Kitteh power

Kiedy wróciłam wczoraj wieczorem do domu, Nasira, Nukke i Nousha nie miały swoich wstążeczek. Założyłam im nowe, śliczne i nie wystrzępione.
Rano wstaję – Nasira znowu bez opaski.
Kiedyś znajdę to miejsce, gdzie one je składują i będzie tam leżał pokaźny stosik.

Ściągnęły wielki, ciężki kąpielowy ręcznik z kaloryfera i wrzuciły do kuwety. Sporo wysiłku poświęciły na to, żeby upchnąć go tam całego.
Wyobrażam sobie to rozczarowanie, kiedy jednak się nie zmieścił.

Jak to było? „Wytrwałość i ciężka praca – oto cechy prawdziwego kota”?

Drogie kotki, czy nie mogłybyście się bawić futerkową myszką, kawałkiem miśka albo w kosi-kosi-łapci, tylko ganiacie z łyżką po kafelkach od świtu?

Related Images:

Facebooktwitter

Morrrja zierrrlona kurrrlka

Hall of Fame rośnie. FaJin, LaLita, Kofeina, a teraz Nasira! Kolejny warczący kotek.

Tym razem głuche dudnienie dobiegło zza kuwety. Wydawało mi się, że dosunęłam kuwety do ściany i że nic tam nie wlezie, toteż przez chwilę krążyłam po pokoju zdezorientowana. Ale nie, ewidentnie coś buczy za kuwetą. Pochylam się z jednej strony, z drugiej – nic nie widzę. Aż wreszcie wypełza coś doczepione do zielonej błyszczącej kulki.

Nasira.

Wypełza i warczy. Zainteresował się Nadir, więc trzeba było szybko chwycić kulkę w zęby i dać dyla. Ponieważ nie mogła się zdecydować, gdzie będzie odpowiednie miejsce, żeby się zatrzymać, przebiegła trzy razy dookoła pokoju. Cały czas warcząc.

Fajnie, fajnie – tylko że to jest zabawka Antenki. Antenka gubi ją co jakiś czas i nieodmiennie wpędza ją to w straszne poczucie nieszczęścia i beznadziei. Odwróciłam tylko na chwilę głowę i już był porządek. :)

Aha, Antenka nad zieloną kulką jęczy. Nie da się tego inaczej nazwać, taki dziwny odgłos. Jęczy, no.

Related Images:

Facebooktwitter

Kotki, które mówią NI

Dyskusje on-line nad imieniem dla Hodży zaowocowały wnioskiem, że musi też być Nasreddin. W ten sposób literka rozpoczynająca imiona dzieci Antenki się wybrała sama.

Nasreddinem został kocurek o niespożytej energii, aktywny, ciekawski, podróżnik i zdobywca. Jak już zmęczy się odkrywaniem świata, przychodzi, zagląda głęboko w oczy, kładzie się na pleckach i całym sobą mówi: miziaj!

Nasreddin Kot Doskonały*PL nosi żółtą wstążeczkę, ma jasne futro i jest raczej mocnej budowy ciała.

Jego braciszek z kolei jest brunetem (wieczorową porą), jest drobniejszy, ale energią nie ustępuje bratu. Może jest nieco mniej ekspansywny, ale za to sprytny i mądry. Jako pierwszy odkrył co się robi z wodą w misce oraz chrupkami. Sypia ze mną na poduszce. Ze względu na ciemne futerko dostał imię Nadir.

Nadir Kot Doskonały*PL nosi zieloną wstążeczkę i przyjaźni się z VaiPerkiem.

Srebrzysta koteczka jest duchową bliźniaczką Nasreddina. Wszędzie wlezie, ciekawska, niczego się nie boi, wszystko musi obejrzeć, ugryźć, przewrócić. Wielki eksplorator. Wczoraj mało nie doprowadziła mnie do zawału, bo nie pojawiła się na wieczornym odliczaniu. Przez 40 minut przetrząsałam wszystkie zakamarki, aż w końcu znalazłam ją śpiącą na najwyższej półce drapaka. Myślałam, że kocięta jeszcze tam nie dotarły.
Uwielbia myszki, piłeczki, zabawy, gonitwy i głaskanie. Dostała na imię Nasira, czyli Pomocnica. Coś czuję, że będzie bardzo chętnie pomagać swojemu człowiekowi we wszystkich domowych czynnościach :)

Nasira Kot Doskonały*PL nosi różową wstążeczkę.

Najspokojniejszą koteczką w miocie jest Nousha. Jest drobniutka, szczupła i ma ciemne futerko. Zdecydowanie najdłużej z całego rodzeństwa potrafi pozostawać w bezruchu, ale jak się rozkręci, jest 100% rusałką. Tłucze się z braćmi aż miło. Jest nieśmiała i nie domaga się uwagi, ale wzięta na kolana przytula się całą sobą i głośno mruczy. W nocy przychodzi się przytulać. Nousha znaczy po arabsku miła, słodka i doskonale oddaje charakter i mordkę kici.

Nousha Kot Doskonały*PL nosi fioletową wstążeczkę.

Trzecia koteczka to miziak i tulasek. Zagląda w oczy, łazi po człowieku, tuli się i w ogóle bardzo jest przymilna. Nie taka „hej do przodu”, jak Nasreddin czy Nasira, ale jako pierwsza zaprezentowała wielki ponad półmetrowy skok z drapaka na łóżko. Jak do tej pory żadne kocię nie powtórzyło jej wyczynu. Towarzyska wobec ludzi i kotów, nie lubi być sama. Sypia ze mną w charakterze szaliczka. Kładzie mi się na mostku, ale nieubłagana grawitacja ściąga ją w dół i w rezultacie zwisa wokół mojej szyi. Na razie waży mało, więc jakoś udaje mi się ujść z życiem…

Kicia jest raczej drobna, ma dosyć jasne futerko i jest śliczna jak laleczka, jak pluszowy kotek. Dlatego dostała na imię Nukke, co po fińsku znaczy lalka.

Nukke Kot Doskonały*PL nosi granatową wstążeczkę.

Arabsko się zrobiło w domu, jedynie Nukke się wyłamała. :)

Related Images:

Facebooktwitter

Mała sprytna bestia

Synek PaiLu szybko się odnalazł wśród pozostałych kotów. Niestety PaiLu nie podziela jego entuzjazmu. Niechętnie i podejrzliwie odnosi się do każdego kota, który zbliża się do małego, nawet VaiPerka zdarzyło się jej ofukać. A ponieważ matka broniąca swego dziecka budzi respekt w każdym, w rezultacie reszta kotów stara się schodzić jej z drogi jak umie.

Maluszek zaś wręcz przeciwnie – złakniony jest kontaktu, wobec tego one uciekają, on je goni, a matka się piekli. Pandemonium.

Szczególnie upodobał sobie FaJin. Wychodzę na balkon i co widzę? Mały zdybał FaJin w wiklinowym koszu, przyparł do ściany, władował się do środka, przytulił, rozmruczał i poszedł spać.

FaJin nie wiedziała jak zareagować. W końcu przytuliła małego, użyła go jako poduszki pod głowę i tak sobie razem leżeli. Matka oczywiście musiała kontrolować sytuację, toteż położyła się u wejścia do kosza i pilnowała. Potem też wlazła do środka i przytuliła się do pozostałej dwójki.

Mały spryciula. Po prostu wszedł jak do siebie, zarządził i proszę – idylla. Jako żywo przypomniały mi się lektury z dzieciństwa i przypowiastka o moim ukochanym bohaterze, Hodży Nasreddinie, który podstępem dostał się do haremu emira, wchodząc jak do siebie i mydląc oczy wszystkim. Tak więc kociak został Hodżą.

Hodża Kot Doskonały*PL

Related Images:

Facebooktwitter

Wyjście z szafy

Rany, jak mi się nie chce z domu wychodzić! Każde pół dnia to jakaś skokowa zmiana w życiu kociąt.

Tłukły się w tym pudle w szafie nieznośnie, to uznałam, że czas poluzować warunki. Wyciągnęłam pudło, wysłałam dno szafy kocykiem, a drzwi zastawiłam tekturą, która jest probierzem dojrzałości kociąt do wyjścia z szafy. Wyjścia z szafy z sensie dosłownym, nie w przenośni.

Przeszkoda została pokonana tego samego dnia. Wieczorem znalazłam kocięta śpiące na kupce za drapakiem. Na matkę już miejsca nie starczyło, ale najwyraźniej nie było to problemem. Następnego dnia przeprowadziły się do okrągłego legowiska, które jest ulubionym legowiskiem ich matki. Też się wszystkie nie mieściły, więc tak zwisały po bokach jak żołnierze ze śmigłowca. Kolejnego ranka znalazłam je na kupce za łóżkiem, koło regału z segregatorami. Wczoraj zajęły mi poduszkę i musiałam spać na płasko.

Tymczasem Pscółek PaiLutka pokonał ścianki łóżka, w którym mieszkał. Szykowałam się właśnie do wyjścia do pracy, kiedy przydreptał do mojej stopy. Pełna nadziei, że to przypadek, włożyłam go z powrotem. Po chwili wrócił. Trudno, naprędce zbudowałam mu schodek, udostępniłam wyjście i pobiegłam do pracy. Wracając byłam gotowa na najgorsze, ale – odpukać – wszystko było w porządku. Maluszek przeprowadził się z matką do transporterka po drugiej stronie pokoju i od tej pory tam mieszkają.

A VaiPerek nieustająco kocha małe kocurki. Zaprzyjaźnił się z kocurkiem z zieloną opaską. Sama słodycz!

Related Images:

Facebooktwitter

Szafa pełna kociąt

Zaniedbałam strasznie bloga, biję się w piersi. Pechowo dosyć się złożyło, że kiedy mam kocięta, na które czekałam tyle czasu, to praca nagle się znalazła w dużych ilościach i możliwie jak najdalej od domu. 300 km minimum, a najlepiej to jeszcze więcej. A jak już docierałam do domu, to wolałam siedzieć z maluchami, niż przed komputerem.

A kocięta w tym czasie zmieniły się nie do poznania (bezmyślne palce wystukały: do Poznania). Przede wszystkim są już samobieżne. Kocięta Antenki opanowały całą szafę, a wieczorami tak się tłukły, że łomot nie dawał zasnąć. Za każdym razem, kiedy do nich zaglądałam, podbiegały piszcząc i próbowały wspiąć się do mnie. I te niebieskie guziczki oczek – zachwyt!

Wyciągałam je na łózko, żeby się powoli zaczęły oswajać z większą ilością światła i przestrzeni (i zrobić im zdjęcia przy okazji), co doprowadzało Antenkę na skraj rozpaczy – bo się dzieci rozłażą! Próbowała je zagarniać, a że noszenie tak dużych kociąt przekracza jej umiejętności, to ograniczała się do biegania w kółko i miauczenia na dzieci. Które oczywiście zupełnie ją ignorowały i rozbiegały się we wszystkich kierunkach naraz. Życie.

PaiLu mieszka ze swoim maluszkiem w łazience. Smuci mnie to, wolałabym, żeby wychowywał się z kuzynami. Towarzystwo innych kociąt o wiele szybciej stymuluje rozwój i doskonalenie umiejętności. Ale co poradzić – Antenka i PaiLu bronią swoich kociąt przed sobą nawzajem. Prewencyjnie.

Jaka matka, taka córka – obie uznają, ze najlepszą formą obrony jest atak. Pod tym względem rusałki bywają okropne w hodowli, jak mało która inna rasa.

Jeszcze chwila, niech kocięta uniezależnią się od mleka matki i dziewczyny nie będą miały nic do powiedzenia, kocięta same to załatwią między sobą :)

Related Images:

Facebooktwitter

Mity mają się dobrze – czyli redaktorska licentia poetica

Stali czytelnicy pamiętają zapewne moją gwałtowną reakcję na artykuł pt. Kociary, autorstwa pani Katarzyny Surmiak-Domańskiej, zamieszczony w Wysokich Obcasach.  Rzecz ma swój ciąg dalszy – i w jeszcze gorszym świetle stawia autorkę artykułu, której do tej pory można było zarzucić dyletanctwo, ale nowe informacje skłaniają do myślenia wręcz o dużej nierzetelności. Swoboda, z jaką autorka potraktowała materiał, przesuwa utwór z dziedziny dokumentu w obszar fantastyki. Niestety – nie naukowej.

Skontaktowała się ze mną pani Karolina Gałęcka, jedna z bohaterek niesławnego artykułu. Oddaję jej głos (pozwoliłam sobie  na redakcję w zakresie interpunkcji):

Witam serdecznie,

Chciałabym napisać sprostowanie do wywiadu przeprowadzonego ze mną do Kocich Spraw (Wysokie Obcasy) „Kociary”.

Cała treść jest przekręcona, nie wiem co za reporterka to pisała i jak mogła tak wszystko pomieszać!! Totalne bzdury, za które wszystkich bardzo przepraszam.

Wywiadu udzielałam telefonicznie, kobieta słuchała mnie uważnie, lecz widać w przelewaniu treści na papier miała ogromne problemy. Jak można tak poprzekręcać wypowiedź, pomieszać wszystko.

