Czempion in da haus

Zła pani, znowu wywlokła koteczki na wystawę. I to na koniec świata – aż 3 godziny drogi!

Dla nieprzyzwyczajonych futrzaków to dosyć duże wyzwanie, dlatego na wystawę zabrałam FaJin i ChiNę dla niej do towarzystwa. Dziewczyny się bardzo lubią i miałam nadzieję, że razem będzie im łatwiej. Efekt przerósł wszelkie oczekiwania – FaJin nie tylko nie chowała się pod kocem, ale przyglądała się ludziom, odbywała toaletę, a nawet – o cudzie! – skubnęła chrupek.

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Żałuję, że nie miałam kasy, żeby na poprzednie wystawy zabrać Bielutką. Tym razem też miałam do wyboru: albo obie na jeden dzień, albo jedna na dwa. W rezultacie pojechałyśmy na niedzielę.

W Lublinie – jak się okazało – odbywały się wielkie targi. W olbrzymim obiekcie wystawiali się hodowcy kotów, gołębi, kur i królików. W akwariach i terrariach gekony, węże, żółwie. W klatkach papugi, kaczki i pawie. Gdzieś w drugiej hali były jeszcze psy. Wokół stały stoiska z wszelakim dobrem dla kotów. Do tego stoiska z kawą, ciastkami, goframi, ekologicznym chlebem oraz pajdami ze smalcem i kiszonym ogórkiem. Można było adoptować psa, kota, myszkę lub fretkę. Do kompletu punkty zabaw dla dzieci, jakieś kolejki czy inne samochodziki. Stoiska z balonami we wszystkich kształtach i kolorach, jak też innymi obiektami kultu komercji. A po południu odkryłam jeszcze w kącie hali mikrozoo z pelikanem, kozą i dwiema alpakami.

Już w drzwiach hali zapach ścinał z nóg. I przez cały czas, co kilkanaście sekund, piał kogut.

Pandemonium, słowo daję.

Sama wystawa kotów była nieco mniejsza, niż w Warszawie. Trochę słabo było widać wyświetlane numery kotów, które należy przynieść do oceny, więc cały czas latałam pod wyświetlacz jak jakiś ślepowron, ale za to megafonu użyto tylko może ze dwa razy. Mimo większej hali, kogutów i niesamowitej ilości przewijających się dzieci, było o wiele spokojniej niż w Warszawie. Na takich wystawach mogłabym bywać. I mimo pobudki o 5 rano i 3 godzin jazdy, pod koniec wystawy całkiem nadawałam się do życia, w odróżnieniu od poprzednich doświadczeń, kiedy do końca docierałam w trybie automatycznym i w charakterze zombie.

FaJin wciąż w wystawowej formie. Co prawda bała się sędzi i próbowała zwiać, ale w końcu się udało ją opanować i zaprezentować wszelkie walory jej urody. Dostała trzeci certyfikat na championa i jak tylko dopełnię formalności i uiszczę – dostanie literki przez imieniem. Nie, nie mgr, inż ani dr. CH. :)

A Bielutka, wzięta jako dama do towarzystwa, podstępnie sama zdobyła świetną ocenę i certyfikat na championa. Czyżby się role miały odwrócić i następnym razem to FaJin pojedzie do towarzystwa?


Zapraszam do obejrzenia kilku fotek z tej hali chaosu.
Ten biały devon rex, który wygląda jakby planował zagładę świata, to nasz sąsiad Artur – najsłodsze i najbardziej miziaste stworzenie, jakie ostatnio spotkałam. Zwróćcie też uwagę na kotki z uszkami – to amerykańskie curle krótkowłose, które przyjechały aż z Finlandii. Śliczne!

Ps.  Śmiałam się kiedyś z obrazka z podpisem „Mój maine coon jest większy niż twój pies” – na tej wystawie były króliki większe niż maine coony. I kid you not!

Podobne opowieści:

Facebooktwittergoogle_plus

3 thoughts on “Czempion in da haus

  1. Uszka się odwinęły tym kotkom! I uwielbiam pierwsze zdjęcie dziewczyn: „no o co ci chodzi, WYNOCHA!”

  2. Co to jest?! to na ostatnim zdjęciu!

  3. TygryziołekNo Gravatar

    Otóż jest to świnka morska. Łysa. ma tylko kępki sierści na nosie i przy uszach.
    Nie wiedziałam, że w ogóle takie istnieją, a tu proszę – nabyła ją pani wystawiająca kota dwie klatki dalej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *