Dwa wesela i…?

Nie nadążam za tymi kotami. PaiLu była umówiona do kocurra już od dawna, ale kiedy wreszcie raczyła dostać rui, to wybrała moment, kiedy byliśmy na wakacjach i sprawa się rypła. I kiedy wydawało mi się, że już po jabłkach, PaiLu znowu zapragnęła randki. Dwa tygodnie po poprzedniej rui! Myślałam, że padnę. Nastawiłam się na co najmniej kilka miesięcy spokoju, a tu proszę, nie dość że znowu ma ruję, to jeszcze taką z wyskokiem i przytupem.

Nie miałam za bardzo wyjścia, trzeba było w tempie ekspresowym zawieźć ją do kawalera, bo inaczej doprowadziłaby mnie na skraj załamania nerwowego. A tu niespodzianka – umówiony kocur właśnie ma randkę. Szlag by to trafił i małe szlaczki. Na szczęście szybko mi złość przeszła – przecież jest sprawdzony kocur, ślicznotki takie wyszły z mariażu z nim, że nie ma co się zastanawiać, jedziemy do Punta! Szybki telefon – Punto jest zwarty i gotowy i oczekuje oblubienicy.

I w ten sposób tego samego dnia, kiedy TaiChi wróciła do domu, PaiLu z domu wybyła.

A oto przyszły tatuś (mam nadzieję!): EC. PUNTO Kaptown*RUS

Related Images:

Facebooktwitter

Szczęśliwa para

TaiChi wróciła już z randki. Bałam się trochę, że będzie sajgon w domu, ponieważ kicia będzie pachnieć inaczej. Poprzednim razem, kiedy wracała PaiLu, warczeniom i sykom nie było końca. Tym razem jednak jakoś poszło łatwiej, koty obwąchiwały ją przez cały wieczór, ale bez morderczych zapędów. Jeszcze dwa dni później czułam w jej futerku obcy zapach, ale najwraźniej został on przez resztę zaaprobowany.

Kicia moja jest niestety płochliwa i nieśmiała, toteż długo trwało zanim zdecydowała się nawiązać nić porozumienia z kocurem. W rezultacie spędziła poza domem pięć dni. Doniesienia z placu boju są takie, że coś się działo. Czy skutecznie, okaże się za trzy tygodnie, kiedy powinny pokazać się pierwsze objawy ciąży.

Czas chyba przedstawić kawalera: oto EC White Fang Ewjatar*Pl.

Bielutki całymi garściami daje białe kocięta, które uwielbiam. Kiedyś mi się wydawało, ze białe koty są najmniej czaderskie, dopóki nie poznałam białych maine coonów. Otóż powiadam Wam: białe mainecoony są najbardziej czaderskie, zaraz po ruskach i szylkretowych maine coonach!

No to trzymajcie kciuki, żeby było dużo, dużo maluchów we wszystkich kolorach tęczy.

Related Images:

Facebooktwitter

Koszyk kociąt proszę

Lipiec mnie nieco zaskoczył. Wraz z lipcem zaskoczyła mnie świadomość, że jeśli mamy mieć kocięta w tym roku, to właśnie dzwoni ostatni dzwonek. Wszelkie amory od drugiej połowy lipca oznaczają, że na Święta zostanę z koszem zwierzaków – a cała moja rodzina mieszka 200 km ode mnie. Albo wydam kocięta do nowych domów przed Świętami, albo kotki mają celibat do końca roku.

I jak na zawołanie TaiChi zgłosiła ewentualne zainteresowanie randką. W te pędy pognaliśmy więc z panienką do narzeczonego. Wszystko było fajnie do chwili, kiedy musiałam ją tam zostawić – w obcym miejscu, z obcym kotem, chowającą się w kuwecie, całą przerażoną. Czułam się jak zbrodniarka.

Pozostałe koty całymi dniami chodzą po domu i szukają. VaiPerek miałczy non stop, zamyka się tylko wtedy, kiedy śpi. Ja wydzwaniam dwa razy dziennie po wieści z pola boju, ale jakoś nie udaje mi się przekazać kotom, że TaiChi ma się dobrze i wkrótce wróci.

Related Images:

Facebooktwitter

Zaginiony Mozart

Wracający późną nocą do domu Paweł natknął się na klatce schodowej na obcego kota.

Wielki, rudy, przestraszony Garfield. Bardzo łagodny, dawał się głaskać i tylko patrzył wielkimi miodowymi oczami. Siedział na schodach z głową wciśniętą pod barierkę – bo jak wiadomo jak głowa schowana, to kota nie widać. Zadbany i czysty, ewidentnie kot domowy. Zresztą żaden żyjący na wolności kot na byłby aż taki gruby.

Nie znając jego historii zdrowia nie mogliśmy ryzykować wzięcia go do domu. Wystawiliśmy mu więc miseczkę z wodą i suchą karmą i wróciliśmy do domu zastanowić się co dalej. Wyszło nam, że może to być kot  mieszkający naprzeciwko na parterze, jednak wydało nam się nietaktem budzić obcych ludzi o 2 w nocy pytaniem o być może nie ich kota.

