygląda jakby planował zagładę świata, to nasz sąsiad Artur – najsłodsze i najbardziej miziaste stworzenie, jakie ostatnio spotkałam. Zwróćcie też uwagę na kotki z uszkami – to amerykańskie curle krótkowłose, które przyjechały aż z Finlandii. Śliczne!

Ps.  Śmiałam się kiedyś z obrazka z podpisem „Mój maine coon jest większy niż twój pies” – na tej wystawie były króliki większe niż maine coony. I kid you not!

Related Images:

Facebooktwitter

Jedziemy na wycieczkę, bierzemy kota… albo nie.

Temat zostawiania kotów w domu wywołał odzew, więc jeszcze trochę się uzewnętrznię.

Koty mają tę cenną zaletę, że da się je zostawić spokojnie na 2-3 dni (na przykład na weekend) same. Zwłaszcza, jeśli jest ich dwa albo trzy. Samotny kot zeświruje z nudów, ale jeśli ma towarzystwo, sprawa wygląda zupełnie inaczej. Trzeba tylko pamiętać o zostawieniu więcej wody i więcej chrupków, żeby zwierzątka nam nie padły z głodu. Szczególnie woda jest istotna, ponieważ kot nie wielbłąd – pić musi. Inaczej mu nerki siadają, a kot bez funkcjonujących nerek żyć nie może.

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Często pytają mnie ludzie, czy lepiej zostawić kota w domu i załatwić dochodzącą nianię, czy też zawieźć kota do opiekunów. Zdecydowanie zostawić w domu. Koty lubią rutynę i znane otoczenie, wywiezione w obce miejsce, nawet jeśli wcześniej tam były, będą podwójnie nieszczęśliwe – na cudzym terenie i porzucone przez ukochanego pana czy panią.

Jeżeli jest możliwość, warto umówić kogoś, żeby wpadł raz dziennie i skontrolował sytuację oraz wyczyścił kuwety. Ale znam koty, które we dwa lub we trzy spokojnie zostawały na weekendy (nawet tzw. długie weekendy) z wodą, chrupkami, dużą liczbą kuwet i całym domem dla siebie. Po powrocie ściany nadal stały, a liczebność stada się zgadzała, więc eksperyment można uznać za udany.

Można zabrać kota ze sobą, jeśli dobrze znosi podróże. Dopóki miałam trzy koty, jeździłam z nimi z wizytami do rodziców. PaiLu po 3 km paskudziła w transporterek, potem było wszystko ok. VaiPerek nawet lubił te wyjazdy, aż nagle, nie wiadomo czemu, zaczął się panicznie bać podróży. TaiChi przesypiała drogę, ale za to całą wizytę przesiadywała w kącie za łóżkiem. No to zaprzestaliśmy wspólnych wojaży, bo skórka była niewarta wyprawki.

Przy dłuższych wyjazdach stres dla właściciela jest większy, bo wtedy opieka jest konieczna. Sprawdziłam doświadczalnie obie opcje – z wywiezieniem kotów z domu i z dochodzącą nianią. Niania jednak działa lepiej. Koty wywiezione desperowały kiedy mnie nie było i strasznie się poobrażały, kiedy wróciłam. Powiadam Wam – naprawdę STRASZNIE się poobrażały, toteż wolę się na to nie narażać więcej.

Jeśli Twój kot nie jest pamiętliwą cholerą, to możesz zaryzykować. Przede wszystkim – nie popadać w skrajności i nie wyjeżdżanie na wakacje przez dziesięciolecia „bo koty”. Jeśli tylko mają opiekę, przeżyją. W końcu Ci przecież przebaczą.

W końcu. ;)

Related Images:

Facebooktwitter

Catwalk

Na wystawie znowu było wesoło. Zwłaszcza pierwszego dnia, kiedy sędzia nie była w stanie wskazać pierwszego i drugiego miejsca i poszła aż na konsultacje do drugiego sędziego z uprawnieniami do oceniania tej kategorii kotów. FaJin wylądowała w końcu na drugim miejscu, ale zabawy było przy tym co niemiara.

Drugi dzień obfitował natomiast w wybuchy innego rodzaju. Pomimo niechęci do zaprezentowania się jak na dumnego i eleganckiego kota przystało oraz niechęci do zabawy piórkami, FaJin z wdziękiem wskoczyła na pierwszą lokatę. Potem jeszcze wskoczyła na prowadzenie w swojej grupie kolorystycznej, tzw BIV – Best in Variety, a na koniec dostała nominację do konkursu najpiękniejszych, tzw. Nom BIS – Best in Show.

