Poszukiwana karma light

Mam fazę na rozmyślania o kastratach i biedny VaiPer musi ponieść tego konsekwencje. Zaczęło się od tego jak złapać mocz do badań, potem rozważania na temat SUK u kotów, a teraz idę dalej.

Pomyślałam sobie mianowicie, że może warto by go przestawić na karmę typu light. Albowiem VaiPerek żyje, żeby jeść i upilnowanie go przy misce graniczy z cudem. Gania dziewczyny i wyżera im z misek. Po trzech porcjach żarcia kot ma prawo być gruby.

Kupiłam wobec tego dwie małe paczuszki karmy różnych producentów, albowiem koty mam rozwydrzone i fanaberyjne i nie wiadomo, co im podpasuje. Jedną wzięłam Biomilla (którego już jadły w wersji Selective), a drugą Brit.

I cóż? Z ręki kotek nawet wziął i zjadł. W misce – pogardził. Wydłubał wyłącznie te chrupki, które jada normalnie, nowe pozostawiając nieruszone. Za to dopadła do nich TaiChi, ale niestety pożarła bez gryzienia i następnie zwymiotowała. Pełnia szczęścia.

No właśnie, problem w tym, że te karmy są w małych chrupkach, a te moje  mainecoonie sieroty nie potrafią takiej drobnicy gryźć, tylko łykają w całości. A potem odchorowują.

Królestwo za karmę light w dużych chrupkach!

.

Zapraszam do przeczytania wpisów na podobny temat:

Nowa dostawa żarcia

Od ust sobie odejmę a kotu dam

Karma dla maine coonów

Related Images:

Facebooktwitter

Co się stało temu krzesłu?

Skąd się wzięła sromotna porażka naszego krzesła w starciu z kotem? To proste. Nasze koteczki z upodobaniem uprawiają nocne biegi z przeszkodami.

Maine coony uwielbiają lecieć z poślizgiem przez stół, zrzucając po drodze wszystko co na nim leży.  Stół robi za stopień pośredni między podłogą a drapakiem, którego półki zaczynają się dosyć wysoko. Złośliwce robią to biegnąc w obie strony – z sypialni na stół i dalej na drapak pod sufit, ale też z drapaka w dół na stół i dalej na przełaj przez mieszkanie, dlatego podejrzewam, że masakra nastołowych przedmiotów to nie przypadek, tylko chodzi  im o ten upojny ślizg po blacie. Maine coony lubią czuć konkretne podłoże po pazurami.

Z kolei niebieska woli lot ślizgowy, dlatego leci trochę obok reszty zwierzyny. Ona nie potrzebuje stołu, żeby się wygodnie dostać na drapak – wystarczy jej owo stojące pod szafą krzesełko komputerowe, skąd ponad półtorametrowym susem dostaje się od razu na górne półki drapaka, gdzie robi szybki zwrot i leci z powrotem – tym razem na szafę.

Mniej więcej jest to ten moment, kiedy obrotowe krzesełko biurowe sięga podłogi, waląc się na nią z hukiem. Nasza delikatna i subtelna PaiLu jest jedynym znanym mi kotem, który jednym ruchem łapki potrafi wywrócić niewywracalne. Krzesełko dzielnie znosiło takie traktowanie, jednak do czasu. No i właśnie wczoraj jego los się dopełnił – oparcie dosłownie rozpadło się na kawałki. Śruby mocujące tylną część zostały wyrwane z gniazd, a całość smętnie chyli się ku upadkowi.

I co teraz? Kupić nowe i wydac je na pastwę kici?

Related Images:

Facebooktwitter

Lato położyło nas na łopatki

Co pierwszego robi człowiek w lecie? Przeziębia się. Wygląda na to, że z kotami bywa podobnie…

Najpierw przeziębił się ^syrjus. Potem ja dostałam jakiegoś koszmarnego kataru. Katar to w ogóle zjawisko bardzo dramatyczne, a katar w lecie to już w ogóle tragedia. Do tego dziś rano obudziłam się ze strasznym bólem głowy i zapchanymi zatokami.

Z kolei PaiLu zaczęła nam wymiotować. Krótka inspekcja samego kota oraz przegląd ostatnich posiłków nie wyjaśniły nam wiele, wobec tego udaliśmy się do Pana Weta. Pan Wet kota obejrzał dokładnie z każdej strony i potwierdził, że ogólnie jest w świetnym stanie, a problemy spowodowane są najprawdopodobniej tym, że boli ją gardło. Dostała więc środki przeciwbólowe i przeciwzapalne w postaci trzech zastrzyków w tyłek (oj, jak my tego nie lubimy!), przy których oczywiście próbowała mnie ugryźć (ale „nie ze mną te numery, Bruner!”).

