Zapasy na czarną godzinę

Ech, ja to się dam namówić na wszystko. Zwłaszcza na promocje.

Zamówiłam wielki pakiet kartoników Bozity, a sklep w osobie pana o miłym głosie podstępnie zaproponował mi domówienie jeszcze pewnej ilości, mamiąc dodatkową gratisową ilością opakowań. Kupiłam dużo, dałam się namówić na więcej po to, by dostać jeszcze więcej.

Czujecie klimat?

W ten sposób wylądowałam ze 128 kartonikami Bozity.

Oprócz tego mamy 10 kg Hillsa Natures Best, który stanowi podstawową karmę kotów, 8 kg RC Maine Coon (bez którego VaiPerek nie podchodzi do miski w ogóle), 10 kg Hillsa Kitten, 2 kg RC Babycat i nie wiem już ile puszek Applawsa. Zapasy jak na wojnę.

Nie posiadam niestety aż tylu szafek, żeby to wszystko upchnąć, więc 3 paczki Bozity i 10kg worek suchego dumnie panoszą się na środku kuchni. W końcu kto rządzi w tym domu – bo przecież nie ja?

Related Images:

Facebooktwitter

Drapak Athena

Łowca okazji znowu ruszył na polowanie. Tym razem zdobyczą jest drapak Athena, który zooplus oddawał za mniej niż sto złotych. W obliczu zbliżającego się stada małych szkodników uznałam, że taki drapak będzie w sam raz dla nich na rozszarpanie.

Mam co prawda wizję zupełnie innego drapaka do sypialni, ale będzie realizowana dopiero gdy wylecą wszystkie meble i pudła, które są teraz na wylocie. Miałam nadzieję, że stanie się to przed kociakami, ale nie dało rady. Pomyślałam jednak, że nawet jeśli miałby postać tylko te kilka miesięcy, to nie jest to aż tak wielki wydatek, żeby było bardzo szkoda.

Drapak przybył porządnie zapakowany, nawet były na miejscu wszystkie elementy. Skręcenie banalnie proste, średnio rozgarnięta małpa dałaby sobie radę. Dla porządku tylko powiem, że dobrze byłoby w instrukcji skręcania napisać gdzie idą śruby z łebkami a gdzie śruby z gwintem po obu stronach.

Skręciłam wszystko zgodnie z instrukcją i postawiłam w kącie. Drapak jest bardzo wąski, co powoduje dwie rzeczy:

  • podstawa jest dosyć mała i to obniża stabilność całej konstrukcji. Jak koty lecą biegiem, całość się chybocze – dlatego oparłam go z dwóch stron: o ścianę i o pudła.
  • wspinanie się z półki na półkę jest dosyć kłopotliwe – kilka razy widziałam, że koty kombinowały jak tu się przemieścić, ale miały za mało miejsca, żeby się wygodnie odbić.

Budka też jakoś nie cieszyła się powodzeniem – chyba też koty nie za bardzo miały się z czego odbić, bo stawały na samym skraju półki poniżej i rezygnowały. Wyglądało na to, że zakup jest chybiony, kiedy wpadłam na pomysł.

Zamieniłam miejscami słupki pod górnymi półeczkami. Wyższy słupek powędrował na samą górę, niższy – pod półeczkę z liną. Tym samym półeczka ta znalazła się na wysokości dna budki, tworząc wygodne dojście.

To był strzał w dziesiątkę. Drapak natychmiast  zatętnił życiem. Rusałki wprowadziły się na górę, choć częściej bywa tam Antenka, bo PaiLu teraz nie da rady za bardzo skakać. Budkę objęła we władanie TaiChi. Trochę mnie to zaskoczyło, bo zawsze lubiła przestrzeń, a w tej budce musi się zwinąć w precelek. Ale widać jej pasuje, bo co chwila tam włazi.

Drapak więc wstępnie się sprawdził. Zobaczymy co się będzie działo, kiedy kocięta podrosną na tyle, żeby być w stanie go zmasakrować. Przeczuwam, że on jednak tego nie przetrwa. Nie przy takiej ilości kotów.

Cena wyjściowa Atheny wynosiła prawie 300 zł, jakość wykonania i użytych materiałów zaś nie odbiega od innych drapaków w tym przedziale cenowym.  Mam jednak porównanie z jakością drapaka Rufi, który jest reprezentacyjnym meblem w salonie i tak sobie myślę, że byłoby mi szkoda wydać na ten nowy drapak aż 300 zł. Fakt, że nasz Rufi kosztował ponad 2 razy tyle, ale różnica w jakości jest cztero- albo i pięciokrotnie większa. Summa summarum Rufi jest lepszym wydatkiem. Że już nie wspomnę o tym, że jest o niebo bardziej estetyczny.

Ale za 100 zł to niech on sobie będzie jaki jest, niech go koty rozszarpią na zdrowie :)

Related Images:

Facebooktwitter

Siatka balkonowa reloaded cz. 2

Ciąg dalszy nierównej walki z oporną materią, czyli siatka balkonowa contra człowiek.

Kolejnych podejść było nawet kilka, ponieważ życie pokazało, że wymiana tej linki nie jest tak prosta, jak by się wydawało. Przede wszystkim musiałam odsunąć drapak zintegrowany z tym drewnianym przepierzeniem oraz podstawą. Już samo to zadanie okazało się niemal ponad moje siły, bo całość była nie dość, że ciężka, to jeszcze trudno przesuwalna. Namęczyłam się strasznie, rozmontowałam połowę i po kawałkach jakoś przesunęłam.

Wymiana linek za drapakiem praktycznie zajęła mi cały wieczór, a kiedy wreszcie skończyłam i nawet  kopaniem, szarpaniem oraz soczystymi przekleństwami udało mi się wsunąć całą drewnianą konstrukcję na miejsce, byłam tak wykończona, że musiałam sobie zrobić przerwę.

Po czasie niezbędnym do zregenerowania chęci do pracy, podjęłam dalszą nierówną walkę – tym razem z kątem prostym na połączeniu krawędzi balkonu. Na jednym boku siatka opada tam prosto w dół, na drugim – pod kątem, bo sufit ma powierzchnię mniejszą niż podłoga mego balkonu. Trzeba było wyprofilować jakiś sprytny skos – niestety ów skos miał inne plany na ten wieczór i wyszedł mi jakiś rozpaczliwiec. Uznałam jednak, że w ostatecznym rozrachunku się nada i zostawiłam tak, jak jest.

Po tych ciężkich przejściach uznałam, że potrzebuję wzmocnienia w postaci sukcesu wieszania siatki tam, gdzie jest prosto i bezproblemowo, toteż szybciutko przemieściłam się na dłuższy bok balkonu. Przy wydatnej pomocy TaiChi udało się sprawnie z nim uporać i dotarłam do zakątka balkonu, sens istnienia którego nadal mi umyka.

Mała wnęka, o szerokości około 30 cm, tak że nawet pół człowieka się tam nie zmieści, z rynną w samym środku. Już poprzednio mieliśmy z tym kątkiem kupę zabawy i przewidywałam, że tym razem też mnie to nie ominie.

Ponieważ drabina się tam nie mieści, a zaczep siatki jest na wysokości sufitu, musiałam zamienić się w człowieka-pająka i łazić po balustradzie. W ciągu tych kilkunastu minut moje serce napracowało się tak, że się postarzało co najmniej o trzy lata. Nie spadłam jednak, nie zeszłam na zawał, siatkę zaczepiłam. Nie byłam w stanie niestety jej wyprofilować w żaden sposób, bo za bardzo tam nie sięgałam, więc za rynną siatka wisi na lince jak zasłona prysznicowa – naciągnięta w pionie, udrapowana w poziomie. Trudno. Grunt, że koty nie przelazą.

Skończyłam i padłam bez sił.

Następnego dnia koty w szale wpadły na drapak i przepierzenie i dopiero wtedy zajarzyłam, że zapomniałam o jednym istotnym elemencie. Nie przymocowałam drapaka do barierki i całość kiwa się energicznie w takt kocich skoków. Przekopałam swoje zasoby, ale nie znalazłam długich trytytek, tylko zestaw króciutkich. Chcąc nie chcąc, połączyłam po 4 i umocowałam drapak na sztywno. Wreszcie zadanie można było uznać za zakończone.

Uff.

.

Czytaj też:

Fotostory – Balkon bezpieczny dla kotów cz.1

Fotostory – Balkon bezpieczny dla kotów cz.2

Related Images:

Facebooktwitter

Siatka balkonowa reloaded cz. 1

Wbrew obawom niektórych czytelników, siatka balkonowa szczęśliwie przetrwała warunki pogodowe oraz traktowanie jej przez koty. Najsłabszym ogniwem okazała się być linka, którą zamocowana jest całość do wkrętów w ścianach i suficie. Wykonana z jakichś sztucznych włókien, okazała się nieodporna na zmienne temperatury i najzwyczajniej zaczęła się kruszyć.

Najpierw ukruszył się kawałek w kątku za rynną. Niestety jest to miejsce schowane i raczej trudno tam zajrzeć, co oczywiście sprawia, że jest jednocześnie ulubioną miejscówką kotów. Koty dostały więc szlaban na łażenie po balkonie, a ja popędziłam do marketu budowlanego po nową linkę.

Trochę miałam pietra włażąc na drabinę, zwłaszcza, że przy moim wzroście, musiałam wdrapać się aż na sam szczyt, ale jakoś się przemogłam. Zaczęłam od drugiego końca balkonu, który wydał mi się łatwiejszy (takie zagranie psychologiczne: jak tu mi pójdzie dobrze, to i z resztą dam sobie radę). Rozbebeszyłam róg – a wtedy jak znienacka nie lunie! Dosłownie nawałnica, bez ostrzeżenia spadły potoki wody. Nie zdążyłam zleźć i złożyć drabiny, a już byłam cała mokra.

Tak więc pierwsze podejście do wymiany linki zakończyło się połowicznym sukcesem: co prawda niewiele zrobiłam, ale za to nie zleciałam z drabiny.

Ciąg dalszy więc nastąpi.

.

Czytaj też:

Fotostory – Balkon bezpieczny dla kotów cz.1

Fotostory – Balkon bezpieczny dla kotów cz.2

Related Images:

Facebooktwitter

Brzuszki rosną

Czas leci i nieubłaganie zbliża się chwila, kiedy dom zaroi się piszczącymi maluchami.

PaiLu chodzi z wielkim brzuszkiem wydętym na obie strony. Po TaiChi aż tak nie widać, bo kudłata jest niemożebnie, ale jak się dotknie jej boków to czuć wielkie krągłości.

Obie ciężarne koteczki jedzą jak sikorki – tyle ile ważą. Słoik karmy, który normalnie wystarczał na tydzień, teraz schodzi w 3-4 dni. Najchętniej spędzają czas w pozycji horyzontalnej, wyciągnięte na całą długość. Śpią całymi dniami, tylko zmieniają co jakiś czas miejsce na mniej nagrzane, bo upał dokucza.

Ożywiają się dopiero wieczorem, kiedy jest nieco chłodniej, a do domu wlatują całe zastępy owadów. Widać wtedy wyraźnie, że dodatkowe obciążenie nie obniża ich ruchliwości i entuzjazmu do połowów. Szczególnie TaiChi wieczorami praktycznie biega po ścianach, a z upolowanego zwierza ma pełny wieczorny posiłek.

Related Images:

Facebooktwitter

Upał

Znowu jest gorąco. W upały koty robią się długie.

Całymi dniami śpią i w domu panuje taki spokój, że aż nie mogę się w tym odnaleźć. Rano tylko zjedzą śniadanie, napiją się wody i – zamiast ganiać się po mieszkaniu, jak to mają w zwyczaju – zapadają natychmiast w drzemkę wyciągnięte w różnych strategicznych punktach. W przejściu, w drzwiach łazienki, pod biurkiem.

Co jakiś czas następuje zmiana miejsc, wtedy wszystkie przesuwają się zgodnie z jakimś własnym tajemniczym planem.

Ps. Mam prośbę – klikajcie czasem w te obrazki od sponsorów, co? ;)

.

Related Images:

Facebooktwitter

Drugi pierwszy znak

Z chwilą, kiedy minęły upały, koty przestały się wyciągać na całą długość. Na szczęście TaiChi grzecznie brzuszek podsuwała do oglądania, więc z potwierdzeniem ciąży problemu nie było, ale PaiLu dla odmiany broni się zwykle czterema łapami przed inwazją na brzuch.

I pewnie byłby problem, gdyby z dnia na dzień nie zrobiła się spokojniejsza, bardziej wyluzowana i taka trochę w zwolnionym tempie. Nawet leżała jakoś tak… bardziej. W sumie nie miałam wątpliwości, że małe rusałki są w drodze. W zasadzie sutki sprawdziłam już tylko pro forma, żeby móc na bieżąco kontrolować zmiany.

Za chwilę obie kicie zrobią się ociężałe i będzie trochę spokoju w domu. A od września – sajgon! Już się nie mogę doczekać.

no images were found

Related Images:

Facebooktwitter

Tak się bawi kociarnia

Kiedy koty są w nastroju do zabawy, nic, ale to nic kompletnie, nie jest w stanie im w tym przeszkodzić. Jeden z takich nastrojów ogarnia je codziennie około godziny 23.

Kiedy przez mieszkanie lecą maine coony, wygląda to jak kłębiący się futrzasty cyklon, ogarniający swoim impetem wszystko, czego się dotkną.

Kiedy lecą rusałki, wygląda to mniej więcej jak przelot z prędkością naddźwiękową. Nic nie widać, nic nie słychać, a nagle przez mieszkanie przesuwa się jakby seria wybuchów. Drobne przedmioty nagle lądują pod przeciwległą ścianą. Większe, a słabo umocowane, podnoszą się, jakby lewitowały a potem lądują z hukiem.