Dostałyśmy dwie piękne rozetki, acz na zdjęciu widać tylko jedną, bo drugą kot zasłania. Oraz – mam wreszcie  zdjęcie siebie z wystawy!:)

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

W sumie prezentowałyśmy się na ringu 3 razy, co przy tak przestraszonym kocie nie było rzeczą prostą. W desperacji zrezygnowałam z własnoręcznego prezentowania koty, żeby nie przekazywać jej swojego zdenerwowania. Kicię prezentowała nasza Pani Weterynarz, Aneta Wieczorek.

Zdjęcie wykonała pani Katarzyna Disegno.

Ja zaś miałam okazję pomacać malutkiego cieplutkiego sfiksa. I malutkiego cieplutkiego devona. I obejrzeć szylkretowego ragdolla, który jest czarno-brązowy, mimo że jest biały. Przypomniało mi to konia, którego kiedyś miałam. Panda była srokatym gniadoszem, czyli zasadniczo była brązowa z czarną grzywą, mimo  że w 95% była biała :) Śmiesznie się te kolory układają :)

Sfinksy, devony, ragdolle i nie tylko można pooglądać w galerii:

 

Related Images:

Facebooktwitter

Mity mają się dobrze

Miało być o czym innym, ale mi ciśnienie skoczyło i muszę. Będzie długie i emocjonalne.

O tym, jak opiniotwórcze czasopismo zamiast szerzyć wiedzę, wspiera istnienie problemów wynikających z braku świadomości ludzi na temat bliski memu sercu – kotów rasowych.

Z okazji Dnia Kota Wysokie Obcasy zamieściły artykuł pani Katarzyny Surmiak-Domańskiej pt. Kociary. Oczywiście rzuciłam się nań jak głodny na naleśnik (bardzo lubię!) i w miarę czytania mina mi rzedła.

Aż w końcu ręce mi całkiem opadły. Oto w poczytnym i uznanym piśmie ogólnopolskim czytam słowa pani Karoliny Gałęckiej: „Była rasowym kotem rosyjskim, ale kupiłam ją bez rodowodu. Właściciel zapewniał, że była szczepiona na białaczkę, ale nie była. A koty rasowe są bardzo podatne na choroby.” Na boba! Na 3 zdania – 3 rzeczy straszne.

1.  „Była rasowym kotem rosyjskim, ale kupiłam ją bez rodowodu„. Nie istnieje coś takiego jak kot rasowy bez rodowodu. Rodowód jest potwierdzeniem pochodzenia, pokazuje przodków kociaka do kilku pokoleń wstecz  (moje koty mają w rodowodzie opisanych 5 pokoleń). Funkcjonuje w świadomości społecznej kilka mitów, które staram się w miarę moich niewielkich możliwości prostować:

  • Rodowód nie jest drogi, wiec nie ma takiej opcji, żeby hodowcy nie było na niego stać (mnie kosztuje 30 zł za każdy plus 10 zł za przesyłkę, niezależnie od ilości dokumentów).
  • Nie zależy od ilości kociąt w miocie – każde przecież ma mamę, tatę, babcie, dziadków i innych przodków, niezależnie czy urodziło się jako pierwsze i najsilniejsze, czy jako piąte. Rodowód to jest certyfikat pochodzenia, a nie certyfikat zdrowia.
  • Nie zależy od wystawiania kota na kocich wystawach. Niektóre kluby zrzeszające hodowle wymagają uczestnictwa w wystawie i uzyskania oceny przez niezależnych sędziów do tego, by wydać zezwolenie na krycie kotki – a skoro kotka została pokryta i są kocięta, i są one legalne, to mają rodowód. Chyba, że nie są legalne, ale wtedy to inna bajka, nieprawdaż?

2.  „Właściciel zapewniał, że była szczepiona na białaczkę, ale nie była„. Czyli kotek nie miał książeczki zdrowia, w której zapisane są wszystkie zabiegi, jakim kocię było poddane? Szczepienie na białaczkę nie należy do podstawowego pakietu szczepień. Abstrahując od skuteczności, należy pamiętać, że jest to szczepionka zjadliwa – m. in. dlatego tę właśnie podaje się w łapę, a nie  na przykład w kark czy kocią pupę. W przypadku – odpukać – powikłań może dojść do konieczności amputacji łapy. Nikt o zdrowych zmysłach nie powinien szczepić na białaczkę, jeśli nie ma takiej konieczności. Taką konieczność może wywołać na przykład kot z białaczką w domu. Ale jeśli jest kot z białaczką, to nikt przy zdrowych zmysłach w takim domu nie miewa kociąt!