Rano jakiś litościwy sąsiad zostawił kotu otwarte drzwi na zewnątrz, ale ten był nazbyt skołowany, żeby z tego skorzystać. Udałam się więc do pani naprzeciwko z grzecznym pytaniem, czy przypadkiem nie brakuje jej kota. Pani okazała radość i wzruszenie wielkie, bo cały wieczór go szukali i przepadł jak kamień w wodę. Z kotem w objęciach, przemawiając do niego czule, pobiegła do domu.

Widuję Mozarta przez okno – siedzi w drzwiach balkonowych i nie wygląda na takiego, który chciałby ryzykować wyjście trochę dalej.

Related Images:

Facebooktwitter

Powrót właścicieli marnotrawnych

No to jesteśmy z powrotem w domu.

Hania spisała się na medal. Koty się nawet bardzo nie obraziły, niektóre się wręcz ucieszyły z naszego powrotu.

Jakoś tak wygladało na to, że najbardziej tęskniła za nami nasza niezależna i niedotykalska PaiLu. Od naszego powrotu nie odstępuje mnie na krok, siada za moimi plecami na fotelu kiedy pracuję przy komputerze albo włazi na ramiona i entuzjastycznie przeżuwa moje włosy. Kilka razy się zapomniała i wlazła mi nawet na kolana. Na razie jej ten wylew uczuć nie mija i cieszę się każdym jego dniem.

Antenka chyba nie odczuła naszego braku. Zachowuje się niezmiennie jakby ktoś ją stuknął w czaszkę. Może tylko trochę bardziej zaprzyjaźniła się z matką – częściej ganiają się a nawet zdarza im się do siebie poprzytulać.

Z kolei TaiChi zachowywała się jak ciężko przestraszona. Obchodziła nas z daleka, jakbyśmy byli obcy. Dopiero kiedy złapaliśmy zapach domu, zaczęła przychodzić na kolana i molestować nas.

VaiPerek zaś jest niezmiennie oazą spokoju. Niewzruszony niczym, pogodny i przyjacielski jak zawsze. Na pewno ucieszył się z naszego powrotu, bo wróciło karmienie z ręki i podawanie mu na przekąskę ulubionych chrupków – a to są jego dwie ukochane czynności, których Hania mu nie zapewniała. Teraz trzeba mu było wynagrodzić – a dopominać się o swoje to on potrafi jak mało kto!

Niestety zaobserwowałam też dramatyczną sytuację w zakresie ofutrzenia. Nie czesany VaiPerek skołtunił się i sfilcował. Jeszcze przed wyjazdem ścięłam mu portki, których nie daje czesać, a teraz widzę, że praktycznie trzeba mu obciąć połowę sierści na grzbiecie! Na razie wycięłam mu część kłaków, a że do tej operacji musiałam go unieruchomić na kolanach, obraził się na mnie śmiertelnie. Resztę będę wycinać jak się od-obrazi.

Dzięki składam Matce Naturze, że przynajmniej TaiChi stworzyła z jedwabistą i nie kołtuniącą się sierścią.

Ps. Ciekawa jestem, czy ktoś z czytających odróżnia na tych zdjęciach PaiLu od Antenki. ;)

Related Images:

Facebooktwitter

Szwedzka piękność

Odwiedzamy znajomych w Szwecji. Od czasu naszej ostatniej wizyty zaprzyjaźniona rodzina powiększyła się o psa i kota. Pies jest młodziutkim goldenem, dziewczynką o imieniu Ricky. Kotka z kolei jest wieloowocowa i ma na imię Clio.
Jadąc tu spodziewaliśmy się typowego dachowca, tymczasem spotkaliśmy pięknie umaszczone stworzonko zdradzające norweskiego leśnego przodka w linii genetycznej.
Jak przystało na wychodzącą panienkę z chłodnej północy, Clio ma futro jak niedźwiedź. Jest drobniutka, waży jakieś 2,5 kg, ma wielkie pędzle w uszach i niezbyt długi, ale bardzo puchaty ogon. Poza tym jest milutka, nieagresywna i śmiesznie miauczy. Szybko nawiązałyśmy porozumienie bazujące na puszeczkach ze smakowitym kocim żarciem.
Clio większość dnia spędza w ogródku i dalszych okolicach domu. Dzielnie i cierpliwie poluje na ptaszki – ponoć z dużymi sukcesami, z czego niekoniecznie zadowolona jest pani domu. Zauważyliśmy, że nie jest zbyt skoczna, ale nadrabia uporem i udaje jej się wleźć – mniejszym lub większym rozpaczliwcem – na dachy wszystkich okolicznych szop i komórek.
Za to świetnie się wspina na drzewa. Któregoś dnia obserwowaliśmy ją dobrych kilka minut, żeby sprawdzić, czy sama zlezie. Albowiem, jak wiadomo, koty używają pazurów, żeby wleźć na drzewo i straży pożarnej, żeby z niego zleźć. Szybko i z gracją, głową w dół, Clio zbiegła z drzewa i pobiegła dalej w swoich sprawach. To nas upewniło, że ma mnóstwo norwega w sobie.