Niektórzy weci wolą sami trzymać kota przy zastrzyku i to jest fajne, bo się wtedy właściciel nie kojarzy kotu ze sprawcą bólu. Tym razem jednak wylosował się wet, który wolał, żeby mu zwierzaka przytrzymać. Na szczęście kicia chyba nie uznała mnie za swego wroga numer 1, bo się potem przytulała mocno.

Jak to jest, ze Maine Coony znoszą zastrzyki i pomiar temperatury z godnością, a Niebieska zawsze musi zrobić awanturę na dwanaście fajerek? Chociaż z drugiej strony, jak sobie przypomnę znajomego kota, Żuka, który ślady rysich pazurów zostawiał nawet na ścianach gabinetu, o weterynarzu nie wspomnę, to w sumie wychodzi, że nie powinnam na PaiLu w ogóle narzekać.

Trauma zwiazana z Panem Wetem już jej najwyraźniej przeszła, bo widzę, że tłuką się z VaiPerkiem bez opamiętania. Niestety robią to pod moim biurkiem, wobec tego chyba udam się w spokojniejsze rejony mieszkania, gdzie będę mogła cierpieć na ten mój katar z godnością.

Related Images:

Facebooktwitter

Od ust sobie odejmę a kotu dam

Czy to nie jest świństwo, że cała karma kocia oraz żwirek kończy się w tym samym czasie? I to jeszcze jakoś tak strasznie znienacka. Oto stanęłam oko w oko z pustą szafką kocią i perspektywą baaardzo dużych zakupów.

Mając trzy zwierzaki nie bawimy się w detal. Mokre wybieramy w miarę możliwości w dużych opakowaniach, nawet po 400g. Idzie to wówczas na dwa razy – na tyle koty łaskawie się zgadzają, dłuższe przetrzymywanie w lodówce dyskwalifikuje karmę w kocich oczach. Taka porcja jest dosyć duża, nawet jak na trzy koty, ale jakoś nie mam serca im obcinać racji. Zresztą maine coony rosną i wkrótce będą całość połykać na raz. W sumie mogłyby żyć na samym suchym, dobre karmy są absolutnie wystarczające do utrzymania kota w dobrym zdrowiu i kondycji, ale pozbawienie ich tradycyjnego śniadanka byłoby już okrucieństwem.

Suche też kupujemy w wielkich worach, po 5 – 7 kg. Mieszam kotom zwykle różne karmy, bo towarzystwo wybredne jest i smaki im się zmieniają. Co jakiś czas któraś karma przestaje im pasować i co wtedy? Wyrzucać? A po zmieszaniu powoli, po trochu, wyżrą wszystko. Oprócz Orijena – tę wydłubują z misek i odrzucają ze wstrętem. Nie wiem czemu, przecież to dobra karma. (Dobrze, ze wzięłam tylko 2 kg. Chce ktoś? Bo mi miejsce zajmuje).

Summa summarum kupowanie dużych ilości wychodzi taniej i na dłużej wystarcza. Zawsze jakoś tak wychodziło, że  tylko raz na jakiś czas trzeba było uzupełniać jeden produkt. A tu nagle zonk! znienacka wyszło wszystko. Kupienie całego zapasu na raz najprawdopodobniej zabije mnie finansowo.

Na pierwszy ogień poszło mokre. 64 kartoniki Bozity (prawie 24 kg żarcia!) w różnych smakach przyszły w wielkiej pace, zostały rozładowane i wrzucone do kociej szafki. Zajęły jej połowę, ale za to na 4 miesiące jest spokój.

Poprzednia dostawa wyglądała tak:

MaineCoonie chrupki jeszcze są, dokupiłam do niego kolejny woreczek Biomilla Selective. Mix tych dwóch to najnowszy przebój sezonu. Koty ostatnio nie chciały już zwykłego Hillsa, widać się znudził, wzięłam więc na spróbowanie malutką paczkę Nature’s Best.  Okazało się, że ma bardzo fajne kształty i dosyć duże chrupki, powinno im pasować. Zrobiłam im trzy różne miksy w trzech miskach i patrzę, co jedzą. Na razie jestem dobrej myśli. I złej jednocześnie, bo chyba będzie trzeba kupić kolejny duży wór.

Obejrzałam sobie moje ulubione żwirki w różnych sklepach internetowych i nieco się się zdziwiłam. W Animalii 14kg Golden Grey Master kosztuje więcej niż dwa worki po 7 kg. Gdzie sens, gdzie logika? Z kolei w Zooplusie cena jest wyjątkowo dobra, ale minimalne zakupy to dwa worki po 14 kg. Ech… decyzje, decyzje, decyzje… Najwięcej czasu pochłania szperanie po różnych sklepach internetowych i porównywanie cen. Ale muszę powiedzieć, że zwraca się to z naddatkiem. A jeszcze przy większych zamówieniach zawsze jakiś bonus dojdzie, a to w postaci dodatkowego rabatu, a to dostawy gratis – i utrzymanie rasowych kotów staje się nieco tańsze, niż się pierwotnie wydawało.