3.  „A koty rasowe są bardzo podatne na choroby„. Po to prowadzi się hodowle, bada koty, starannie dobiera w pary, żeby koty były zdrowe. Koty nie rokujące – pod względem zdrowia, charakteru czy cech wyglądu – są z hodowli wykluczane. Po to są hodowle, na boba!

  • Kupując kota z hodowli  masz pewność, że wszyscy jego przodkowie byli zdrowi, mieli dobry charakter i wyglądali tak, jak powinien wyglądać kot danej rasy. Wiesz czego oczekiwać. (Nawiasem mówiąc dlatego ja zawsze opisuję usposobienie kociąt w danym momencie ich rozwoju – żeby przyszli właściciele mogli wybrać kociaka nie tylko po płci i odcieniu szarości, ale i z odpowiadającym im temperamentem.)
  •  Niektóre rasy mają skłonności do pewnych chorób. Może to wynikać z różnych przyczyn, jak miks genów dzięki którym rasa w ogóle powstała, jeśli jest stworzona przez człowieka (co wiąże się trochę z cytatem, o którym za chwilę) czy naturalne cechy budowy kota. Powiem na przykładzie maine coonów – to duże koty i ze względu na wielkość mogą mieć skłonności do chorób serca. Tak to natura wymyśliła, że serce nie rośnie w takim tempie, jak ciało i w związku z tym u osobników dużych wydolność serca jest relatywnie mniejsza. Komandosi i członkowie służb specjalnych, gdzie wymagana jest wysoka sprawność fizyczna, częściej są osobami niezbyt wielkimi – bo wtedy wydolność serca jest największa i jest się najsprawniejszym. A maine coon jaki jest – każdy widzi. Dlatego hodowcy robią swoim kotom badanie echa serca, żeby wykluczyć zmiany chorobowe, oraz badania genetyczne, by wykluczyć osobniki narażone genetycznie na skłonności do chorób serca. Stąd wiem, że moja TaiChi nie niesie w genach tej skłonności (wynik HCM n/n, czyli ujemny dla dwóch genów), tak samo ChiNa (i matka i ojciec są n/n, więc dziecko jest także n/n). To oczywiście pewności nie daje, ale zwiększa prawdopodobieństwo uzyskania kotka zdrowego. Nawet jeśli wybrana rasa ma skłonności do chorób, to w hodowli są koty u których prawdopodobieństwo ich wystąpienia jest najmniejsze. 

Generalizując – koty rasowe w hodowlach są zdrowsze, do jasnej Anielki!

Oto poważna gazeta opisuje jako wzór kociary osobę, która nabyła kota w pseudohodowli. Dachowca, bo kot bez rodowodu jest kotem nierasowym, koniec, kropka. Rasowy=rodowodowy. A osoba wypowiada się na temat kotów rasowych.

Nie zna pochodzenia swego pupila i nie ma pewności, że kot nie jest owocem związku matki z synem czy ojca z córką – co w pseudohodowlach jest niestety spotykane. Ale za to zapewne kosztował mniej, niż z hodowli. Super interes. Tylko, że nie – jak na tzw. dachowca, koty z pseudohodowli są raczej drogie. Dużo taniej wychodzi wziąć ze schroniska czy od znajomych, a poziom rasowości taki sam. Jeszcze gorzej finansowo wychodzi, kiedy kot zaczyna wkrótce chorować, a zdarza się to zastraszająco często. Wyobraźcie sobie kota w typie maine coona z pseudohodowli: bez badań, z domieszkami nie wiadomo jakich ras, o niewiadomej kondycji serca. Zgaduj zgadula: ile może kosztować leczenie ukochanego kota z chorobą serca?

Niestety, póki są nabywcy, póty będą pseudohodowle – smutna prawda. A właśnie gazeta napisała, ze kupowanie w pseudohodowli jest ok. Facepalm roku.

Kolejne słowa, które mnie zdenerwowały, wypowiada pani Justyna Szulc „Jeśli mam być szczera, to mnie się to rozjaśnianie blue wcale się nie podoba. Im jaśniejsze futerko, tym bardziej gubi się tę głębię pomarańczu w ich oczu. Na wystawach te koty są coraz bledsze i o coraz bledszym spojrzeniu. Jak mamy już jakąś rasę, to po co przy niej majstrować. Zostawmy ją. Twórzmy nowe!