Related Images:

Facebooktwitter

Na północ!

Wyjeżdżamy na tydzień. Koty muszą zostać w domu we własnym towarzystwie, odwiedzane tylko co jakiś czas przez naszą sąsiadkę, Hanię.

Zostawiliśmy Hani karteczkę z dokładnymi instrukcjami oraz stos puszek opisanych kolejnymi dniami tygodnia. Ponieważ wychodziliśmy z domu o 8 rano, koty dostały śniadanie jeszcze od nas. Potem przyszła Hania i dała im śniadanie jeszcze raz. Podejrzewam, że koty nie posiadały się z radości.

Karmieniem przejmuję się trochę mniej niż sprzątaniem kuwet. Hania nie ma zwierząt i może to być dla niej trudne doświadczenie ;). Trzymajcie kciuki za Hanię.

A uprzedzając trochę fakty – w następnym odcinku pojawi się piękność z chłodnej północy – kotka Agnieszki i Pawła, Clio. Stay tuned!

Related Images:

Facebooktwitter

Włatcy móch

Latem we wszystkich kotach budzi się łowca i myśliwy.

Najmniejsza muszka, komar czy ćma są powodem dzikich galopad. Oczywiście koty nie zwracają uwagi na to, po czym biegną: ściana, mebel czy człowiek – nie robi im większej różnicy. Szczególnie wieczorem, kiedy światło w pomieszczeniach zwabia owady do mieszkania, koty zamieniają się w mordercze bestie. Owady też nie są głupie, siadają na suficie, a koty siedzą na dole, gapią się w górę i charakterystycznie szczekają.

Wczoraj nawiedził nas zwierz, który wyglądał jak wielki komar. Olbrzymi komar, można by rzec (nie mam pojęcia co to było). Wleciał do sypialni i nie chciał wylecieć. Koty – w szale. Szafy, parapety, rolety, łóżko i – niestety – my w tym łóżku – nieważne, po  czym się skacze, byle przybliżyło do upragnionego celu. W końcu uznaliśmy, że dość tej zabawy i Paweł wstał, żeby ją zakończyć. Śmignął owada szmatą, podniósł go i wyszedł z sypialni.

Po chwili słyszę soczyste przekleństwo. Co się stało? – pytam.

– Chciałem wrzucić go do kibla, ale mi uciekł. Żywy był jeszcze, łobuz.
– To łap go, bo koty idą już ci pomóc.

Niektóre ćmy są dla kotów toksyczne, a że nie wiemy które, na wszelki wypadek staramy się złapać wszystkie, zanim zrobią to koty. Czasem na balkonie któreś pożre coś bez naszej wiedzy, ale prawda potem zawsze wyjdzie na jaw, najpóźniej następnego ranka. Jeżeli Twój kot latem częściej wymiotuje, prawdopodobnie też dożywia się latającymi przekąskami.

Related Images:

Facebooktwitter

Kocie potrzeby

Siedzę od kilku dni przy komputerze i próbuję pracować, ale nie jest to proste. W naszym domu rządzą koty, wobec tego czują się w prawie przyłazić do mnie i się domagać. Paweł zakłada słuchawki na uszy i póki mu któreś (czytaj: PaiLu) nie wlezie na plecy, ma spokój. Ja zaś jestem zawsze dostępna, co te bydlątka boże skwapliwie wykorzystują.

Nie muszę nawet się zastanawiać, czego chcą. Każde ma zdecydowanie sprecyzowane potrzeby i zależnie od tego, które akurat mi subtelnie dało do zrozumienia, że czas odpocząć od komputera, robimy różne rzeczy.

VaiPerek zawsze chce żeby mu dosypać chrupek i karmić nimi z ręki. Czasami daje się zaspokoić samym dosypaniem. Stan wyjściowy w miskach nie jest istotny, najwyraźniej chodzi o ten luby dźwięk spadających chrupek.

PaiLu zawsze prowadzi do drzwi wyjściowych. Ma silne ciągoty niezależnościowo-wędrowcze. Jako jedyna nie dostaje na ogół czego chce, ale wcale jej to nie zniechęca.

AnaTema zawsze chce się bawić piórkami na patyku. Prowadzi na dywan w pokoju (bo na panelach nasze koty sobie nie życzą, albowiem pazury się ślizgają i komfort nie ten) i patrzy wyczekująco. To ma swoje dobre strony, bo jak się wyszaleje, to potem nie skacze po ścianach.

TaiChi zaś prowadzi do łóżka, żeby sobie poleżeć i się poprzytulać. Wskakuje i od razu kołami do góry: miziaj mnie! Słodziak :).

Related Images:

Facebooktwitter