Przyznam się, że nie popisałam się darem przewidywania. Zrobiłam niewielkie przemeblowanie, nie biorąc pod uwagę stałych tras przelotów rusałek. Już drugiego dnia zemściło się to na mnie strasznie. Dziewczyny przeleciały po biurku komputerowym a podmuch wyrwał z posad mojego laptopa wraz z podpiętym dyskiem zewnętrznym. Sprzęt ów na moich oczach poderwał się do lotu, po czym łagodnym łukiem ruszył na spotkanie z podłogą. Huk, grzmot, ogólna rozpacz.

Zebrałam cały złom z podłogi i pełna jak najgorszych przeczuć podłączyłam na nowo. Otóż chcę powiedzieć, że co jak co, ale – uwaga! kryptoreklama! – dysk Pqi to porządny produkt. Po tym, jak dwa razy odbił się od podłogi myślałam, że nie ma czego zbierać. A tu jedynie wtyczka się lekko zdefasonowała, a sam dysk i dane – nienaruszone.

Postawiony na biurku komputer samodzielnie się restartował, co napełniło mnie jak najgorszymi przeczuciami. Ale po ponownym starcie nie wyglądał na bardzo cierpiącego. Sprawdziłam kilka programów i dokumentów – działa. Uff, co za ulga. Bliższa inspekcja wykazała jednak, że gniazda USB, do których był podpięty dysk oraz zewnętrzny bluetooth, wyglądają jakby w nich granat wybuchł. Na szczęście mam jeszcze dwa z tyłu, o trochę niewygodnym dostępie, ale przecież działające.

Tym razem przeszło w miarę ulgowo.

Related Images:

Facebooktwitter

Pierwszy znak

Dzisiaj podczas czesania TaiChi udało mi się skontrolować podstępnie jej brzuszek. Najwyraźniej sutki zaczynają jej różowieć. Na razie nie ma żadnych innych zmian ani w wygladzie, ani w zachowaniu, ale nie ulega wątpliwości – małe maine coony są w drodze! No, przynajmniej jeden ;)

PaiLu zaś nadal niezmiennie nie pozwala się dotknąć. Poczekam na powrót upałów – wtedy sama pokaże brzuszek.

Tymczasem w dziale Hodowla/Kocięta zamieściłam informacje o planowanych miotach.

Related Images:

Facebooktwitter

Od przybytku głowa nie boli?

PaiLu była poza domem tylko dwa dni.

Ponoć od razu zabrała się do rzeczy i skutecznie zachęciła Punta do działania. Czas pokaże – po około 20 dniach powinny się pojawić pierwsze symptomy ciąży i będzie to chwila prawdy.

Tymczasem moja wizyta w celu odebrania kota obfitowała w nieoczekiwane wydarzenia. Jedna z kotek, kryta pięknym i utytułowanym kocurem w celu otrzymania koteczek, a przynajmniej jednej koteczki hodowlanej, właśnie zaczęła rodzić. Nie mogłam przecież wyjść w takim momencie!

Pierwsze kociątko, kocurek, było już na świecie, a koteczka właśnie zdecydowała, że zmienia koszyk na inny, kiedy zasiadłam na podłodze w radosnym oczekiwaniu. Zasiadłam… i nic. Wyszłyśmy na chwilę z pokoju i ledwie zamknęłyśmy drzwi – już pojawiło się drugie kociątko. Drugi kocurek. W te pędy wracamy, kontrolujemy sytuację i czekamy dalej. Kicia stwierdziła, że ten koszyk też jest be i w ogóle to ona idzie do wielkiego kosza, gdzie przebywają kocięta z dwóch wcześniej urodzonych miotów. Nie dała się przekonać, żeby zostać, gdzie jest. Poszła, położyła się, zaczęła karmić tamte maluchy… Nic się nie dzieje… Wyszłyśmy na herbatę, ale ledwie udało się ją zaparzyć, już trzeba było biec z powrotem, bo na świat wyrywało się kolejne kociątko. Do kosza przyszła jedna z mam, zaczęła karmić obok, rodząca przytuliła się do niej – sielski obrazek się zrobił i w ogóle było bardzo miło i radośnie. Niestety było też bardzo późno i – choć niechętnie – musiałam wracać do domu, nie doczekawszy wszystkich kotków.

Rano zadzwoniłam, żeby się dowiedzieć jak poszło. Poszło gładko, zaraz po moim wyjściu kicia wydała na świat szóste kocię i to by było na tyle.

Sześć kocurków.

Natura lubi płatać figle.

Related Images:

Facebooktwitter