Jak można stworzyć takie nowe? Trywializując: łącząc na przykład koty różnych ras i patrząc, co z tego wyniknie. Albo kota rasowego z dzikim. Wynik zawsze będzie wielką niewiadomą. Oczywiście to nie jest tak, że sobie połączymy i hopla! jest nowa rasa. Jest to proces długotrwały i jeśli już, winien być wdrażany w sposób odpowiedzialny i z dbałością o wszystkie szczegóły. A uznanie nowej rasy przez organizacje felinologiczne to kolejne długie lata zabiegów.
Robi się takie rzeczy, owszem. Tak na przykład powstała rasa szkockich zwisłouchych, które są takie rozkoszne i śliczne – każdy miłośnik Maru to przyzna. Tak powstały reksy, sfinksy i koty bez ogonów. Tylko że to nie jest zabawa. Igranie z genetyką niesie ze sobą poważne ryzyko – w procesie dziedziczenia łatwo o nieprawidłowości w przekazywaniu informacji, a w wyniku tego o anomalie i choroby genetyczne. Powstaniu każdej rasy towarzyszyła wielka liczba kociąt wykazujących rozmaite wady. Powtórzę: to nie jest zabawa.

Tymczasem pani Justyna lekko kładzie na szali dwie rzeczy o różnym ciężarze gatunkowym: łączenie osobników różnych ras w celu otrzymania trzeciej o nieznanym genotypie i fenotypie, usposobieniu, zdrowiu i charakterze na jednej szali, a łączenie osobników tej samej rasy, tylko o cechach wyglądu nie odpowiadających jej gustowi, na drugiej. I to pierwsze uznaje za coś bardziej właściwego i odpowiedniego. Czy tylko dla mnie brzmi to arogancko?

Pani Tatiana Mołodecka mówi: „Dachowce są dzikie, nieposłuszne, drapią, rzadko są mądre„. Przypisywanie cech przynależności do określonej grupy jest błędem poznawczym. Dzikie, nieposłuszne, drapiące i rzadko mądre są koty źle zsocjalizowane i źle wychowane. Są rasowe koty miłe i mądre, są nierasowe miłe i mądre. Są rasowe dzikie i nieposłuszne, są nierasowe dzikie i nieposłuszne. Dokonywanie takich pejoratywnych generalizacji jest niesłuszne i krzywdzące.


Było tam więcej perełek, ale i tak tekst mi się zrobił sążnisty, więc poprzestanę na tym. Nie wiem, jakie były kryteria doboru bohaterek artykułu. Nie wiem, na kogo rzucać większe gromy: na autorkę, panią Katarzynę Surmiak-Domańską, na jej rozmówczynie czy na brak konsultacji z kimś kumatym.

Ludzie kochani, ja jestem hodowczynią, człowiekiem kompletnie stukniętym na punkcie kotów, podporządkowującym swoje życie domowym zwierzętom. Na skali „normalności” jestem gdzieś z brzegu. Ale nawet ja mam poczucie, że z paniami opisanymi w artykule jest coś nie tak. A co zobaczy kompletny laik? Jakieś kuriozum nie z tej ziemi! Dobór genetyczny ludzi, panią, która macha zabawką na sznurku, arogancję i jakieś kompletne popieprzenie, excusez le mot!

Najgorsze, że wymowa tego artykułu kompletnie wypacza ideę i zalety posiadania kotów rasowych, a nawet ukazuje to jak jakieś przegięcie w kosmos. Jak pisał wieszcz: „z początku porwał mię śmiech pusty, a potem litość i trwoga”.


Artykuł można przeczytać tutaj: Kociary.

Wersja TL;DR: Wysokie Obcasy puściły żenujący artykuł o kociarach i kotach rasowych i mi ciśnienie skoczyło.

*

Ps. Może warto sobie uświadomić, że koty ras naturalnych też były kiedyś „dachowcami”. Rusałki włóczyły się po Archangielsku, syberie po Syberii, maine coony po stanie Maine w USA, norwegi po Skandynawii, itd.

Related Images:

Facebooktwitter

Nieoczywiste objawy przywiązania

Pracę mam taką, że długo siedzę w domu przy komputerze, a potem wyjeżdżam na kilka dni i odpalam wszystko, co przez ten czas w domu przygotowałam. Zwykle umawiam kocią nianię, który rano i wieczorem ogarnia kuwety, napełnia miski i ogólnie upewnia się, że wszystko jest ok.