Kotka, o której jej opowiedziałam, faktycznie była kupiona przeze mnie wiele lat temu bez rodowodu, ponieważ nie miałam doświadczenia!! Powiedziałam to jako przestrogę dla ludzi z brakiem wiedzy, jakiej mi kiedyś również zabrakło. Mówiłam reporterce, by ludzie nie kupowali nigdy kota bez rodowodu, opowiadałam jak ja zostałam oszukana. Kot nie miał szczepień, w książeczce zdrowia były podrobione pieczątki. Wszystko to, co powiedziałam jest niezgodne z treścią, w wywiadzie nie mówiłam nic o tym że koty rasowe są chorowite!!!! Wręcz przeciwnie: zapewniałam ją, że koty z porządnych zarejestrowanych hodowli są zdrowe, przebadane pod kątem chorób dziedzicznych, szczepione i odrobaczane.

O chorobach mówiłam jej w pseudohodowlach, mówiłam o pseudorasowych kotach, za które ci ludzie biorą pieniądze, dopuszczając Bóg wie gdzie i z kim!! Twierdząc, że mają rasowe koty, krzywdząc te zwierzęta, sprzedając je chore. To były moje słowa, czyli przestroga dla ludzi kupujących koty z niezarejestrowanych pseudohodowli!! Chciałam w ten sposób uświadomić ludziom, że kot rasowy to kot rodowodowy, o czym ta kobieta również nie wspomniała w tym pseudowpisie, który podpisała moim imieniem i nazwiskiem.

Druga sprawa: opisywałam charakter kota rasy nebelung, reporterka napisała że to rosyjski niebieski. Wszystko w tym wywiadzie jest żenujące i niezgodne z prawdą.

Bardzo mi przykro że ten artykuł się ukazał z tak skandaliczną treścią.

***

Bardzo bym chciała cały wywiad sprostować. To przykre. Mam nauczkę na przyszłość, by nie udzielać wywiadów telefonicznych osobom, które nie potrafią przekazać informacji, które zostały im powiedziane.
Wszystko w tym wywiadzie nie ma sensu, reporterka pokleiła zdania wyrwane z kontekstu, układając w całość jeden wielki zlepek bzdur.
To przykre!

Dziennikarstwo zawodem zaufania publicznego, prawda…

Pani Katarzyna Surmiak-Domańska bynajmniej nie jest stażystką ani początkująca dziennikarką. To osoba o wieloletnim doświadczeniu, nauczająca kolejne pokolenia dziennikarzy w Polskiej Szkole Reportażu…

Related Images:

Facebooktwitter

Jeszcze jeden kawałeczek niebieskiego szczęścia

Dziewczyny najprawdopodobniej postanowiły dostarczyć mi odrobiny ekscytacji w mym szarym i uporządkowanym życiu (hue, hue, hue) i obie urodziły 2 dni po książkowym terminie. A ponieważ trwałam w pogotowiu bojowym już dzień przed pierwszym terminem, to w rezultacie od piątku do środy nie spałam.

Nie, nie zupełnie, to oczywiście byłoby niemożliwe, bo na tym etapie już pewnie miałabym halucynacje. Przez weekend i poniedziałek pomagał mi Zill, który obejmował pierwszą wachtę, a jak już padał na nos – budził mnie i resztę nocy czuwałam ja. Jak człowiek pracuje na etacie, to sen mu się dosyć przydaje, więc na wtorkową noc został zwolniony z obowiązku i zostałam sama. Skończyło się tym, że spałam na podłodze w pokoju (w sypialni została zamknięta Antenka z dziećmi), nastawiając sobie budzik co godzinę, żeby kontrolować sytuację.

Ponieważ posuwałam się do dosyć ekstremalnych posunięć, jak widać, PaiLutek postanowiła mnie ucieszyć i urodziła… wczesnym popołudniem w środę. Dopiero. Ani chwili wcześniej, dopiero gdy zadzwoniłam do naszej Pani Wet umówić się na usg, żeby sprawdzić czy wszystko jest w porządku. Aaaahhrrrr.

Jak zwykle znalazłam ją przypadkiem w przytulnym miejscu, prącą cichutko. Szybciutko przetransportowałyśmy się do łazienki i już wkrótce na świat przyszedł śliczny synek PaiLutka. I na tym się skończyła akcja. Ponieważ maluszek miał całą mamę dla siebie, to sobie wyrósł do 113 gramów. Duży i tłuściutki. :)

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Marudu, marudu: Rozumiem, że tym razem Matka Natura poszła w jakość, nie w ilość. Jeśli mogłabym mieć prośbę, to jednak poprzestałabym na takich 90-gramowych. Moje dziewczyny są drobnej budowy i jak widzę jak się męczą wydając na świat takie wielkokoty, to chyba jednak czułabym się całkowicie usatysfakcjonowana nieco mniejszymi.