Aż do chwili takiej, jak ta :)

Related Images:

Facebooktwitter

Każde miejsce do zabawy jest dobre

Nowa szafa została natychmiast zaanektowana przez koty. Dostęp na samą górę jest bajecznie prosty – wystarczy jeden skok z drapaka, na którym koty spędzają pół dnia. Góra niestety jest dosyć śliska, wobec tego koty po skoku z łomotem hamują na ścianie. Chyba trzeba będzie im podłożyć jakąś wykładzinę, bo w końcu sobie zęby powybijają.

Maine coony rozkładają się na całą długość i zajmują praktycznie połowę szerokości szafy. Rosyjska niebieska zaś uprawia spacery pomiędzy ich łapami. Czasami wybucha bójka, ale jeszcze ani razu nie spadły.

Na górze szafy znajduje się dosyć niska półka, gdzie będą przechowywane tła fotograficzne. Na razie nie ma chętnych, zeby je tam przenieść, wobec tego miejsce zaprasza wręcz do odwiedzania. Na szczęście jedynym kotem, który potrafi tam wejść jest PaiLu. Bez większego skrępowania korzysta z drogi wiodącej prosto plecami Pawła w górę. Maine coony nie potrafią tej sztuki, więc włażą na samą górę i zaczepiają niebieską łapami. Co jakiś czas oczom moim ukazuje się obrazek: VaiPer wisi połową ciała poza szafą i próbuje łapami pacnąć PaiLu. Ta z kolei leży na plecach na półce, też do połowy wywieszona na zewnątrz, i ze swojej strony próbuje pacnąć VaiPera. Całość odbywa się dokładnie nad głową Pawła. Kiedyś zlecą mu na łeb, jak nic.

Related Images:

Facebooktwitter

…i po wystawie

Szczęśliwie przetrwaliśmy drugi dzień wystawy.

Nie mieliśmy przyjemności wygrać czegokolwiek, ale dzień bynajmniej nie był stracony! Mieliśmy to szczęście, że dziś oba koty były oceniane przez sędziów nie tylko bardzo kompetentnych, ale przede wszystkim bardzo komunikatywnych. Jeden z nich co prawda mówił po czesku, ale gesty miał wyraziste i dało się pojąć o co biega. Dzięki temu bardzo dużo się dowiedzieliśmy: o naszych kotkach, o konkurencyjnych kotach, a przede wszystkim skąd bierze się taka, a nie inna ocena. To najlepsze źródło prawie obiektywnych opinii o urodzie naszych kotów. Piszę „prawie”, bo przecież zawsze sędziowanie jest w jakimś stopniu subiektywne. Jeden sędzia lubi jasną sierść, inny smukłą sylwetkę i naturalnym jest, że taka cecha najsilniej przyciąga jego uwagę. Zdarza się więc, że jeden sędzia uzna kota A za lepszego od B, natomiast drugi – odwrotnie. Zdarzyło się to i nam. Taka karma.

Tak czy inaczej, zostało nam pokazane palcem co jest dobre, co ma szanse być dobre, a co za bardzo nie rokuje. Oczywiście koty wciąż rosną i zmieniają się, wobec tego i te oceny będą się zmieniać, ale dzięki temu nasza wiedza i umiejętność oceny kotów naszych ras będzie coraz większa, a o to przecież w tej zabawie chodzi. Nie tylko oceny sędziów, ale też rozmowy z innymi hodowcami przynoszą tyle informacji, że z każdej takiej imprezy wracamy z dymiącymi czaszkami.

Natomiast z cyklu „opowieści dziwnej treści” muszę wyznać, ze o mało nie umarłam ze śmiechu, kiedy sędzia oceniający maine coony (przed zgromadzoną publicznością, nie tylko wystawcami) oświadczył, że nasza TaiChi ma najlepsze futro i jest najlepiej przygotowana do wystawy. Jak przyznałam się w poprzednim wpisie (tutaj), nie dość, że przekonaliśmy się, że o przygotowaniu sierści nie mamy bladego pojęcia, to jeszcze kotka ze stresu się strasznie skudliła i zmatowiała. Została więc natarta nabytym naprędce pudrem, wyczesana niemal w biegu, wywleczona przed sędziego – i voila! dwóch sędziów chwali przygotowanie futra! Morał z tego wynika głęboki, iż głupi to ma zawsze szczęście, i tego należy się trzymać.

Mieliśmy też okazję zobaczyć na własne oczy kota, który bardzo rzadko prezentowany jest na wystawach, mianowicie Snowshoe. Jest to amerykańska rasa wywodząca się od kotów syjamskich. Cechą charakterystyczną tych kotów są białe skarpetki, łatwo się domyśleć więc skąd pochodzi nazwa. Do tego mają niebieskie oczy. Uroczy, prawda?

A w galerii oczywiście kolejna porcja zdjęć.

Related Images:

Facebooktwitter