Koty spokojnie mogłyby posiedzieć same, ale wąskim gardłem – jeśli wolno mi tak powiedzieć – okazały się kuwety. Przy tej liczbie kotów nie ma takiej opcji, żeby ich nie wyczyścić przynajmniej raz dziennie, bo inaczej nie ma jak do nich wejść. Wcale bym się kotom nie dziwiła, gdyby odmówiły korzystania. Sama bym odmówiła.

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Po tych 2 czy 3 dniach koty witają mnie raczej niezbyt wylewnie. Trochę demonstrują focha, trochę pozwalają się głaskać, ale ogólnie euforii nie ma.

Tym razem dostałam zlecenie dosyć nagle. Chcąc nie chcąc, musiałam wstać o 4 rano, przeteleportować się jakoś do Trójmiasta, tam spędzić pracowicie dzień i o 1 w nocy powrócić do stolicy. Początkowo umówiłam nianię, ale potem doszłam do wniosku, że damy sobie radę sami.

O świcie nakarmiłam koty i poszłam precz. Koty chyba poczuły się nieco zagubione, bo i pora dziwna, i nikt potem do nich nie przyszedł…

Kiedy wróciłam, euforii oczywiście nie było. Ale w misce było pełno chrupek, dom nie rozniesiony na strzępy, a w kuwetach ledwie trochę zabrudzone. Czuły, skubane, że jest inaczej i nie wiedziały co z tym fantem począć. Nie jadły, nie ganiały się. Chyba były smutne po prostu i cały dzień czekały.

Się wzruszyłam. Chlip.

Related Images:

Facebooktwitter

Na wystawie w Wilanowie

Pojechaliśmy z FaJin. Dla niej to pierwsza wystawa w ogóle, dla mnie – pierwsza po długiej przerwie.

Wróciliśmy z tarczą (oraz FaJin, dyplomem i kubeczkiem).

Kicia denerwowała się niesamowicie, bała się tego nieustającego hałasu, przechodzących ludzi, obcych zapachów. Na szczęście jest grzecznym i nieagresywnym stworzonkiem. Dała się wyciagnąć z klatki, pozwoliła sędziom się obmacywać, podnosić, przeginać i przechylać, reagowała na piórka. Bardzo byłam z niej dumna.

Sędziom się też podobała. Oprócz walorów urody – te oczy! ta sylwetka! ten profil! – obaj w opisie skomplementowali zachowanie i temperament. Niestety drugiego dnia ze zdenerwowania straciła futro, ale i tak była bardzo dzielna.

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Tak więc zakończyłyśmy weekend pierwszym certyfikatem na championa. Teraz przydałoby się zdobyć jeszcze dwa, a do tego trzeba jeździć na wystawy. Co wcale nie jest fajne, bo bakcyla wystawowego to ja nie złapałam.

W domu siedzimy niemal w całkowitej ciszy – nic nie gra, nic nie gada, najwyżej my do siebie nawzajem. Wystawa z kolei to 8 godzin nieustannego hałasu, setek rozmów naraz z każdej strony oraz megafon non-stop. Mnie do tej pory dzwoni w głowie. Wcale się nie dziwię FaJin, że nie chciała wychodzić z klatki, a wyjęta do zdjęć protestowała i próbowała natychmiast wrócić  i nakryć się kocem i poduszką. Też chciałam.
Jeśli pojedziemy na następną, uszyję jej budkę, w której będzie mogła się schować komfortowo i niech sobie w niej siedzi przez 2 dni. Muszę tylko dokupić materiału pasującego do dekoracji klatki. Gdyż – pochwalę się – w czwartek i piątek przed wystawą tymi rękami uszyłam dekoracje z pięknej materii w zielone pasy. Sama dekoracja jest prześliczna a rusałki wyglądają w niej zjawiskowo. Do tego zielony kocyk na spód i pasująca zielona poduszeczka. O!

Aha, oczywiście w ramach pamiątki (oprócz dyplomu potwierdzającego certyfikat i miejsce Ex1) pozyskaliśmy śliczny kubeczek Koterii z kotami.

.

A na zakończenie zapraszam do galerii zdjęć z wystawy. Zobaczycie tam m. in. naszych sąsiadów z wystawy – pięknego kremowego kocurka brytyjskiego wraz z synkiem w kolorze lila, kota singapurskiego – małego płowego kotka z wielkimi oczami jak ze Shreka, no i oczywiście devony, sfinksy i kornisze, które nieustająco kocham za niebanalną urodę.

Related Images:

Facebooktwitter