Related Images:

Facebooktwitter

Wielkokoty

Antenka grzecznie poczekała, aż wrócę. Poczekała, aż się rozpakuję i zrobię pranie. Poczekała, aż wrócę z pilatesu, który mi ratował opłakany stan kręgosłupa po 4 dniach ciągłego stresu i stania. Poczekała, aż przestawię pudła przygotowane na ewentualną porodówkę. Poczekała, aż przestawię je jeszcze raz. Poczekała, aż zamienię miejscami kocyki. Poczekała, aż zamienię je jeszcze raz.

Czekała, nie bacząc na to, że przez cały ten czas – od piątku – śpię w transzach kilkugodzinnych, bo dyżuruję. Oraz coraz bardziej zaczynam przypominać bezrozumne zombie, bo brak snu jednak upośledza niemal wszystkie funkcje organizmu.

Sama też przygotowywała się do porodu:

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

W końcu w niedzielę o 23.00 zdecydowała, że ewentualnie może byłaby skłonna…

Zamknęłyśmy się w łazience i zaczęły się chwile grozy. Zanim rozpoczęła się akcja właściwa, minęły 2 godziny, które spędziłam na podłodze łazienki, głaszcząc kicię i uspokajając. A kiedy zaczęła się akcja właściwa, wcale nie było lepiej. Po 40 minutach bezowocnych wysiłków, kiedy skurcze prawie mi kota łamały w pół, straciłam już nadzieję i zaczęłam gorączkowo szukać pomocy. W stanie skrajnego zdenerwowania umawiałam się właśnie z kliniką na Powstańców, kiedy światło dzienne ujrzał pierwszy pyszczek. Uff.

Kiedy go zważyłam, sytuacja wydała się trochę bardziej zrozumiała. 112g, dużo jak na rusałka. Kolejne maluchy rodziły się wcale nie mniejsze. Najdrobniejszy ważył 95g – to więcej niż średnia waga rusałek, jakie mi się rodziły do tej pory. Same wielkokoty w tym miocie. Zważywszy, że Antenka jest raczej drobnej budowy i szczupła, wydanie na świat takich klusek to był z jej strony wyczyn dużej klasy. Brawo Antenka.

Mamy więc 5 wielkokotów. Próbowałam sprawdzić płeć, ale Antenka czemuś strasznie się denerwowała i wyrywała mi maluchy z rąk. Nagle, ni z tego, ni z owego, skojarzyła jak się nosi dzieci. Poprzednich miotów nie umiała nosić, a ten łapie fachowo za kark, bez problemu wyrywa mi z rąk i układa na malowniczą kupkę. Talent się obudził w kocie znienacka! Wersja na dziś mówi, że mamy 4 dziewczynki i jednego chłopaka. Pewności nie mam, bo tak zagarniała te dzieciaki na kupkę, że nie jestem pewna, czy przypadkiem nie oglądałam dwa razy tych samych.

Tak czy inaczej płciowa karma trwa. Jakby ktoś chciał dziewczynkę, można walić do mnie jak w dym. Chłopaków nie obiecuję :)

Related Images:

Facebooktwitter

Nie denerwuje się, nie denerwuję się…

Denerwuję się. I martwię. Na zapas.

Zostało jeszcze tylko kilka dni do narodzin malutkich rusałek, a ja jestem w pracy 200 km od domu. I mimo, że wrócę kilka dni przed wyznaczonym terminem porodu, w myślach cały czas proszę Antenkę, żeby poczekała do mojego powrotu.

Antenka z każdym dniem jest bardziej fokowata. Brzuszek ma wydatny i chociaż porusza się bardzo sprawnie, to jednak ciężary po bokach sprawiają, że kołysze się przy każdym kroku. Trochę martwi mnie PaiLu. Jej brzuszek jest malutki i gdyby nie inne oznaki, można by pomyśleć, że trochę utyła po prostu, nic więcej. Czasami porody małych miotów bywają ciężkie, i chociaż wiem, że PaiLutek rodzi bez problemów, to jednak w głębi duszy się martwię.

Niech one już urodzą, bo wyrwę sobie wszystkie włosy z głowy.

(jeśli nie widzisz zdjęcia, kliknij ponad tym napisem)

Related Images:

Facebooktwitter